krzyż

Ewa Rżysko: Cywilizacja trumien

Godziny cukrowe! Ktoś kiedyś słyszał? Adam Strug zna tylko „godziny minione”. A na Podlasiu, w Narewce, może jeszcze w kilku okolicznych wsiach, mają godziny cukrowe. I takich godzin zażywają

Umarli znikną – w ogóle ich nie będzie – nie będzie ani jednego umarłego – i o to właśnie chodzi cywilizacji, która chce być cywilizacją popiołów, ponieważ nie chce być tym, czym była przez wieki – cywilizacją trumien – grobów – zwłok.

Rejtan. Upadek Polski, Jarosław Marek Rymkiewicz

Ciepłe czerwcowe dni. Z rodziną i przyjaciółmi spędzamy wakacje na Podlasiu. Krajobraz jakby żywcem wyjęty z obrazów Chełmońskiego. Jakby czas się zatrzymał. Łany zbóż, bociany na łąkach, w tle błękitne niebo z kłębiącymi się na horyzoncie gęstymi chmurami. Luźna zabudowa, pojedyncze gospodarstwa. Dużo przepięknie zachowanej drewnianej architektury. Jedziemy krainą „otwartych okiennic”. Snycerka przypomina łowicką wycinankę. Drewniane ptaszki, konie, harfy zdobią okna i szczyty dachów. Domy wyglądają niemal jak chatki z piernika. Takie aż za ładne. Ale wystarczy wymówić głośno nazwy kolejnych wiosek: Soce, Puchły, Cieluszki, żeby poczuć się trochę jak w innym świecie. Nie mamy wątpliwości, że miasto zostało daleko za nami. Nawet dalej, niżby się mogło wydawać.

Moje obawy z każdym dniem maleją. Wtapiam się w ten krajobraz i zaczynam wierzyć, że tu jest to możliwe. Że oni ciągle tak robią jak ich dziadkowie, pradziadkowie, prapradziadkowie, praprapradziadkowie itd. Że oni ciągle wiedzą, że tak się powinno, jeśli się jest człowiekiem. Że to jest ważne, że jeśli się odpuści, zrezygnuje, to stanie się coś złego. I zastanawiam się, co oni wiedzą o życiu, że tak podchodzą do śmierci?

JAK INACZEJ UPILNOWAĆ?

Pani Nadieżda ma 82 lata. Jest prawosławna, jak wszyscy w wiosce. Spotykamy ją, gdy siedzi na ławce przed domem. Towarzyszą jej koleżanki – dwie Marysie i Nina – wszystkie w podobnym wieku. Raczej nie za wiele rozmawiają, tylko patrzą przed siebie. Nasz samochód stanowi nie lada wydarzenie. Tutaj nikt obcy nie zajeżdża, bo w ich wiosce droga się kończy. Za lasem już jest Białoruś. Pani Nadieżda ma bystre spojrzenie, twarz pooraną zmarszczkami i spracowane ręce. Spod grubej kamizelki wystaje ciemnozielony sweter i brązowa bluzka. Na głowie ma zawiązaną chustkę w kwiaty. Na nogach grube, ocieplane buty. Mówi chętnie, ale zachowuje dystans. Widzi po rejestracji, skąd przyjechaliśmy. Nigdy nie wiadomo, co z nas za jedni.

Mężczyźni poumierali, to tylko takie dziewczyny zostały jak my. Dawniej to się chowało, a teraz to wie pani… Może pod płotem będziemy leżeć. Jak mój mąż umierał, to kilka dni czuwałam. Dzień, noc, siły już nie starczało. Syn mi świec naszykował i siedziałam. Przy mnie ostatni dych dał. A potem znów czuwanie, zeszli się sąsiedzi i przy zmarłym my czuwali. Tak u nas jest. W domu czy żona, czy syn, czy matka – też siedzi. W nocy i w dzień trzeba siedzieć. Ja kilka dni siedziałam. Batiuszkę sprowadziłam, mąż się wyspowiadał. Potem po śmierci batiuszka znów przyjechał, modlił się z nami, śpiewał.

Zadajemy kolejne pytania. Dowiadujemy się, że zmarłym wkłada się do trumny zioła poświęcone na święto „Uspienia Bożej Macierzy” (oficjalna nazwa to Uspienije Preswiatoj Bohorodicy, Zaśnięcie Najświętszej Bogurodzicy, obchodzone jest 28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego). Te same zioła, które wcześniej wkłada się za ikonę w domu, żeby Matka Boska go chroniła. Zmarłemu daje się jeszcze ikonę. Kobietom zwykle z Maryją, a mężczyznom z Jezusem Chrystusem. To samo usłyszę jeszcze od innych mieszkańców Podlasia. 40 dni po pogrzebie rodzina, znajomi i sąsiedzi znów gromadzą się na modlitwę, zwykle idą potem na poczęstunek do domu (u katolików ten zwyczaj jest kultywowany 30. dnia po pogrzebie). Potem jeszcze podobne modlitwy i spotkanie jest w rocznicę śmierci. Chcę jeszcze coś doprecyzować o czuwaniu, ale widzę, że Nadieżdę zaczynają irytować nasze pytania. Tak jak byśmy pytali, czy jak pada, to ziemia jest potem mokra.

