sklepy

Arkady Saulski: 10 sklepów monopolowych które zmieniły moje życie – opowieść apokaliptyczna

Trochę kłamię w tytule, bo nie pamiętam czy naprawdę było ich dziesięć, czy pięć, czy trzy.

Najważniejszy, teraz jak na to patrzę, wydaje mi się ten pierwszy. Wydaje mi się też… nie – jestem tego pewien, że w każdym momencie tej opowieści mogłem powstrzymać zagładę ludzkości, mogłem wpłynąć na przebieg wydarzeń, mogłem uczynić cokolwiek by ocalić świat od śmierci.

Nic nie czyniłem.

Ten pierwszy sklep miał najlepszą nazwę jaką nosić może sklep monopolowy. „Imprezka”, taką nosił nazwę, wielki szyld nad wejściem, obleczony tandetnym neonem zwiastował płynne szczęście w butelkach i puszkach. Wchodziło się w przestrzeń rozświetloną, jasną światłem jaśniejszym niż to dzienne i tam do wybory, do koloru, dosłownie – wszystkie barwy i rodzaje szczęścia płynnego. Ja nie byłem typem oryginała i nabyłem sobie dwie puszki piwa, 5% zawartości alkoholu, spakowałem do plecaka i udałem się na własną „imprezkę”, gdzie wcale nie planowałem pić więcej.

Z tej imprezy pamiętam tylko przejście przez próg. Potem obudziłem się w zupełnie innej części miasta i był już wczesny ranek.

Wygramoliłem się z łóżka, na które ktoś niedbale mnie rzucił, opuściłem zabytkową kamienicę z początku XX wieku i szedłem ulicą, kac jeszcze nie zdążył mnie dogonić, zdać sobie sprawy, że żyję, że się obudziłem i że trzeba mnie ścigać, przyszpilić do podłoża trójzębem, widłami bólu, suchości i rzygania, szedłem.

Po jednej stronie miałem inne kamienice, po drugiej budowle nowocześniejsze, bardzo późny Gierek, wczesny Jaruzelski, taka moderno-moderna, pełna przeszklonych powierzchni, wysokich, pionowych okien i dziwnych korytarzy zawijających się to w górę to w dół, odbijających od siebie spiralą.

Patrzyłem jednak nie na późnego Gierka, tylko na te kamienice i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, iż jedna z nich wygląda inaczej. Ludzie, którzy tędy przechodzili także, zapewne, musieli to widzieć, ale może nie zwracali uwagi, może uznali, że z tylu kamienic ze starymi oknami i ścianami porytymi dziobami po uderzeniach kul jeszcze z czasów wojny, ktoś akurat zdecydował się na tej renowację.

A to nie była renowacja, tylko kamienica jakby zamarła zamieniona w kamień. Podszedłem, dotknąłem ciepła ścian i czułem, że w środku jest inny świat, jakby ktoś budynek z ciałem i duszą porwał do innego wymiaru, a tu pozostała tylko ciepła, wypalona, idealna skorupa.

Paradoksalnie, potem nie odwiedzałem już sklepu „Imprezka”, były inne sklepy – sklepy osiedlowe, sieciówki, czy jakieś piwniczne speluny, gdzie kupowało się ognistą wodę i bilet na autobus, trzy pięćdziesiąt poproszę.

Potem wszedłem w kolejny etap życia, a wszedłem weń oczywiście w sposób stylowy i niepowtarzalny.

Pamiętam, że jeszcze wtedy piliśmy w prywatnych mieszkaniach. Imiona ludzi, którzy byli ze mną zapewne nic Wam nie powiedzą, ale mnie mówiły wtedy wszystko, zresztą – gardziłem tymi ludźmi uznając za ostatnich matołów, takich co to pod płaszczem zamożności i cieniutką warstewką gotówki okrywającej portfele skrywają pustkę jak przeniesiona w zagładę kamienica, którą pamiętałem i nie mogłem wyrzucić z siebie. Ale piłem z nimi, piłem za ich pieniądze i zupełnie mi nie przeszkadzała pogarda, bo przełykałem ją razem z drinkami i parzącą, przeźroczystą cieczą.

