2016_mural_w_nowej_rudzie

Bezstresowa polityka historyczna

Termin „polityka historyczna” dla polskiej prawicy jest tym, czym dla lewicy jest „gender”. Terminem-wytrychem, którym przerzuca się przy każdej nadarzającej się okazji. Rządy PiSu (po czasach zastoju PO) zdeklarowały się, że będą prowadziły odpowiedzialną politykę historyczną. Niestety jak na razie skupiono się na „szarpaniu deklinacją” żołnierzy wyklętych i Powstania Warszawskiego, zaś inne inicjatywy dopiero się nieśmiało rysują. W materii tej panuje chaos, a najnowsze tendencje raczej wskazują na to, że wybierane są najprostsze rozwiązania.

Czym jest a czym nie jest polityka historyczna?

Problem powstaje już na samym wstępie, kiedy próbuje się zrozumieć, czym jest PH. Szczególnie wśród badaczy, zajmujących się naukowo historią istnieje przeświadczenie, że jest ona wrogiem historii rozumianej jako nauka. Mówią „polityka historyczna” jest kreacją, podczas gdy należy dochodzić do prawdy. Polityka historyczna, staje się wrogiem rzetelnie pojmowanej historii. Obawiają się, że jest ona zagrożeniem dla nich.

Problem polega na tym, że nie da się uciec od polityki historycznej. Ma ona charakter absolutny i nawet w przypadku, w którym deklaruje się, że jej się nie uprawia, w rzeczywistości tworzy się ją. Polityka historyczna w dużej mierze jest po prostu interpretacją wyników badań dokonanych przez historyków. Bo czym w swojej istocie jest Polityka historyczna?

W najbardziej ogólnej definicji, powinno się ją określić jako „administracyjne zarządzanie badaniami historyków”. Polityka historyczna w swojej istocie jest po prostu dystrybucją pewnego rodzaju dóbr (jakimi są wyniki badań historyków) przez organy państwa (albo innej wspólnoty). Tak rozumianą politykę historyczną (zakładającą między innymi decyzje jakie projekty finansować), prowadzi każdy rząd. Historycy, którzy są przekonani, że nie mają styczności z PH i tak są od niej zależni, decyzja o przyjęciu finansowania grantu na badanie średniowiecznej ceramiki też będzie jej częścią. Wolny od PH będzie co najwyżej niezależny badacz, z własnym majątkiem, zajmujący się własną dziedziną badań.

Taka definicja jest zbyt szeroka, toteż bardzo rzadko mówi się o PH mając na myśli, tylko administracyjne działania. Z zasady dodaje się jeszcze informację o celu PH, jakim jest kreacja sposobu w jaki społeczeństwo pojmuje przeszłość. Wydaje mi się, że najczęściej używa się definicji przedstawionej przez Dariusza Gawina, głoszącej, że jest ona „Posługiwaniem się przez demokratyczne (ale nie tylko) społeczeństwa własnymi interpretacjami wydarzeń z przeszłości do osiągania m.in. bieżących celów politycznych.” Taka wykładania pasuje zarówno do działań rządów poszczególnych krajów jak i wspólnot – osobną politykę historyczną prowadzi przecież Unia Europejska (wystarczy przywołać Clausa Leggewie i jego Seven circus of European memmory). Należy podkreślić, że linia propagowana przez Leggeewiego wpisuje się w „pedagogika wstydu” – doświadczenie Europejczyka to wojny, wypędzenia, holokaust oraz grzechy kolonializmu

Polityka historyczna jest zatem interpretacją historii dla pewnych konkretnych celów. Dla wielu trudno rozdzielić ją w takim razie od zwykłej propagandy i nie ma w tym nic dziwnego. Polityka historyczna jest jednym z wymiarów propagandy i trzeba się z tym pogodzić. Ani Polska, ani Francja, ani Niemcy, Rosja, Ameryka, Ukraina czy Botswana, Kongo, czy Tajlandia nie obejdą się bez tej formy propagandy, jaką jest polityka historyczna. Nie da się nie intepretować historii. Można co najwyżej decydować o stopniu przywiązania do bazy, jaką są wyniki badań historyków. Na przykład jeżeli udowodnili, że dane wydarzenie X nie miało miejsca, to nie próbuje się przekonać społeczeństwa, że tak naprawdę miało miejsce.

