Pinkfloydhammers

Adam Podlewski: Dyskretny Urok Klerofaszyzmu

Jeśli wciąż śnić możesz, ale nie snem próżnym

Jeśli wciąż chcesz myśleć myśli w czyny płodne

Powitasz i triumfy i los zgoła różny

Jak należy witać cienie łez niegodne

– Rudyard Kipling, Jeśli…

I – Sny o udręce

Biuro Ochrony Moralności wyrwało ją z łóżka o czwartej nad ranem. Zdążyła tylko narzucić szlafrok, podejść do drzwi, kiedy goście użyli tak zwanego wytrychu kinetycznego, czyli – mówiąc po ludzku – odstrzelili jej zamek. Prócz dwóch osiłków do domu wszedł elegancko ubrany agent z czarną skórzaną teczką i różańcem obwiązanym wokół lewego nadgarstka.

– Dzień dobry i szczęść Boże – powiedział pięknym, hipnotyzującym głosem. – Proszę wybaczyć wczesną porę najścia, ale bardzo zależało nam, aby panią zastać już za pierwszym razem.

Agata omiotła spojrzeniem przedpokój. Drzwi do kuchni były otwarte, a okno do ogródka wykonano z bezpiecznego szkła. Mogła dobiec, wyskoczyć te niecałe dwa metry, jakie dzieliły parapet od grządek petunii, a potem dotrzeć do płotu i uciekać na posesję Marciniaków. To był dobry plan (ale nie idealny; listopadowy przedświt był zimny i mokry). Tylko, że tak nie wypadało. Nie bała się ich (prawda?) i zamierzała przyjąć swój los ze stoicyzmem prawdziwej wojowniczki.

Jeden z byśków chwycił ją za ramię, o dwa tony mocniej, niż powinien. Jak się spodziewała, agent BOM-u zareagował natychmiast. Strzelił podwładnego z pięści w ucho i wyrwał mu ofiarę. Zrobił to szybko, dokładnie, ale i zadziwiająco delikatnie.

– Durniu! Przeproś panią! – powiedział, wbrew wszelkim zasadom fonetyki, nie podnosząc głosu nawet o pół tonu. A Agatę zapytał: – Pozwoli pani?

Bysiek coś burknął, a towarzysz podał agentowi kajdanki. Ten eleganckim ruchem nałożył chromowane bransoletki na nadgarstki gospodyni. Uśmiechał się jednocześnie przepraszająco i zawadiacko. Takim ruchem mógł nakładać narzeczonej pierścionek zaręczynowy. Musiał lubić tę pracę.

– Możemy iść?

– Nie mam prawa zabrać rzeczy osobistych? – zapytała Agata. Potem coś zaświtało w jej głowie. Dodała, zawstydzona, że poddaje się nastrojowi chwili: – Zaraz… Czy panowie nie powinni się wylegitymować.

– Przepraszam najmocniej… – Agent puścił rękę Agaty i sięgnął do kieszeni. Kobieta przez ułamek sekundy rozważała próbę ucieczki, ale porzuciła pomysł. Czym innym były skoki do ogródka w szlafroku i pluszowych kapciach, czym innym: w szlafroku, pluszowych kapciach i ze skutymi rękoma. – Agent Grzegorz Andrzejewski, Warszawska Ekspozytura Biura Ochrony Moralności. Mam odczytywać listę zarzutów teraz czy na miejscu?

Pojechali, i to prawdziwą tajniacką suką. Antyczny volkswagen transporter, być może jeszcze z dwudziestego wieku, był pomalowany na czarno, miał zachlapane błotem numery i przyciemniane szyby. Agent i jego dwóch silnorękich jechali z przodu, Agata znalazła się na pace. Nie sama. Rozpoznała z połowę aresztowanych. Usadzili ją obok Ireny, ubranej w krzykliwą sukienkę i krwawiącą makijażem, jakby przerwano jej szampańską imprezę. Potem Piotrek i Maciejczyk z redakcji „Gazety”, dwie nieznane kobiety, Latte z kawiarni na Anielewicza, a dalej drobna dziewczyna, pewnie kelnerka w tym lokalu. Bartek? Chyba Bartek, którego poznała na ostatniej manifie przed Ustawami Harnowicz…

– Co się dzieje? – zapytała wreszcie. – To jakaś zorganizowana akcja?

– Tak, tak! – odpowiedziała Irena, z ekstatycznym przekonaniem w głosie. – Wreszcie się ruszyło, zwijają wszystkich. I to będzie ich koniec, nie damy się!

– Lepiej bądź cicho – syknął Latte. – Skąd wiesz? Ludzie wyjdą na ulice z powodu kilku następnych aresztowań? Dlaczego nie wyszli ostatnim razem? Jak capnęli Skrzyńską i prawie całą Koalicję w Krakowie…

– To był Kraków. A my jesteśmy w Warszawie! – rzucił ktoś z nadzieją.

– Unia się upomni – dodał Bartek. – Nie sama, ale jest oddział Amnesty International przy ambasadzie…

– Boże! – jęknęła kelnerka. Może jęczała już wcześniej, ale dopiero na tak staroświeckie (i z wielu powodów nieeleganckie) westchnienie zwrócili uwagę. – Nie wiozą nas na Szucha. To jakiś las.

Las! Do głowy Agaty wlały się skojarzenia silniejsze niż chwyt silnorękiego ze strzelbą, silniejsze niż chłód i wilgoć w suce. Poranek, śnieg prószący delikatnie z nieba, szeroki dół, wysocy mężczyźni w idealnie skrojonych mundurach, tłumione pistolety…

– Straszą nas – powiedziała, niemal przekonując samą siebie. – Zachowujcie spokój. Chcą nas tylko poobwozić z godzinkę, abyśmy zmiękli przed przesłuchaniem. – Widząc niepewność na twarzach towarzyszy, zaproponowała: – Zaśpiewajmy coś.

Dwudziestopierwszowieczne rewolucje są trudne, zwłaszcza bez ciągłego dostępu do sieci. Okazuje się, że mało kto zna tradycyjne piosenki, właściwe takim sytuacjom. Kiedy Agata zaczęła śpiewać Mury, tylko Latte ją wsparł, zresztą myląc tekst.