A co ja nie wiem, co trzeba robić? Ja jestem religijna i wiem, co trzeba robić. Patrzę na człowieka i wiem, jak wygląda. Jak rodzina umiera, to kto nie będzie czuwał, pani to sobie wyobraża? Przecież musi swoja rodzina siedzieć.

Wszystkie koleżanki kiwają głowami na potwierdzenie. I zapada cisza, którą nagle przerywa jedna z Maryś.

Jak inaczej upilnuje?

ŻEGNAM CIĘ, MÓJ ŚWIECIE WESOŁY

Z Michałem odwiedzamy proboszcza jednej z nielicznych parafii rzymskokatolickich. Na Podlasiu katolicy są w mniejszości – stanowią zaledwie 17% mieszkańców. Rozmawiamy o czuwaniu przy zmarłych. Ksiądz potwierdza, że ten zwyczaj wciąż jest tu pielęgnowany. Nawet jak ktoś umiera w szpitalu, to przywożą go zwykle do domu. Trumnę stawia się w dużym pokoju. Wieko otwarte. Przychodzą rodzina, znajomi, sąsiedzi. Nie ma znaczenia, jakiego kto jest wyznania. Tak jak się znali za życia, tak przychodzą czuwać po śmierci. Ludzie przychodzą zwykle ubrani na czarno. Przynoszą kwiaty. Pali się gromnica. Odmawiają różaniec, koronkę. W każdej wsi jest kilka kobiet, które zwykle zaprasza się do prowadzenia modlitw. Często są to osoby z chóru parafialnego lub po prostu takie, które potrafią lepiej śpiewać. Mają swoje śpiewniki, w których ręcznie spisały pieśni od swoich babć, prababć. Ktoś ostatnio przepisał te pieśni do komputera. Ksiądz pokazuje mi ładnie wydrukowany i zbindowany egzemplarz Pieśni pogrzebowych z Narewki. Ma tylko jeden, więc nie może go nam podarować. Na szczęście mamy ze sobą aparat i Michał robi zdjęcia każdej stronie. Kiedy potem w domu porównuję wersję starej pieśni Żegnam cię, mój świecie wesoły (w pięknym wykonaniu Adama Struga) z wersją z Narewki, to wyobrażam sobie te stare zeszyty – śpiewniki. Pomięte kartki, pismo w wielu miejscach niewyraźne, starte od trzymających dłoni, może rozmyte od łez, które pewnie nieraz popłynęły. Temu, kto potem przepisywał, mogło być trudno wszystko odszyfrować. Pewnie przepisywał po czasie, kiedy już babcia nie mogła podpowiedzieć. Zwykle ważne rzeczy doceniamy po czasie. To oczywiście moje domysły, ale faktem jest, że wersja z Narewki nie pasuje do żadnej innej wersji, jakie znalazłam. Przekręcone wyrazy, inna odmiana słów, czasem zmieniony szyk zdania. I jeszcze ostatnia zwrotka, w której zachował się językowy rarytas:

Żegnam was, godziny cukrowe,

Momenta i dni karnawałowe.

Już zegar wychodzi, innych nie zawodzi.

Do wiecznego spania

Śmierć duszę wygania.

Bije dwunasta godzina.

Godziny cukrowe! Ktoś kiedyś słyszał? Internet takich godzin nie zna. Adam Strug zna tylko „godziny minione”. A na Podlasiu, w Narewce, może jeszcze w kilku okolicznych wsiach, mają godziny cukrowe. I takich godzin zażywają.

U NAS SZACUNEK JEST

Panią Stasię spotykam przed kościołem. Jest środek tygodnia, zostało pół godziny do wieczornej mszy świętej. Lustruje mnie wzrokiem. Tu, gdzie katolików jest tak mało, wszyscy się znają. Ale wystarczy, że przedstawia mnie ksiądz proboszcz, i pani Stasia chętnie zaczyna rozmowę. Jest ubrana skromnie. Czarna prosta bluzka i czarne spodnie. Siwe włosy krótko obcięte. Miła, pogodna twarz. Mówi bardzo spokojnie. Chociaż ma lekko zachrypnięty głos i co chwilę wypowiedź przerywa jej atak kaszlu, to jej głos ma w sobie coś kojącego.

Czasem trudno zmieścić trumnę w domu. Ale się starają. Skoro za życia miał miejsce w domu, to i po śmierci powinien. Przychodzą wszyscy. Kto chce, kto tak czuje. Nikt nie zaprasza. Kto ma sumienie dla zmarłego, ten przychodzi. Kwiaty się przynosi. Znajomi i sąsiedzi to przychodzą na godzinę, dwie. Rodzina zwykle całą noc siedzi. Ktoś mówi: to ja się poświęcam, i całą noc się modli. Zawsze ktoś czuwa. Modlą się koronką, różańcem. Śpiewają. Takie święte piosenki, piękne. Gromnicę mu palą. A inne światła to pogaszone. I lustra zasłonięte. I telewizor się wynosi, bo to nie pasuje do takich modlitw. Do śmierci.