Po tamtym spotkaniu postanowiłem wracać do domu pociągiem, Szybka Kolej Miejska, która nie była ani szybka, ani za bardzo nie była koleją, a miasta objeżdżała trzy i to niepełne. W każdym razie wsiadłem do kolei i kołysało nią, koła żelazne stukały o żelazo szyn, co jakiś czas drzwi się otwierały i zamykały, wreszcie wszystkich wyrzucił konduktor informując, że koniec trasy.

Wyszedłem na zimno i wiedziałem, że do mojego przystanku jest jeszcze trochę, a na rozkładzie kolejna Szybka Kolej Miejska miała zjawić się dopiero za trzydzieści minut.

Wkurwiłem się. Trzydzieści minut, tak sobie myślałem, to ja z buta szybciej tam dojdę. I zeskoczyłem z peronu, i idąc obok torów – poszedłem.

Po dwudziestu minutach nie pokonałem nawet połowy drogi do kolejnego przystanku. Cała wóda wywietrzała już ze mnie na zimnym wietrze. Szedłem zły teraz na siebie podwójnie za to chodzenie, za to, że nie chciało mi się w zimnie czekać, to muszę teraz w zimnie iść.

Minąłem jeden oświetlony peron. Szedłem dalej, tory skręcały to ja poboczem skręcałem wraz z nimi i szedłem dalej przed siebie, nad moją głową wisiały linie wysokiego napięcia.

Wreszcie została daleko za mną ostatnia lampa i szedłem w ciemnościach, tylko czasami rozkopując butem kamienie ciężkie z nasypu i nagle zdałem sobie sprawę, że poza to lekko wijącą się drogą, tym nasypem, poboczem, torami, kościstymi ramionami słupów unoszących linie wysokiego napięcia – zdałem sobie sprawę, że po bokach nic nie ma, że rozlewa się tam tylko lepka masa ciemności. Tam powinny być działki, dalej droga, dalej bloki mieszkalne, dalej bagna, dalej kolejne tory i kolejne domki a nie ma nic. Tylko lepka masa ciemności, która przemieliła drewno i asfalt i ludzi i trawę i bagna, przemieliła i zamieniła w siebie.

Byłem tym tak przerażony, że pobiegłem, i za sobą nagle coś usłyszałem. Obejrzałem się, a tam torem mknęło światło ku mnie. Kolej!

Światło rozgoniło mrok i wtedy dopiero ujrzałem, iż dla mnie nie niosło żadnego pocieszenia, bo pociąg pędził i płonął cały, a ja patrzyłem, gdy pocisk ognisty mijał mnie, zaś w środku ludzkie czarne szkielety, jeszcze żywe, jeszcze wściekle cierpiące tym ostatnim spalanym paroksyzmem życia pędzą w składzie i krzyczą do mnie.

I gdybym wtedy ostrzegł wszystkich co się dzieje, być może wszystko byłoby w porządku.

Ale dobrze, bo już zapewne ciekawi Was czy są inni bohaterowie tej historii. Otóż są.

Na początku jest Magda, którą poznałem banalnie, bo śląc sobie jakieś tam krótkie spojrzenia podczas wykładów tych bardziej nudnych, a której próbowałem bezskutecznie zaimponować wiedzą, podczas gdy powinienem jej imponować tym, że podchodzę i ją zapraszam gdzieś, gdziekolwiek. W każdym razie Magda z czasem przeobleka się w białą suknię a ja w garnitur piękny i bierzemy ślub, a potem Magda daje mi Zosię i Mateusza i jesteśmy szczęśliwi a ja zapominam o znakach, które daje mi świat i o których powinienem przecież ostrzegać wszystkich.

