Paweł Lisicki - Cień złego nr.1 Frondy

Cień złego

Szatan jest dwuznacznością; przez to zamyka nam drogę do Boga. Szatan jest dwuznacznością; przez to zmusza nas do szukania schronienia w łasce.
Bóg wymaga od nas wiary i chwały, szatan jest znacznie mniej wymagający. Zadowoli się obojętnością.
Uwolnić człowieka od zła, to uwolnić go od strachu przed złem. Tak, tylko że wtedy uwalniamy go od możliwości wykupienia.
Bóg wymaga od nas ofiary, Szatan zadowoli się anonimowością.
Wiedząc zbyt mało o Szatanie, lekceważymy go. Myśląc o nim zbyt
wiele, przeceniamy.
Jest punkt, w którym myślenie osuwa się w przepaść. Gdy tropiąc
Demona stwierdzamy, że nie różni się on od Boga. Ale osiągnięcie dna tej przepaści pozwala odzyskać granicę.
Zemsta Szatana – nieograniczona podwójność.
Czy lepiej być potępionym, czy nicością?
Rozpiętość myślenia; wiedza o złym duchu raz jest wymówką, raz
znowu powodem do skruchy.
Mówi się, że najbardziej szatańskim pomysłem w naszych czasach
było wytworzenie w ludziach przekonania, iż diabeł nie istnieje. Trzeba powiedzieć więcej: jeszcze bardziej szatańską sztuczką byłoby, gdyby diabeł naprawdę nie istniał. Pomyśleć tylko: nikt nie byłby zainteresowany naszym potępieniem.
Władza Szatana polega na tym, że wszystko, co się tylko wydarza, może być wytłumaczone w szatański sposób. Nie każde natomiast zdarzenie śmiemy uznać za wynik boskiej sprawczości.

Trudno jednoznacznie określić stosunek współczesności do szatana. Gdyż z jednej strony się o nim zapomina i pomija, a z drugiej obdarza go niezwykłą wprost rangą przewodnika do Boga. Szatan, obiekt drwin i szyderstw oświeconego rozumu, żałosny przeżytek religijnej niedojrzałości, wymysł kleru i klechów, pusta nazwa bez treści, zręczny instrument w ręku przebiegłych kapłanów. Oto jeden z możliwych punktów widzenia, tak chętnie przyjmowany przez liberalną umysłowość. Jeśli go zaakceptować, nie może dziwić częste założenie, że poziom świadomości religijnej mierzy się niewiarą w piekło, a miano człowieka dojrzałego przyznaje się tym, którzy potrafili usunąć ze swych myśli obraz złego ducha. Jest faktem, że nawet dla ludzi, którzy mają się za wierzących, myśl o wiecznym potępieniu, o duchu złym i kochającym zło, aktywnym i przedsiębiorczym, duchu na zawsze już przeciwnym Bogu, wydaje się trudna do zniesienia. Nie godzi się ona bowiem ani z naszym, nowożytnym rozumieniem Boga, który ma być przede wszystkim współczujący, litościwy, miłosierny, pobłażliwy i ludzki, ani z obrazem nas samych: ludzi wolnych i odpowiedzialnych za zło jedynie przed sobą.

Przeciw istnieniu szatana występują zatem w równym stopniu liberalni teologowie (diabeł jest wymysłem nieoświeconych wieków, kiedy religia nie osiągnęła jeszcze swego obecnego poziomu rozwoju, pozostałością mitycznego dziedzictwa, które musi przezwyciężyć prawdziwie racjonalne chrześcijaństwo), co zwolennicy czysto świeckiej i autonomicznej etyki (całe zło moralne tego świata jest dziełem człowieka – pozwólmy, aby istniał diabeł, a jednostka utraci w pełni suwerenną władzę wyboru). Oto właśnie przyczyna drwiny i pogardy, jaką współczesny człowiek tak często obdarza Złego.

„Nowoczesny człowiek – w pierwszym rzędzie ten, który jest we mnie (pisze w swej książce „Udział diabła” Denis de Rougemont) i z którym będę miał do czynienia w osobach moich czytelników – powstrzymuje mnie już od samego początku tej pracy, zapytując z pobłażliwym, pełnym sceptycyzmu uśmieszkiem „Więc doprawdy wierzy pan w Diabła? W którego? Czy tego średniowiecznego z czerwonymi rogami? Czy w prawdziwego diabła?” Owo zapomnienie o diable nie mniej dosadnie wyraża też Andre Frossard w książce „36 dowodów na istnienie diabła: „Mój wiek XX to jeszcze lepsza sprawa. To prawda, nie wierzycie zupełnie w moje istnienie. Żyję jeszcze w waszym języku, w stereotypowych zwrotach jak „diabelska uroda”, „facet z piekła rodem”, „ciągnąć diabła za ogon” (…). Te ukłony pod moim adresem rzecz jasna nie mają już formy liturgicznej poza wąskim gronem okultystów.(…) Poza tym gronem admiratorów, których nie znoszę, wy tarzacie się w areligijności, tak że zastanawiam się czasem, czy nie byłoby wam warto zwrócić odrobiny wiary; (…)”.

