mural_lodz

Joanna Michalina Wal: Miasto, masa, mural. O książce „Żeby było ładnie” Sebastiana Frąckiewicza.

„Artyści na ulicę” – tak w 1921 roku Bruno Jasieński wzywał do natychmiastowej futuryzacji życia. I stało się. Po niespełna wieku artyści w kapturach wychodzą na miasto i z puszką farby przelewają na ścianę co im w duszy gra.

Sztuka ulicy broni się sama i wcale na Banksy’m się nie kończy. Jest bezkompromisowa, otwarta i krytyczna – bez pytania wdziera się w przestrzeń miejską, zabiegając o uwagę zwykłego przechodnia. Kondycja polskiego street artu nigdy nie była lepsza. A skoro osiągamy w tej dziedzinie szczyty, to na co niebawem przyjdzie kolej?

Sztuką ulicy nazywano kiedyś żonglerów lub artystów chodzących na szczudłach. Gdy w Polsce wybuchł boom na graffiti, z ambon krzyczano, że ta antysztuka jest najczystszym przejawem wandalizmu i braku poszanowania własności materialnej zwłaszcza przez młode pokolenie. Gdy graffiti ewoluowało do sztuki ulicy, obwieszczono narodziny nowego języka. Zaczęto tworzyć festiwale poświęcone twórczości młodych studentów ASP, którzy na Katowice Street Art Festiwal przelewali kreatywne wizje z blejtram na ścianę. I wówczas myślano, że na Banksy’m street art się skończył. Aż do teraz. O boomie i kryzysie polskiego street artu w rozmowach z Sebastianem Frąckiewiczem słychać głosy: Ixi Color, Patyczaka, Mariusza Libela, Sepe, Magdaleny Drobczyk, Michała Kubieniec, Teresy Latuszewskiej-Syrda, Sainera, Pikaso, Zbioka, Oteckiego i M-city.

„Street art leży na przecięciu trzech pól, trzech sił, trzech tradycji. Pierwsze pole to post-grafffiti (…). Można powiedzieć, że postgraffti to jest taki korzeń street artu, kod genetyczny. Drugie pole, czy siła, to jest kultura DIY (do it yourself), czyli założenie, że jesteśmy niezależni, tworzymy przy pomocy tanich, łatwo dostępnych środków – szablon, plakat, vlepka, klej z mąki. Ale także DIY na poziomie organizacji kultury, w kontrze do mainstreamu: własne media, własna przestrzeń do dyskusji, no i oczywiście własna przestrzeń wystawiennicza.” Bo wbrew pozorom sztukę ulicy podziwia się także w galeriach sztuki.

Boom streetartowy był środowiskową odpowiedzią na boom reklam. Im częściej na ulicach outdoory wyrastały jak grzyby po deszczu, tym bardziej wzrastała niezgoda na zastaną rzeczywistość. Twórcy murali chcieli „odczarować język”, zabawić się treścią i formą i dzięki przewrotnej dwuznaczności zmusić przechodniów do samodzielnego myślenia. Tak było jeszcze parę lat temu. Jak jest dziś? O co teraz walczy się pędzlem? Przeciw czemu się buntować? Doszliśmy do momentu, w którym sztuka ulicy bazuje częściej na czystym wrażeniu estetycznym, niż na walce w słusznej sprawie. Nawet nurt antykonsumpcjonizmu Banksy’ego czy Twożywo przestał zachwycać tak, jak na początku, gdy usłyszał o nich cały świat.

To dzięki takim guru w tej dziedzinie oczy świata zwróciły się na mury kamienic. Banksy nadał street artowi rozpędu. Zaczął wyprowadzać sztukę z cienia ulicy, choć sam artysta nigdy z ukrycia nie wyszedł. Mimo, że świat pokochał jego prace, nie można pominąć krytycznych opinii, oskarżających go o banalizację i spłycanie tematu swojej sztuki.

A jak jest ze sztuką murali i panującej od kilku lat mody na muralozę? Nie wszystko co pojawia się w przestrzeni miejskiej jest street artem. A już na pewno mural nie równa się street art. Najlepiej wiedzą o tym m.in. mieszkańcy Łodzi, która słynie z wieloformatowego malarstwa Fundacji Urban Forms. Ale czy moda na murale spowodowana jest jedynie ozdabianiem nieefektywnych przestrzeni miasta, by zabić w nich szarość i nudę, czy to sposób nowej, twórczej narracji młodych kreatywnych? Murale są hipsterskie i dobrze pasują do schematu młodych, gniewnych z wielkich miast, Warszawy, Łodzi, Gdańska, Katowic. „Ze sztuką jest tak, że każdy człowiek przegląda się w danym dziele. Nie widzisz dzieła, tylko to, co wcześniej dowiedziałeś się i zobaczyłeś. Ta wiedza uruchamia wewnątrz pewne skojarzenia i tworzy nowy schemat, który może cię poruszyć albo nie.”

Trzeba pamiętać, że spora część streetartowych prac powstaje nielegalnie, w nocy, gdy nikt nie widzi. Są jednak oryginalne metody pracy, takie jak u Magdaleny Drobczyk: „Jeśli się spinasz, że przyjdzie policja, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta policja faktycznie się pojawi. Kiedyś wraz z Miszmasz i Raspajzanem malowaliśmy sobie taki tryptyk na jednym z głównych skrzyżowań w Katowicach. Postanowiliśmy zainscenizować to wszystko tak, żeby wyglądało na legalną realizację: wyciągnęliśmy kanapki, na chodniku postawiliśmy sobie termosy i do dzieła. Policja oczywiście przejeżdżała, zwolniła, ale się nie zatrzymała.”

Polski street art to niesamowicie szczera gałąź sztuki, która jest wolna, żywa i elastyczna. Doskonale odpowiada na potrzeby i panujące nastroje społeczne. Jej krytycyzm nie pozwala zatracać się bezwiednie w ulicznym chaosie. To intryguje, pobudza emocje i zmusza do myślenia. Uczy walki o słuszną sprawę. I co ciekawe, porywa coraz większe rzesze młodych i odważnych, których nie odstrasza nawet policyjna groźba odpowiedzialności karnej. Akt odwagi na rzecz wyższej idei zasługuje na podwójne uznanie.