Istota polityki historycznej

Tym samym dochodzimy do sedna problemu, czyli próby określenia, co dokładnie chcemy osiągnąć interpretując historię. Zwolennicy aktualnej PH, chcą wywołać w Polakach poczucie dumy z przeszłości, przedstawić wzorce postaw heroicznych. Jeżeli chodzi o cel zewnętrzny, czyli o przedstawienie polskiej historii na arenie międzynarodowej, zdaje się, że celem ma być przedstawienie Polski jako istotnego członka Europy, z pewnymi inklinacjami do bycia jej przedmurzem. Problem w tym, że dotychczasowy sposób, w jaki jest prowadzona nie zapewnia skutecznej polityki historycznej.

Polska prawica ma wyraźny problem z prowadzeniem polityki historycznej, z jednej strony bardzo chcę ją realizować, z drugiej robi to coraz chaotyczniej i niestety coraz bardziej niechlujnie, przez co wprowadza więcej szkód niż pożytku. Zaczyna bazować na coraz prostszych punktach odniesienia.

Redukcja

Bez większej przesady można powiedzieć, że aktualna polityka historyczna jest zdominowana przez dwa czynniki – militaryzm i wiek XX. Wzorzec Polaka-żołnierza jest konsekwentnie przedstawiany jako jedyny. Żołnierze wyklęci i Powstanie Warszawskie (oraz niekiedy husaria) są jedynymi wzorcami do naśladowania. W oficjalnej linii zabrakło miejsca dla naukowców, odkrywców i świętych. Ba, nawet bohaterom-cywilom poświecą się znacznie mniej miejsca niż żołnierzom. Brakuje odpowiedniego wyważenia Przykładem mogą być chociażby oddawanie czci sprawiedliwym wśród narodów świata. Są otoczeni czcią, ale wszystkie akcje im poświęcone bledną w zestawieniu z żołnierzami wyklętymi i powstaniem warszawskim. Zupełnie zaniedbane jest uhonorowanie polskich naukowców i odkrywców.

Militaryzm jest wyborem powszechnym, bo jest prosty. Rekonstrukcja bitew, żołnierskich krotochwilnych zmagań na polu bitwy jest atrakcyjna. Wybuchy, strzelaniny i mundury mamią oko, uwodzą i wzbudzają entuzjazm. Rekonstrukcja odkryć lwowskich matematyków nie porwałaby nawet najbardziej zagorzałych fanów kina Bergmana. Dawni żołnierze są trochę jak historyczne gadżety, którymi można się pochwalić, podziwiać, i za których można się przebierać. A, co pokazuje moda na rekonstrukcje, Polak lubi paradować w orderach dziadka. Stąd też cała masa chętnych do naśladowania przodków i ich dokonań, zamiast skupienia się na dniu dzisiejszym i nauce jaką daje historia. Przypisywać sobie dawną chwałę i męstwo.

Z wyjątkiem husarii, reprezentującej w kadłubkowej formie Rzeczpospolitą Obojga Narodów, polska polityka historyczna skupia się tylko na wieku XX, co gorsza na jego tragicznych wydarzeniach. Tak jak by historia przed w ogóle nie istniała, doświadczenie zostało zredukowane. Nawet w PRL odwoływano się nie tylko do doświadczenia II wojny światowej, ale i do rezurekcji kościuszkowskiej (dziś zupełnie nieobecnej), czasów Chrobrego a nawet i do husarii (polecam film z parady na tysiąclecie państwa polskiego). Taka redukcja odbija się cieniem na interpretacjach XX wiecznych, bo przeciętny Polak nie rozumie, dlaczego Powstanie Warszawskie wybuchło (że było ono konsekwencją tradycji XIX wiecznej). Doświadczenie wyizolowane jest proste i mentalnie lekkostrawne.