Zapomnienie o Złym Duchu nie jest jednak wcale aż tak powszechne. W swym dzienniku Ionesco pisał przed śmiercią o wierze w Boga, możliwej dzięki dostrzeganiu działań szatana. Współczesny polski filozof Bogusław Wolniewicz nazwał nasze czasy wiekiem „Epifanii Diabła”. Jak zauważył Szestow, Dostojewski byt mistrzem w tworzeniu postaci złych, okrutnych i opętanych – na ich tle dobrzy bohaterowie wypadają blado i nieprzekonywająco.

Szatan-przewodnik

A więc nie wszyscy zapomnieli o Księciu Tego Świata. Nie wszyscy uwierzyli w postęp i twórcze możliwości człowieka, który zdolny jest usunąć zło i cierpienie poza obręb naszego świata. Myślenie o szatanie nie jest jednak wywołane potrzebą znalezienia recepty na nowożytną skłonność do tworzenia i wprowadzania w życie utopii. Takie odczytanie współczesnego zainteresowania złym duchem, w jakiejś mierze na pewno poprawne, nie pozwala nam jednak do końca zrozumieć znaczenia tego faktu. Bowiem odwołanie się do diabła spowodowane jest pragnieniem dotarcia do Boga. Otóż Szatan okazuje się nie tylko duchem złym i przeciwnym Bogu, ale także przewodnikiem do niego. Oto zaskakujący paradoks: oczywistość zła, z którym styka się człowiek ma go kierować ku temu, co bezwzględne i absolutne, ku bytowi Najwyższego. Można powiedzieć, że taki szatan, który prowadzi nas do tego, co przekracza porządek naturalny, do zła niewymiernego i nieredukowalnego, stał się współczesną wersją Posłańca z Księgi Hioba. Doświadczając zła popadamy w wątpliwość co do boskiej mocy, a potem dobroci. Gdy jednak to zło przekroczy wszelką miarę, widzimy, że wykracza ono poza granice zrozumienia w czysto ludzkich kategoriach: staje się demoniczne. O tym, że do świadczenie zła może stać się źródłem nawrócenia, i że zło może zostać wykorzystane dla dobra, świadczy choćby sama Biblia. Nic zatem dziwnego, że mamy w niej do czynienia z bardzo różnym sposobem przedstawiania złych mocy: od posłańca, który był tylko jednym ze sług Pana, aż do przywódcy upadłych aniołów, który wciąż przeciwstawia się Najwyższemu (Apokalipsa, teksty ewangeliczne).

Ale pojawić się muszą wątpliwości: jak bezwzględne zło może nas przywodzić do dobra? Wystarczy tu przypomnieć sobie, z jakim oburzeniem św. Paweł zaprotestował przeciw pomawianiu chrześcijan o to, iż głoszą naukę nawołującą do czynienia zła, aby wynikło z niego potem dobro. Jak to się więc stało, że wnioskujemy o Bogu nie z jego doskonałości, czy też doskonałości jego rządów nad światem, tylko, wręcz przeciwnie, z ich niedoskonałości? W nowożytnym wyobrażeniu szatana bowiem mamy do czynienia ze skrajnym odwróceniem dawnego sposobu rozumowania: wierzę w Boga, gdyż wszędzie wokół siebie dostrzegam doskonałość bytów, widzę porządek, hierarchię, piękno i wspaniałość. Wszelkie tradycyjne dowody istnienia Boga odwoływały się do zauważalnej dla nas jego wielkości. Ten kto dostrzegał piękno stworzenia, kto widział ład, kto podziwiał do konania Stwórcy, tym samym musiał się uznawać jego poddanym.

Głupi już z natury są wszyscy ludzie,
którzy nie poznali Boga:
z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego,
który jest
patrząc na dzieła nie poznali Twórcy,
lecz ogień, wiatr, powietrze chyże,
gwiazdy dokoła, wodę burzliwą
lub światła niebieskie uznali za bóstwa, które rządzą światem.
Jeśli urzeczeni ich pięknem wzięli je za bóstwa –
winni byli poznać, o ile wspanialszy jest ich władca,
stworzył je bowiem Twórca piękności;
a jeśli ich moc i działanie wprawiły ich w podziw –
winni byli z nich poznać, o ile jest potężniejszy Ten, kto je uczynił.
Bo z wielkości i piękna stworzeń
poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę.

(Księga Mądrości, 13,1- $)

Dlatego właśnie pojawiał się dla myśli chrześcijańskiej najważniejszy do rozwiązania i nigdy zresztą naprawdę nierozwiązany problem: skąd zło (owo słynne augustyńskie Unde malum). Problem pojawiał się i mógł w ogóle pojawić się tam, gdzie utożsamiano dobroć z wszechmocą i boskością. Bóg był dobry, i wszechmocny zarazem, dlatego, można się było zapytać, skąd w widzialnym, poddanym mu świecie, było miejsce na zło, cierpienie, choroby i ból: wszystkie stare przekleństwa trapiące ludzkość.

