demon_frontside2

Frontside. W życiu chodzi o to by być sobą

Od samego początku naszej działalności robiliśmy mariaż gatunkowy, a wszystkie hejty, które na nas spadały i spadają z tego powodu mamy generalnie gdzieś. W subkulturze metalowej wkurza nas zamknięcie, a po koncertach chodzimy na imprezy do klubów. To dla nas całkowicie normalne – mówi Demon, lider zespołu Frontside.

Mateusz K. Dziób: Po latach grania ciężkiej muzy wydaliście dwie hardrockowe płyty, które zostały różnie przyjęte przez fanów. W notce prasowej trasy Knock Out Tour przedstawiono was jako „kapelę, która lubi prowokować, wkładać kij w mrowisko, puszczać oko do odbiorcy”. Robicie to wszystko specjalnie czy po prostu tacy jesteście?

Mariusz „Demon” Dzwonek: Nie wiem, czy lubimy prowokować, po prostu to, co robimy wygląda tak, że jest prowokacyjne. Od samego początku naszej działalności robiliśmy mariaż gatunkowy w warstwie muzycznej. Wyglądaliśmy tez troszeczkę inaczej. Troszeczkę inne treści przekazywaliśmy niż te powszechne i te które były prezentowane przez zespoły naszego podziemia. Przede wszystkim łączyliśmy gatunki – mam tu na myśli hardcore z metalem, czy z jakimiś domieszkami punk rocka. Nie baliśmy się nawet wplatać jakichś elementów hiphopowych. Dzięki temu zdołaliśmy się zadomowić na scenie jako zespół, który właśnie promuje takie idee i pomysły. Nie wiem, czy to jest prowokacyjne. Niektórzy uważali, że jak mamy krótkie włosy to nie pasujemy do sceny metalowej. Przerabialiśmy mnóstwo takich sytuacji. Rozumiem, że jest to wpisane w naszą działalność.

Wiem, że zrobiliśmy naprawdę spore zamieszanie. Po 20 latach grania, zrezygnowaliśmy z metalcore’a czy deathcore’a i nagraliśmy dwie płyty hardrockowe. Wynikało to tylko i wyłącznie z tego, że chcieliśmy zrobić coś zupełnie innego. Było to dla nas wyzwanie i nowa przygoda. Wiedzieliśmy, że w momencie, kiedy będziemy chcieli zaproponować znów ciężką muzę, to po pierwsze nam się to nie spodoba, po drugie nie wniesiemy nic do naszego stylu grania, muzyki sceny polskiej. Dlatego postanowiliśmy po prostu zrobić rzecz totalnie odmienną, która wynikała z tego, że słuchaliśmy po prostu takiej muzyki, bo przez ostatnie lata kręciły nas kapele hardrockowe.

I posypały się hejty.

– Tak. ale te hejty były zawsze. Zawsze było tak, że się komuś nie podobaliśmy. Jednym nie podobała się hybryda gatunkowa, bo łączyliśmy hardcore z metalem. Innym nie podobało się, że opuściliśmy scenę hardcore’ową, bo na tej scenie zrodził się Frontside i zaczęliśmy wydawać inne płyty. Jeszcze innym nie podobały się nasze sesje zdjęciowe i okładki. Kolejni narzekali, że w tekstach poruszamy tematy religijne. Wreszcie dla niektórych było szokiem, że dość mocno sygnalizujemy w swoich tekstach tematy uczuciowe. Także hejty to dla nas nie jest żadna nowość.

Jak wy odbieracie te hejty?

– Nie no, ja mam to gdzieś. Ja mam co robić, mam pomysły na siebie, na zespól, na życie. Więc nie wiem, czemu miałbym tracić czas i sprawdzać „o co kaman” tym ludziom. Ukułem kiedyś takie stwierdzenie, że odbiorca jest zawsze krok za twórcą i ja się tego trzymam. Nie nazywam siebie artystą, natomiast to, co robię sprawia mi frajdę i nie robię tego przypadkowo. Nasze numery powstają w określonym czasie i teksty są spowodowane takimi czy innymi przemyśleniami. To nie jest przypadek i na pewno nie robię tego dla pieniędzy. Bo jakie to są pieniądze? Rock’n’roll to jest fun!

A jak odbierają was inni muzycy ze sceny?

