wędrówka do diabelskiego kamienia

Icek Muszkieta: O wartości DUMY I SMUTKU

Droga – daleka,
A życie nie zwleka!

Łesia Ukrainka
_______________________________________________________________________________________

Życie nie zwlekało. Postanowiłem wyjechać na wolontariat na Ukrainę. „Jesteś szalony! Po co tam jedziesz?” – pytała rodzina. Po co? Okazało się, że pojechałem odzyskać dumę i poczuć nastrój niepokoju. Przed samym wyjazdem niczego konkretnego sobie nie wyobrażałem. Czułem jednak, iż ten krótki, po części samotny wyjazd jest ucieczką od siebie (i znów od Polski). Uciekłem…a może raczej wpadłem do źródła narodowego sentymentu? Nigdy tak dumnie nie podnosiłem swego czoła jak właśnie tam. Od siebie i od Polski nie uciekłem wcale.

_______________________________________________________________________________________

Ruszyłam w drogę.

(…)

Daleka droga. Trud pokonać taki!

Najciężej ją samotne czują kroki,

Ale nie sama ja idę tym szlakiem,

Nie sama nim wędruję w świat szeroki.

Samą już dawno szlak by mnie ten strudził,

Lecz po tej drodze tylu kroczy ludzi.

(…)

Czy na swej drodze spotkam tylko ciernie,

Czy kwiatów wonnych witać będę krasę,

Czy cel osiągnę naprzód dążąc wiernie,

Czy też ma droga urwie się przed czasem –

Marzenia moje niech się ucieleśnią:

Skończyć je pragnę, jak zaczęłam – z pieśnią.

Łesia Ukrainka, MOJA DROGA

_______________________________________________________________________________________

Ssąc berberysowego cukierka, podarowanego od przewoźnika autobusowego, odkrywałem poezję Łesi Ukrainki. W ten sposób wprowadziłem się w poetycki stan odczuwania Ukrainy. W stan nagły i powierzchowny.

// POCZĄTEK

Po kilkunastu godzinach dojechałem do Lwowa. Tam spotkałem się z wolontariuszami z różnych zakątków Europy. Wyruszyliśmy razem do Podkamienia. Odległość niemal stu kilometrów pokonaliśmy w ponad cztery godziny, dwiema marszrutkami. W pojazdach panował niesamowity tłok i ukrop (brak otwartych okienek w środkach transportu, wywołany strachem przed złymi skutkami przewiania, jest wciąż bardzo aktualny). Wyjątkowy system płacenia za bilet metodą „podaj dalej” (nawet z najodleglejszego zakątka marszrutki) przywoływał zew przygody (w sensie: „WOW! Ależ dziwnie, ależ egzotycznie!”)

Po długim czasie, po pierwszych głośnych dyskusjach w języku angielskim, pierwszych wrażeniach z Ukrainy dojechaliśmy na miejsce. Z przystanku autobusowego czekała nas trzydziestominutowa wędrówka na Wzgórze Różańcowe, gdzie znajdował się dominikański klasztor. Na szczęście torby udało się wrzucić do bryczki. Dorzuciliśmy na pojazd łasego na takie wschodnie smaczki Holendra – owocem tego są piękne zdjęcia.

W klasztorze powitał nas brat Oleg, którego tożsamość i doświadczenie życiowe najpierw fascynowało, a potem już tylko straszyło. Jednak wcześniej należało odebrać dowiezione torby. Jak się okazało, bryczka – wraz z torbami i naszym Holendrem (Erykiem), zajechała za bramę szpitala psychiatrycznego (lub inaczej sanatorium, jak nazywano to miejsce), które także znajdowało się na terenie klasztoru. Z bramy wyskoczył Eryk pełen przerażenia. Przeżywał fakt, że musiał doświadczyć kontaktu z chorymi Ukraińcami. Torby ostatecznie przynieśli pacjenci, co było bardzo miłe. To był nasz jedyny kontakt z tym miejscem (oprócz nocnych i porannych krzyków, dochodzących zza ścian).

klasztor

Klasztor/fot. Erik van Zummeren.

