praying-29965_960_720

POCHWAŁA DEWOCJI

Kiedy zacząłem studia, przestałem chodzić na religię. Coś się ze mną stało, coś mnie mierziło. Atmosfera i forma akademickich spotkań w mojej parafii wydała mi się wówczas nie do zaakceptowania, irytowało mnie bez miary to przytakiwanie księdzu, ta ugrzecznioność i kulturalność akademików.

Pizdryctwo i fryzierstwo, myślałem o moich kolegach. Dziewice konsystorskie, myślałem o moich koleżankach. Zapuszczałem właśnie długie włosy i słuchałem Janis Joplin, co mnie mogła obchodzić „niedzielna szkółka” w mojej parafii.

Nie umiałem tego nigdy precyzyjnie określić, ale zawsze to mocno odczuwałem, ową nieokreśloną bliżej atmosferę „różańcowego kółka”. To coś, co tak sugestywnie i intensywnie oddał Mikołaj Grabowski w swojej adaptacji „Opisu obyczajów” Kitowicza. Te sodalicje mariańskie, te kółka różańcowe, te miny, to namaszczenie, to dewocyjne rozmodlenie… ta nasza polszczyzna parafiańszczyzna, to całe nasze nieszczęście i zapuszczenie.

Nienawidziłem serdecznie tych wszystkich kościelnych, ministrantów, milicji maryjnych i tych wszystkich, co w Boże Ciało nieśli sztandary. Byli dla mnie synonimem obłudy, zakłamania – czuć było od nich dewocją i śmierdziało kruchtą. Wydawali mi się osobnikami bez jaj i bez życia, jacyś wysterylizowani i wyspermieni.

Jednym słowem, coś okropnego. Potem minęły lata, i aż tu nagle wylądowałem w stanie wojennym na mszy świętej o 7 rano. Kościół był prawie pusty i tonął w spokoju. Snop słonecznego światła sączył się na ołtarz poprzez witraże. Łysy jak kolano, stupięćdziesięcioletni proboszcz trzęsącym się głosem mówił o tym, jak trudno będzie bogatym wejść do Królestwa Niebieskiego. Mówił to z przejęciem człowieka biednego, ubogiego i znającego niedostatek. Mówił to za siebie i w imieniu tych wszystkich biednych, tych, którym będzie łatwo przekraczać bramy niebios. Wznosił oczy ku górze i rozmawiał z Panem Bogiem.

W tym pustym prawie kościele toczył się niewidzialny dialog. Stupięćdziesięcioletni proboszcz był już bardziej TAM niż TU. Nikt zresztą nie zwracał na niego uwagi. Dwóch smarkaczy ministrantów kopało się w kostki, połowa staruszek drzemała, a druga połowa międliła paciorki różańców poruszając monotonnie ustami. Patrzyłem, w ich twarze, umęczone życiem i poorane zmarszczkami ludzkie maski. Napisałem maski, ale wtedy, o tej 7 rano, zobaczyłem, że to wszystko nieprawda. Gdybym wiedział, o co się tak żarliwie modlą co chcą wyprosić, za co przebłagać? Jakie grzechy są istotne, gdy ma się 75 lat? Na czym człowiekowi zależy, gdy przekracza osiemdziesiątkę?

Czy to tylko lęk przed nieuchronnie zbliżającą się śmiercią każe im się tu gromadzić?

Ludzie starzy, powiedział Roman Polański, interesują mnie coraz bardziej, ponieważ wiedzą coś, czego ja jeszcze nie wiem. Gdybym znał modlitwy dewotek, gdybym nie do formy w swoim życiu zmierzał, a do istoty rzeczy, kim bym był dzisiaj? Czułem, jak w tym pustym prawie kościele (gdzie ksiądz rozmawia z Bogiem, ministranci kopią się w kostki, a dewotki śpią lub mamroczą różaniec) przepływa życie.

To tylko ja stałem tu wyspermiony i wysterylizowany. Gdybym wiedział, o co modlą się dewotki i za jakie grzechy przepraszają, może zostałbym pisarzem – myślałem. Może bym zobaczył, jak Pan Bóg rozgarnia chmury, schodzi po snopie światła do kościoła i przytula księdza proboszcza…

Marek Miller

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda”, nr 4/5.