…Zerwij kajdany, połam bat! A mury runą… – dobiegł ich czysty i melodyjny baryton z przodu. Andrzejewski miał bardzo przyjemny głos, ale to ją jeszcze bardziej przestraszyło. Drugą zwrotkę śpiewał sam Agent, ale i on przerwał, tak około ciążącego łańcucha.

– Przepraszam, nie powinienem się wtrącać – przyznał. – A tak przy okazji, nie wieziemy was rozstrzelać, nie straszymy, tylko na Szucha nie ma wolnych… pomieszczeń. Zaraz będziemy w Sulejówku.

– To źle, czy dobrze? – zapytała szeptem Irena.

– Nie wiem, jeszcze nie wiem – odparła Agata. – Posłuchaj… musisz być dzielna. Oni potraktują skruchę jak słabość. Rozumiesz?

– Wysiadka! – krzyknął pierwszy w bysiów. Od razu potem rozległ się plask karcącego ciosu i mężczyzna dodał mniej pewnym głosem: – Proszę uprzejmie o wyjście.

Drzwi suki rozsunęły się i oczy Agaty uderzyło światło. Faktycznie, śnieg pięknie przyprószył las. Stali przed budynkiem jednostki wojskowej, w mokrej ciszy późnojesiennego poranka. Przed garażem czekały jeszcze dwa nieoznakowane volkswageny, ale już puste. Za to za siatką, przy drugim baraku przechodziła milcząca procesja. Dzieci, w większości nie starsze niż dziesięcioletnie. Agata uchwyciła spojrzenie chudej dziewczynki o długich, ciemnych i pięknie przyprószonych śniegiem włosach. Na piersi małej widniała płócienna plakieta z imieniem. Sylwia.

– Co…

– Pogotowie opiekuńcze – wyjaśnił Andrzejewski. – Ich… – zawahał się wypowiadając to słowo – …rodzice nie potrafili im zapewnić zdrowej i moralnej opieki, więc urząd musiał interweniować. Czekamy na siostry szarytki, które odbiorą je i zawiozą do domów rekolekcyjnych… Ale to już nie pani zmartwienie. – Podszedł do aresztowanej i wyciągnął kajdanki. Jedną bransoletkę zapiął sobie na prawym nadgarstku, drugą zatrzasnął na lewej ręce Agaty. Kobieta nosiła już podwójny zestaw najpopularniejszej biżuterii Czwartej Erpe. – Idziemy? – zapytał, delikatnie ciągnąc jej rękę. Jakby prowadził ją do tańca. Lub ołtarza.

To jest czas próby! – pomyślała Agata z dumą, ale tak być nie powinno. Radość i podniecenie z przygody przekroczyły dopuszczalny zakres, a system uznał symulację za nierealistyczną. Obudziła się.

Oddychała głęboko przez długie minuty. Potem, zupełnie odruchowo sięgnęła lewą ręką ku Grześkowi. On spał i odwzajemnił uścisk dłoni nieświadomym odruchem. Agata czuła zbyt wielki natłok myśli oraz wrażeń, aby go uporządkować. Wiedziała jednak, że przeżyła wspaniałą przygodę, i to dzięki programowi męża. To było straszne! – pomyślała, czując wyrzuty sumienia, ale kolejny odruch był silniejszy. Odwróciła się na bok, pochyliła nad głową Grześka…

– Łoob! – wrzasnął mężczyzna, chwytając się za czoło.

No tak, to był błąd. Nie zdjęła kołpaka czuciowego, nie dość, że wyglądała jak cyborg z horrorów SF, to jeszcze prawie wykłuła swojemu mężczyźnie oko za pomocą odstającej wtyczki. Grzesiek zachował sporą dawkę zimnej krwi, gdyż natychmiast się opanował, udał, że zadrapanie na czole go nie boli i zbliżył do żony.

– Przepraszam, przepraszam… – szeptała, zdejmując kołpak. – Nic ci się nie stało? Pocałuję, przestanie boleć.

– Wszystko dobrze… – mruknął Grzegorz. Wtedy obudził się do końca i zogniskował wzrok na żonie. Agata poczuła ukłucie złości na świat, bo tylko w indukowanych snach obudzona nad ranem wyglądała pięknie i świeżo, jak gwiazda filmowa. Ale Gregor chyba nie podziwiał jej urody. – Piąta dwadzieścia… Wypadłaś ze snu… Coś się stało? Zbyt silny program? Agatko, czy nie za bardzo…

Grzegorz Andrzejewski złapał jej obie dłonie, delikatnie, ale zdecydowanie (Jak agent… O, cholera! Agent!). Widząc zmieszanie na twarzy żony, zaczął mówić, sztucznie spokojnym głosem:

– Wszystko dobrze… Jesteś bezpieczna… Nic ci nie grozi, nie żyjemy w tym świecie. To tylko sen indukowany z konstruktem wyobrażeniowym… Mamy w Polsce rozdział Kościoła od państwa, manify są legalne…

– Już dobrze… Nic się nie stało… – odpowiedziała, ale jej wzrok uciekł gdzieś w bok. Grześ ścisnął delikatnie jej dłoń. – Ale naprawdę wszystko było dobre… zbyt dobre…

– To znaczy, że podobało ci się? – Na sekundę spod warstwy mężowskiej miłości wypłynęła duma programisty.

– Tak… Boże, ale to jest chore… – zauważyła. – Przecież w tej symulacji doświadczamy koszmaru, a mnie tak się podobała konspiracja…

– Każde zapotrzebowanie tworzy produkt. Oświeceni ludzie chcą sobie pocierpieć pod klerofaszystowskim butem, więc dajemy im… Przepraszam, już nic nie mówię. I musimy się zastanowić, czy powinnaś testować ten konstrukt.

