kramernawww

Grzegorz Kramer SJ: W hospicjum czuję się jak w raju

W hospicjum odkłamujemy śmierć. Pokazujemy, że jest częścią życia, że nie musi być straszna. Pobyt tutaj to wbrew pozorom solidna dawka energii i pozytywnego myślenia – mówi o. Grzegorz Kramer SJ.

Mateusz K. Dziób: Jak to się stało, że znalazłeś się w Puckim Hospicjum?

Grzegorz Kramer SJ: W ramach formacji jezuickiej przechodzimy tak zwaną trzecią probację. Musimy wówczas porzucić wszystko, czym się zajmujemy, i wyjechać gdzieś na sześć miesięcy. W tym roku do tego etapu przystąpiło ośmiu naszych współbraci. Ktoś pojechał do Armenii, ktoś do Afryki, jeszcze ktoś inny zajmuje się ubogimi, a ja trafiłem na pięć tygodni do hospicjum.

Czy to miało jakiś związek z postacią śp. ks. Jana Kaczkowskiego – założyciela tego hospicjum, który sam później zmarł na raka?

– W Jana byłem mocno wpatrzony. To nie był, co prawda, mój przyjaciel, ale stanowił i stanowi dla mnie wielką inspirację, szczególnie jeśli chodzi o sposób przeżywania kapłaństwa.

Co było takiego inspirującego w postaci księdza Jana?

– Wiele rzeczy. Po pierwsze – autentyczność. Jan nie udawał. Żył dokładnie tak, jak myślał i jak czuł. Po drugie – przejrzystość. Mówił wprost o swoich odczuciach, o tym, przez co przechodził. O lęku, strachu, słabości… Straszny banał: Jan był po prostu człowiekiem. Nie tylko pięknie mówił, ale też robił niesamowite rzeczy. W dodatku robił je bardzo mądrze. Nie grał na siebie, tylko na innych i na instytucję, którą tworzył. Przecież nie ma go już rok, a hospicjum nadal świetnie się rozwija.

Kiedy przechadzasz się korytarzami hospicjum, masz poczucie, że ks. Jan Kaczkowski cały czas nad wszystkim czuwa?

– Czuję go w zespole, który stworzył. Widać, że kładł nacisk przede wszystkim na naukę człowieczeństwa. Ci ludzie myślą jak on i w taki sam sposób podchodzą do innych. Można nazwać to górnolotnie „szacunkiem do chorego”.  Tutaj to nie teoria, lecz praktyka. W hospicjum każdego szanuje się do końca. Również po śmierci.

Czyli można powiedzieć, że ks. Jan dał nam podwójną lekcję – życia i umierania?

– Generalnie tak, choć z tym umieraniem byłbym ostrożny. Ono miało miejsce raczej w sferze prywatnej, w towarzystwie bliskich i rodziny. To nie był żaden spektakl. Jan pokazał nam przede wszystkim, że można mieć dystans do swojego życia, że można do końca pozostać człowiekiem, który służy drugiemu człowiekowi. To krótkie, bo 37-letnie życie, było, mówiąc jego językiem, „wielką petardą”. Żył szalenie intensywne. Ludzie, którzy mieli z nim do czynienia na co dzień, potwierdzają, że od świtu do nocy pracował na pełnych obrotach. Poza hospicjum robił też wiele innych wspaniałych rzeczy. Był zaangażowany w lokalną społeczność, pracował z ludźmi zaniedbanymi w Pucku… To był prawdziwy społecznik.

Jak wygląda praca w hospicjum?

– Ja czuję się tu jak w raju. Nie było ani jednego dnia, w którym czułbym się przygnębiony atmosferą tego miejsca. Wręcz przeciwnie, dawno nie otrzymałem tak pozytywnego ładunku energii. To jest paradoks hospicjum. Zazwyczaj kojarzy się ono ze śmiercią, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Wielu pacjentów broni się rękami i nogami, żeby tutaj nie trafić, ale po dwóch, trzech dniach pobytu wraca do nich życie. Pojawia się optymizm i pozytywne  myślenie. Doświadczam tego cały czas, a ludzie nie chcą mi wierzyć. Kiedy mówię rodzicom, że tu jest świetnie, to patrzą na mnie jak na wariata.