Jesteśmy szczęśliwi, bo rzadko zdarza się by mężczyzna trafił na tę kobietę w której się zakochuje na całe życie i tę z którą się żeni – zwykle są to dwie, różne kobiety. Ja miałem to szczęście, że była ona tą samą jedną i mogłem zapomnieć o pociągu płonącym i masie ciemności i skorupie kamienicy.

Tylko, że one nie zapominają o mnie.

A to się stało gdy Mateusz miał wypadek. Jego potłuczone uderzeniem samochodu ciałko leżało w szpitalu, a ten kto mu to uczynił oczywiście był już gdzieś daleko. Magda zostawała z nim w szpitalu do późna a ja siedziałem w domu i pilnowałem Zosi.

I to się stało gdy Zosia już spała, bo jej malutki umysł nie za bardzo pojmował co dzieje się z bratem. Chyba świat chroni nas w ten sposób od zła, by nie wdzierało się do naszych umysłów od najmłodszych lat, byśmy jednak stawiali mu czoło przygotowani. W każdym razie – Zosia spała a ja wściekły na siebie chodzę od balkonu do drzwi, od drzwi do kuchni, od kuchni do pokoju i wreszcie schodzę do całodobowego i wracam z brzęczącą siatką, bo wiem, że inaczej nie zasnę.

Nie jestem nienormalny, piję piwo, nie wódkę, w końcu mam dziecko pod opieką, piję i piję, i w którymś momencie zasypiam, a potem w kolejnym budzi mnie głos Zosi. Tylko, że to głos charkliwy i budzę się, widzę jej twarz a jest to twarz inna, martwa, ze skórą odchodzącą suchymi płatami od czaszki a jedno z jej oczu już dawno wypłynęło z oblicza. Zamiast wysłuchać jej, krzyczę wściekle i uciekam, a na drugi dzień dzwoni Magda i mówi, że najgorsze już za nami i z Mateuszem wszystko w porządku.

Puste skorupy kolejnych budowli wypełniają miasto i nikt tego nie zauważa. Moje dzieci dorastają powoli, moja żona wciąż jest tak jak była. Miasto tylko zmienia się wokół nas i ludzie znikają, pochłaniani nocami przez masę ciemności.

Pewnej nocy budzę się przerażony. Tej nocy także kac jeszcze nie dotarł do mojej głowy po meczu Polska-Argentyna 0:3. Pamiętam, że po powrocie z baru walnąłem się półprzytomny obok mojej żony, której nawet nie widziałem – czy była wtedy w łóżku już czy jej nie było.

Budzę się, docieram do łazienki, zapalam światło, przemywam twarz, sikam i wtedy poczułem, że już coś ze mną nie tak, bo po wciągnięciu na powrót spodni zasikałem się jak niemowlak. Doprowadzam się do porządku, zataczając wracam do pokoju, do łóżka, do mojej żony i widzę, że jej nie ma w łóżku. Że jest tam tylko jej resztka a jej ciało już pochłania wilgotna plama ciemności, zamienia w siebie. Rzucam się jeszcze wyjąc, starając się z tej plamy wydobyć chociaż resztki mojej żony, ale jej ciało już jest stopione, lepkie i ciemne, jej twarz traci kształt. Jej oczy, jej usta, ogień jej włosów, to wszystko zlepia się w masę ciemności i zanika, zanika, zanika.

A ja biegnę do dzieci i krzyczę jak wariat ostatni, bo Zosi nie ma, jest plama ciemności i Mateusza też już nie ma, jest plama ciemności. Rzucam się na plamę, pragnę by i mnie nie było, ale ciemność tylko rozchodzi się między moimi palcami, między moim ciałem i tak trwam do rana, szlochając gdzieś w kącie, zalany, zakacowany i zaszczany.

Na drugi dzień idę prosto do speluny zadymionej „U Rycha”, która była kiedyś młynem, potem restauracją bardzo drogą a teraz jest po prostu speluną i tam poznaję nowych przyjaciół, których ciemność mi nie pochłonie i z nimi już zostaję.

