jakub

Czas pożegnać się z upiorami przeszłości

Gierek jest jednym z „upiorów Sosnowieckich”, a Sosnowiczanie wciąż odczuwają nostalgię za komuną i mają poczucie krzywdy historycznej. Kiedy pisałem sztukę zwiedzałem Sosnowiec i zobaczyłem w nim biedę w wymiarze apokaliptycznym. M in. dlatego, poprzez „Czerwone Zagłębie” chciałem dowartościować mieszkańców Sosnowca i dać im nadzieję – mówi „Frondzie LUX” autor jedynej jak dotychczas sztuki o Sosnowcu, Jarosław Jakubowski.

Skąd pomysł na sztukę o Sosnowcu?

Pomysł wziął się z zamówienia Teatru Zagłębia w Sosnowcu. O ile wiem, zostałem polecony przez Marka Kalitę i Aleksandrę Popławską, którzy wcześniej zrealizowali mojego Generała. W ten sposób zostaliśmy w trójkę zaproszeni do realizacji spektaklu, który byłby odpowiedzią na pytanie o współczesną tożsamość Sosnowca, czy też Czerwonego Zagłębia jak się nazywa często Zagłębie Dąbrowskie. Dostaliśmy wolna rękę. Jedyny wymóg był taki, że punktem wyjścia miało być Czerwone Zagłębie. Chcieliśmy odpowiedzieć na kilka pytań. Zastanawialiśmy się np. z czego wynika jego czerwień? Dlaczego w ogóle powstało to pojęcie? Jak ono jest dziś odbierane? Jak rozumiane? Szczerze powiedziawszy jako autor tekstu szedłem troszeczkę po omacku, ponieważ niewiele wcześniej wiedziałem o Sosnowcu. Kojarzyłem tyle, co pewnie większość ludzi – słynny wiersz Broniewskiego Zagłębie Dąbrowskie oraz to, że poparcie dla SLD jest w Sosnowcu zwykle największe w całej Polsce (dlatego utrzymuje się tu łatka Czerwonego Zagłębia).

Tekst sztuki powstał na bazie moich kilku wizyt w Sosnowcu, w czasie których pokazywano mi miasto, różne jego dzielnice i miejsca historyczne (np. Hutę Katarzyna, gdzie zginęli robotnicy w 1905 r.). Rozmawiałem także z wieloma osobami charakterystycznymi dla Sosnowca. I z takim materiałem czysto reporterskim zasiadłem do pisania. Pisałem sztukę z dużą przyjemnością i nie czułem takiego balastu jak czasami, kiedy się pisze coś na zamówienie. Co więcej, odnalazłem się w temacie.

A co się panu w Sosnowcu podobało? Czy w ogóle się coś podobało?

Zaskoczyło mnie to, że to jest miasto bardzo mocno przywiązane do polskości. Przynajmniej osoby z którymi rozmawiałem twierdziły, że „my nie jesteśmy Śląskiem, nie mamy naleciałości niemieckich, zawsze byliśmy w Polsce i za Polską”. W rozmowach podkreślano tradycje niepodległościowe (Piłsudski często bywał zresztą w Sosnowcu i tworzył tam zręby Legionów). Myślę, że taka postawa wynika z jakiegoś kompleksu silnego Śląska, ponieważ Zagłębiacy na każdym kroku podkreślają swoją odrębność, a hasło „autonomia” wywołuje u nich alergię. I to mnie zaskoczyło, bo zwykle na Sosnowiec patrzy się przez pryzmat Katowic. Nawet Huta Katowice, która de facto leży administracyjnie na terenie Sosnowca, jest jakoś związana ze Śląskiem przez nazwę.

Spodobało mi się podejście Teatru Zagłębia, który idzie bardzo mocno w kierunku określania lokalnej tożsamości. Powstają tam sztuki robione na zamówienie, jak chociażby Korzeniec, które usiłują zbudować (albo odbudować) tę tożsamość.

Trochę się bałem reakcji publiczności, bo reżyserzy i niemal cały zespół aktorski są ze Śląska, a ja jestem z Koronowa koło Bydgoszczy. Czyli z dawnego zaboru pruskiego. Bałem się, że zostajemy oskarżeni o szkalowanie dobrego imienia, czy niezrozumienie. A wbrew pozorom było właśnie przeciwnie – nasza wizja zaskoczyła mieszkańców i zostaliśmy odebrani pozytywnie. Miałem sygnały od miejscowych, że taka sztuka była miastu potrzebna. Takie miasta jak Bydgoszcz czy Sosnowiec potrzebują dowartościowania, bo są na uboczu głównego nurtu. Z drugiej strony były utyskiwania, że sztuka jest mało jątrząca, niektórzy pewnie spodziewali się czegoś bardziej kontrowersyjnego. Chodzi tu pewnie o jakieś niesnaski śląsko-zagłębiowskie. Ja jednak nie chciałem robić spektaklu kibicowskiego. Nie chciałem pokazać Zagłębia w kontrze do Śląska. Bardziej chodziło mi o pokazanie historii kilku osób rzuconych na tło tych czasów – od rewolucji 1905 r., przez czasy powojenne i PRL, kiedy to hasło Czerwone Zagłębie zrobiło największą karierę, aż po współczesność.