Skupienie się w polityce historycznej na tak wąskich tematach tylko szkodzi polskiemu społeczeństwu. Z przebogatej i wartościowej historii, która mogłaby stać się przykładem dla innych krajów europejskich, wybiera się świecidełka, które ładnie wyglądają, ale niczego nie uczą. Mogą być dodatkiem, ale nie punktem centralnym PH. Większość zwycięstw, którymi Polska się szczyci, nie obchodzi nikogo na zachodzie. Bo co Francuza obchodzi walka żołnierzy wyklętych? Stawianie tylko na militarne doświadczenia nigdy nie będzie miało wymiaru uniwersalnego, zawsze będzie ekskluzywne. Nie próbuje się nawet wskazać, że doświadczenie walki z okupantem, tworzenie zbrojnego oporu, było nie tylko polską specyfiką, że istniało we Francji, na Słowacji czy w Jugosławii. W dzisiejszym kształcie, polityka historyczna „robi dobrze” tylko Polakom, którzy muszą przy pomocy historii leczyć kompleksy, nie stara się w żaden sposób stworzyć jednej narracji z innymi narodami. Głosy części ludzi prawicy (jak na przykład Andrzeja Nowaka), aby rozszerzyć zakres PH i na poważnie zająć się spuścizną Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pozostają jak się zdaje bez echa.

Odpowiedzialna polityka historyczna nie wyklucza dumy z osiągnięć militarnych, ale nie przedstawia ich jako jedyną wartościową rzecz. Tym bardziej, jeżeli eksponuje się przegrane. I Powstanie Warszawskie i Żołnierze Wyklęci są symbolem klęski.

Upupienie

Problemy, z którym wyraźnie nie potrafi sobie poradzić aktualna władza jest infantylizacja patriotyzmu. Z cnoty robi się modę i odpowiednie organa zamiast to powstrzymywać, podsycają. Nie mam nic przeciwko koszulkom, które w odpowiedni sposób pokazują dumę z polskiej historii – jest to niezwykle wartościowe. Problemem jest całkowity brak systemu regulacji. Zbiór przepisów w jaki sposób upamiętniać pamięć o przeszłości jest przecież również elementem polityki historycznej. Symbole ważne, wiążące się wielokrotnie z tragediami ludzkimi są traktowane jak dowolny znaczek (bielizna z Polską Walczącą, patriotyczna pościel, albo energetyk z Żołnierzami Wyklętymi – do wyboru, do koloru). Brak stosownych przepisów, sprzeciwu i kategorycznego potępienia sprawia, że symbole patriotyczne stały się następcami HWDP i JP 100%. Tym bardziej boli, kiedy podobne działania podejmują instytucje mające dbać o edukację (IPN wpadł na pomysł opasek biało-czerwonych do noszenia dla każdego). Niemało w takim mieszaniu mody z patriotyzmem postmodernizmu, z którym właśnie konserwatyzm stara się walczyć. Niektórzy zdają się myśleć, że polityka historyczna to jedynie inicjowanie pewnych działań, a nie branie odpowiedzialności za nie.

Szczęśliwie niektóre instytucje starają się dać odpór takiemu chamskiemu upupianiu historii i nawet rozpoczynają akcje mające na celu dbanie o szacunek do stosownych symboli. Niestety cały czas brakuje jednego zdecydowanego głosu z samej góry.

Bóg zwany historią

Wśród polskiej prawicy, en masse przeważa pogląd, że historia polski musi być czczona. Nie traktuje się jej jako nauczycielki, albo przedmiotu polemik, ale jako obiekt kultu. Przodkowie Polacy byli wielcy, wspaniali, dobrzy i basta. Mówienie inaczej jest przejawem „pedagogiki wstydu” (kolejny bardzo popularny termin). Problem w tym, że jeżeli nie będziemy dążyć do świadomego pojmowania historii, nasza polityka historyczna będzie zwykłą wydmuszką. Weźmy na ten przykład Jedwabne. Dążenie do wyjaśnienia, co naprawdę się tam stało i jaka była rola Polaków leży w interesie polskiego społeczeństwa. Zamiast udawać, że nie byliśmy oprawcami, powinniśmy to przerobić, przeanalizować i zastanowić się jaka nauka płynie z tego dla nas, współczesnych. Co powinniśmy zrobić, aby nigdy nie dopuścić do takich wydarzeń.

