Błoto Renu

Błoto Renu

Weszli do budynku, a ich oczy uderzyła ciemność, rozjaśniana tylko odległym blaskiem pochodni. Długa na dobre trzydzieści i szeroka na dwadzieścia metrów hala kryła kadzie, betoniarki i inne mieszarki, dla których detektyw nie potrafił przywołać odpowiednich nazw, nie tylko po niemiecku czy angielsku, ale nawet po polsku. Środek pomieszczenia pozostał jednak wolny, i to nie dla hecy. W jego centrum stał głaz, przystrojony niczym pogański ołtarz. Zygmunt przyjął hipotezę roboczą. To był pogański ołtarz, a przypuszczenie popierała obecność kilku młodych ludzi płci obojga śpiewających przeklęte inkantacje. Detektyw rozpoznał Horst Wiesel Lied, choć z trudem. Muzyka była w porządku, głosy kultystów także, ale już aparycja sabatników niekoniecznie. Dwóch ogolonych na łyso młodzieńców przebrało się w repliki esesmańskich mundurów, tuż obok nich stała dziewczyna w szacie stylizowanej na indyjską, a jeszcze dalej – para odzianych w skóry barbarzyńców teutońskich.

Inne teksty z miesięcznika Lux 3/4 Okultystyczne Totalitaryzmy

Reprezentowany był również okres wojen napoleońskich, choć Zygmunta mocno zastanawiało, dlaczego w mundur grenadiera – ozdobionego, ku ogólnemu chaosowi, czapką „napoleonką” – wcisnęła się pokaźnej tuszy kobieta. Z pewnością ruch narodowosocjalistyczny od śmierci wodza stracił wiele polotu stylistycznego. Za obrzędowym kamieniem znajdował się właściciel inwalidzkiego wózka – starszy człowiek w bawarskoalpejskim wdzianku. Trzymał w dłoni róg, którym machał w takt pieśni. Zygmunt przez długie sekundy rozważał możliwość omyłki zmysłów. W końcu wypił poprzedniego wieczoru słuszną ilość reńskiego wina. Ale śpiewacy byli prawdziwi. Dla urojonych koszmarów detektywa Brunhilda nie wyciągnęłaby z torby lugera.

Co to ma znaczyć!? – jęknęła walkiria.

O, Bruni… – odpowiedział pseudobawarczyk na wózku inwalidzkim. – Nie spodziewałem się twojej wizyty, ale cieszę się, że wreszcie dołączyłaś.

Stryj Hans!? – zapytała dziewczyna, celując w krewnego.

Dalszą część rozmowy Zygmunt rekonstruował w pamięci z pewną dozą nieufności. Po pierwsze, mogła go zawieść znajomość języka. O ile filolog kochał niemiecką mowę, nienawidził Niemców, to znaczy chciałby, aby twarde ‘s’, ‘tch’ i inne umlauty istniały tylko na papierze, niewypowiadane nigdy przez nikogo. Właściwie Niemcy byli do zaakceptowania, o ile mówili w innym języku. Ale drugą, może ważniejszą przyczyną konfuzji warszawiaka była nieprawdopodobna zawartość absurdu w rodzinnej kłótni. Zygmunt odbywał przy każdym zdaniu aż trzy procesy myślowe. Najpierw zastanawiał się, czy dobrze usłyszał, potem – czy zrozumiał, a na koniec – czy zasłyszane i przetłumaczone słowa niosą w sobie choć odrobinę sensu.

To ty… kalasz naszą rodzinę – powiedziała Brunhilda patetycznym tonem. Nikt oprócz stryja Hansa na ów patos uwagi nie zwrócił, ponieważ pangermańscy przebierańcy siłowali się właśnie z otwarciem pięciolitrowego bukłaka wina. Udało im się to, a pierwszy łyk pociągnęła nieślubna córka Fryderyka Wielkiego i Napoleona. – Co to za maskarada?

To nasz mały sekrecik – wyjaśnił Hans. W głosie starca brzmiało coś dziwnego, jakaś świszcząca nuta, jakby słowa nie wydobywały się z prawdziwego gardła, a glinianego gwizdka. – Umilamy sobie czas w oczekiwaniu na Endsieg.

Zygmunt! – Agnieszka podbiegła do przyjaciela. – Ten na wózku nie jest, technicznie rzecz biorąc, człowiekiem. Cały spływa żywiołem ziemi, a prawie nie ma w sobie wody. Trzyma go przy życiu tylko magia góry – wyszeptała mu do ucha.