Z drugiej strony przygotowując się do pisania sztuki natrafiłem na takie zdanie biskupa Śmigielskiego, że Czerwone Zagłębie jest czerwone czerwienią ludzkich serc, czyli miłości. To był ciekawy trop, który doprowadził mnie do innego, wolnego od naleciałości komunizmu punktu widzenia.

A co z postacią Gierka? Może to właśnie dzięki jego obecności w sztuce jest ona tak dobrze odbierana przez mieszkańców Czerwonego Zagłębia?

Ktoś stwierdził, że ukazałem Gierka w sposób prześmiewczy. Nie zgadzam się z tym, chociaż moim zdaniem Gierek jest jednym z „upiorów Sosnowieckich”, które gdzieś tam ciągle wiszą nad Zagłębiem. W rocznicę śmierci Gierka nad jego grobem odbywają się wieloosobowe manifestacje. On cały czas funkcjonuje tam jako mąż opatrznościowy.

Czyli mieszkańcy Sosnowca czują nostalgię za komuną?

W pewnym stopniu tak. Zdają się mówić, że „wtedy to było”. Były kopalnie, miejsca pracy, infrastruktura, która jakoś tam funkcjonuje do dziś… A teraz są markety, a ludzi nie stać żeby w nich kupować… Jest tam duże poczucie krzywdy historycznej. Zauważyłem, że mieszkańcy Sosnowca o tym, co było kiedyś mówią z zapałem, a kiedy przechodzą do teraźniejszości – gasną. Może to wynika z tego, że ci ludzie po prostu byli wtedy młodzi i pamiętają siebie z tamtych czasów, a może z rozczarowania tym, co jest?

A jednak powiedział pan wcześniej, ze sztuka może być lekiem, sposobem na to, aby dowartościować miasto. Sosnowiec zdaje się być ostatnio obiektem kpin. Powstają np. rozmaite fanpage na Facebooku wyśmiewające Sosnowiec. Nie wiem czy widział pan taki pod nazwą „zostawcie Krym weźcie Sosnowiec”…

Oczywiście, że o tym słyszałem. Znam nawet taki żart, że Sosnowiec to jedyne miasto, które ma wołanie o pomoc w nazwie (SOS). Ale akurat nie wykorzystałem tego w sztuce. Z drugiej strony ta świadomość, że to jest miasto będące ofiarą kpin powodowała, że chciałem – bo jestem z natury przekorny – pokazać ludziom z Sosnowca, że nie są gorsi. Sam zresztą urodziłem się w Bydgoszczy – miasta o podobnym charakterze. Miasta, które po transformacji dostało mocno po dupie i straciło wszystkie swoje atuty (za PRL-u były nimi fabryki). Teraz musimy na nowo szukać siebie samych. Chciałem, aby ludzie po obejrzeniu mojej sztuki odpowiedzieli sobie na pytanie: czy Sosnowiec ma jeszcze rację bytu? Czy ma on jakiś sens?

I jaka jest odpowiedź na to pytanie?

Myślę ze jest pozytywna! Odpowiedzią na dylematy ludzi mieszkających w miejscach dotkniętych transformacją i nią przeoranych powinno być ostateczne pożegnanie z upiorami przeszłości. I z takim myśleniem, że może by znowu wrócić do tego Sosnowca z czasów Gierka. Po prostu trzeba przejść przez okres smuty. Ja nie daję prostych recept. Miasta w Europie Zachodniej dotknięte transformacją, jak Liverpool czy Manchester, też to kiedyś przez to przeszły. Te miasta są oczywiście o wiele bogatsze, jednak takie ośrodki jak Sosnowiec czy Bydgoszcz też mogą znaleźć swoja nową tożsamość. Może uczynią to poprzez kulturę i za pomocą nowych technologii? Jednak nie jestem cudotwórcą, tylko dramatopisarzem.

Czy Mama Madzi pojawia się w sztuce?

Nie. Chciałem pójść w trochę inną niż medialna stronę. Ale za to pojawiają się historyczne postaci jak np. doktor Widera. To taki, znany w pewnych kręgach w Sosnowcu, lekarz uznawany za pierwowzór doktora Judyma. Na przełomie XIX/XX w. bezpłatnie leczył robotników i górników i sam zmarł bardzo młodo, w wieku trzydziestu paru lat. Jest pochowany na tym samym cmentarzu, na którym leży Gierek. Sztuka nie ma łatwego tematu, więc postanowiłem połączyć w niej poezję z ostrym wątkiem historycznym i społecznym…

Tego chyba jeszcze nie było. Poetycko o Sosnowcu?!

No raczej nie. Szukałem trochę na ten temat. Jest nawet taki tomik Wojciecha Brzoski „Niebo nad Sosnowcem”. Jest też wiersz poety z kręgu Brulionu Marcina Barana „Sosnowiec jest jak kobieta”. Jest to miasto… nie wiem… paradoksalnie może przez jakąś outsiderskość atrakcyjne dla artystów różnych gatunków.