– Wiesz co, nie wiem. Myślę, że takie pytanie mógłbyś skierować do każdego innego zespołu, bo ich hejty dotyczą tak samo. Każdy band na jakimś etapie swej działalności ma ten nawet nie problem tylko to zagadnienie, z którym się spotyka. Jeśli jesteś muzykiem i robisz to co lubisz to wszystkie hejty kwitujesz śmiechem. Na pewno te hejty nie spędzają nam snu z powiek. Bo muzyka, którą robimy nas napędza i cieszy, także to co myślą o nas inni mamy generalnie gdzieś. Nie robię niczego pod kogoś. Robię w życiu, to co mnie kręci. Nie umawiasz się z dziewczyną, która ci się nie podoba, tylko z tą która się podoba, jeśli masz ten komfort oczywiście. My mamy ten komfort, bo to nie jest sytuacja, że nie mamy co do garnka włożyć, bo muzyka to nasze hobby.

To z czego żyjecie? Jeśli to nie tajemnica. Kim jesteście poza sceną?

– Każdy z nas ma swoje życie zawodowe i każdy para się jakimś mniej lub bardziej fajnym zajęciem. Najbliżej rock’n’rolla jestem ja i Toma. Prowadzę salony tatuażu, a Toma organizuje wiele koncertów. Jesteśmy tak blisko muzyki jak tylko się da.

Jesteście mega męskimi facetami. Macie brody i ociekacie drwaloseksualnoscią. Jak to ma się do waszych tekstów o uczuciach? Czy twoim zdaniem prawdziwy facet może mówić otwarcie na takie tematy?

– Naturalnie. Pytasz o prawdziwego faceta, a ja nie wiem, czy jestem prawdziwym facetem i nie wiem jaka jest definicja prawdziwego faceta. Mamy po prostu te brody, które stały się modne i od kilku lat ten styl drwaloseksualny (jeszcze zanim stał się on modny). Nie ma nic wstydliwego w mówieniu o uczuciach. Jeśli chcę coś przekazać, to mam ochotę mówić o tym w stu procentach, tak jak jest. Uważam, że uczucia są ważne i mówienie o nich nie jest dla mnie problemem. Także nie rozumiem pytania (śmiech). Jestem jaki jestem i o to chodzi w życiu.

Na jednej z wcześniejszych płyt wystąpił u was gościnnie Nergal, a na przedostatnim krążku Aleksandra Kasprzyk z The Voice of Poland. Czy chcielibyście wkroczyć do mainstreamu i słuchać swoich własnych piosenek w Esce czy RMF FM?

– Szczerze mówiąc, to od dawien dawna już się nad tym nie zastanawialiśmy. Wolimy pisać muzykę, robić próby, bo to nas kręci i uważamy, że możemy się pod tym podpisać i zaproponować ludziom. Z drugiej strony nie wierzę totalnie, że muzyka taka jaką gramy może zaistnieć w szerszych mediach. To nie jest muza dla mas. To jest nisza i raczej nic takiego się nie wydarzy, że będziemy lecieć w Esce. Uprzedzając kolejne pytanie – te dwie płyty hardrockowe nie były zrobione w tę stronę, bo taka muzyka nie jest grana w radio. Nie jesteśmy na tyle miękkim zespołem. Na ostatnich krążkach spuściliśmy z tonu, ale nie po to żeby stać się zespołem popularnym. Mimo tego, że mamy image taki jaki mamy i śpiewamy po polsku to jednak nie jest to tożsame z gwiazdami pop. Sukces komercyjny nigdy nie był naszym celem i nigdy nie będzie. Granie to jest fun! To ma nam sprawiać przyjemność i na tym to polega.

Nie sposób nie zauważyć przemiany w waszych tekstach. Porzuciliście tematykę biblijną na rzecz spraw społecznych, politycznych i osobistych.

– Jest to związane z tym, że się starzejemy (śmiech). Kiedy jesteś starszy, postrzegasz pewne sprawy egzystencjalne w zupełnie inny sposób, z innej perspektywy patrzysz na rzeczy, które chcesz robić i które cie otaczają. To jest ważne.

Frontside nie powstał po to żeby zawsze grać muzykę z tekstami biblijnymi. Szukaliśmy formuły i ta formuła nam odpowiadała kiedyś. Nawiązanie do tematów kościelnych, że tak to nazwę niefortunnie, było bardzo fajne w kontekście tego co robiliśmy jakiś czas temu. To taki mój fetysz, lubię to sformułowanie i nawet takie rzeczy sobie tatuuję.