Mądre instytucjonalne (i rzetelne) podejście do czarnych kart historii wytrąci argumenty z rąk przeciwników. Łatwiej jest atakować naród, który ucieka od swoich grzechów, niż naród, który jest ich świadomy i je przepracował. Dzisiejsza polityka historyczna przypomina trochę bezstresowe wychowanie dzieci. Kreuje się polską historię jako jednoznacznie bohaterską i pod tym względem pozytywną. Historią nie będącą wyrzutem sumienia i, jeżeli się głębiej zastanowić, również historię nie będącą realnym wzorcem (a co za tym idzie bezpieczną).

Ślepe uliczki

Na tym tle bardzo mizernie wypadają dwa centralne punkty, do których odwołuje się polska polityka historyczna. Z założenia polityka historyczna ma przedstawiać pozytywne wartości. Niestety dwa centralne punkty odniesienia wydają się być czymś przeciwnym. Śpieszę wyjaśnić, że nie występuję tutaj ani przeciwko powstańcom warszawskim, ani przeciwko podziemiu powojennemu. Ludzie ci wielokrotnie wbrew własnej woli stawali w niezwykle trudnych sytuacjach, wymagających zachowań bohaterskich, za co należy im się część i szacunek. Wypowiadam się jednak stanowczo przeciwko stawiania ich jako wzór do naśladowania – doświadczenie ich w większości wypadków jest zupełnie nieprzekładalne i nieprzystające do współczesności.

Problem ten w większym stopniu dotyczy Żołnierzy Wyklętych niż Powstania Warszawskiego. 63 dniowa hekatomba, głównie za sprawą cenzury sowieckiej, stała się symbolem walki o Polskę. Niestety jako taka jest częstym przykładem hołdowania sprawom przegranym, a co za tym idzie, tragicznym.

Chyba najgorsze pod tym względem jest odwoływanie się do Żołnierzy Wyklętych. Złośliwi zwracają uwagę wręcz na pewną prawidłowość – PRL czcił Armię Ludową, III RP Armię Krajową a IV RP Żołnierzy Wyklętych. Ich doświadczenia, są ściśle związane z ciężkimi latami wojny i powojennymi i nie da się przełożyć na dostatnie lata początku XXI wieku.

Ponadto są symbolem negatywnym w stosunku do lat PRLu.. Ponieważ przez lata o nich nie mówiono, wybrano ich ostatecznie jako symbol antykomunistycznej polityki historycznej. Problem polega na tym, że poza pierwiastkiem antykomunistycznym ich doświadczenie nie może nas niczego nauczyć, można zaś znaleźć w polskiej historii przykład walki z komunizmem znacznie lepiej nadający się na punkt odniesienia.

Nie bardzo rozumiem, czemu w kreacji Polityki Historycznej Żołnierze Wyklęci są bardziej eksponowani niż żołnierze wojny polsko-bolszewickiej. Szczególnie, że biorąc pod uwagę ich doświadczenie, to właśnie weterani tej wojny powinni być bohaterami polski XX wieku. Wystarczy nawet pobieżne zestawienie, w obydwu wypadkach mamy do czynienia z walką przeciwko komunizmowi. Po pierwsze wojnę rok dwudziestego Polska wygrała. Mamy na szali zatem zwycięstwo i to zwycięstwo spektakularne (przynajmniej pod względem propagandowym). Zwycięstwo nad Wisłą powstrzymało pochód komunizmu na zachód. Uratowaliśmy i Polskę, i Niemcy, i Francję. Było to pierwsze od czasu bitwy Wiedeńskiej tak znaczące zwycięstwo (i za razem ostatnie). Żołnierze wyklęci nikogo nie powstrzymali, zginęli heroiczną śmiercią, nawet o zgrozo nie można ich porównać do spartan w wąwozie Termopile – oni przecież znacząco opóźnili pochód Persów. Wyklęci pokazali jak umierać mamy ale nie jak zwyciężać mamy. Prezentowanie jak bohatersko ginąć pod gruzami albo w lasach nie jest budujące, chyba że Polska do końca świata chce pięknie umierać jako „powstańcy profesjonaliści”. Z podobnie niezrozumiałych powodów uwielbiamy podziwiać Powstańców Warszawskich a mało kto pamięta o Powstaniu Wielkopolskim, jednym z nielicznych wygranych zrywów.