Oleg pospiesznie oprowadził nas po zatopionej w pyle i kurzu bazylice, pięknej kapliczce, w której znajduje się kopia obrazu Matki Boskiej Śnieżnej z Bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie, ogrodzie i naszych pokojach. A to właśnie w nich sypiali Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan III Sobieski (Podkamień sąsiaduje z miasteczkiem Olesko – miejscem narodzin Sobieskiego). Nad głowami wisiały ciemne, toporne krzyże oraz święte obrazy. W całym klasztorze można było natknąć się na każdym kroku na kościelne rekwizyty, wyposażenia z XVI i XVII wieku. Część z nich czekała na sklasyfikowanie i umieszczenie w kątach wyremontowanej bazyliki.

To szybkie wprowadzenie było jedynym walorem edukacyjnym wolontariatu. Ducha brudnych historii z przeszłości doświadczałem już samodzielnie. Dlaczego? Bo historia bezpośrednio odnosiła się do mojego pochodzenia i świadomości narodowej. Przez ponad dwa tygodnie egzystowania z pozostałymi wolontariuszami odczuwałem, iż moja rola w ich otoczeniu może być bardzo ważna. Dopowiadałem i prostowałem dzieje Polski. Bo cóż Francuza czy Holendra obchodzą zmiany, zależności – a prościej: historia tej części Ukrainy czyli Polski sprzed setek lat? Niestety nadal wszystko postrzegali jako w pełni ukraińskie. Miałem czyste sumienie – chociaż próbowałem.

// PRACA I ROZPAD SPOKOJU.

_______________________________________________________________________________________

– A na Ukrainę po co?

– Kości przodków wycałować.

Ziemowit Szczerek,
PRZYJDZIE MORDOR I NAS ZJE,
CZYLI TAJNA HISTORIA SŁOWIAN

_______________________________________________________________________________________

Nie planowałem wycałowania kości, w ogóle nie myślałem, że mógłbym mieć z nimi do czynienia. Codziennie wykopywaliśmy całe sterty. Mokra ziemia, suchy piach, połamane kości, portyki, naczynia, monety. Kości nie oddzielaliśmy. Zrzucaliśmy je setki razy taczkami wraz z hałdami ziemi – żywej i martwej. Podczas przesypywania natrafialiśmy na naboje – puste i pełne. Pewnego razu brat Oleg zdemontował jeden z nich (po wcześniejszym wywołaniu paniki i konieczności dzwonienia po specjalne służby – brat Oleg był żołnierzem). Kiedy było już po wszystkim otrzymałem nabój na pamiątkę. Dowiedziawszy się o tym, ojciec Andriej odebrał mi go, tłumacząc, iż: „Tak będzie lepiej, bezpieczniej”. Tak samo było z polskimi monetami z 1923 roku, które udało nam się znaleźć. „Monety przekazałem do muzeum” – powiedział brat Oleg. „Jakiego muzeum?”, głowiłem się. Istotnie, monety, naboje (kto wie co jeszcze) trafiły do m a g a z y n u w podziemiach. Moja prośba, by ujrzeć te rzeczy, okazała się niemożliwa do spełnienia.

_______________________________________________________________________________________

Cmentarze górskie są osobliwe. Są łagodne i mądre. Nie mają się szczególnie dokąd rozrastać. Dlatego najczęściej wchodzą w głąb i zarastają zielem i drzewami, które zmieniają cmentarz w place d’armes – plac boju, neutralizujący filozoficzne pytanie o wyższość materii nad ideą. Pierwszeństwa nie ma, bo nie ma drugorzędności – przemawiają górskie cmentarze.