To co masz wytatuowane?

– Diabły, anioły i rożne epizody z mojego życia. Lubię odnosić sytuacje życiowe do sytuacji biblijnych i odwrotnie – lubię korzystać z języka biblijnego. Zawsze istotne były dla nas teksty i to się nie zmieni.

A ty jesteś wierzący? Refren w „Barykadach” wydaje się mieć bardzo katolicki przekaz.

– Wiara to moja prywatna sprawa… Mógłbym prowokacyjnie palnąć coś dla podkręcenia bajery, ale nie jest to moim celem. Nasze utwory nie mają nic wspólnego z katolicyzmem, choć czasem nawiązania są wyraźne… Taka symbolika się u nas przewija. Jest ciekawa. Po prostu! Wiara to skomplikowany instrument: z jednej strony jest potrzebna wielu z nas; z drugiej – niewłaściwie operowana służy jako doskonałe opium dla mas i jest doskonałym narzędziem manipulacyjnym.

A może wasza zmiana wynika jednak z tego, że rzeczywistość wokół zaczęła was coraz bardziej wkurzać?

– Wkurza nas w Polsce przede wszystkim to, co dzieje się na arenie politycznej, bo to przechodzi ludzkie pojęcie. Przeczuwałem, że będzie bardzo źle, bo Polacy mają taką naturę, że nawet jak jest im dobrze to jest im źle i te zmiany które są teraz nie wynikają z tego, że ludzie popierają to konkretne ugrupowanie polityczne, tylko w jakiś sposób są niezadowoleni z tego co mają. Tak naprawdę 30 lat temu rzeczywistość była całkiem inna. W sklepach nie było niczego, nie było żadnej szansy na kolorowy świat, na jakąś perspektywę naturalnego rozwoju, nie tyle nawet osobistego, co kulturalnego. Bo dostęp do tego był ograniczony. Teraz tego nie pamiętamy, rzecz jasna. Kraj się rozwija, ale nam się wmawia, że wszyscy nas okradają, a zewsząd czyhają na nas wrogie nacje. Efekty takiego, a nie innego rozwoju kraju mają wyraźne podłoże ekonomiczne i gospodarcze. Przecież Unia nie dała nam niczego za darmo. Nic nie ma w życiu za darmo. Podpisaliśmy takie, a nie inne umowy. My – Polacy. Nie wyszczególniam celowo ugrupowań politycznych. Dla mnie w polityce znaczenia mają: ogólne postrzeganie świata, (w pewnym stopniu) przestrzeganie zasad, wyznawanie podobnych poglądów do moich i umiarkowanie w sądach. Jestem wrogiem władzy absolutnej, prawdy jedynej i wszelkiej ortodoksji.

Ale chyba wkurza Was też konsumpcjonizm i współczesna mentalność. Wystarczy wsłuchać się tekst do utworu „Na sprzedaż”, w którym Auman śpiewa o korporacyjnych świniach, kopiących sobie groby.

– Naturalnie. Owczy pęd, który napędza całą gospodarkę z pozoru nie jest taki zły, bo pieniędzmi powinno się obracać… Natomiast jest jeszcze inne dno: ludzie skupiają się na tym by bardziej mieć niż być. Żyją ponad stan i na pokaz. Wydaje się, że tego procesu nie da się już odwrócić. Świat potrzebuje wstrząsu i oby tym wstrząsem nie okazała się kolejna wojna.

Śpiewacie o swoim rodzimym Sosnowcu… Za wesoło to tam nie jest. Czy Sosnowiec w utworze „Tak to się robi tu” nie jest metaforą całej dzisiejszej Polski?

– Naturalnie, że to metafora dzisiejszej Polski. Ba, nawet Europy. Postęp pcha do przodu gospodarkę i w głównej mierze przez to nie ma etatów. Przechodziliśmy już takie kryzysy odkąd wynaleziono koło i maszyny (śmiech). Maszyny zabierają nam wszystko łącznie z miejscami pracy. Temat jest złożony, rzecz jasna, bo jest jeszcze kwestia taniej siły roboczej. Gdzieś w Europie, to my komuś odbieramy pracę, a zaraz ktoś będzie odbierał ją nam.

A co do Sosnowca to jest tu właśnie totalnie wesoło! W smutnym miejscu nie chciałbym egzystować. Widziałem nawet ostatnio jakieś zestawienie, które pokazywało zadowolenie mieszkańców z miejsca, w którym mieszkają. I Sosnowiczanie należą do szczęśliwych! Też się do nich zaliczam.