Bo to wygląda zbyt pięknie i sielankowo.

– Nie do końca. W hospicjum dotykamy śmierci niemal cały czas. Godzinę temu odszedł pan Adam. W ciągu pięciu tygodni mojego pobytu umarło 25 osób. Ale ludzie odzyskują u nas godność. Przychodzą umęczeni przez chorobę, po wielu terapiach i wielu próbach leczenia… Leczenie raka jest przecież bardzo wycieńczające, nie tylko psychicznie i fizycznie, ale też duchowo. Niszczy również relacje z innymi. Krótko mówiąc: to destrukcja na każdym poziomie.

I wy pomagacie tę godność odzyskać.

– Tak. Godność nasi pacjenci odzyskują najpierw na poziomie fizycznym. Zostają objęci medycyną paliatywną (jeśli wcześniej jej nie stosowano), która polega na skutecznej walce z bólem. Dzięki temu nikt tutaj nie cierpi. I to jest niesamowite – kiedy znika ból, w życiu człowieka pojawiają się inne priorytety. Zaczyna on myśleć choćby o odbudowie relacji międzyludzkich. To może nie są hollywoodzkie pojednania, gdy skłóceni bliscy nagle padają sobie w ramiona, ale często ludzie, którzy przez cale życie nie potrafili poświęcić sobie kilku chwil, tutaj spędzają razem mnóstwo czasu. Czasem zdarza się, że ten, kto odchodzi, gromadzi wokół siebie całą rodzinę z różnych części Polski. Umierający wracają do tego, co zgubili w ciągu życia. Nie są skupieni wyłącznie na walce z chorobą, chcą przede wszystkim jak najlepiej przeżyć swoje ostatnie chwile.

Jak to robią?

– Mieliśmy jednego młodego, 33-letniego pacjenta. Przed Bożym Narodzeniem przyjechali jego kumple i zabrali go ze sobą na 2 dni. Później zorganizowali też wypad na ryby na Hel. To są małe rzeczy, ale właśnie one pokazują, że ostatnie dni można spędzić w spokoju i nie trzeba martwić się o ból. Hospicjum to naprawdę solidna dawka życia i pozytywnego myślenia.

Czyli doświadczenie ciężkiej choroby i cierpienia może być pewnym rodzajem łaski zesłanej przez Boga?

– Nie wiem, co rozumiesz przez zwrot „zesłanej przez Boga”… Ale myślę, że Jan [Kaczkowski – przyp. red.] też mierzył się z tym pytaniem. Mówił, że to nie Bóg, tylko biologia. Stwierdzenie, że Bóg zsyła raka, jest przecież zaprzeczeniem tego, że Bóg jest miłością. Żadna miłość nie chce cierpienia drugiej osoby. Hospicjum pokazuje, że Bóg nie tyle zsyła na nas cierpienie, co raczej współcierpi z nami.

Często jednak modlimy się słowami: od nagłej a niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie. Ktoś, kto wie, ile czasu pozostało mu do śmierci, może się do niej przygotować. Pojednać z bliskimi, z Bogiem, pozałatwiać pewne sprawy…

– Sam myślałem podobnie, ale sytuacja ludzi w hospicjum wygląda zupełnie inaczej. Towarzyszy im przede wszystkim ogromne cierpienie. Dyskomfort spowodowany zmianami ciała, utratą apetytu i innymi nieprzyjemnymi objawami powoduje, że raczej nie jesteś w stanie załatwić tych wszystkich spraw, o których mówisz.

Teologowie często mówią, że cierpienie ma swoje piękno. Jako kapłan i pracownik hospicjum zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

– Nie. Sam od kilku lat cierpię na mocne bóle głowy i w swojej filozofii bliski jest mi ks. Józef Tischner, który pod koniec życia stwierdził, ze cierpienie wcale nie uszlachetnia. Według mnie cierpienie upadla, wręcz odbiera nam godność. Jedyne, co jako ludzie i chrześcijanie możemy zrobić, to nadać mu głębszy wymiar. Jedna z pieśni śpiewanych podczas liturgii zawiera stwierdzenie, że każde cierpienie ma sens. Uważam to za duży błąd. Każde cierpienie może mieć sens, ale nie zyskuje go przecież z automatu! Gdyby tak było, to w hospicjum na wejściu przybijalibyśmy każdemu piątkę i mówilibyśmy: super, że tu jesteś, Pan Bóg cię uszlachetnił. To jakiś absurd!