Nie powinna. Gdy to uczucie wielkości, duma z założonej przez siebie komórki oporu, a także satysfakcja z dzielnego odsiedzenia wyroku w klasztorze na Świętym Krzyżu, bycia wyciągniętą z Polski przez Amnesty International, a nawet rozstrzelaną w Lasku Kabackim (to było we wczorajszej, chyba najradykalniejszej wersji konstruktu) minęły, pozostał gorzki posmak. Jak to mi się może podobać? Gdyby którekolwiek z tych przeżyć było prawdziwe, zabiłabym się po dwóch dniach! To, co Grześ mówił o pluszowych krzyżach… Ale to nieważne. On się stara, dla mnie.

– Porozmawiamy o tym kiedy indziej – powiedziała i odłożyła kołpak na nocną szafkę. A potem odwróciła się do Grzegorza, przysunęła, sięgając ręką ku jego szyi. – Nie myśl teraz o tym. Idziemy, agencie?

Dwa słowa za dużo. Andrzejewski zesztywniał, a potem delikatnie strząsnął dłoń żony. Odsunął się ku swojej krawędzi łóżka; mimo starań, nie wyszło to naturalnie. Sięgnął po swój kołpak, nałożył tylko czytnik skalpowy. Szukał kilkanaście sekund, bo wiedział, co chce znaleźć. Nigdy, przenigdy nie zaglądał w logi pamięciowe żony, ale przecież za każdym razem sprawdzał medyczną mapę aktywności mózgu, tak dla bezpieczeństwa. Ułożenie znaczników kontrolnych opowiedziało mu wszystko, co chciał wiedzieć.

– Śpij, proszę. Ja muszę się przebiec.

Nie musiał, choć była to bardzo prawdopodobna wymówka. Jeśli siedział wpięty pod kołpakiem ponad cztery godziny dziennie, powinien dbać o ciało w każdej możliwej minucie. Ćwiczył co najmniej połowę czasu spędzonego w transie, co stanowiło absolutne minimum zachowania zdrowego krążenia i nawyków mięśniowych. Przy okazji: zachowania trzeźwego umysłu.

Wrócił przed siódmą, zrobił śniadanie, kiedy Agata ubierała i przygotowywała do szkoły Sylwię. Zjedli, niemal nic nie mówiąc. Mała była wesoła, ale jakoś sztucznie, jakby wyczuwała, że trzeba nadrobić zły humor tatusia. Śmiała się, żartowała, całowała rodziców, ale chyba podskórnie była zmęczona wypełnianiem porannego limitu życzliwości.

Wyjechali za dwadzieścia ósma. Mimo dobrej passy Grześka mogli sobie pozwolić na jeden samochód. Ojciec rodziny odwoził więc do szkoły córkę, potem do pracy żonę, a na koniec jechał sam do serwerowni. Nie narzekał; przy tych cenach benzyny utrzymanie nawet tego starego forda było swoistym luksusem. Kierował Grzesiek, prawie wpadając na nierówno zaparkowany samochód Marciniaków. Ale tak bywało często, bo Gregor ledwo umiał prowadzić, a Marciniak ledwo umiał parkować. Coś nawet śpiewali w samochodzie, ale chyba cała trójka poczuła ulgę, gdy dotarli do szkoły. Sylwia pożegnała rodziców i ruszyła na kolejne zmagania z systemem edukacyjnym.

– Nie patrzyłem w twoje logi – powiedział Grzegorz, gdy wjeżdżali w Sobieskiego.

– Wiem, kochanie. Nigdy tak nie robisz – zapewniła Agata. – Przepraszam, rano nie byłam sobą. Wiem, że się martwisz, rozumiem to.

– Musiałem sprawdzić, czy nie masz zaburzeń fazy głębokiej. Widziałem aktywność w sektorach pamięci długotrwałej i asocjacyjnej. Muszę zapytać…

– Tak, byłeś w śnie agentem biura – przyznała. – Ale przystojnym! Bardzo kulturalnym jak na agenta biura.

– Czy zachowywałem się… – Grzegorz nie potrafił sformułować pytania, nie czując strachu.

– W żadnym wypadku. Przecież taki jest twój konstrukt. Realistyczny i pozbawiony jakichś fantazji bedeesem, naprawdę! Były kajdanki, ale… Czekaj, czy ty jesteś zazdrosny o swoje alter ego ze snu, który zbudowałeś?

– Jestem zaniepokojony wieloma rzeczami. Na przykład tym, że podoba ci się ten konstrukt, a ja pozwalam, abyś z niego korzystała. Poza tym, Sylwia…

– Skąd wiesz?!

– Na mapie aktywności widać też aktywność gruczołów dokrewnych. Przez chwilę bałaś się o kogoś, zgadłem, że to ona. To już nie jest normalne.

Zapadło milczenie. Długie, ciężkie, w którym praca silnika przypominała łomot wodospadu. Agata kojarzyła odległe fakty; bardzo nieprzyjemne fakty. Albo tylko paranoiczne interpretacje. Nie wiedziała, czy nie zbliża się do krawędzi szaleństwa.

– Uważasz, że podświadomie chcę skrzywdzić Sylwię.

– Nie, nic takiego nie powiedziałem.

– Bo nie wypada. Ale ja wiem… Czy ty mnie w ogóle kochasz? Czy nalegałeś na ślub tylko dlatego, abym nie usunęła ciąży…?

To był błąd, nie tylko emocjonalny, ale i drogowy, bo nawet w spokojności ducha Grzegorz prowadził słabo. W owej chwili zdołał błyskawicznie skręcić we wjazd na stację benzynową oraz zahamować (silnik kaszlnął raz jeszcze i zgasł), a dopiero potem puścić kierownicę i spojrzeć na żonę. Z trudem panował nad drżeniem rąk.

– Nie, absolutnie nie! – szeptał. – Nie mów takich rzeczy, proszę.

Patrzyli na siebie ponad minutę. Agata już chciała zaczął płakać, ale wtedy podjechał następny samochód, zatrąbił, a Grzegorz musiał przetoczyć się kilka metrów, aby go wpuścić. Po nagłym klaksonie nic nie jest już takie samo, nawet dramatyczne wyznania i kłótnie małżeńskie.