Dopiero w którymś momencie po kilku latach takiego tułania się zdaję sobie sprawę, że ciemność wylewa się z okien budowli, że coraz więcej pustych skorup budynków wypełnia się ciemnością i albo pali ogniem innych, albo ich zamienia w ciemność, zlewa ze sobą i tańczą wszyscy w tej masie, w tej ciemności i czekają na mnie, ale ja nie nadejdę, bo ja jako jedyny wiem o ciemności.

Nadszedł ten dzień, gdy trawił mnie ból, promieniujący od stopy, w górę, po nodze, do reszty ciała. Leżałem w ubraniu wczorajszym a w mojej brodzie były resztki jedzenia i cuchnęła ona przetrawionym chmielem. Suchość w ustach była jednym wrogiem, senność drugim a ból trzecim, jednak to on na razie zwyciężał w tym ponurym starciu. Obracałem się na cuchnącym łóżku w jedną stronę, w drugą, a ból raz ustępował lekko, odchodząc w tło a zaraz wracał by uderzyć całą mocą aż do pasa.

Odkryłem się w końcu i zdałem sprawę, iż moja noga jest żółta i sina, cuchnąca i po prostu zacząłem gnić od środka.

Wywlekam się z łóżka, wywlekam się z domu, schodzę na dół, krzycząc niemal z bólu, bo to bój przecinający moje ciało szponem zgnilizny i wytaczam się z klatki schodowej na ulicę.

I jest za późno. Jest za późno, bo widzę, że nie ma światła, nie ma jasność, lecz wszystko jest pokryte ciemnością – jej lepkie palce zasłaniają słońce, ludzie widząc to krzyczą i uciekają. Teraz dopiero widzę czemu służyły skorupy budowli, gdy wybuchają żarem i ogniem, który gdy spali wszystko wokół, zamienia się sam w ciemność i dołącza do wielkiej masy. Gruz wali się na wszystkie strony, budowle tknięte ciemnością marnieją i gniją jak moja noga, ja sam marnieję i gniję, choć wiem, że ciemność mnie akurat nie pragnie.

Jej lepkie palce mkną falą po niebie i jej lepkie palce mkną falą po ziemi.

Tak bardzo chciałbym by i mnie pochłonęła, gdy widzę panikę i wrzaski, i krzyki ludzkie, i ciała przez ciemność topione, lecz wiem, ja sam wiem, że ciemność mnie jednego pozostawi tutaj.

Roztapia ludzi jak lawa i wchłania do siebie. Kulę się przy ścianie, noga pali już całe ciało, ciemność płynie strugą po ziemi pełnej pyłu i gruzu i po ścianach pełnych zadrapań. A mnie omija, mnie jednego.

Zapadam wreszcie ostatecznie sam w siebie. Ból ustaje bardzo powoli, ale jednak ustaje, a ja zapadam się, choć nie w ciemność, bo ta omija mnie. Zabiera ze sobą, roztapia w sobie cały świat. I budowle i ludzi i zwierzęta, i trawę, i światło, i Magdę, i Mateusza, i Zosię. Wszystko mi zabrała i roztopiła w sobie. I jestem tylko ja, ale już też gasnę, poza ciemnością.

Ludzie zebrali się wokół ciała leżącego pod ścianą.

To był mężczyzna, brudny i zarośnięty, jego ciało okrywał porwany, brązowy płaszcz. Cuchnął moczem a smród, porywany przez podmuchy wiatru, rozchodził się w różne strony krzywiąc oblicza.

Przyjechała wezwana przez kogoś karetka, ratownicy pochylili się nad cuchnącym, skulonym pod ścianą ciałem i stwierdzili zgon. Ludzie do tej pory człowieka otaczający odskoczyli jak oparzeni, uciekli. Jeszcze butelka wytoczyła się z dłoni mężczyzny gdy unosili go na nosze.

Wokół trwał dzień i życie, a miasto zapomniało o nim szybko.

(19 października 2014)

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 73.