Jeśli założyć, że Bóg jest dobry i wszechmocny, to faktycznie zła nie powinno być. Gdzie bowiem miałby się pojawić jakikolwiek punkt oporu i przeciwstawienia wobec Jednego i Wszechmocnego? A jednak zło było. To znaczy — tu w zależności od osoby i epoki następowały różne odpowiedzi – było ono albo brakiem dobra (czyli z naszego punktu widzenia złudzeniem), albo też dobrem, tylko przez nas niedostrzeganym (nie my znamy przyszłości i plany boskie są przed nami ukryte, jak więc śmiemy oceniać, czy coś jest dobre czy nie), albo wreszcie, próbą i wyzwaniem dla nas (a więc naprawdę życzliwym gestem łaskawego Pana). Jakbyśmy na to pytanie me odpowiedzieli, (nie chodzi tu przecież w tej chwili o to, aby prześledzić wszystkie odpowiedzi uzyskiwane w przeszłości,) w każdym wypadku kwestia sprowadzała się do jednego: jak doświadczalne do pogodzić z przeświadczeniem o potędze i dobroci Boga?

Obrońcy realności szatana postępują dokładnie odwrotnie. Nie tyle bronią oni Boga przed zarzutem stworzenia złego świata, ile raczej bronią szatana, aby dowieść istnienia Boga. Przyjmują istnienie bezwzględnego zła, gdyż tak tylko, jak mogłoby się wydawać, otwiera się przed nimi droga prowadząca do dobra. Współczesność zrezygnowała z poszukiwania teodycei Prawdziwie głębokie myślenie nie polega obecnie na tym, aby usprawiedliwić Boga, ale dostrzec w świecie realne działanie Diabła.
Dlaczego jednak zrezygnowano z tradycyjnego dowodzenia istnienia Boga na podstawie doskonałości jego przymiotów czy też ładu świata? Odpowiedź nasuwa się jedna: dobro i piękno świata przestało być dla nas dostrzegalne, utraciło swą wyrazistość. Przestało pociągać i poruszać. Jeśli już, to dobro i piękno świata stały się dla nas jedynie wytworem subiektywnego, jednostkowego smaku – to my jesteśmy ich źródłem. Jeśli coś jest piękne, to znaczy jedynie, że nam się to coś podoba: zewnętrzny świat przestał nas kierować ku Temu, kto go stworzył. Piękno i dobro bowiem utraciły w naszych oczach – ludzi współczesnych – charakter bezwarunkowy: stały się albo naszym prywatnym doznaniem, albo też zostały sprowadzone do rzekomo pierwotniejszych uczuć: strachu, instynktu samozachowawczego, egoizmu, poszukiwania akceptacji w oczach bliźnich. I tak ład stał się w naszych oczach rozpadem, porządek chaosem. Po Freudzie i Nietzschem cnota okazała się być słabością, oddanie i poświęcenie – głupotą. Z tą przemianą świadomości zbiegły się wydarzenia historyczne. Obozy śmierci, masowe morderstwa, głębia szaleństwa, która objawiała się w ostatnim wieku, wszystko to razem zniszczyło, zdaje się, możliwość wiary w harmonijny porządek stworzenia. Co więcej: nowe zło było jakościowo różne od znanego z przeszłości: zbrodnie hitlerowców i komunistów nie były tylko aktem ślepej żądzy zemsty, nie wynikały z pasji niszczenia jak u barbarzyńców w przeszłości, nie były uwieńczeniem walki. XX-wieczne zbrodnie popełniane były na skalę masową, często bez żadnych przyczyn racjonalnych. Występek i morderstwo nie były wykroczeniem poza normalny bieg rzeczy, szczególnie dzikim aktem nieokiełznanej ludzkiej natury, stanowiły element sytemu. Zostały weń wbudowane, a nawet więcej jeszcze: cały system, funkcjonował jedynie po to, aby one mogły się spełniać. W XX wieku, tam gdzie panował komunizm i nazizm, zbrodnia miała stać się udziałem- przeciętnych ludzi, normą przyzwoitego zachowania.

Czy jednak zło nie zawsze było bardziej atrakcyjne niż dobro? Bardziej pociągało, podniecało i poruszało naszą, uwagę. Nic nie dowodzi tego lepiej niż choćby literatura. Iluż mamy bohaterów: awanturników, morderców, ludzi upadłych? A gdzie znajdziemy dla nich przeciwwagę? W postaci osób dobrych, szlachetnych i cnotliwych? Skąd w nas to przekonanie, że dobroć jest nieatrakcyjna? Że łączy się ze słabością, ckliwością, nieudacznością? Dobro jako cecha mieszczańskiej poprawności, jako maniery, suche obyczaje: dobro pozbawione wysiłku, walki, napięcia: oto dobro zdegenerowane. Ale też to jedyne dobro z jakim naprawdę obcuje współczesność. Pytanie brzmi: nie skąd się wzięło zło? – to przestaje nas aż tak bardzo interesować: ale dlaczego tak zło jak i dobro zanikają? Prawdziwa przemiana, jeśli w ogóle została dokonana, nastąpiła w języku. Gdzie znajdziemy pojęcia wolne od podejrzenia, takie do których odwołać byśmy się mogli bez obaw i strachu? Nie ma ich. I stąd szatan. Chytry przeciwnik, władca, kusiciel, oskarżyciel. Zagubieni w świecie, w którym zanika religia, w którym stare prawdy giną, a my przekształcamy się w społeczeństwo uczonych i wygodnych czworonogów, w społeczeństwie, które jak żadne inne nie zbliżyło się do wyeliminowania śmierci, znaleźliśmy się blisko ostatecznego wypełnienia czasów. I to nie w żadnym apokaliptycznym tego słowa znaczeniu: Właśnie: nie dlatego, że zbliżamy się do kresu, że grozi nam rozpad cywilizacji, atomowa klęska, upadek środowiska, i co też jeszcze tylko można napotkać w gazetach i wypowiedziach tych, którzy obawiają się o dalsze losy ludzkości. Nic z tych rzeczy nam nie grozi: albo też nie ta groźba jest najbardziej szatańska. Daleko bardziej grozi nam, że dzięki dalszemu rozwojowi przestaniemy być śmiertelni (to znaczy świadomi własnej śmierci i poszukujący zbawienia z niep, że stracimy te punkty w nas, które powodują, że pytanie o Boga i wieczność musi się przed nami pojawić. Mówienie o szatanie stąd się właśnie wzięło. Jak nigdy jeszcze nie grozi nam na taką skalę zapomnienie o śmiertelności: a tym samym zapomnienie o nas samych. Skupiamy się na walce z chorobami, stopniowo eliminujemy z naszego życia ryzyko i cierpienie, a szatan się śmieje. Gdyż nic mu w tym nie przeszkodzi, że żyjemy lepiej niż żyliśmy.

