kato

Dobra (i zła) nowina – o katolewicy

Myśl i czyn – te dwa skrzydła ludzkiego i społecznego istnienia odbijają się u źródeł historii chrześcijańskiej lewicy. W 1848 roku Mickiewicz przywitał z radością Wiosnę Ludów: w Rzymie zaczął organizować Legion Polski, szarpał rękaw Piusa IX, żądając papieskiego błogosławieństwa dla dni krwi i chwały. Współtworzył międzynarodowe pismo rewolucyjne „La Tribune des Peuples”, w którym opisywał przyszły socjalizm jako ustrój oparty na pracy i wspólnym posiadaniu ziemi/dóbr

W najściślejszym słowa tego znaczeniu katolewica to heterodoksja – forma na tyle peryferyjna, że raczej poza Kościołem niż w jego obrębie, raczej w szerokim nurcie historycznego chrystianizmu niż w katolicyzmie samoświadomym i respektującym swoje ujęcie powszechności. Ale tylko realnie znaczącemu ortodoksyjnemu katolicyzmowi może towarzyszyć katolewicowy cień. To dlatego, że tylko żywa wiara, szanująca samą siebie instytucja i wyrazista myśl, z którą trzeba z pasją się mierzyć, może być dla kogokolwiek inspiracją.

Nie istnieje żadne ostatecznie ustalone i ustanowione rozumienie pojęcia „katolewica”. Jeśli sięgnąć do nowszej historii: katolewica to przede wszystkim Jerzy Turowicz w mocno nierównej relacji z Polską Ludową, w gorący czas okołosoborowy dokonujący ekwilibrystycznych prób połączenia socjalistycznego humanitaryzmu z myślą katolicką. Patrząc szerzej i nieco inaczej, katolewica to wszystko, co nie jest dziś katolicyzmem coraz bardziej przepojonym szowinistycznymi strachami przed obcością i naturalistycznym patriarchalizmem. To również ortopraksja, czyli wiara społecznie zaangażowana – odnajdziemy ją choćby w środowisku magazynów „Kontakt” i „Więzi”. Z jeszcze innej perspektywy katolewica z lat 90. XX wieku to „Tygodnik Powszechny”, czyli fałszywi prorocy urealniającego się kapitalizmu po polsku, powstającego na przecięciu postkomunizmu i nowych form gospodarczego kolonializmu. Ale dodam: to szczęśliwie zmienia się wraz z młodszymi reprezentantami dziennikarzy „TP”. Katolewica to również ten nurt okołokatolickiego myślenia, który uznaje dobro kompromisów ze światem w kwestiach bioetyki, ruchów emancypacji seksualnej, albo życzliwie reaguje na pytania albo niezgodę feministek na zastany Kościół i na zagadnienia związane z problematyką genderową. Katolewica to pojęcie pojemne, o proteuszowym obliczu. Prywatnie za tym terminem nie przepadam, wolę przydługie określenie: socjalista nurtu niepodległościowego wyznania rzymskokatolickiego.

Jeśli sięgnąć głębiej w historię rodzimej idei, to bodaj najciekawsza jest „katolewica przed katolewicą”, czyli te nurty szerokiej myśli społecznej, które inspirowane chrześcijaństwem, mierzyły się z coraz bardziej uwyraźniającymi się przemianami rzeczywistości, sekularyzując się i szukając dla siebie autonomii względem starego porządku. Dobrym terminem oddającym ten niejednoznaczny ferment systematów, projektów, inspiracji, szkiców, nawiązań i wreszcie wizji literackich jest określenie „myśl społeczno-radykalna”. Tak, nawiązuję wprost do tytułu książki, jaką zainteresowana chrześcijaństwem lewica koniecznie powinna odkurzyć w 1050. rocznicę chrztu Polski. Piszę o pracy Damiana Kalbarczyka Wskrzesić Polskę, zbawić świat. Antologia polskiej chrześcijańskiej myśli społeczno-radykalnej 1831–1864, która mogła się ukazać w Polsce Ludowej w 1981 roku chyba tylko dzięki karnawałowi Solidarności.