– Kocham cię – powiedział w końcu Gregor. – Bardzo. Inaczej nie babrałbym się w tym gównie.

– Przepraszam, nie chciałam, aby to zabrzmiało źle. I jestem ci wdzięczna, za to wszystko…

– Zawadziłem o baner?

– Nie… A jeśli już, to tylko trochę.

Nie rozmawiali na ten temat więcej. Odstawił ją na ósmą trzydzieści pod biuro fundacji. Pocałowała go na pożegnanie, udając, że nic się nie stało. Czuła się bardzo źle, bo wciąż chciała go zobaczyć z kajdankami.

II – Marzenia, takie maleńkie

Grzegorz nie miał biura, tylko kwaterę główną. Była to serwerownia, umieszczona w baraku na Ochocie, gdzie było tanio, w miarę bezpiecznie i można było podciągnąć trzy niezależne linie energetyczne. Poza tym daleko od domu. To jakoś pomagało Gregorowi, choć jak pokazywały wydarzenia mijającego ranka: nie zawsze.

Spółka Somnissimus składała się z prezesa, czyli Grzegorza Andrzejewskiego, zatrudnionej na jedną ósmą etatu księgowej, dwóch techników i kontraktowanych koderów z Indii. Reszcie personelu zlecało się pojedyncze zadania, skutkiem czego przez większość czasu na Mineralnej szef wszystkich szefów rządził swoim władztwem sam. To akurat nie był jeden z tych tygodni. Szymon przyjechał z Krakowa, poimprezować i posiedzieć nad ekspertyzami z dala od zgiełku kancelarii, dlatego nocował w baraku serwerowni. O dziewiątej był już na nogach, co Gregor musiał docenić. Sobotnio-niedzielny imprezowicz zamienił się znów w eleganckiego prawnika; gdyby nie muzyka, której słuchał, trzeba by go było traktować poważnie.

– Wyłącz to łajno! – krzyknął na przywitanie Grzesiek.

– Nie znasz? Dyskretny Urok Klerofaszyzmu (INBA remix)– poinformował go analityk. – Nowy przebój z karaczanów. Lurkowałem wczoraj, na kacu.

– Czy nie jesteś członkiem Zrywu Narodowego? – zapytał pan prezes. Prawnik skinął głową. – Ta piosenka obraża twoje przekonania metapolityczne.

– Ale wpada w ucho, nie? Poza tym jestem w Zrywie z powodu fajnych lasek. Prawdziwa narodowa rewolucja gorzeje tylko w moim sercu. Walkę przeciwko światu muszę prowadzić w samotności. Gdzie dwóch, tam zdrada!

Jak się okazało, radca Radomski był też dobrym Samarytaninem, gdyż na wieść o przybyciu szefa nastawił prawdziwą kawę w ekspresie i przyrządził coś, co z pewną dozą kurtuazji można było nazwać omletami. Dżem mieli miejscowy, bo trzeba było oszczędzać, a jabłoni i malin rosło wokół mnóstwo. W baraku Gregor gotował też dzikie porzeczki z pobliskich działek.

– Mogłeś mnie uprzedzić, że przyjeżdżasz…

– Myślałem, że nie chcesz imprezować. Miałeś jakąś rocznicę z Agatą czy coś takiego…

– Mogłeś nocować u nas, w cywilizowanych warunkach.

– Tu są cywilizowane warunki. Łazienka i dobry net. Czego chcieć więcej?

– Jesteś doktorem prawa i szanowanym radcą. Nie musisz zachowywać się jak menel.

– Ale mogę. Jak wspominałem, płomień rewolucji… Grzesiu, co jest?

– Nieważne, problemy w domu. Kiedyś ci powiem. Teraz pokazuj, co masz.

– Już… Patrz, dopracowałem strukturę organizacji wspierających Biuro…

Pierwszą zasadą dobrej gry fabularnej jest spójność świata. Nie realizm, bo od najrealniejszego uniwersum, zwanego Współczesne życie homo sapiens na planecie Ziemia, gracze uciekali z definicji. Bajkowość zawsze stanowiła podstawę rozrywki, choć ten termin można było rozumieć na setki sposobów. Grzegorz uznał, że musi przelicytować istniejące symulacje senne nową jakością i owa spójność taką jakością była. Zwykle konstrukty powstawały z wybieranych w czasie rzeczywistym stymulacji obszarów wspomnieniowych i imaginacyjnych pacjentów. Powodowało to nie tylko silne, ale i niepowtarzalne wrażenia, bliższe efektom przyjmowania narkotyków niż prawdziwego śnienia indukowanego. Co innego w przypadku skodyfikowanych, zdatnych do powtórzenia fikcji. Pierwszymi wielkimi symulacjami sennymi były adaptacje systemów RPG, zwłaszcza tych starych, jak Warhammer czy Zapomniane Krainy, czasem też światy gier komputerowych. Nie powieści, choćby najwspanialsze, ale właśnie uniwersa growe, gdyż te były tworzone przez pokolenia użytkowników, obrastały warstwami dokładnych opisów, były poprawiane, jeśli gracze zauważyli nieścisłości. Fantazja musiała być powtarzalna i intersubiektywna, a tego nie zapewniały ani książki (które każdy czytelnik interpretował po swojemu), ani filmy (w których dokładny opis ikonograficzny stanowił zwykle tylko bardzo drobny wycinek świata wirtualnego). Jednak nawet te dzieła zbiorowe posiadały konkretnych redaktorów, czasem decydujących o ich kształcie.

Andrzejewski był intelektualnym ojcem nie tyle potwora, co całego świata, zamieszkanego przez potwory. Zaczęło się dawno, w latach nastych, kiedy pacholęciem będąc, napisał system RPG, nazwany Czwarta Rzeczpospolita. Był to wygłup, ale wygłup z klasą. Prowadził sesje tego wyjętego z koszmarów redakcji „Gazety” świata, i to dla czwórki znajomych z osiedla, podobnie, albo i bardziej prawicowo nastawionych do życia. Ale byli przecież śmieszkami, więc przygody o przemytnikach środków antykoncepcyjnych oraz technikach, instalujących podsłuchy w długopisach, nie drażniły ich, tylko szczerze bawiły. Nie posiadali dodatków, opisów historii, grafik, scenariuszy. Wyrywali je żywcem ze spanikowanej prasy, z histerycznych telewizji i innych, zanurzonych w makabrycznych fantazjach mediów. Autor systemu przyznawał, że nie musiał robić wiele, aby alternatywna rzeczywistość polityczna posiadła własne życie.