Istotną różnicą są również okoliczności w jakich bohaterowie stali się bohaterami. W przypadku podziemia powojennego w większości wypadków nie mieli wyboru. Wiedzieli, że wydano na nich wyrok śmierci. Społeczeństwo polskie w roku 1920 (szczególnie wiejskie) mogła się łudzić, że idzie lepsze a mimo to wybrało Polskę, zdając sobie sprawę z możliwość kary jaka ich spotkała. Mam więc na szali zmuszonych do heroicznej śmierci i bohaterstwo z wyboru. Jeżeli ma wybierać, to chłop małopolski chwytający za broń w roku 1920 jest dla mnie większym bohaterem niż większość wyklętych. Pod tym względem nieco inaczej wygląda sprawa w przypadku młodych ludzi, którzy brali udział w Powstaniu. Mogli się uratować ale wybrali walkę, nie mogli często wiedzieć, że ich dowódcy zdawali sobie sprawę, że wydają na nich de facto wyrok śmierci. O ile tych młodych ludzi naprawdę powinno się stawać za wzór, o tyle ich dowódcy są raczej właśnie negatywnym wzorcem.

Po trzecie, wracając do porównania żołnierzy wyklętych z żołnierzami roku 1920, ci drudzy pokazali co robić kiedy wojna się skończyła i trzeba tworzyć nową rzeczywistość, budować państwo Polskie, pracować dla niego. Wystarczy wymienić trzech filozofów Kazimierza Ajdukiewicza, Stanisława Leśniewskiego i Józefa Marię Bocheńskiego, którzy wpierw służyli w wojsku i w różny sposób walczyli z komunistami aby potem zająć się pracą na rzecz II Rzeczpospolitej. Ktoś mógłby powiedzieć, że oczywiście, żołnierze wyklęci nie mogli pracować, bo nie dane im było. Ale skoro mamy przykład ludzi którzy walczyli z komunizmem i potem skupili się na innej działalności, to po co wybierać za wzór tych których doświadczenie nam nie pomoże? Ponadto, co jest równie istotne, doświadczenie wojny roku 1920 było powszechniejsze niż doświadczenie żołnierzy wyklętych, który stanowili stosunkowo skromną grupę. W roku 1920 całe polskie społeczeństwo stanęło do broni, w 1945 mało kto i to często bez wyboru. Historię części z wyklętych pokazuje, że gdyby nie terror stalinowski, nie wróciliby do lasów.

Wybór wyklętych na de facto centralny punkt odniesienia polityki historycznej jest przejawem lenistwa i zachowawczości. Są wygodni, ponieważ można przy ich pomocy toczyć dzisiejsze spory między prawicą a lewicą. Stanowią bezpieczny symbol, bo ich bardzo trudno naśladować. Jak przeciętny Polak ma powtarzać lekcje wyklętych na co dzień, założyć ziemiankę w lesie Kabackim i siedzieć tam w bluzie „śmierć wrogom ojczyzny”? Żołnierze roku 1920 pokazują jak postępować w czasie wojny (bronić ojczyzny) i w czasie pokoju (budować ją). Śledząc ich doświadczenia możemy dostosować je do dnia dzisiejszego. Niestety to wykracza poza szumne hasła militarystyczne i karze odejść od romantyzmu ku pozytywizmowi, to trudnej codziennej pracy, szacunku dla państwa, w którym się żyje, odpowiedzialności społecznej i świadomości dla kultury. Kierunek polityki historycznej powinien być znacznie bardziej przemyślany i nie opierać się na bezstresowych wyborach. Wzorce i autorytety powinny być tak wybrane, aby faktycznie móc się stać się przykładem dla ludzi, który zmusza ich do działania każdego dnia, a zrezygnować z odrealnionych przykładów, które trudno uznać za przydatne w życiu.

Paweł Rzewuski

Tekst pochodzi z 80 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.

Źródło zdjęcia: Wikimedia Commons