Rzecz warto skojarzyć z nader przaśnie postrzeganym Adamem Mickiewiczem, który – może poza epizodem z Panem Tadeuszem – dał polskiej kulturze wiele tekstów, z których trudno zrobić podręcznikową sztampę. Myślę choćby o Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego z 1832 roku. Księgi… to utwór, z którego pełnymi garściami czerpał Ojciec Założyciel francuskiego socjalizmu chrześcijańskiego, ksiądz de Lamennais. Jarosław Tomasiewicz, autor erudycyjnej lektury Po dwakroć niepokorni. Szkice z dziejów polskiej lewicy patriotycznej, przypomina, że z kolei to od socjalisty Henriego Saint-Simona Mickiewicz zaczerpnął pogląd, że o ile misją Chrystusa było wyzwolenie duchowe człowieka, o tyle XIX stulecie powinno być areną wyzwolenia społecznego.

Myśl i czyn – te dwa skrzydła ludzkiego i społecznego istnienia odbijają się u źródeł historii chrześcijańskiej lewicy. W 1848 roku Mickiewicz przywitał z radością Wiosnę Ludów: w Rzymie zaczął organizować Legion Polski, szarpał rękaw Piusa IX, żądając papieskiego błogosławieństwa dla dni krwi i chwały. Ojciec Święty nie ujrzał powiewu Ducha Świętego w zapoconych koszulach paryskiego ludu. Ale Mickiewicz wieszczył dalej – współtworzył międzynarodowe pismo rewolucyjne „La Tribune des Peuples”, w którym opisywał przyszły socjalizm jako ustrój oparty na pracy i wspólnym posiadaniu ziemi/dóbr. Kreślił zdania, których oskarżycielskiego ognia nie powstydziłby się Karol Marks: Filozofowie wolteriańscy, bankierzy żydowscy, potomkowie rycerzy krzyżowych łączą się we wspólnym interesie. Rozdzieleni dotychczas jedni od drugich uczuciami religijnymi, poróżnieni przekonaniami politycznymi, znajdują wreszcie wspólny dogmat, dogmat interesu (Socjalizm propagowany przez ulicę de Poitiers, „Trybuna Ludów”, nr 21). Tyle że w odróżnieniu od filozofa z Trewiru Mickiewicz przeczył walce klas, uznając – w arcypolskim duchu – że walka ludzi dobrej woli wszelkich klas toczy się o wolność powszechną – przeciw wszelkiemu despotyzmowi.

Mickiewicz jest symbolem, ale w sferze projektów społeczno-politycznych nie można nie wspomnieć Gromad Ludu Polskiego, pierwszego ojczystego ugrupowania utopijno-socjalistycznego. Kalbarczyk przedstawia ojców rodzimej katolewicy XIX wieku jako ludzi wielkiej różnorodności: Poglądy niektórych z nich były zdecydowanie radykalne, inni sytuowali się w nurcie socjalizmu liberalnego, bardzo miękkiego, trochę nawet konserwującego istniejącą rzeczywistość. Z pewnością jednak wszyscy odwoływali się do haseł równości czy braterstwa (cytuję za wywiadem Lewica Ewangelią silna? dla portalu Lewicowo.pl).

Już tylko Gromady Ludu Polskiego, ta nieledwie archetypiczna katolewicowa kuźnica, na moment połączyła tak różnych ludzi jak Stanisław Worcell, Tadeusz Krępowiecki, Zenon Bolesław Świętosławski. Raz jeszcze Kalbarczyk: Krępowiecki marzył o scentralizowaniu dążeń wszystkich Polaków wokół idei „wszechwładztwa ludu”, oczekując rewolucji. Worcell uważał, że należy zburzyć stary porządek, ale przy zrozumieniu, jak należy przebudować strukturę społeczną, w oparciu o analizę systemu własności. To prowadziło go do wniosku, że narzędzia produkcji i ziemia muszą być wspólną własnością. Obaj w swych poglądach trzymali się jednak jakoś analizy spraw ziemskich, podczas gdy Świętosławski „odlatywał” w krainę mistyczno-totalitarnej utopii. Jego Ustawy Kościoła Powszechnego, przyjęte jako oficjalny program Gromad, przypieczętowały tylko rozstanie z Krępowieckim i Worcellem. Obaj powrócili na łono Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, którego byli założycielami.