Możesz go unieszkodliwić? – zapytał detektyw.

Jest silny. Ale na pewno go zajmę – zapewniła Czująca. A rodzina hrabiów von Essen Und Trinken nadal prowadziła gwałtowny spór.

Spójrz prawdzie w oczy, moja droga. Dzięki naszym staraniom Trzecia Rzesza wróci, i to niedługo. Ja tylko zacząłem Wielki Plan, a mój czas się zbliża. Zastąp mnie i doprowadź do ostatecznego zwycięstwa.

Chyba masz już odpowiednich pomagierów – prychnęła Brunhilda, wskazując na przyssanych do bukłaka przebierańców.

Rodzino. Chcę, aby chwałę Niemcom przywrócił nasz ród. Jestem stary, zmęczony i nie mogę już żyć normalnie poza górą. Cała władza przejdzie w twoje ręce. Zarząd firmy nic nie wie i tłuką hurtowo te krasnale, myśląc, że to niegroźne ozdoby ogrodowe. Masz sprawnych księgowych unikających podatków i górników wydobywających pieczołowicie błoto Renu. Tylko ty będziesz pilnować dystrybucji figurek na przyszłej niemieckiej przestrzeni życiowej, a kiedy zdobędziemy bezwzględną przewagę liczebną, wydasz rozkaz. Narodowosocjalistyczne krasnale ogrodowe ruszą do walki z sojuszem judeobolszewii i kapitalistyczno-reakcyjnych dekadentów. Wojna będzie trudna, ale zwyciężymy! – amatorzy wina wyłowili z rozmowy akurat to zdanie i trzykrotnie zakrzyknęli „Sieg heil!”, aż zatrzęsły się ściany z blachy falistej.

Jesteś szalony, stryju – stwierdziła oczywistość walkiria. – Gliniane ozdoby wywalczą powrót Trzeciej Rzeszy?

To magiczne krasnale, z najlepszymi runami walki – wyjaśnił Essen świszczącym głosem. – W Niemczech jest ich niemal trzydzieści milionów, w Polsce będzie niebawem jeszcze więcej. Moje figurki to – jak na dziś – ułamek wszystkich, ale już niebawem… Zdominowałem rynek. Kiedy nowy Wehrmacht będzie się składał z dziesięciu milionów moich produktów, powstałych z magicznej gliny Doliny Renu i pragermańskiej magii, ruszymy na wschód. Tym razem najpierw podbijemy Słowiańszczyznę aż po Ural, a potem wrócimy na zachód. Francuzi i tak nie zdążą się przez ten czas nawet zirytować. Nasze wojsko desantowe przybędzie do Anglii na towarowych paletach, a niebawem gliniane stopy naszych niezwyciężonych narodowosocjalistycznych krasnali będą deptać brytyjskie trawniki. Europa będzie nasza. Poniekąd już jest nasza. Unia Europejska zatwierdziła krasnale Keramikwerke EUT jako wzór niemieckiego dziedzictwa narodowego. A teraz… weź…

Nie planowali żadnego agresywnego posunięcia, ale wyszło samo. W ferworze mowy Hans Essen podniósł się na wózku i stracił równowagę. Spadł na ziemie i stłukł się. „Zaraz!” – zakrzykniecie. „Ludzie nie tłuką się tak po prostu!”. Poniekąd macie rację, ale dyrektor Keramikwerke EUT nie był już w pełni człowiekiem.

Agnieszka wytłumaczyła im szczegóły już po wszystkim. Starzec przeczuwał zbliżającą się śmierć i postanowił ją oszukać. Martwiejące tkanki zastępował esencją żywiołu ziemi, tak że od kilku lat składał się już w dużej mierze z gliny i piasku. Dzięki temu dysponował poważną mocą, ale tracił elastyczność i wytrzymałość. Póki jeździł na wózku i nie oddalał się więcej niż na pięć kilometrów od Renu, organiczno-mineralne ciało trzymało formę. Jednak było ono kruche, jak każde naczynie.

Hans Essen (któremu ani Brunhilda, ani narrator niniejszej opowieści nie przyznają prawa do arystokratycznego przedrostka „von”) rozsypał się na drobne kawałeczki. Przebierańcy odrzucili bukłak wina i zlustrowali szczątki zdumionymi spojrzeniami. Najszybciej ów widok zracjonalizował wyższy kultysta w mundurze Standartenführera. Spojrzał na Brunhildę i wzniósł rękę w geście zamawiania piwa.