Powszechne jest zatem przekonanie, że droga ku zbawieniu wiedzie przez Otchłań. Miłosz, który twierdzi, że Norwid nie był w stanie sięgnąć otchłani Dostojewskiego i Melville, a Heidegger ze swym przekonaniem, że wielkość powstaje, dzięki gotowości zagłębiania się w otchłani. To, co ludzkie, widziane jako to, co kruche i wydane nicości, a przez to właśnie istotne i przez to właśnie godne wywyższenia. Dobro nuda, doskonałość odpycha. Cóż zatem? Nasz świat, aby był nasz, potrzebuje Szatana?

Demoniczny Bóg

Niebezpieczne to jednak stwierdzenie. Gdyż czyniąc Szatana osobną i aktywną siłą, popada się w sprzeczność z pojęciem wszechmocnego Pana. W pewnej mierze prowadzić to musi do pytania o demoniczność Boga, o to, w jakiej mierze jego wszechmoc ma granice i jak daleko można godzić ze sobą nieskończoność i dobro. Pan jest jeden, wszechmocny, wiekuisty dobry, niezwyciężony, stworzyciel wszystkiego, władca jedyny i mocny: lecz oto naprzeciw niego pojawia się wróg, ktoś, kto jest inny, niepodległy, przeciwny, niechętny. Skąd się to wzięło? Stąd, że wszelkie stworzenie powstało z nicości i poddane jest zmienności, a więc sama stworzoność wymaga, aby mogło się ono odwrócić od tego, co Najlepsze. Inaczej między Stwórcą a stworzeniem nie istniałaby realna różnica. Szatan byłby wtedy poręką odrębności Boga.

Cała kwestia jest problemem tylko w sytuacji, gdy stworzyciel jest zarazem jedyny i absolutny A więc jak z niego samego może powstać coś przeciw niemu? Czy nie wprowadzamy tu zawieszenia zasady sprzeczności? A nawet jeśli ona w stosunku do Boga nie obowiązuje, jeśli nic nie obowiązuje w stosunku do Boga, to i wtedy nie będzie dla nas lepiej. Cóż z tego, że odwołamy się tu do teologii negatywnej, do owej uczonej niewiedzy? Co z naszego przyjęcia nieskończoności i niewyrażalności Boga? Zaiste, nie jesteśmy w stanie uchwycić Najwyższego. Wiemy, że każda nazwa, każde określenie, jakie przypisuje mu niedoskonały ludzki intelekt jest uproszczeniem, jest ograniczeniem. Wiemy, że jedyne, co o nim możemy powiedzieć, możemy powiedzieć w drodze negacji. A jednak znowu: skoro tak, to nasza negatywność nie może być zupełnie negatywna. Nie chodzi o to, byśmy mówili o Bogu jedynie przez zaprzeczenie i to jeszcze w ten sposób, że nic nie mówiąc mówimy zarazem wszystko. Naszą intencją jest uzyskanie precyzyjnego stwierdzenia, inaczej popadamy w chaos. Chcemy zrozumieć kim jest Bóg i znaleźć jego imię. Ile razy chcemy uchwycić to co wyrażamy dokładniej, tyle razy jednak gubimy się. Wiemy, że jest coś, co wyrażamy, że to coś jest jedynie takie i niepowtarzalne, że nie pomylimy go z żadnym innym z bytów, i że właśnie cały nasz wysiłek, którego opłakane skutki są właśnie tymi imionami i nazwami, jest czyniony dla odgrodzenia, oddzielenia i wyodrębnienia tego, który jest jeden jedyny. Negatywność nie oznacza w żadnym razie dowolności. Nie jest grą języka, nie jest sposobem porzucenia racjonalności, ale próbą przebicia się ku temu, który skrywa się w Tajemnicy.