W takim razie jak pogodzić motto twojego życia, które brzmi Bóg jest dobry, z tym, co na co dzień widzisz w hospicjum?

– Po pierwsze, wierzę w to, że Bóg nie opuszcza człowieka i do końca przeżywa cierpienie razem z nim. Po drugie, hospicjum dowodzi, że można stworzyć chorym warunki, które przywracają im godność. I to nie tylko słowami, ale działaniem. Zmieniamy pacjentom pampersy, karmimy, dajemy leki, poświęcamy czas… Dla mnie to właśnie wyraz tego, że Bóg jest dobry. Otwiera nas na innych.

Na Facebooku pisałeś o tym, ze wiadomość o śmierci jednego z pacjentów dotarła do ciebie przy jedzeniu gołąbka. Zostawiłeś go, poszedłeś pożegnać się ze zmarłym, po czym wróciłeś do posiłku. Z perspektywy kogoś, kto nigdy nie spędził nawet jednej chwili w hospicjum, ta codzienność obcowania ze śmiercią jest przerażająca.

– Ja też znajduję się tu w nieco innej sytuacji, ponieważ nie tracę nikogo bliskiego. Być może dlatego mam większy dystans. Z drugiej strony w hospicjum odkłamujemy śmierć. Pokazujemy, że jest ona czymś naturalnym, że nie musi być straszna. To widać po dzieciakach, które przychodzą tu w odwiedziny. O dziwo, dobrze się tu czują, biegają po korytarzu, bawią się. Ich zachowanie najpełniej dowodzi, że śmierć jest po prostu elementem życia. I my to wydarzenie świętujemy.

Świętujecie?

– Tak. Na swoim blogu w tekście Siostra śmierć opisywałem pewien przypadek. Mimo tego, że wspomniana w nim pacjentka nie cierpiała w sensie fizycznym, to jednak przechodziła męki duchowe, wynikające z jej trudnej przeszłości. Ta konkretna śmierć była wyzwoleniem, zarówno dla niej, jak i jej rodziny. Po śmierci pacjentki jej wnuk powiedział nam, że chce zostać u nas wolontariuszem. To wydarzenie wzbudziło w tych ludziach tyle miłości, że zaczęło dziać się coś bardzo dobrego.

Towarzyszyłeś komuś w jego ostatnich chwilach?

– Cztery osoby umarły przy mnie. Każde z tych odejść było inne.

To trudne doświadczenie?

– Pocieszające jest to, że ten, kto umiera, odzyskuje pokój. W pierwszych sekundach po zgonie ciało się odpręża. Na twarzach zmarłych pojawia się nawet uśmiech. To coś niesamowitego. Nie jest to jedynie moja obserwacja, potwierdzają ją inni pracownicy hospicjum.

Czy ktoś nawrócił się w swoich ostatnich chwilach podczas twojego pobytu?

– Zwykle bywa tak, że pacjenci swoją drogę nawrócenia rozpoczęli już na wcześniejszych etapach choroby, a my tylko obserwujemy jej kontynuację. Zdarzają się, co prawda, przypadki, o których mówisz, ale to nie są żadne spektakularne przemiany. Ci ludzie po prostu chcą zbliżyć się do Boga.

A jak wygląda udzielanie sakramentów?