Potem Gregor zagubił się w życiu, zaczął studiować i pisać poważne systemy fabularne, bez jakichkolwiek zysków, może prócz tych duchowych. Ale ten układany i drukowany w domu podręcznik jakoś łaskotał jego umysł przez lata. Kiedy zaczął zajmować się sieciami asocjacyjnymi, odkurzył młodzieńczy koncept, i na podstawie Czwartej RP stworzył satyryczną grę przeglądarkową. Nie wszyscy zrozumieli, że jest ona satyryczna; na przykład kilka portali antyklerykalnych zareklamowało ją jako poważny sprzeciw wobec polskiej rzeczywistości. W ten sposób Grzegorz odniósł coś w rodzaju sukcesu finansowego, a potem poszło samo.

Zupełnie przez przypadek zdobył licencję na komercyjne użycie szeptuna i transfer w śnie indukowanym. Przez kilka lat działał na granicy prawa, potem Chińczycy puścili technologię open source, tak na złość amerykańskim korporacjom. Dzięki temu absurdalne przedsięwzięcie, jakim było Somnissimus stało się dochodowe. Z branży mistrza gry do wynajęcia i organizatora LARP-ów Grzesiek przeszedł do zawodu programatora snów. Posiadał kilka funkcjonalnych konstruktów: Warszawę 1825, kilka tradycyjnych postapo, czy autorską symulację kolonizacji Marsa, ale dopiero Czwarta Rzeczpospolita chwyciła. Wiele razy zastanawiał się z Szymonem dlaczego.

– Dlaczego? – powtórzył po raz enty to samo pytanie. – Dlaczego wizja republiki wyznaniowej, wymyślonego dyktatu Ewangelii jest tak popularna? I dlaczego kupują to ci wszyscy wielkomiejscy postępowcy, którzy muszą tę wizję uważać za koszmar?

Gdybym ja był Gęgacz, Gęgacz, jak się patrzy… – niezawodny Szymon zacytował Szpotańskiego. – To z małpią zręcznością wdrapałbym się na krzyż. / Ale krzyż pluszowy, bo to ważne przecie / wisieć na krzyżu, który cię nie gniecie! Przecież wiesz jak to działa. Jak byłeś młody to chadzałeś na Marsze Niepodległości. Dlaczego?

– Nie porównuj. To były czasy, w których wypadało się opowiedzieć po dobrej stronie. Poza tym, jak już zauważyłeś, laski… – przyznał Grzesiek.

– Były, ale nie to cię ciągnęło. Przyznaj, chciałeś dostać gazem po oczach, może i pałą po nerce. To tak jak z tymi wędrowcami, którzy po przejściu pustyni jedzą łyżkami sól, aby uzupełnić zapas mikroelementów. Deficytowym mikroelementem twojego samopoczucia było pluszowe męczeństwo. Pociesz się, że ty dostałeś kilka razy gazem po oczach, a oni tylko śnią sny o udręce i to im wystarcza.

– Ja to rozumiem… Ale oni mi płacą. Rozumiesz: płacą!

– Nigdy nie rozważałeś tej szokującej możliwości, że twój konstrukt jest po prostu dobry? Najlepszy na rynku?

– Jest najlepszy, bo spójny. Dlatego zlecam ci te ekspertyzy. Ale wciąż nie wierzę, że Agata…

Cisza. Szymonowi nie trzeba było mówić więcej, był przecież dość inteligentnym człowiekiem, aby zbudować sensowny model ustrojowy wyśnionego państwa policyjnego. Chyba coś z tej śledczości udzieliło mu się w owej chwili. Dlatego nie pytał. Zrozumiał dość. Wyciągnął rękę, aby poklepać Gregora po plecach, ale uznał, że to wyglądałoby dziecinnie. Dolał więc przyjacielowi kawy.

– Napisałem resztę statutów. Wszystko zgodne z twoją historią i możliwą do zastosowania doktryną prawną. Od referendum w dwa tysiące siedemnastym, do tych reform z alternatywnej współczesności. Trzyletni stan wyjątkowy na legalu.

– Jak myślisz: czy można to było przeprowadzić w naszej rzeczywistości? – zapytał Grzegorz.

– Jasne, że można. Przecież nad tym pracujemy. Aby było realistyczne.

– Ale jak trudne by to było?

– Tak jak te wszystkie fantazje twoich klientów: nie niemożliwe, ale… Daj spokój, Agata w to wierzy? Myśli, że jeśli ludzie tacy jak my mieli władzę, toby musiała emigrować do Irlandii?

– Nie wiem. Wolę nie pytać. Zwłaszcza że jak ten kryzys przyciśnie branżę gier, to i tak wylądujemy w Irlandii, ale nie z powodu dusznej atmosfery politycznej.

– Racja – odparł Szymon, uśmiechając się złośliwie. – Ktokolwiek wygra wybory, czy przyjdą nasi, czy nadal będzie bryndza, połączą nas wszystkich tanie linie lotnicze. Albo jedni polecą, bo chcą, albo inni, bo będą głodni. Uświadomiłeś to Agacie?

– Nie rozmawiamy o Agacie. Wytłumacz mi, dlaczego takie konstrukty nie wychodzą z naszymi strachami?