Do trumny zwykle się wianuszki daje, te poświęcone w oktawę Bożego Ciała. I jeszcze coś, z czym zmarły się za życia nie rozstawał. Ja mojemu mężowi prawo jazdy dałam. Całe życie z nim chodził, to niech ma po śmierci.

Kiedyś trumnę stawiali na taboretach. To jak już ją zabierali na pogrzeb, to wtedy taborety trzeba było wszystkie przewrócić, żeby śmierć w domu nie została. Ale to, wie pani, takie zabobony. A teraz trumnę na takiej podstawce z chłodnią przywożą, to już nie ma czego przewracać. Za to przeważnie drzwi do domu nie zamykają, zawsze ktoś zostaje. Z trumną się idzie na koniec wsi, do krzyża. Tam jeszcze ksiądz krótką modlitwę zmówi. Czasem ktoś jeszcze ktoś powie, że żegnamy sąsiada, że dobry był z niego sąsiad…

Młodzi też przychodzą – z takim szacunkiem, bardzo uważnie przychodzą. Szczególnie do rówieśników. Niedawno młody chłopak zmarł w wiosce obok. Poszłam do cerkwi złożyłam kwiaty, świece mu zapaliłam. Dużo młodych było. W mieście to chyba nikt nie patrzy, bo tyle tych ludzi. Ale u nas jest szacunek. I jeszcze się trzyma ta wiara od wieków, że do zmarłego trzeba iść. Nawet jak bezdomnego chowają, to ludzie się zbierają. Ja sobie nieraz myślę, przynajmniej po śmierci ludzie sobie przypomną, że to był człowiek. Zbierają się, modlą. Nas tak rodzice uczyli i tak już jest. Zawsze mama czy tato nam mówili, że na ostatnie pożegnanie trzeba iść. I na tę ostatnią drogę dać dobry uczynek – jaki kto by nie był. Bo co nam zostanie po śmierci? Każdy tam pójdzie, każdemu tam droga.

Dwadzieścia dwa lat minęło, jak chowałam mojego męża. Zawsze to w pamięci zostanie, jak ludzie czuli do człowieka, jak się wspólnie modlili. To duże wsparcie dla rodziny. Bo cóż można pomóc zmarłemu? Przecież tam nie ma bogactwa. Zostanie tylko modlitwa.

Co też pani mówi, w mieście się nie czuwa przy zmarłych? A na co są te domy pogrzebowe? Tak wyjść i zgasić światło? Ja się nie spotkałam, żeby człowieka tak zostawić.

CORAZ CZĘŚCIEJ SIĘ ZDARZA

Pani Agnieszka jest lekarzem w szpitalu w Hajnówce. Ma piątkę dzieci. Wysoka, szczupła, ubrana na sportowo. Uosobienie łagodności i spokoju. Rozmawiamy, stojąc pośrodku jej wypielęgnowanego warzywniaka. Dzieci – kilkunastoletnie – biegają po grządkach, a ona ze stoickim spokojem upomina Michałka, Zosię i Marysię, że to, na czym stoją, to ogórek, estragon lub bazylia. Właśnie skończył się rok szkolny. Rozmawiamy o współczesnym świecie, który neguje cierpienie, chce je wyprzeć, wyrzucić poza nawias. Pani Agnieszka opowiada o scenie ze szpitala. Nad łóżkiem 90-letniej umierającej pani Marianny debatują krewni. Ale dlaczego ona cierpi? Co można zrobić, żeby poprawić jej wyniki krwi i moczu? Jak można polepszyć jej sprawność.

Nie pozwalali jej odejść, chociaż przyszedł na nią czas. Niestety zdarza się i u nas teraz, że chory czuje, że umiera, chce do domu, ale krewni wolą go trzymać w szpitalu. Nie chcą go zabrać. A to takie nieludzkie, że my go wtedy musimy trzymać. Umiera z dala od swoich, wśród obcych ludzi… Coraz częściej tak się zdarza.

EPILOG

Po wakacjach spotykam się z koleżankami. Opowiadam o Podlasiu, o czuwaniu przy zmarłych. Nagle jedna z nich mówi, że ojciec jej męża niedawno zmarł. Pochodził z Białegostoku. Syn w Warszawie martwił się, jak wszystko zorganizuje, bo mama była w tym czasie w szpitalu. Ale wszystko się udało. Sąsiadki pomogły, przyszły panie, które poprowadziły modlitwy, śpiewy. Ale czy oni nie mieszkają w bloku ? – dopytuję. Tak, w bloku. Mąż nie wyobrażał sobie, żeby nie było czuwania.

Żegnam cię, mój świecie wesoły,

Już idę w śmiertelne popioły.

Rwie się życia przędza,

Czas mnie w grób zapędza.

Bije pierwsza godzina.

Autorka dziękuje mężowi Michałowi za pomoc w zbieraniu materiałów i przeprowadzaniu wywiadów.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 73.