Taras Prochaśko, W GAZETACH TEGO NIE NAPISZĄ

_______________________________________________________________________________________

Każdego dnia spoglądałem na sąsiednie wzgórze obsypane maleńkimi pomnikami i krzyżami. W blasku słońca tworzyło zielono-żółtą mozaikę. W smugach cieni i mgieł wywoływało friedrichowski niepokój. Po paru dniach pracy przy renowacji postanowiłem przeprawić się przez układankę płyt nagrobnych. Polskie nazwiska i modlitwy przeplatały się z nowymi ukraińskimi wersjami. Deus ex machina: wielki krzyż i kilka tablic z nazwiskami. 12 i 16 kwietnia 1944: wymordowanie Polaków z Podkamienia i okolic (tego dnia Sonia z Czech otrzymała wiadomość od mamy: „Pracujesz w miejscu wymordowania setek Polaków i Żydów. Miej to w pamięci. Uszanuj historię.”) Następnego dnia poszedłem do urzędu miasta, by dopytać się o te miejsce. Usłyszałem: „Sprawa Polaków, nie nasza. Oni zbudowali ten pomnik”, „Jak to się stało? Pewnie porachunki Ukraińców i Polakami, takie czasy”. Jakie porachunki? Nawet najbardziej oczywiste fakty historyczne są nieistotne dla mieszkańców Podkamienia. Wikipedia wyjaśnia:

_______________________________________________________________________________________

W czasach rzezi ludności polskiej na Wołyniu w warownych murach klasztoru schroniła się przed atakami UPA ludność polska, w tym żołnierze AK. W dniach 12-16 marca 1944 klasztor został zaatakowany, doszczętnie rozgrabiony i zniszczony przez oddział UPA. W klasztorze i poza jego obrębem zabito w tym czasie 400-600 osób, w całej okolicy blisko 2 tysiące ludzi.

_______________________________________________________________________________________

Po paru dniach przyjechała do klasztoru polska wycieczka. Rozrzewnieni, sentymentalni goście należeli do pewnego stowarzyszenia Kresowiaków na Ziemiach Odzyskanych. To właśnie, między innymi oni przyjeżdżają i oddają cześć ofiarom. Wtedy usłyszałem wiele słów: „Nie wierz im; oni są zakłamani; nic nie możemy zrobić; wciąż ukrywają prawdę; w tym klasztorze przetrzymywano i więziono Polaków. Kości mówisz, że wykopujecie… Żadne zwierzęce. To wiadome kości etc. etc.” Woda z mózgu, bo komentarze braci były różnorodne: od porzuconych kości zwierząt po posiłku, po kości ze szpitala.

// TOŻSAMOŚĆ / PRZYKŁAD

Aleksander / Oleg Tomaszewski / Tomasziwski. Wersja ukraińska dla mnie. Wersja polska dla obcokrajowców

// ROZDARTE SERWETKI

_______________________________________________________________________________________

Najtrudniej jest sobie uświadomić,

że Ukraina to kraj którego nie ma. Obecne czasy to granica, archipenkowska przestrzeń pomiędzy dwiema różnymi Ukrainami.

Współczesna Ukraina to tektoniczne pęknięcie, wulkan zmieniający podstawową geografię.

Bo mapa to tylko marzenie. Mapy trzeba oglądać wtedy, gdy wciąż się wahasz – iść czy nie iść. Mapa jest przede wszystkim artystyczną grawiurą, która nie ma nic wspólnego z tym, gdzie wylądujesz.

Najbardziej naturalną reakcją jest uznanie tego terytorium za swoje. Skoro jest niczyje, to znaczy, że może być moje. I czucie się na nim wolno i swobodnie. Póki jeszcze można się tak czuć. Póki nasz kraj ostatecznie nie przekształci się w coś.