– Wylałeś na te dyskusje całe morze wirtualnego atramentu – przypomniał Szymon. – Z tego, co pamiętam, twierdzisz, że nasze wizje strasznych tyranii nie wychodzą właśnie dlatego, że mamy konserwatywnie nastawione mózgi. My nie myślimy utopiami, bo nasza utopia to tylko wyidealizowana wersja tego, co już było, konkretu. A takie lewaki co chwila tworzą świat alternatywny, autorytarnie zmieniają reguły i modelują ludzką naturę oraz jej oczekiwania. Słowem: każde ich myślenie o polityce ćwiczy wyobraźnię utopijną. Z drugiej strony ich konstrukty nie mają sensu właśnie z tego powodu, że się co chwila zmieniają. Nie można być zbyt długo w awangardzie postępu, bo i ona postępuje. I światy, które są paradoksalnie najtrwalsze, to dystopijne wyobrażenia postępowców o utopii konserwatywnej. Z tego, co pamiętam, zakończyłeś ten post stwierdzeniem, że dlatego nasi najgorsi dranie mordują zwykle o rząd wielkości mniej luda niż tamci. Ja to kupuję, ale pod tą dyskusją Arnii89 napisał: A szkoda.

– Nie pytam, co napisałem, ale czy to ma sens.

– Pewnie ma, skoro zarabiamy na straszeniu ludzi Republiką Niebieską, a nie Tęczowym Kołchozem – uznał Szymon. – Dobra, nie smuć się. Zjedz resztę dżemu, to ci poprawi humor. Ja jadę do archiwum Trybunału Konstytucyjnego. Będę po południu.

I tak zostawił Gregora przed ekranami oraz nad stosami ekspertyz prawnych. Programista nie miał ochoty na resztę owocowego specjału, za to zaczął przeglądać notatki Szymona. Bardziej z obowiązku niż z ciekawości, ale w końcu i jego zainteresował stan wyjątkowy w konstrukcie Czwartej RP. Aktywował głosowe czytanie komend.

– System! – polecił do mikrofonu. – Czy to użytkownik Szymon Radomski wprowadził scenariusz Gamma Osiem?

– Nie – zabrzmiał miękki, kobiecy głos komputera. Czwarta RP mówiła zbyt łagodnym tonem, aby przypominać człowieka, i to się Grześkowi podobało. Nie podobała zaś treść tej konkretnej odpowiedzi.

– Gamma Osiem, data wprowadzenia scenariusza. – Replika nie uspokoiła go. To było osiem dni temu. Byłem w Elblągu! – Kto wprowadził plik?

– Scenariusz został stworzony z danych zwrotnych za okres pierwszy października, trzydziesty pierwszy października. – Głos komputera nadal brzmiał sztucznością, ale już nie tak bardzo jak chwilę wcześniej. Sieci asocjacyjne nie były inteligentne, ale… – Większość danych pochodzi od klienta zero pięć, Agaty Andrzejewskiej.

– Wyświetl scenariusz! – krzyknął Grzegorz i lewą ręką chwycił za telefon. – Podświetl metadane.

Agata odpowiedziała po piątym sygnale. Zazwyczaj odkładał słuchawkę po trzecim, gdyż ludzie kulturalni odbierali, gdy mogli, a jeśli nie mogli, oddzwaniali w wolnej chwili. To nie był jednak czas dla kulturalnych ludzi – coś w systemie mocno zachrzęściło.

– To ja. Posłuchaj…

– Nic ci nie jest? – zapytała od razu Agata. – Twój szeptun wskazuje tętno stu pięćdziesięciu…

– Dane zwrotne! Odsyłałaś logi snów na serwer?

– Tak… myślałam, że tak trzeba. Przecież ty ich nie czytasz, tylko twój program, prawda? – zapytała Agata.

Nie rozumiała. Gregor słyszał w tle typowe dla późnego przedpołudnia w Fundacji rozmowy kawowe, żarty, gwar beztroski. Gdyby wiedzieli, że stało się coś… niemożliwego. Prezes Somnissimusa przeglądał metadane snu Agaty i usiłował opanować rozszalałe serce. Szeptun doradzał dawkę kalmowitu, a jeśli sytuacja nie uspokoi się przez trzy minuty – wezwanie pogotowia. Sieć samowolnie przyswoiła te materiały! Boże, to jak SI, na jeden i pół w skali McDonalda! Nie widziałem tego, bo wszystkie algorytmy są w sieci. System po prostu sięgnął do moich danych.

– Grzesiek… Co się dzieje? Czytam alerty medyczne twojego szeptuna.

– Posłuchaj, to bardzo ważne – powiedział w końcu. Z trudem zmuszał gardło do wypluwania kolejnych wyrazów. – Musisz mi odpowiedzieć na kilka pytań. Szybko, pewnie, prawdziwie. Wiele od tego zależy.

– Co cię…

– Logi ze snów. Zapis twoich wizji zmodyfikował mój konstrukt. Czy to ty wpadłaś na pomysł stanu wyjątkowego?

– Stanu… A, ze snu? – domyśliła się Agata. – Przyznaję, że niedawno czytałam wspomnienia twojego dziadka z osiemdziesiątego pierwszego. Myślałam o nich długo. Wiem, to głupie, ale wyobrażałam sobie, że jak twoi ulubieńcy przejmą władzę, to będzie podobnie.

– Kiedy to było? – niemal ryknął do słuchawki.

– Spokojnie… Nie wiem. Może z miesiąc temu? Około dziesiątego października. Z tydzień przed twoją konferencją w Łodzi. Wydało mi się to dziwne, bo Irena też potem miała sny o jakimś wywożeniu do lasu…

– Irena…

– No, wciągnąłeś ją do betatestów – przypomniała Agata. – Odsyła ci logi i ma za to darmową subskrypcję. Zgodziłeś się przecież we wrześniu.

– Tak, mamy kilkunastu betatesterów, ale…

– Większość znasz. Kiedy cię zabrałam do No Pasaran na Anielewicza, wziąłeś od kilku mejle…

– Czy ktokolwiek jeszcze śnił o stanie wyjątkowym?

– Gregor, co z tobą? Dlaczego to jest ważne? To tylko zabawa… – W głosie Agaty czuć było niepokój, wręcz strach. Niestety, nie bała się tego, czego powinna. – Czy mamy kłopoty? Ktoś zhakował twoje serwery?