A czym dla pana jest Sosnowiec?

Jest dla mnie przygodą, która zaczęła się od obaw, a zakończyła radością. Sosnowiec jest serią spotkań z bardzo pozytywnymi ludźmi. Potwierdziło się to, co przewidywałem, ale nie miałem na to zbyt wielu dowodów, a mianowicie, że Polska jest krajem nieodkrytym. Jest tu dużo miejsc niedocenionych z wieloma pozytywnie zakręconymi ludźmi, którzy byliby sobie gotowi odciąć rękę za swoją małą ojczyznę. To nie jest tak, że Polska jest miejscem ludzi wykorzenionych i nielubiących swojego kraju. To jest chyba mit medialny. Mnóstwo jest twórczych lokalnych społeczności, które nie mają może siły przebicia, ale mimo to działają. Jednocześnie mamy do czynienia z dużym skłóceniem lokalnych środowisk, co potwierdza przykład Sosnowca. Ja poprzez swoją sztukę chciałem dowartościować sosnowiczan.

Czyli mieszkańcy Sosnowca mają kompleksy.

Myślę, że nie tylko Sosnowca. Pisząc sztukę bardzo dużo myślałem o Bydgoszczy i o tym co się z nią dzieje. Oczywiście inna jest historia tych miast i nieco inne są ich realia. W Sosnowcu mieliśmy górnictwo i włókiennictwo, w Bydgoszczy był przemysł metalowy, chemiczny i fabryka rowerów. Wszystko to upadło. Jednak oba miasta – i Sosnowiec, i Bydgoszcz – były miastami sztandarowymi epoki PRL-u. Były hołubione przez władze, w kontrze do ośrodków kulturalnych – w przypadku Bydgoszczy Torunia, a w przypadku Sosnowca – Krakowa. Nigdy się na te miasta nie patrzyło przez pryzmat ich kultury, a jeśli już, to była to kultura robotnicza, ludyczna. Istniały co prawda teatry, ale miały one raczej zabawiać i dawać rozrywkę. Nic ponadto.

Jaka jest tożsamość Zagłębia? Czy Zagłębie ma swoją tożsamość?

Tak. Myślę, że tożsamość Zagłębia wzięła się z walki o to, żeby nie utonąć w tych okalających je żywiołach – niemieckim i rosyjskim. Na styku tych dwóch zaborów Zagłębie funkcjonowało przez wiele lat. Teraz z kolei Zagłębie chce zerwać z komunistycznym odium czerwonego Zagłębia. Natomiast jest też widoczna silna duma z jego wcześniejszej historii, czyli z walki o Polskę. Jest silna wbrew pozorom tradycja AK-owska, bo w czasie wojny działały tam bardzo rozbudowane struktury Armii Krajowej. Ruch robotniczy (pominąwszy komunistów) zawsze walczył o niepodległość. Zbitka dwóch celów – niepodległości i praw ruchu robotniczego – jest kluczem do odczytania tożsamości Zagłębia. Dziwię się współczesnej lewicy, która lubi się przedstawiać jako dbająca o wykluczonych. Dziwię się, bo nie wiem, dlaczego nie zajmuje się wykluczonymi w Sosnowcu czy Bydgoszczy, tylko skupia się na środowiskach LGBT, które i tak radzą sobie o wiele lepiej niż bezrobotni w Sosnowcu.

Chyba dużo biedy pan zobaczył w Sosnowcu…

Dużo biedy, oj dużo biedy zobaczyłem. Mam kolegę, bardzo dobrego poetę Sławomira Matusza, który mieszka w dzielnicy Sosnowca Stara Pogoń. Tam właśnie napatrzyłem się na biedę w wymiarze przygnębiającym. W Bydgoszczy też są takie obszary, ale nie aż do takiego stopnia jak w Sosnowcu. Jest to powód do dużego wstydu dla naszych władz. W mojej sztuce też poruszam wątek biedy, ale nie chciałem, aby moja sztuka miała wydźwięk taki, że ludzie będą wychodzić z teatru i będą płakać, bo nic nie da się zrobić. Chciałem dać im nadzieję, że jednak da się coś zrobić. Ale prawdę mówiąc perspektywy póki co nie są za ciekawe.

Czy jest wobec tego jakaś nadzieja dla Sosnowca?

Jest nadzieja! Skoro jest teatr i gra sztukę o Sosnowcu, to może ta nadzieja tkwi w kulturze? Sztuka powinna dawać nadzieję. Sztuka, która tego nie robi, nie zasługuje na miano sztuki. Gdyby tej nadziei nie było, to już powinniśmy się położyć do grobu. I tyle.

Rozmawiał Mateusz Krzysztof Dziób

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 73.

jakubowskiJarosław Jakubowski (ur. 1974) – poeta, prozaik, dramatopisarz, krytyk literacki, dziennikarz; współpracownik „Toposu”, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, mieszka w podbydgoskim Koronowie; autor „Czerwonego Zagłębia” – jedynej jak dotychczas sztuki teatralnej o współczesnym Sosnowcu, zbierającej dotychczas same pozytywne recenzje.