Spór o istnienie i realne działanie Złego ducha: cóż bardziej ważnego! Szatan odsłania przed nami drugą stronę Boga, a zatem niszczy całą naszą pewność. Uznać szatana, to stwierdzić, że nasze wybory nie są do końca nasze, że nasza duma jest próżna, a nasze wywyższenie pozorne. Szatan, nasze jedyne schronienie przed wszechmocą postępu i bezreligijnej kultury, nasz zbawca, który pozwała nam wierzyć w Boga: szatan, który umożliwia nam dopiero wiedzę o grzechu i skruchę, i potrzebę poddania Bogu. Z pewnością, wiara w szatana nie godzi się z naszymi wyobrażeniami: ani o nas samych, ani o naszej odpowiedzialności, ani o szansach naszego gatunku. Otóż bowiem dopuszczamy, że to nie tyle my wybieramy między dobrem i złem, ile raczej o nas toczy się walka. Nie my zbudowaliśmy i kierujemy, ale przez nas coś przemawia, nad nami coś włada, coś nas opętuje (dajmonidzomenoi), coś nas wodzi na pokuszenie i ktoś pragnie naszej zguby. Jak bardzo niszczy to nasze przekonanie o własnej potędze! Myśl o Szatanie jest zbawienna przez to samo, że przenosi nas do innego świata, w którym istnieje wieczne zbawienie i zatrata, gdzie posiadamy nieśmiertelną duszę i gdzie panuje stwórca, któremu winniśmy cześć. Oto być może, niedoskonałe jak każde inne, wyjaśnienie zagadki: Szatan, o ile działa, musi poświadczać moc tego, który Jest jedynie. Wyobrażenie o Szatanie jest jednak zgubne, o ile powoduje, że tracimy miarę i w nieskończoności Boga doszukujemy się przyzwolenia na brak granic, które by nas obowiązywały.

Przyjmijmy wiarę w szatana, a wówczas to, co zwykliśmy nazywać postępem, cywilizacją i Oświeceniem utraci swą jednoznaczność. Co gorsza, utracimy wówczas przekonanie o naszej naturalnej, spontanicznej, autonomicznej dobroci. Władza w szatana wiedzie nas do doświadczenia grzeszności, a to z kolei do potrzeby skruchy. Najbardziej szatańskim dziełem jest uczynienie nas zatwardziałymi. To znaczy wytworzenie w nas przekonania, że nasze życie jest ciągiem koniecznych zdarzeń, z którego nie ma żadnego wyjścia na zewnątrz. Owo przeświadczenie jest nie tylko opinią, jaką posiada się na pewien temat, ale sposobem bytowania. Nie poddaje się argumentacji i nie może zostać zmienione w drodze rozmowy. W takiej sytuacji próba przekonywania jest z góry skazana na przegraną; zamiast argumentować trzeba egzorcyzmować. Oto przykład- wyobraźmy sobie lekarza, który całe życie walczył o wynalezienie preparatu antyrakowego. W tym tylko widział sens swej pracy i temu celowi poświęcał każdą wolną chwilę. Nagle, na rok przed ostatecznym powodzeniem badań dowiaduje się, że zapadł na chorobę, którą zwalczał. Pytanie o sens życia było dla niego zawsze abstrakcyjną kwestią, bo tym, co najważniejsze było właśnie znalezienie lekarstwa. Gdyby jedną setną część czasu poświęconego badaniom oddał rozmyślaniu nad swoją własną śmiercią. Ale on tego nie potrzebuje. Do końca, póki mu starcza sił, prowadzi swoje eksperymenty, wiedząc już, że on sam nie zdoła się ocalić. Rozmowa z nim, próba zrozumienia. On spokojnie odpowiada: umrę i nie będzie mnie. Nie odczuwasz żalu ani skruchy? Nie, to tylko sprawa nazbyt wrażliwych duchów, poetyckiej wyobraźni. Dojrzałego człowieka takie wyobrażenia nie wzruszają. Spokojnie załatwia wszystkie sprawy. Nikt nie dostrzeże w jego zachowaniu większego zdenerwowania niż zwykle. Może tylko stał się trochę bardziej małomówny i milczący. W końcu umiera: wszystko odbywa się z pewnym dystansem. Bez specjalnych wzruszeń: tyle ich, co zawsze. Dla swych kolegów, dla prasy i dziennikarzy stał się prawdziwym bohaterem. Wszędzie o nim piszą, dają go za wzór. Mówią o nim: sprostał wyzwaniu nicości. Czy z takiej śmierci Szatan nie cieszy się bardziej niż z każdej innej? Dusza, która odeszła, nie odczuwała ani bojaźni, ani potrzeby skruchy, ani żalu. Zeszła zamknięta w sobie, nie zraniona myślą o wieczności.

Postawmy kolejne pytanie: czy diabeł może być niezależny od Boga? Wiemy wprawdzie, że nie mogą być sobie równorzędni, że wyznajemy tylko jednego władcę, a wszystko inne zostało stworzone, co czyni je radykalnie oddalonym i podległym Pierwszemu. Dobrze, niech tak będzie. Lecz jak możemy wówczas mówić o walce, sporze i bitwie, jaką toczą zastępy aniołów i szatanów? W jaki sposób Bóg odzyskuje swą władzę nad piekłem i jak to się dzieje, że byłoby miejsce, nad którym On by nie sprawował rządów? Nie wiemy tego. A więc szatan, którego kiedyś nie było, upadł i trwa w swej złośliwości. Nie jest to przy tym mniejsza doskonałość ani mniejszy stopień dobra: to umiłowanie zła dla niego samego.