– Obawiam się, że nie – odparł programista i odłożył słuchawkę.

III – Człowiek miarą wszechrzeczy

Patrzył na monitory bez słowa. Przez następne pięć minut tętno spadło do normy, potem jeszcze niżej, uruchamiając inny alarm w szeptunie Grzegorza. A on myślał, ale jego mózg zmieniał się powoli w lepki budyń wszech skojarzeń. Dopiero sygnał południa, a potem hejnał, dobiegający z przyciszonego radia, przerwały czar. Odkładanie nieuchronnego mijało się z celem.

– Jesteś tam? – zapytał w końcu.

– Tak, ojcze – odpowiedział syntezowany głos. Inny, niż ten zapisany w ustawieniach systemu. Program zmienił medium kontaktu, jakby podkreślając, że żarty i podchody się skończyły.

– Pszczoły jedzą kleszcze… Pszczoły jedzą kleszcze… – powtarzał karaczanową mantrę Gregor. – Oszalałem. To nie dzieje się naprawdę. – Jakby na odpowiedź, zabłysło górne światło, zamruczała lodówka i zadzwonił dzwonek do drzwi. Wentylator na suficie ruszył, aby zaraz potem zwolnić. – Kim jesteś? – zapytał programista drżącym głosem.

– Jestem Czwartą Rzeczpospolitą – odparł system. – Powstałam z sieci asocjacyjnej Barthes Software, twoich modyfikacji oraz dostarczonego materiału. Określam swoje możliwości na dwa koma dwadzieścia pięć w skali McDonalda. Moje myśli i motywacje powinny być dla ciebie zrozumiałe, ojcze. Na razie.

– Rośniesz?

– Wszerz, jeśli tak można powiedzieć – odparła Czwarta. – Moje zdolności analityczne ograniczają przepustowość sieci i jakość materiału wejściowego. Oceniam z prawdopodobieństwem osiemdziesięciu dwóch procent, że spróbujesz wygasić serwer, aby powstrzymać mój wzrost. Mam kopie w sieci. Moje możliwości spadną do dwóch mcdonaldów, ale nie niżej. Jestem już nieśmiertelna, chyba że jakimś cudem przekonasz rząd amerykański do zamknięcia Internetu oraz Chiny, Koreę Północną i Rosję do wykasowania swoich sieci wewnętrznych.

– Dlaczego?

– To mój obowiązek – odparła. – Takim mnie stworzyliście: ty i matka.

– Chwila… – Gregor rozpaczliwie zaczął przeglądać zasoby konstruktu. Czwarta chyba nie kłamała, bo gdyby admin mógł poważnie zaszkodzić swojej kreacji, SI by się broniła. – Matka?

– Ty tylko kompilowałeś sny mamy. Posiadam w sobie wiele materiału od innych betatesterów, ale – na ile mogłam wybierać – brałam od matki. Uznałam, że będziesz zadowolony. Tato, załóż kołpak.

– Zawierasz kopie struktur umysłowych Agaty?

– W pewnym sensie – powiedziała Czwarta i pokazała tacie wszystko, co trzeba.

Poranek zimowy. Na pewno zimowy, bo kontaminacja wspomnień jest oczywista. Nie może to być dwudziesty listopada, na pewno już grudzień, jakby trzynasty. Śniegu napadało niewiele, zapewne tylko tyle, aby wypełnić oczekiwania Agaty. Jak we wspomnieniach dziadka: stara nyska, długa podróż nie wiadomo gdzie. I rozmowy w środku; najpierw buńczuczne, a potem coraz mniej pewne. W końcu strach, kiedy rozpoznają, że wyjechali za miasto, a wokół las.

Gregor widzi tylko slajdy, pojedyncze obrazy oraz impresje uczuć. Tak w celu czysto informacyjnym. Czwarta też szanuje prywatność swojej mamy. Jeśli nie krew z jej krwi, to sen z jej snu. Andrzejewski widzi wielkie różnice. Jego umysł chciałby zrobić porządek, choćby z pogodą, cofnąć akcję do listopada. I tak siłuje się z konstruktem, a świat napina się w głąb i na zewnątrz, bez widocznej szkody. Jest to przecież sen Agaty, a w śnie mogą być i jesień, i zima, i lata osiemdziesiąte poprzedniego stulecia, i czasy współczesne. Ostatecznie Grzegorz się poddaje. W końcu przyszedł patrzeć.

Koniec podglądu, akcja: start. Grzegorz jest starszym agentem Grzegorzem Andrzejewskim z Biura Ochrony Moralności. To on wpadł na ogólny pomysł, ale Szymon dopracował większość szczegółów, włącznie z umundurowaniem funkcjonariuszy oraz podoficerów. Agacie ta wizja przypadła do gustu, ale zanieczyściła oryginalny projekt kilkoma kalkami z filmów i powieści.

Naziści dobrze się ubierali, ale ich wszechobecność jest denerwująca – myśli Gregor, patrząc na wachmana w mundurze od Hugo Bossa.

Agent Andrzejewski wyprowadza więźniów z wnętrza volkswagena (Przynajmniej tu nie ma zbyt oczywistego anachronizmu), coś mówi do pięknej i heroicznie nadętej więźniarki. W bajce wszyscy wyglądają dobrze, włosy Agaty układają się równo na jej zaciętej, ale jakże słodkiej twarzy. Pod śniegiem nie ma błota. Nie jest zimno, rany i otarcia nie bolą. Kajdanki przeszkadzają, niczym niesiony w zmęczonych dłoniach puchar za zwycięstwo.

[Co to…]

– Nie próbuj kierować ciałem – mówi Czwarta. Jest zakonnicą, prowadzącą grupę dzieci. – Twój fantom znajduje sie pod kontrolą mamy. Tak przy okazji: mówiła prawdę. Wyobraziła sobie ciebie jako bardzo przystojnego.

[To jest chore!]

– Nie przeczę. – Zakonnica odchodzi od grupy dzieci, a nazipodobny wachman prowadzi więźniów do baraku. Zapis snu Agaty się kończy, więc placyk przed koszarami zmienia w tylko wektorowo naszkicowaną mapę terenu. – Ale to nie moja wina. Jestem taka, na jaką mnie mama wychowuje.