– Różnie. Czasami łamie się konwenanse liturgiczne, jeśli wymagają tego okoliczności. Kiedy przychodzę z Najświętszym Sakramentem do chorego, a on właśnie musi się napić, to odkładam naczynie z Panem Jezusem na stolik przy łóżku. Na tych stolikach stoją różne rzeczy: chusteczki, napoje, jedzenie, leki, gazety, maskotki… Wszystko, co dla człowieka ważne, a co może zgromadzić na takiej małej przestrzeni. Często po przyjęciu odrobiny hostii chorzy popijają ją kawą czy herbatą, bo to akurat bardzo lubią. Zdarza się też, że ktoś przyjmuje komunię na korytarzu, w trakcie spaceru albo oglądania filmu. Wszystkie te sytuacje sprawiają, że jeszcze silniej czuć tutaj obecność Boga.

Cały czas podkreślasz, że codzienność w hospicjum to nie film. Postawy wobec śmierci są zatem różne…

– Może to zastanawiające, ale dostrzegłem u nikogo jakichkolwiek przejawów buntu. Takie sytuacje jednak z pewnością się zdarzają, a wówczas naszą rolą jest uświadomienie pacjentom, że mają do tego prawo, że mogą kłócić się z Panem Bogiem. Nie możemy ugrzeczniać ich na siłę, żeby dobrze wypadli na swoim własnym sądzie. Nawrócenie powinno być autentyczne. Nie wiem, czy to praktyka wszystkich hospicjów, ale w Pucku podkreślamy, ze to my powinniśmy iść za pacjentem, a nie on za nami. Szanujemy jego wolność i godność. Kiedy mówi, że nie chce lekarstw, to nie dajemy mu lekarstw. Kiedy nie chce księdza, to nie idziemy do niego na siłę, nie szantażujemy i nie straszymy piekłem. Staramy się towarzyszyć takim ludziom poprzez „niemą obecność”. Możemy się za nich modlić, a nawet w chwili śmierci ich rozgrzeszyć… W ten sposób nie robimy im krzywdy.

Jakie było twoje najmocniejsze doświadczenie w ciągu tych pięciu tygodni?

– Dla mnie to jest jedno wielkie doświadczenie. Nie mogę powiedzieć, że jakiś moment był szczególny. Tu cały czas dzieją się niesamowite rzeczy. Dla mnie możliwość towarzyszenia ludziom w ostatnim momencie życia to ogromna łaska.

Jak to doświadczenie wzbogaciło cię jako kapłana?

– To nie jest miejsce, w którym dowiedziałbym się czegoś nowego. Raczej potwierdziły się moje wcześniejsze intuicje. Mój czas w hospicjum pokazał mi dosadnie, że podstawą chrześcijaństwa nie jest żadna instytucja, ale drugi człowiek. Wiara rozgrywa się przecież między Bogiem a człowiekiem. Gdzieś w tym jestem też ja, ale jedynie Bóg posiada moc zbawczą.

Zastanawiałeś się, jakie refleksje wyniósłbyś z tego miejsca, gdybyś był niewierzący?

– Miałem tutaj do czynienia z takimi osobami. To, co ich uderzało, to ludzka dobroć i miłość. To ich nie przekonało do Boga, ale dało dużo dobrej energii i pozwoliło uwierzyć w człowieka. Uświadomili sobie, że ludzie jednak potrafią i chcą być dobrzy.

Czy wobec tego pobyt w hospicjum w charakterze obserwatora może być pewną formą rekolekcji i udoskonalenia siebie?

– Myślę, że tak, choć aż tak górnolotnie bym tego nie nazywał. Chciałbym, żeby ludzie nie bali się takich miejsc. Nie mam na myśli wolontariatu, po prostu zachęcam do zajrzenia do hospicjum. Po to chociażby, żeby zniszczyć ten stereotyp potwornego miejsca wypełnionego śmiercią. Bo właśnie tu, wbrew pozorom, najbliżej jest do życia.

Rozmawiał Mateusz K. Dziób

Grzegorz Kramer SJ (ur. 1976) – jeden z najbardziej aktywnych i rozpoznawalnych duszpasterzy w Internecie. Autor książek: Męskie serce. Z dziennika Banity i Bóg jest dobry. Współpracownik portalu DEON.pl. Jeden z etapów tzw. jezuickiej III probacji spędził w Puckim Hospicjum, założonym przez śp. ks. Jana Kaczkowskiego.

Wywiad ukazał się w 82/83 numerze Frondy Lux.

Fot. Jacek Taran