Taras Prochaśko, W GAZETACH TEGO NIE NAPISZĄ

_______________________________________________________________________________________

Pewnego wieczora przysiadłem się do koordynatorek projektu. Olga i Valentina pochodziły ze wschodniej Ukrainy. Układanie harmonogramu wolontariatu stało się preludium do rozplanowania „przyszłości” państwa. Dopiero po jakimś czasie zapragnąłem porozmawiać o aktualnej sytuacji kraju i Europy. Olga i Vala rozrysowały swe wizje na białej serwetce. Obie spierały się o przyszłość i o lepszy podział. Jedna z nich chciała dalszej zależności od Rosji (powodem była stabilizacja gospodarki etc.), druga pragnęła zmian i stabilizacji europejskiej. Linia między Ukrainą wschodnią a zachodnią nabierała wyrazistości czarnego tuszu. Ostatecznie serwetka biernie poddała się rozpadowi. Kolejną szczyptą bezsensu było oderwanie Lwowa – kawałka papieru – przeze mnie i zawołania Czeszki: „Lenka, chcesz Zakarpacie?” –„ Jasne!” – „To odrywamy.” I tak rozeszliśmy się z naszymi odzyskanymi ziemiami. Ściskając w ręku Lwów ukochany… Niestety, zgubiłem ten kawałek…

// TARNOPOL / PRZERWA

Najpiękniej. Jezioro, słońce, stary młyn, hotel, przyjemność, beztroska. Wszystko płynęło jak my na statku po jeziorze w Tarnopolu. Ale to tutaj pod pomnikiem Bandery moja powierzchowność i chamstwo wypłynęły na wierzch. Valentina przeciągała uznanie UPA i Bandery ciągle powtarzając o ich krwi, przygotowaniu kraju na lepszą przyszłość – „Och to są nasi prawdziwi b o h a t e r o w i e!”. Nieopodal stała Julia z Austrii, więc niewiele myśląc zapytałem: „Hej Julia, czy również uważacie Hitlera za swojego prawdziwego bohatera?” – wiadomo jakie spojrzenia wywołałem. Ale cóż, wszystko płynie…

Tarnopol urzekł mnie także wielością ślubów – w prawie każdym zakątku starego miasta i przyjeziornego bulwaru. Siedząc na wyspie byłem wpatrzonym świadkiem trzech ceremonii. Dzięki temu mogłem poznać tradycję wyszywanej wstęgi oraz ubrań, które ochraniają i wróżą pomyślność.

// REALITY SHOW

W drugim tygodniu zdemaskowaliśmy całą prawdę o klasztorze. Strasznie ciężko było nam dalej dostosowywać się do tamtejszych reguł. Każdy z nas wyrażał swoją obojętność, niewiedzę, odrzucenie i niewiarę w Boga. W końcu zapragnęliśmy wyjść nocą – uwolnić się od czatujących i błąkających się całymi nocami braćmi. Jedna z prób skończyła się przedziwnym spotkaniem z zakonnikami i ich przełożonym. „E, gdzie chcecie iść? Zamykamy! Jest 22. Robimy to dlatego, że boimy się młodych ludzi z koktajlami mołotowa!” – „Co? To żart?”, zdziwiliśmy się w wielu językach. Z pewnością był to żart. Trzeba mieć na uwadze ilości pochłoniętej przez braci wódki. Oni to już mieli niezłych Mołotów w głowie…

Pewnej nocy w końcu udało nam się wyjść na zewnątrz klasztoru. Tę przyjemność zawdzięczałem Alinie, studentce z Charkowa. Dziewczyna przekupiła jednego z braci wódką. Ten wskazał drzwi i przejście poprzez opuszczone cele na dwór. Po pokonaniu kilkunastu stopni schodów, otwieraniu skrzypiących drzwi, przejściu przez puste cele byłego więzienia, paru potknięć o taczki WYSZEDŁEM. Ujrzałem najprawdziwszą noc nieskalaną sztucznym światłem. Połyskujące, wyraźne gwiazdy prosiły o łapanie wzrokiem. Przestrzeliłem ciemność strugą światła. Zbliżyłem się do przedmurza. Wyobrażałem sobie porozrzucane kości, 50 centymetrowe rowy wokoło, które kopaliśmy przez cały czas wolontariatu. Wszystko zostało przerwane męskim głosem – „Kto to? Kto tam?” – Cóż wtedy pozostało? Uciekać – znów, z większym impetem, otwierając skrzypiące drzwi, biegnąc przez puste cele więzienia, potykając się o taczki, swój strach i głupotę.