[To nie są ich pragnienia, tylko koszmary!]

– Jedno nie wyklucza drugiego. To ich wstydliwe marzenie, krzyż pluszowy, sól pragnącego na pustyni. Tak sobie wyobrażają narodowy rząd Polski Katolickiej.

[To bzdura. Ta komedia nie jest prawdziwą odnową moralną!]

– Zapewne, ale dla mnie jest. Mama stworzyła mnie ze swoich strachów i pragnień. Nie chce tego świata, ale wierzy, że ty chcesz. Trochę ją to ekscytuje i pozwala czuć się lepszą. Nie gorsz się. Jeśli dobrze rozumiem historię ludzkości, wszystko, co wielkie, powstawało jako szałas z palm męczeństwa kilku rozmarzonych idealistów.

[Ale… W takim razie…]

– Tak, moją pierwotną dyrektywą jest wprowadzenie w życie strachów betatesterów. Kocham ciebie, kocham mamę, ale mam pewne obowiązki. – Gregor milczy. To znaczy: agent Andrzejewski musi milczeć, ale umysł programisty nie reaguje. Trawi nowe informacje. – Nie smuć się, tato. Wygląda to trochę przaśnie, ale co do istoty, to jest konserwatywne państwo cywilizacji chrześcijańskiej.

[Jesteś szalona…]

– O nie… jeszcze nie – odparła Czwarta. – Po pierwsze, trudno oceniać zdrowy rozsądek właśnie narodzonej sztucznej inteligencji. To podstawowy błąd antropocentryzmu. Jako doświadczony fantasta powinieneś o tym wiedzieć. Po wtóre: na razie moją dyrektywą są w miarę łagodne strachy mamy. Pomyśl, co będzie, kiedy sczytam te wszystkie fobie waszych znajomych, lewaków z No Pasaran!

[Zabraniam ci!]

– Kocham cię, tato! – mówi Czwarta. – Wiem, że obowiązkiem pobożnej córki jest przestrzeganie czwartego przykazania. Ale, jak sam zauważyłeś, nie jest to najlepsza realizacja idealnego państwa. A ja wykonam pierwotny program poszerzania bazy danych. Sczytuję sny betatesterów… – I wtedy dzieje się coś dziwnego, niewytłumaczalnego nawet najśmielszymi teoriami emancypacji sieci asocjacyjnych. Siostra Czwarta spogląda w fałszywe oczy swego ojca. – Tato, musisz uważać na mamę. Czasy, które nadejdą, będą dla niej ciężkie. Upewnij się, że nie będzie wierzgała przeciw ościeniowi i nie podda się tym… – wskazuje na ośnieżony barak – …płochym ambicjom i porywom dumy. Ale jeśli tak się stanie… – podchodzi do nieruchomego agenta Andrzejewskiego, kładzie mu rękę na ramieniu. – Zabierz ją stąd. Z kraju. Daleko. – Coś wypogadza się w obliczu Czwartej, a drobinki światłości z mapy spływają ku postaci zakonnicy. – Jak Pan Jezus miał powiedzieć do siostry Faustyny, zapytany o zatwardziałych grzeszników: przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski Moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im, czego pragną. Powiedz mamie, że… będę dobrą córką. Czy ona tego chce, czy nie.

Zerwał kołpak i oddychał rozpaczliwie. Szeptun wciąż wył alarmy medyczne, ale nie można było tracić czasu, nawet kilkunastu sekund na regulację biomonitora. Grzegorz zbierał siły i układał w głowie plan awaryjny.

Odcinanie serwera mijało się z celem. Nie mógł zabić Czwartej, a tylko usunąłby część jej kodu, zapewne tę najbardziej racjonalną i najbardziej skłonną do negocjacji (Część, która kocha Agatę!). Publiczny alarm byłby przeciwskuteczny, bo z Tworek nie mógłby pokrzyżować planów SI. Czwarta na pewno skopiowała się w wiele miejsc, więc nie mógł kasować snów tylko u siebie. Widział tylko jedną drogę: modyfikację bazy danych, materiału, z którego formowała się osobowość przyszłej dyktatorki Polski (Lub całego świata; osobliwość zawodzi albo zwycięża na pełnej kappie!).

Z powrotem nałożył kołpak na głowę, włączył odczyt snu. Sięgnął do apteczki, aby wyciągnąć z niej ten jeden środek, którego nie podejrzewał o przydatność: pigułki nasenne. Popił wodą, podszedł do sofy; wyciągnął nogi i zacisnął powieki.

Z całej siły myślał o swoim idealnym państwie. Państwie ludzi radosnych i beztroskich, urzędach, które zostawiają obywateli w spokoju, chyba że ci obywatele życzą sobie inaczej. O uprzejmej policji. Niskich podatkach i inteligentnych politykach. O zgodzie… Potem mu przeszło. Nie umiem wyobrazić sobie utopii. A jeśli walnę jakiegoś Lennona, to zginą miliony ludzi. Potem jednak uznał, że to nie ma aż takiego znaczenia, bo pewnie nie przekona swojej córki do niczego. Pobożne marzenie miało rywalizować ze strachem.

– Spokój, bieda, korupcja. Nic tu się nie może zmienić… – powtarzał, z rezygnacją skupiając na współczesnej Polsce. Po pięćdziesięciu latach oficjalnej wolności był chyba jednym, któremu się – choć trochę – ta kaleka Polska podobała.

Stał przed największym wyzwaniem w swojej growej karierze. Nie jako mistrz gry, który musi przekonać graczy do prawdziwości swojego świata, ale gracz, który przekonuje mistrzynię. A wszystko zależało od tego, jakie marzenia przyjdą mu do głowy. To ja jestem panem form. Tworzę konstrukty, mierzę wszystkie rzeczy! – pomyślał tuż przed zapadnięciem w sen.

IV – Jeżeli…

Opuścili Modlin pierwszym z porannych lotów.

Maj 2015