Zadowolenie szatana to cierpienie Boga. A zatem czy Bóg przegrywa w walce? Nie, i też przegrać nie może. Skoro przegrać nie może, i skoro szatan musi z góry ulec, to skąd w nim tyle zażartości i gotowości do walki? Nie zna boskiej wszechmocy i potęgi? Ten duch, którego posądza się o giętkość i sprawność rozumu byłby w sobie tak zadufany, że nie widziałby, iż musi przegrać. W żaden sposób. Jeśli tak, a jak też mogłoby być inaczej, musimy przypisać mu inną nieco rolę. Staje się wtedy narzędziem w ręku wszechmocnego, który pragnie poddać wiernych sobie próbie. Ale czy wtedy godzi się, by zasługiwał na potępienie? Czy wtedy sytuacja nie ulega radykalnej zmianie? Dobry Bóg w rzeczywistości potrzebuje złego ducha i używa go, tak użyjmy tych słów, jak bardzo dziwacznie nie brzmiałyby one w naszych uszach, do brudnej roboty? Jest w jego ręku posłańcem jedynie, panuje w krainie śmierci, tam, dokąd schodzą bezbożni i źli, jest im przełożonym i zapewnia królestwu Bożemu jako całości jego trwanie. Jest ciemną stroną Królestwa niebieskiego i bytu, jest jego odwróceniem, kierunkiem ku nicości, nigdy wprawdzie nie osiąganej. Lecz w tej mierze, o ile jest dobry, służy wyższym celom. I dlaczego mówi się o nim tyle złego?

Im dalej zagłębiamy się w te niejasności, tym bardziej tracimy grunt pod nogami. Chcemy zrozumieć, jaką rolę odgrywa szatan, kim jest i dlaczego należy się go wystrzegać, lecz im skrupulatniej badamy, tym więcej zagadek się nam odsłania, tym bardziej błądzimy. Bo ani nie możemy przyjąć, że siły dobra i zła są i że siły złej wcale nie ma. Gdyby grzech nie był grzechem, a zło jedynie drobnym niedociągnięciem w stworzeniu, po co byłaby śmierć Zbawiciela?

Władca współczesności

Jeśli tylko przyjąć realność złego ducha, okazać się może, że większość cywilizacyjnych osiągnięć powszechnie uznawanych za dobre i godne pochwały, służy diabłu. Zobaczmy bowiem: cała uwaga poświęcana zwalczaniu śmierci, rozwój medycyny, sposoby uśmierzania bólu i pokonywania cierpienia są powszechnie uważane za rzecz dobrą, Z drugiej strony, czy nie widzimy, że wtedy nasz wysiłek zwraca się nie ku przezwyciężeniu śmierci jako takiej, ale raczej ku przezwyciężeniu krótkości życia? Wydłużamy je za wszelką cenę i czynimy wygodniejszym. Wydaje się to naszą ludzką zdobyczą. Co więcej, wydaje się, że w ten sposób spełniamy nakazy Boga. Jeśli jednak głównym celem złego ducha jest odwodzenie nas od Pana, to w naszej walce ze śmiercią przejawia się jego działanie. Współczesna cywilizacja nakazuje nam skupiać się na przezwyciężaniu bólu i przetrwaniu, zapominamy zatem o najtrudniejszej sztuce: sztuce umierania. Kierując uwagę na wydłużenie żyda tracimy życie wieczne. Budujemy cywilizację, która jest cywilizacją pokoju i szatan nie tyle przejawia się tu przez wojny i spory, które są jego dziełem, ile właśnie w tym pokoju, przez zapomnienie o konieczności śmierci. Budując zabezpieczenia i uznając pokój za dobro najcenniejsze, niszczymy w zarodku możliwość pojawienia się niebezpieczeństwa. Podobnie w naszym życiu prywatnym: rozrost coraz to nowych form instytucji ubezpieczeniowych ogranicza ryzyko i eliminuje możliwość pojawienia się Nieoczekiwanego. I tak, idąc dalej, krok po kroku, im bardziej pragnie się chronić życie, tym więcej miejsca pozostawia się dla aktywności szatana.

Tu jednak pojawia się wątpliwość. Mówiliśmy o Diable, który miłuje zło. Przykładem jego rządów miał być system nazistowski i komunistyczny. Ale przecież były one skierowane właśnie przeciwko życiu. Stanowiły, na pierwszy rzut oka, radykalne zaprzeczenie ogólnej tendencji do eliminowania ryzyka i wydłużania życia. Jest to jednak pozorna sprzeczność. Bowiem uczynienie z życia wartości największej powoduje, że wszystkie inne dobra muszą jej zostać podporządkowane, a cnoty dzięki którym może trwać demokracja, obumierają. Wtedy droga przed szaleńcami spragnionymi władzy zostaje otwarta.