Teraz frau Essen prowadzi naszą walkę. Heil Führerin!

Heil Führerin! – wrzasnęli pozostali przebierańcy, salutując walkirii z lugerem w dłoni. – Prowadź nas do zwycięstwa!

Zbyt dużo wina… – szepnęła Brunhilda, która najwidoczniej również nie była pewna realności nowych doświadczeń. – Zygmuncie, co robimy?

Nie wiem, to twoja rzesza… – odparł detektyw. – A jeśli im powiesz, żeby poszli do domu, to posłuchają?

Nie słuchali. Wrócili do bukłaka z winem, wznosząc nowe toasty za zdrowie wodzy (mianownik: wodza; dopełniacz: wodzy; celownik: wodzy; biernik: wodza; narzędnik: wodzą; miejscownik: wodzą; wołacz: Heil Führerin!, ponieważ tego przetłumaczyć nie zdołamy. Przyznajmy, że język niemiecki jest nieskończenie łaskawszy dla narodowych socjalistów i feministek niż polski). Trójka intruzów stała nieco speszona. Delikatne chrząknięcia Brunhildy nie zdobyły zainteresowania Volku. Ot, wodza musiała jeszcze poćwiczyć ludowy mesmeryzm. W końcu, zirytowana do granic możliwości, podbiegła do obrzędowego kamienia i złapała przedmiot, który leżał na magicznych runach. Był to blaszany róg, wygięty i ozdobiony tajemnymi rytami, ale pod każdym innym względem przypominający stadionową piszczałkę.

Wzięła głęboki oddech w swoje potężne, germańskoromantyczne płuca i zadęła. Jak się okazało, aryjski instrument również brzmiał jak wuwuzela. Świdrujący dźwięk natychmiast skupił uwagę Volku. Przebierańcy spojrzeli na wodzę, a ich wzrok wskazywał na szybkie przejście od bezgranicznego uwielbienia do paniki.

Oj, wodzo… – jęknął pryszczaty Standartenführer. – To mądre nie było.

Franz, co robimy? – zapytała Fryderyka-Napoleona. Odpowiedź zrozumiała nawet nieznająca niemieckiego Agnieszka.

Przebierańcy w istnym Blitzkriegu ruszyli do wyjścia, a potem zniknęli na ścieżce schodzącej ku Königswinter. Przez dobre trzy minuty trójka odkrywców patrzyła po sobie niepewnie. Dopiero Agnieszka przezwyciężyła szok, podeszła do głazu oraz resztek Essena, po czym dotknęła kamienia. Przez chwilę kontemplowała wielkogermańskie wibracje, po czym orzekła:

Tośmy, za przeproszeniem, w dupie – Brunhilda z kolei nie musiała znać polskiego, aby zrozumieć detektywkę. – Cokolwiek zamierzał zrobić pan Essen, zrobiła to Brunhilda, dując w nasz róg Nibelungów.

Ale co zamierzał? – zapytał Zygmunt. – Przecież nie wezwaliśmy krasnali ogrodowych do podboju świata, prawda? – Agnieszka milczała. – PRAWDA? – rozpaczliwie powtórzył pytanie.

Przepraszam… – szepnęła Brunhilda. – Ale posprzątam…

Wtedy do ich uszu dotarł dźwięk, który w normalnych warunkach byłby dziwaczny, ale wtedy wydał się przerażający. Cała góra drżała, ale to nie wulkan obudził się w środku Europy, ani z tajnej bazy rządowej nie startował statek kosmiczny. Grunt drżał setkami drobnych uderzeń. Zapewne cała trójka pomyślałaby o tym samym, gdyby nie absurd podobnej wizji.

Brunhildo, kamień! – krzyknęła Agnieszka, wskazując na ołtarz. Jak już wspomnieliśmy, był on pokryty różnymi rytami, ale jeden z nich – wielka swastyka – zaczął błyszczeć niezdrowym światłem. – Musimy go zniszczyć!

Podbiegli do kamulca. Granit zdawał się być mocny i niechętny mazaniu. Detektywi paranormalni wiedzieli, że każdy symbol odciska się głęboko w samej formie substancjalnej bytu. Aby zatrzymać działanie gammadionu, musieli albo wytrzeć go doszczętnie, albo przerobić na inny, również aktywny nadprzyrodzony ryt.