Skłóceni, mniej lub bardziej utopijni, mniej lub bardziej pragmatyczni – rzecz nie dotyczy przecież tylko tych trzech. Jeśli dodać gwałtownika sprawy księdza Piotra Ściegiennego, wskazać na zabłąkanego księdza Antoniego Szecha, jeśli przypomnieć księdza Andrzeja Huszno, to zobaczymy ludzi, którzy w chrześcijaństwie widzieli wielki projekt społecznej przebudowy i odnalezienia wolności dla ludu pracującego: wolności narodowej, społecznej, politycznej, ekonomicznej, osobistej. Podobnie jak przed nimi Mickiewicz, wołali gniewnie i bezkompromisowo. Raptus, awanturnik i szczery zwolennik ludu ksiądz Huszno grzmiał: księża rzymscy tak uczą: Cierp, boś zgrzeszył, cierp, abyś nie zgrzeszył, błogosławieni, którzy za życia cierpią prześladowanie, albowiem po śmierci będą w niebie. Kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugiego, a kto ci odbiera płaszcz, oddaj mu i suknię. A tak pojmując Pismo Św., w czeluście piekielne spychają robotników za ich walkę z wyzyskiem kapitalistów i obszarników, za ich wołanie o ludzkie prawa i ludzkie traktowanie dla siebie, za ich 8-godzinny dzień pracy, za związki zawodowe, za reformę rolną itd.

Nie, to nie mogło się podobać tym, którzy widzieli w Kościele, klerze i wierze ostoję porządku rzadko sprawiedliwego, ale zawsze – stabilizującego rzeczywistość. Trzeba dodać ważną rzecz – oni wszyscy, dziadowie czy może już ojcowie katolewicy, byli wierni sprawie, którą podjęli, choć nierzadko skłóceni z Rzymem. I sądzę, że to rozdarcie jest rzeczywistym probierzem i miarą katolewicy – wierni ludowi w swojej heterodoksji, tak to trzeba ująć, próbując raz jeszcze uchwycić sens terminu „katolewica”.

Jestem przekonany, że najgorsze, co zdarzyło się katolewicy powojennej, którą zwyczajowo i wprost kojarzymy z tym terminem, to Polska Ludowa. Realia tamtego państwa sprawiły, że katolewica nie mogła właściwie być wierna ani Kościołowi, ani ludowi – ponieważ jeszcze ktoś inny żądał jej lojalności. Stąd, później, już w III RP zdeprawowana PRL-em katolewica rzuciła się w objęcia kapitalizmu po polsku i liberalizmu na miarę terapii szokowej. Nic, albo niewiele, zostało z niej tego, czym była pierwotnie w swoich licznych odsłonach. Nic, albo niewiele, zostało w niej z socjalistycznych akordów Mickiewicza, bezkompromisowości ks. Ściegiennego, nawet z naiwnych rojeń Turowicza – jej heterodoksyjne fascynacje poszły w stronę katolicyzmu liberalnego, wielkomiejskiego, koteryjno-inteligenckiego. Ale z pewnością nie w stronę ludu.

Dziś powoli się to zmienia: także dlatego, że młodym publicystkom i publicystom, młodej katolickiej inteligencji nawet z wielkich miast coraz trudniej jest wyznawać wiarę w wolny rynek. Inne są doświadczenia pokoleniowe dzisiejszych plus minus trzydziestolatków – jeśli skonfrontować ich z ludźmi, którzy pamiętają dobrze tych, co byli już w pełni władz umysłowych w początkach PRL. Oczywiście lud to dziś prekariat, inne są jego sprawy, a posoborowy Kościół to jednak inna struktura i wspólnota niż Kościół w XIX wieku i w pierwszych dekadach XX wieku. Ale katolewica wraca do swoich źródeł. To jest dobra i zła wiadomość.

Krzysztof Wołodźko

Tekst pochodzi z 79 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.