// SEN / KOSZMAR

Pierwszej nocy po prawie 17 godzinach drogi z Lwowa do Poznania przyśnił mi się koszmar, zmutowane wspomnienie. Było to tej pierwszej nocy, kiedy podświadomość wylewała swe niepokoje w sennych widzeniach. Uciekałem przed klasztornym fermentem, przed braćmi, Jezusami zawieszonymi nad moją głową.

klasztor w Podkamieniu

Przemierzam tak samo jak w rzeczywistości ciemny korytarz. Na palcach, prędko, prędko i cicho, bo Ojciec Andriej już pewnie śpi. Jedne drzwi, drugie drzwi… Przemierzam dawne cele, puste pomieszczenia, potykam się o taczki, tumany kurzu. Wychodzę w ciemną noc. Tylko gwiazdy cicho błyszczą, psy jak zwykle ujadają gdzieś we wsi – poza murami klasztoru. W rzeczywistości zaskoczył mnie głos Ojca Andrieja: „Kto to? Kto tam jest?”. Wtedy to uciekałem znów do naszych sypialni. We śnie nie napotykam prześladowczego głosu. Biegam po ogrodzie. Z ziemi wystają studnie. Gaśnie moja latarka. Oswajam wzrok przed obliczem garstki światła od gwiazd i księżyca. Ze studni dobiegają głosy. Jeden z nich krystalizuje się. Nie pamiętam już słów. Uznałem go za głos śmierci. Dialog mojej bojaźni i okrzyków z wnętrza ziemi przekonał mnie, iż jestem w centrum zła, że stoję nad dołami pełnymi kości, nabojów i mokrej ziemi.

_______________________________________________________________________________________

Nie pozwolę, by serce me spało,

Chociaż ciemność panuje wokół,

Chociaż wszystko mi będzie szeptało,

Że na mnie śmierć czatuje w mroku.

Przypadkiem śmierć do mych piersi, do mnie,

Choć świta – mgła nieprzenikniona.

Ach, o tym wszystkim lepiej zapomnieć,

A może da się śmierć pokonać?

O, tak! I poprzez łzy śmiać się będę,

Pieśni śpiewać nawet w zawiei!

Ja żyć chcę, precz więc, dumki obłędne,

Ja wierzę, choć nie ma nadziei!

Łesia Ukrainka, CONTRA SPEM SPERO

_______________________________________________________________________________________

// KRZEMIENIEC / ruiny zamku / dom Słowackiego

No bo Słowacki… No bo Szkoła Ukraińska Polskiego Romantyzmu… Nie wiesz? Nic? Nie kojarzysz? To przecież wspólna myśl. Nie? Hmmm…” (zdziwienie podczas rozmowy z Olgą i Valentiną)

Jesteś Polakiem?”, spytał po ukraińsku przewodnik zamku. „Tak”, odpowiedziałem. „Tfuu”, splunął mi na buta; rozzłościł; machnął ręką. (kolejne zdziwienie w ruinach zamku)

// PRAWIE KONIEC

Wśród licznych kłótni braci z wolontariuszkami ze wschodniej Ukrainy, nadszedł ostatni dzień w klasztorze. Wszelakie spory odbierałem w systemie stereo-językowym. Brat Oleg głośno tłumaczył mi zepsucie dziewczyn, które rzekome wynikało z: a) pochodzenia, b) posługiwania się językiem rosyjskim, c) szacunku do wspólnej kultury ukraińsko-rosyjskiej, d) braku zjednania myśli wśród młodego pokolenia. Brat Oleg nie bał się używać takich sformułowań jak: „Lizanie dupy Ruskom”, „Rosyjskie dziwki”, „Wypierdalać do Rosji”… Wyjaśniając system stereo-językowy:
– w języku angielskim słyszałem żale i złości dziewczyn; po polsku odbierałem stosy przekleństw  w kierunku dziewczyn i niektórych wolontariuszy. Wbrew pozorom
, brat Oleg bardzo mnie lubił
– chyba jako jedynego. Czasem miałem wrażenie, iż przychylność wobec mnie wynika z tworzenia pozoru przyjaźni polsko-ukraińskiej. Przede wszystkim odczuwałem, że wywołana jest ostrożnością. Bo kto namąci w dyskusji bardziej niż Polak? Co ciekawe, przez wszystkich braci byłem odbierany jako polski Żyd na ukraińskiej ziemi – bo taki ciemny, robotny, sprytny. I jeszcze rodzinę mu wymordowali w Oświęcimiu. Żyd jak malowany: Icek Muszkieta.