Logo Keramikwerke EUT samo dostarczało odpowiedzi.

Cztery dwudziestocentymetrowe kreski zmieniłyby swastykę w niegroźną kratkę. Ale jak mogli rzeźbić w granicie?

Łom albo młot pneumatyczny… – szeptał Zygmunt.

Nie! – krzyknęły obie dziewczyny, a Polka wyjaśniła:

Nie możemy rozłupać głazu. Aby odwołać efekt, nowy ryt musi powstać na tym samym materiale.

Brunhilda podbiegła do maszyn stojących pod ścianą hali. Obok linii przesyłowej świeżej gliny w przeznaczonych do tego kontenerach leżały starannie ułożone zapasy potrzebnych w procesie czyszczenia chemikaliów. Niemka podniosła jeden z worków i choć Agnieszka nie potrafiła przeczytać absurdalnie długiej nazwy, rozpoznała trupią czaszkę oraz symbol kwasu.

To chwilę potrwa, ale wypalę potrzebne kreski. Agnes, to bezpieczny sposób? – Czująca uniosła w górę kciuk. – Dobrze, poradzę sobie. Stójcie na czatach.

A co nam może zagrażać? – zapytał zdziwiony Zygmunt. – Ci esemesmani zwiali.

Chodź ze mną – powiedziała Agnieszka i ruszyła biegiem ku wyjściu. Poszedł.

Na Dolinę Renu padały ostatnie promienie słońca. Wbiegli do ciemniejącego lasu, a potem ruszyli ścieżką w kierunku szlaku turystycznego. Zygmunt nie zadawał zbędnych pytań. Wiedział, że jego przyjaciółka zna cel i drogę. Uznawał swoją zupełną niewrażliwość na czynniki nadprzyrodzone, a jeśli widział pewność w ruchach Czującej, po prostu szedł za nią. Podobnie było i tym razem. Agnieszka nagle zeszła ze ścieżki i skierowała się ku skalnej rozpadlinie. Gdyby detektyw wiedział, że sześćdziesiąt pięć lat wcześniej właśnie tam swój arsenał ukrył były Hauptscharführer, były dziedzic rodu von Essen Und Trinken i były dyrektor Keramikwerke EUT, świętej pamięci Hans Essen, pojąłby od razu. Ale zrozumiał dopiero, kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Widział przed sobą Agnieszkę (jej włosy skrzyły się od energii żywiołu), trzymającą w dłoniach MG-42.

Pamiątki? – zapytał z nadzieją warszawiak.

Zadziała?

Zabrali, ile mogli – dwa schmeissery, po kilka magazynków, erkaem i pięć pudeł nabojów. Gdyby Zygmunt dbał bardziej o muskulaturę niż umysł, mógłby podnieść i pozostałe trzy skrzynki. Wiedział jednak, że po nagłym wystrzelaniu tysiąca pocisków lufa erkaemu będzie się nadawać tylko na złom. Niestety drugiego karabinu by nie przenieśli, zresztą wygląd pozostałych giwer nie budził zaufania.

Tak szybko, jak na to pozwalała masa ładunku, opuścili grotę. Wrócili na ścieżkę, a stamtąd na szlak turystyczny. Zakręt drogi, na którym oddzielała się dzika ścieżka, z jakiegoś powodu spodobał się Agnieszce. Był to szczęśliwy instynkt militarny, który u dobrze wychowanych dziewcząt zdarza się rzadko, a budzi się tylko pod wpływem bojowego samca. Z tego tarasu mieli doskonały widok na szlak pod nimi, a z turystycznych ławek i wiaty można było wykonać coś na kształt szańca.

Tego Czująca nie była świadoma, ale może podpowiedziały jej to pokutujące duchy towarzyszy Essena, przynajmniej te, które nie podzielały szalonych wizji Hauptscharführera.

Okop się tu – rozkazała detektywka nieznoszącym sprzeciwu tonem. Zygmunt musiał przyznać, że było to najseksowniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek padło z jej ust.

Adam Podlewski

***

Fragment opowiadania „Błoto Renu” stanowi część nowej książki Adama Podlewskiego „Wars i Sawa” z 2017 roku. Do kupienia tutaj: https://www.swiatksiazki.pl/ksiazki/wars-i-sawa-adam-podlewski-4942784/

Tekst pochodzi z miesięcznika Lux nr 3/4. Dostępny tutaj.