Chodzą słuchy, że po koncertach zmieniacie image i chodzicie na dyskoteki.

-No, dzisiaj też idziemy (rozmawiamy po koncercie – przyp red.). Tylko, że nie zmieniamy image’u – chodzimy do klubów w takich stylówkach w jakich gramy koncerty. I nie nazwałbym tego dyskotekami, tylko raczej wypadami do klubów. Nie jest to jakaś nowość i wcale się tego nie wstydzimy. Życie to jest rock’n’roll!

Słuchacie disco polo?

-Nie.

Szkoda. Jeden z waszych ostatnich singli „Lubię pić” był porównywany do Enej. Wystąpilibyście w duecie z tego typu zespołami?

– Enej ma fajne harmonie i fajne melodie. Graliśmy razem z nimi na jakichś imprezach „do kotleta” i widzieliśmy jak to wygląda u nich na żywo. To jest zawodowy zespół. Granie z Enej nie stanowi dla mnie problemu. Zawsze wychodziłem z założenia, że mariaż gatunkowy jest bardzo istotny dla rozwoju. Trzeba słuchać różnorakiej muzyki. Gdybym słuchał tylko i wyłącznie ciężkiej, to by mi się to przejadło, znudziło i pewnie nie miałbym ochoty grać. Kocham muzykę, doceniam melodię i harmonię. Akurat teraz słucham głównie ciężkiego grania, także następna płyta będzie powrotem do korzeni.

To zaznaczę tylko, że dziś graliście przed Decapitated (death metal – przyp. red.) a rok temu przed Comą… Z Piotrem Roguckim nagraliście jedną piosenkę na poprzednim albumie.

– Tak, to nie stanowi dla mnie problemu.

Wracając do „Lubię pić” – rzeczywiście takie z Was ochlejusy?

– Nie pijemy więcej niż statystyczny „ochlejus”. Ale, nie powiem, lubimy ponad wszystko dobre piwko (śmiech).

Odczytuję wasz kawałek „Legenda” jako bekę, z całej tej metalowej otoczki. Czy moja intuicja jest słuszna?

– Jest to beka. Natomiast my to ewidentnie kochamy. Gdy byłem gówniarzem, to właśnie dzięki tej otoczce zwróciłem uwagę na metal.

A coś ci się nie podoba w subkulturze metalowej?

– Tak. Nie podoba mi się to, że większość, która tworzy tą subkulturę jest zamknięta na inne gatunki. Generalnie nie wiem, czy wynika to z subkultury samej w sobie – bo właściwie to co powiedziałem można odnieść do każdej subkultury – czy jest to właściwe tylko dla metalu. Metal jest zajebisty. Jestem w służbie metalu już 25 lat, to nie są przelewki (śmiech).

Oglądałem ostatnio Wasze teledyski i faktycznie, w prawie wszystkich jest jakaś beka. Zrobicie kiedyś coś na poważnie? Nawet w klipie do „Dopóki moje serce bije”, czyli waszym sztandarowym lovesongu biegacie z perukami po hipermarkecie i robicie sobie jaja.

– Dystans to podstawa. Życzę go przede wszystkim politykom.

Chociaż z drugiej strony, klip do utworu „Nieważne” jest poważny…

– Jak na ironię, te numery, które mają istotny przekaz i o których chcemy by świat się dowiedział cieszą się mniejszym zainteresowaniem. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz? (śmiech)

Zawsze jesteście sobą?

– Wiesz, nigdy nie jesteś sobą. Bo najebiesz się i wychodzi z ciebie bestia (śmiech). Trzymamy się tego, co robimy. Jesteśmy kolektywem kumplowskim i fajnie, że udaje się to ciągnąć już tyle lat. To jest naprawdę spoko.

Rozmawiał Mateusz K. Dziób

Mariusz „Demon” Dzwonek (ur. 1975) – muzyk, gitarzysta i perkusista. Od 1993 roku związany z zespołem Frontside, którego jest liderem i współzałożycielem.

Frontside – zespół grający muzykę z pogranicza hardcore’u, metalcore’u, deathcore’u oraz hard rocka. W 2003 r. laureat nagrody „Fryderyk” w kategorii „Album roku heavy metal” za płytę „I odpuść nam nasze winy”.

Tekst pochodzi z miesięcznika „Lux”, nr 3.