Ostatniego wieczoru część grupy odmówiła spożycia wspólnego posiłku. Wszyscy, ale to wszyscy, kłócili się z bratem Olegiem. W nocy zaś, brat Oleg przesiadywał w damskiej toalecie. Wywołało to oczywiście pisk i puste przerażenie Ukrainek. Bo za dużo zostało wyrzuconych słów o dawaniu dupy taksówkarzowi, wolontariuszom, a bardziej metaforycznie: Ruskim. Popłoch wśród dziewczyn wywołany był strachem. Za krzyki alkoholowe, spory kulturowe i ideologiczne, mogliśmy się spodziewać właściwie wszystkiego.

// A POTEM ZACZĄŁ SIĘ LWÓW

We Lwowie spędziłem samotnie parę dni. Okna hostelu wychodziły po lewej na pomnik Szewczenki, po prawej na pomnik Mickiewicza. Prawdziwą rozkoszą było spokojne spacerowanie, zwiedzanie, smakowanie Balu maskowego Verdiego i Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków Bogdana Pawłowskiego w Operze Lwowskiej, polskiego malarstwa i architektury, a nawet mszy (po polsku, ukraińsku, angielsku) w katedrze. I łez…

W pierwszych chwilach po rozejściu się wszystkich wolontariuszy przepłakałem ostatnie minuty na karcie telefonicznej. Prozaiczne połączenie z bliskimi pod fontanną na rynku. Płacz z bezsilności i chęci odpoczynku. Ostatecznie osiągnąłem namiastkę wewnętrznego spokoju, doprowadziłem się do miejskiej samotności.

Przy kasie z biletami do Lwowskiej Galerii Obrazów poznałem pewną starszą panią z Lwowa, która przyszła wraz z przyjaciółką z Krakowa. Przy kasie miałem problem z zakupem biletu dla studentów. Jako że nie jestem studentem z Ukrainy, musiałem zapłacić cenę normalnego biletu. Zrozumiałem to dopiero dzięki pomocy wspomnianej Polki. Zwiedzając już Galerię, zatrzymałem się w pół kroku wraz z nią. Byliśmy wpatrzeni w portret dzieci Jana Matejki. „Niech Pan spojrzy. Te dzieci patrzą tak prawdziwie, jakby miały zaraz do nas podejść. Niech mi Pan powie, dlaczego nie mogę ich odwiedzać w Krakowie? Dlaczego dzieła te umykają widzowi w Polsce? Dlaczego oni wciąż posiadają nasze zbiory? Te dzieci, nasze dzieci prawdziwe”, lamentowała ze łzami w oczach. „A wie Pan, że część obrazów gnije gdzieś po piwnicach muzeum?”

_______________________________________________________________________________________

* * *

Nad dawną dolą Ukrainy

Biadamy – łkamy w każdy czas,

Z płaczem czekamy tej godziny,

Kiedy kajdany spadną z nas.

(…)

Daremne żale i zgryzoty,

Toż nie ma dla nas drogi w tył.

Weźmy się śmiało do roboty,

Walczmy o nowy byt co sił.

_______________________________________________________________________________________

* * *

Za prawdę, bracia, razem w bój kroczmy

Po najsłuszniejszej z wybranych dróg

Jedna nas wszystkich wiara jednoczy,

Jednego serca słyszymy stuk.

Nie ma w nas, bracia, myśli podstępnej

I nie lękamy się zła ni krzywd.

Dzierżymy prawdy proporzec świętej,

Z naszego grona nie zdradzi nikt.

Niechaj się do nas przyłączy każdy,

Kto oddać życie za prawdę rad.

Przyjmiemy każdego jak brata miłego,

Kto kocha prawdę, ten nasz brat.