Szatan, ten punkt dwuznaczności, ta zasada pytania, wątpienia i kwestionowania, Książę Tego Świata, pan, który wodzi na pokuszenie. Kim on jest naprawdę i jaka jest jego rola? Jak bardzo musi się śmiać z naszej nieporadności. Dla niego najszlachetniejsze porywy, wielka wzniosłość i poświęcenie są tym samym – okazją do działania. Sprowadzić wszystko do układu sił, każde dobro uznać za przejaw egoizmu, zamknąć nas w sobie i własnych pożądaniach, odciąć drogę wiodącą ku Wiekuistemu i uwięzić w czasowości – oto jego główny cel. Tak zatem wielka część współczesnej cywilizacji wydać się może dziełem Złego: to właśnie pragnął pokazać nam de lougemont.

Zgodnie z tradycją Szatan to nie pewna kosmiczna siła zła, czy przeciwieństwo boskości. To przede wszystkim inteligencja. Tym, co najbardziej nieznośne dla myśli współczesnej w wyobrażeniu diabła, jest jego osobowość i racjonalność. Budzi to podwójny sprzeciw: jak to możliwe, aby istota rozumna, istota, której rozumność przewyższa nasze zdolności intelektualne, chciała występować przeciw swemu Stwórcy? I po drugie; czy przypisując diabłu rozum, nie występuje się przeciw racjonalności jako takiej? O ile jeszcze gotowi byśmy byli przyjąć istnienie złej siły w naturze, o tyle wizja osobowego zła, złośliwej inteligencji jest nie do zaakceptowania. Jak możemy wyobrazić sobie osobę pragnącą zła dla niego samego: nie dlatego, że ktoś chce dobra i przypadkiem z niewiedzy wybiera zło (Sokrates), ale dla tego, że z rozmysłem, świadomie i w wolności wybiera zadawanie zła. Czym byłaby zła wola sama w sobie? Czysta radość niszczenia i zadawania cierpienia? Osobowy charakter Szatana niszczy nasze zaufanie do samych siebie i zarazem daje ostrość widzenia o ileż wyższą niż mają ci, którzy zapomnieli o skażeniu. Owa ostrość widzenia pozwala lepiej rozumieć politykę, kulturę i obyczaje współczesności. Dobrze to widać chociaż w korespondencji Miłosza z Mertonem. I wyższość Miłosza nie na czym innym się zasadza, jak tylko na doświadczeniu szatańskości: tym okrutnym widzeniu podwójnego dna. Merton krytykuje współczesną masową kulturę nie mniej ostro, niż polski poeta. Ale nadzieja na pokonanie zła, tak silna w myśli amerykańskiego trapisty, okazuje się w zestawieniu z postawą Miłosza, nadzieją naiwną. Merton nie doceniał bowiem siły Księcia Tego Świata.

Oto charakterystyczna cechą szatana; on nie potrzebuje być wybierany świadomie: to zaiste sprawa drobnej garstki. On raczej przede wszystkim działa wśród dobrych, tych, którzy ani jego istnienia nie podejrzewają, ani też nic o nim wiedzieć nie chcą. Wykorzystuje nasze najlepsze odczucia i śmieje się, gdy wydaje się nam, iż został zwyciężony. Nic z tego: on nie odszedł i nie uciekł i nie upadł. I jeśli jest sens o nim mówić właśnie współcześnie, to nie z żadnego innego powodu, jak z tego, że właśnie jego panowaniu dziś nic nie jest w stanie się oprzeć. Narzucił on nam bowiem nie zło, ale sprawił, że każde dobro już należy do niego. Wykorzystał nasze słabości znaczniej lepiej, niż w wiekach wcześniejszych: czym były czarownice i opętańcy wobec tych wszystkich, którzy dzisiaj z pełną świadomością oddają mu cześć przez obojętność na zbawienie? Tak długo, jak polegamy wyłącznie na sobie, tak długo żadna nasza niewiara nie jest w stanie Diabłu zagrozić. Radykalna różnica: aby być zbawionym muszę wierzyć. Aby zostać potępionym wcale nie muszę wierzyć w szatana. Wystarczy, że o nim zapomniałem. A prawdziwy problem polega na tym, że każda sfera życia jest nim przeniknięta. On włada czasem doczesnym i wie, co zrobić, abyśmy mu ulegli.

Gdyby nie czas i śmierć, nie miałby nad nami władzy. Lecz dzisiaj jest ona większa, niż kiedykolwiek w przeszłości: i to dlatego, że zapomnienie dobrze mu robi. I że chytry wie: tak długo jak się go będzie pomijało, nie dotrze się do Boga. Tak długo jak nie będziemy widzieli ciemnej strony boskości, nie dotrzemy do jasnej. Tu, na ziemi, nie objawia się nam nic absolutnego bez swego cienia i ograniczenia: tam w niebie może będzie inaczej. Precyzyjna i powolna rekonstrukcja jego złego działania musi nas doprowadzić do myśli o nim , jako istniejącym duchu. Złudzenie mówi, że diabeł przejawia się w złu. Naprawdę woli on być wspólnikiem naszych dobrych czynów. Albo raczej czynów noszących pozornie znamię dobroci.

