bieszczadzkie aniolyok

Mateusz K. Dziób: Bieszczadzkie anioły

Pewnego razu przyszło mi pić z człowiekiem, który z zimną krwią zamordował swoją sąsiadkę. Miał on posturę trzydrzwiowej szafy.

Jakiś czas temu przez naszą wieś przejeżdżał Pan Jezus na osiołku. I ten osiołek ugrzązł mu w błocie, tam koło Raczka, koło tego potoczku, co zawsze są mokradła. Poszedł więc Pan Jezus na budowę, bo widział, że tam chłopów (i to dość jurnych chłopów) pełno i poprosił ich o to aby pomogli mu tego osiołka z błota wyciągnąć. Chłopy – jak to chłopy z budowy – powiedzieli, że nie mają dla Pana Jezusa czasu i żeby w ogóle im zjeżdżał sprzed oczu. Więc Pan Jezus przyszedł do nas, tu pod sklep. Spytał czy mu nie pomożemy. Cośmy pili tośmy tu zostawili! I razem z Panem Jezusem żeśmy poszli mu tego osiołka z błota wyciągnąć. Wszyscy żeśmy poszli. Jak już wyciągnęliśmy tego osiołka Pan Jezus rzucił na budowniczych klątwę, a nam pobłogosławił:
– Za to żeście mi nie pomogli czasu nigdy nie będziecie mieć na nic! Zawsze będziecie go mieć za mało! A widzicie tych tutaj, którzy mi osiołka wyciągnęli? Im na alkohol pieniędzy nigdy nie zabraknie!

Dużo prawdy jest w tym micie, opowiedzianym mi w Bieszczadach – krainie płynącej tanim winem i ukraińską wódą z mety. Niemal każde wakacje spędzałem w jednej z tamtejszych popegeerowskich wsi. Na własne oczy widziałem, jak chłopi, zajechani po wykańczającej dniówce w lesie, na tartaku, budowie, czy po prostu zmęczeni pracami w polu, szli pod sklep i tam wydawali większość (jeżeli nie wszystko) z tego co udało im się zarobić. A zarabiali tyle, że nawet Salomon by z tego nie wyżył. Oni jednak przeżywali. Lata mijały, wioskowi żule umierali, a sklep stał dalej tam gdzie stał wcześniej. I codziennie był oblegany przez stałą liczbę osób. Pod sklepem nie liczyło się czyś młody, czy stary (można by napisać jeszcze: czyś biedny, czy bogaty, ale byłoby to kłamstwo, bo bogatych ludzi tam nie było i nie ma). Sklep i związane ze staniem pod nim spożywanie alkoholu jednoczyło wszystkich. Któż zliczy ilość opowieści, które tam wysłuchałem? Któż ogarnie ich znaczenie? Sacrum mieszało się w nich z profanum, a grzesznicy pojawiali się tak samo jak święci. Żule uczyli mnie życia, czasami przy tym gorsząc, ale z pewnością robili to w dobrej wierze. Ci właśnie żule mieli nawet swój hymn. Był to cover Jarmarków Maryli Rodowicz, w którym śpiewali o tym, że najbardziej im żal /tych stówek przepitych /kolegów pobitych /noclegów w rowie /guzów na głowie /żoneczki kochanej /podwójnie widzianej /pijackiej dumy…

Toteż słuchałem o mieszkających w okolicach Cisnej Dinxiarzach. Dinxiarze swą nazwę wzięli od dinxu, czyli denaturatu, którego to spożywali w hurtowych ilościach. Nie było by w tym nic zaskakującego, gdyby nie czynili tego… będąc przywiązanym do drzew w lesie. Twierdzili bowiem, że cokolwiek by się nie stało, to na stojąco i tak nie można umrzeć.

Słuchałem również opowieści o budowie Libii przez Kaddafiego. Jeden z wioskowych żuli zaczął mi opowiadać o tym właśnie epizodzie z jego życia, krótko po tym, jak zadeklamował mi kilkanaście urywków z Pana Tadeusza. Siedzieliśmy u niego w domu i popijaliśmy spleśniałym kompotem ukraińską wódkę kupioną na mecie za 5 złotych, a on snuł narrację o tym, jak to upadał przez straszliwym Dyktatorem na twarz i dlatego nigdy w życiu go dokładnie nie widział.

Zdarzały się również prawdziwe love stories. Pewnego razu przyszło mi pić z człowiekiem, który z zimną krwią zamordował swoją sąsiadkę. Miał on posturę trzydrzwiowej szafy a w swoich dłoniach – zakazaną przez prawo – wazelinę, którą uważa się za przedłużenie dłoni. Kiedy już pękły dwie siaty Komandosów i zostaliśmy sami zaczął mi opowiadać o swojej wielkiej i pięknej miłości. Płakaliśmy jak bobry, zwłaszcza, ze sam niedawno dostałem kosza od mojej gimnazjalnej miłości. Przytulaliśmy się do siebie niczym bracia. Światła już zgasły (bo w bieszczadzkich wioskach lampy świecą wyłącznie od 21. do 23.) a my siedzieliśmy pod świetlicą, piliśmy tanie wina i tak sobie najnormalniej w świecie płakaliśmy. Tak właśnie spędzało się wakacje bez Internetu.

Pomagałem również w pracach polowych. Nie obce mi są żniwa, sianokosy oraz wykopki. Zawsze przed wyruszeniem do pracy trzeba było jednak zatankować. A tankować trzeba było podwójnie – ciągnik i gardła co po niektórych mężczyzn. Pamiętam jak zajeżdżaliśmy do sklepu, a moi kompani kupowali sobie po ćwiartce wódki, wypijali ją na miejscu i oddawali sklepowej pustą butelkę. Później robota aż paliła im się w dłoniach! A jak sobie słodko potem drzemali na furze siana…

Trzeba jednak wspomnieć, że nie zawsze było tak, że upojenie alkoholowe oznaczało sielankę. W niektórych chałupach dochodziło do ostrych awantur, a nawet zniszczeń w obrębie gospodarstwa domowego. Bójki pomiędzy pijącymi były też na porządku dziennym. Ale kto tam się wtedy o to troszczył skoro można było choć na chwilę oderwać się w czasie picia od szarej rzeczywistości? Wszyscy byli oswojeni już z tym dzikim żywiołem. Zdarzały się też nieco śmieszne sytuacje, w których odwoziło się pijanego do nieprzytomności delikwenta do domu… na taczce.

W co drugim domu we wsi był przynajmniej jeden alkoholik. Zazwyczaj stary kawaler, ale nie było to regułą. Człek dobry, acz samotny. Ot tak, szukał po prostu swej życiowej towarzyszki w wódce. Ale pili nie tylko tacy. Zdarzali się też ojcowie, a nawet dziadkowie. Niestety z roku na rok wszystkich (i młodych i starych) jest coraz mniej. Odchodzą. I to nie z nałogu (chociaż zdarzały się uroczyste podpisy u księdza, po których ŻADEN z alkoholików alkoholu nawet nie tknął). Ale do domu Ojca odchodzą, jak to się teraz mówi. Byli wśród nich moi wujkowie i koledzy. Dobre chłopaki, prawie że anioły. Szkoda tylko, że trochę upadłe. Ale przynajmniej wiedzieli na czym stoją. Może dlatego nie chcieli i nie mogli odbić się od dna?

Ku pamięci moich przyjaciół:
Bronisława W.
i
Łukasza „Antoniego” P.

Mateusz K. Dziób