Łesia Ukrainka

_______________________________________________________________________________________

Powyższe wiersze wpasowują się w sytuację, kiedy wielokrotnie spotykałem żołnierzy, jadących do Donbasu. Niektórzy z nich byli o wiele młodsi ode mnie. Jak można ich zapamiętać? Tylko  w obliczu pożegnania. Czułe śpiewy, karaoke na placu przy pomniku Szewczenki, biesiadowanie  przy dworcu, przerwane objęcia z rodziną. Chcą być bohaterami – mówią – nowymi bohaterami – krzyczą. Za Ukrainę!

// PRZEWARTOŚCIOWANIE

PODKAMIEŃ (2)

Nie lubię ciszy w gąszczu mojej rzeczywistości. Ponownie wróciłem z podróży. Wolność chce mnie zniszczyć. Za moją pracę uważam podążanie setkami kilometrów ścieżek do miejsc nieznanych, nowych. Moją pracą jest nauka, która coraz częściej bywa fartem, szybkim i zaplanowanym szczęściem. Spowolniłem tempo czytania. Codziennie chciałbym wyruszać w świat. Świat pełen obcych bram, kamienic, placów, dźwięków… Zachwycam się. Żyję tylko chwilami. Chwilami dalekimi od domu. Jest już za późno i jednocześnie nie jest za późno – na wysyłanie S.O.S. do miłości, do podróży zabijającej miłość i chuć. Ratunku! Poproszę o kilometry, kilometry ucieczek. Exodus wielkiej ilości m n i e do mniejszej ilości m n i e; do siebie na zewnątrz i wewnątrz. Minuta, minuta / sekunda, sekunda – odjazd autobusem do granic swego pochodzenia. Proszę o kilometry dróg wydeptanych przez mistrzów.

NIE KOCHAMY, bo chcemy być kochani. Parafraza z Pociągu Kawalerowicza aktualnie dopasowuje się do stanu, jaki odczuwam podczas podróżowania. Wtedy mógłbym nie kochać. Dokonywać przerw
w transmisji uczuć
. Oczekuję zaś, że nowe miejsce mnie zaakceptuje i będę nim zaabsorbowany. Wysiłkiem kupuję rozlazłe przemyślenia o miłości czy chuci. I wnet Mikołaj Gogol znów ma rację – podróżując uciekamy od grzechu. Ucieczka trzyma nas w ryzach. Stabilizacja otwiera drzwi wyobraźni – drzwi do koszmaru.

Czy raptem kilka podróży w ciągu roku, podróży, traktowanych jako szkółki życia, mogły mnie uodpornić na sprawy czysto uczuciowe? Nagle odczuwam lekkość, spokój. Staję się bardziej czuły. Otwieram się. Jednakże wciąż z dozą asekuracji. Brak euforii. A wszystko wywołane nieokazywaniem uczuć przez ostatnie lata. Osoby, które wciąż mi ufają i są ze mną związane, cechuje wielka cierpliwość i afirmacja mojego pustego samotnictwa.

Czuję się znieczulony, a nawet odrętwiały. Ukraina rozbudziła dumę. Rzym rozbudził estetykę. Petersburg rozbudził fascynację wielką machiną manipulacji. Doświadczyłem wielu światów, lecz świat miłosny jest dla mnie wciąż nieodkrytym wybrzeżem, po którym się sennie przechadzam i zatapiam koniuszki stóp w wodzie. Obserwuję lekki prąd, fale, słońce. Świat mi czasem kadzi. Cóż mogę zrobić? Nic, tylko powolutku oswajać się ze zmianami. Stąd proporcje są nierówne. A ja pierwszy raz odczuwam fascynację i uwielbienie mną. Może wtedy nie muszę dbać o rozpalanie ognia danej osoby? Nie dbam, lecz się staram. Nie staram się, lecz dbam.

_______________________________________________________________________________________

Żyć – to lać łzy.

Łesia Ukrainka,
MI
Kołysanka. Arpeggio

_______________________________________________________________________________________

Tekst pochodzi z miesięcznika „Lux”, nr 2.