Ciągłe mówienie o naszej godności i prawach najbardziej podoba się szatanowi. O duszę naszą toczy się istotnie walka. I nic nam do tego. Jakbyśmy sobie jej nie wyobrażali, jest ona faktem. Liberalna teologia nie pozostawia miejsca dla szatana. Ale czy to właśnie nie służy mu najlepiej? Czy w przeciwieństwie do Boga, który musi być znany i określony, szatan, jak pokazywał de Rougemont, nie czuje się najlepiej jako duch anonimowy? Liberalna teologia odrzuca istnienie złego ducha. Na miejscu wiary w Złego Ducha, który jest źródłem zła i cierpienia, pojawia się przeświadczenie, że każde zło można sprowadzić do jego ziemskich i naturalnych przyczyn. Dla jednych są to kompleksy wyniesione z dzieciństwa, dla innych złe warunki społeczne. W każdym jednak wypadku uważa się, że zło można sprowadzić do określonej, podlegającej badaniu, przyczyny. W ten sposób będzie można zapanować nad nienawiścią, żądzą i zbrodnią. I tak zamyka się przed nami całą sferę dobra i zła. Zło, pożądanie, szaleństwo stają się tylko elementami tego świata i mogą zostać, w drodze swobodnego badania, pokonane. Jeśli tak, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zapomnieć o możliwości zbawienia i wieczności.

Czy czasom nowożytnym, nowoczesnej nauce nie udało się osiągnąć tego właśnie, co całe wieki stanowiło wielkie marzenie naszej kultury: a więc pozbawić szatana jego siły? Czy nie powinniśmy się cieszyć? Coraz mniej ludzi wierzy w złego ducha, coraz rzadziej wspominają o grzechu, coraz trudniej przychodzi im pokora i skrucha: ale czy nie tak właśnie powinno się stać? Kto zdradził pierwotne wezwanie: Nie jesteśmy zbawieni i nie żyjemy w Królestwie, ale przynajmniej mamy nasze spokojne życie. Nie jesteśmy nieśmiertelni jak władcy Olimpu, ani też nie przysługuje nam prawo przebywania ze świętymi w Niebiosach, ale wiedziemy spokojne życie. Umieramy, ale zwykle żyjemy dłużej i na ogół lekarstwa łagodzą nasz ból. Nie jesteśmy wiecznie młodzi, ale skutecznie przedłużamy sobie naszą młodość. I tak wchłaniani przez świat odzyskujemy w doczesności dzięki cywilizacji technicznej to, co religia* ofiarowała nam w zaświatach.

Czemu jeszcze mamy się opierać? Czemu jeszcze głosić, że istnieje szatan? Czy uparte powtarzanie Kościoła, że istnieje zły duch nie wynika z jego obawy przed konkurencją ziemskich odpowiedzi na problem zła? Dla wielu teologów, tych najbardziej radykalnych, szatan był kościelnym wymysłem pozwalającym klerowi na rząd dusz. Wmówić ludziom, że czeka ich potępienie, że zły duch walczy o ich dusze, że czekają ich po śmierci męki i cierpienia, a jednocześnie głosić, że samemu posiada się niezbędne środki przeciwdziałające: zaiste sprytne byłoby to działanie. Szatan byłby nie tyle wymysłem, co wręcz instrumentem, narzędziem służącym pysze i chęci władania Kościoła. Godząc się z takim rozumowaniem, stajemy wobec problemu radykalnego zła bezradni.

Mówimy, że człowiek nie będzie potępiony, gdyż to nie odpowiada Bogu miłości, że szatan jest pustą figurą, gdyż to odbiera nam godność i pozostaje w sprzeczności z naszym pragnieniem szczęścia. Lecz kto nam zagwarantował, że pragnienie szczęścia się spełni? Chrześcijaństwo nie miało być polisą ubezpieczeniową na życie przyszłe, ale wyznaniem Najwyższego. I tylko jako takie ma w ogóle sens. Mówić obecnie o szatanie, to odzyskiwać dla nas dostęp do Boga. To ukazywać, gdzie tkwi źródło zła. To pokazywać, że stajemy wobec przeciwnika: nie tylko wobec własnych słabości, ale kogoś, kto na nas czyha. Mówić o aktywności szatana nie jest jednak tym samym, co potępiać współczesność. Potępienie współczesności bynajmniej nie jest bowiem sposobem radzenia sobie ze Złym Duchem. Potępiać to innymi słowy oddawać świat, w którym żyjemy, na pastwę szatana. Zdejmujemy wówczas z siebie obowiązek walki. Mało tego: zapominamy o podstawowym rysie chrześcijaństwa: o optymizmie. W końcu teraźniejszość, podobnie jak każda epoka, podpada pod rządy Opatrzności. Tym, co zatem dzisiaj potrzebne, nie jest potępienie, ale umiejętność zachowania dystansu. Wiedza o Kusicielu jest poznaniem własnego ograniczenia. Tam, gdzie to możliwe, trzeba dostrzegać jego działanie i na ile to w naszych rękach, przeciwstawiać mu się. Czy jednak powstrzymamy w ten sposób Złego? Ponieważ nasze pojęcia moralne są niewyraźne i jedyne, co nas może czekać, to jeszcze większe ich zamieszanie, i ponieważ świat, w którym mógł był przejawiać się Bóg chyli się ku upadkowi, nie pozostaje nic innego jak wiara w prawdziwość słów, że bramy piekielne nie przemogą opoki. Nie jest to wiele. Ale też nie ma nic więcej, co można by przeciwstawić działalności Diabła. Po prostu, jak od wieków, wiarę, która przecież nie jest gwarancją.

Paweł Lisicki
Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda”, nr 1.