pilch

Joanna Wal: „Karmienie się cudzymi tragediami to odwieczny obyczaj literatów”. O „Zawsze nie ma nigdy”

Jerzy Pilch przesiąkł literaturą. Nasycał się nią od najmłodszych lat, przelewając na papier specyficzny język i poczucie humoru, które obecnie każdy rozpoznaje niemal od razu. Przy tym pisarz nie jest postacią jednoznaczną. W pierwszym wywiadzie-rzece autor „Pod Mocnym Aniołem” zdejmuje maskę i odsłania prawdziwą twarz człowieka pogodzonego z własnym losem.

Pilch debiutuje w wieku trzydziestu sześciu lat i od razu uwodzi czytelników niebanalnym kunsztem pisarskim, świadomością stylu i spojrzeniem na świat. Nie bez powodu już w czasach pracy w „Tygodniku Powszechnym” starsi koledzy po fachu obwieszczają narodziny nowego talentu polskiej prozy, wschodzącą gwiazdę rodzimej literatury. To dopiero zapowiedź tego, co Pilch pokaże w „Bezpowrotnie utraconej leworęczności” nagrodzonej Paszportem Polityki w 1998 roku czy „Pod Mocnym Aniołem”, za którą otrzyma Nagrodę Literacką „Nike” w 2001 roku.

Od czego Pilch zaczyna swoje powieści? „Gombrowicz radził, by pisać byle co, a rzecz i tak się rozwinie. Ja mam kult pierwszego zdania, w którym całość się mieści. Zawsze jest potrzebny obraz, bardziej nawet niż pierwsze zdanie. A najlepiej, gdy to pierwsze zdanie jest równocześnie obrazem. (…) Jak masz dobrze złapane pierwsze zdanie, to rolą pisarza jest wyciągnąć z tego pierwszego zdania wszystkie konsekwencje.” Przy okazji nie omija trudnych tematów. Poza opowieściami o metodach pracy, dotyka codzienności i samotności, która nie bez powodu wpisana jest w zawód pisarza. To nie on wybrał samotności, to samotność wybrała jego.

Pilch wychowuje się na literaturze – oddycha i myśli prozą. Jego młodzieńczych inspiracji można doszukiwać się w twórczości chociażby Andrieja Płatonowa, Milana Kundery, Thomasa Manna, Gustava Flauberta, Bruno Schulza, Hermanna Hesse, ale także u rodzimych piewców literatury – Jarosława Iwaszkiewicza, Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, dlatego „każda następna książka jest w pewnym sensie korektą poprzedniej.” Pilch dostosowuje swoje życie do profesji i swojego biurka, które staje się jego małym centrum dowodzenia. Jak wspomina – kiedyś myślał, że będzie „pisarzem-księgowym, urzędnikiem od literatury” (podobnie jak Igor Strawiński, który nie rozstawał się z teczką i biurkiem, przy którym komponował).

A co z cyganeryjną maską Jerzego Pilcha? „Te moje rzekome skłonności do ekscesów, do zachwytów erotycznych, które silniejsze są, a w każdym razie o wiele bardziej bezpośrednie w wywiadach niż w książkach, to rodzaj mojej niewinnej zabawy.” (…) „Wbrew własnej ochocie, stałem się modelem pisarza, którym nie bardzo chciałem być. Trochę się brzydzę awangardą obyczajową, nie przepadam za pijakami, ekscesami, nie imprezuję, nie ćpam, pierwszą marihuanę zapaliłem, jak się dowiedziałem, że pomaga na Parkinsona”. Pilch zrzuca maskę kobieciarza i człowieka z wyższych sfer, aby obnażyć swoje niedoskonałości. Jest bezpośredni, trochę zmęczony – nie ucieka się już do gier, nie próbuje zbić odbiorcę z pantałyku. Robi rozrachunek z przeszłością, analizuje nie tylko sukcesy, ale także porażki.

Pilch schodzi z piedestału – okazuje się, że ciekawi go codzienność i banalne sprawy zwykłych ludzi. Pisarz obala mity i odważnie mówi o swojej fascynacji kulturą popularną – „Jestem wrogiem traktowania pisarza jako autorytetu, przypisywania mu wyższości. (…) Ja kupuję prasę bulwarową i czytam ją bardzo dokładnie. Albo myślą [kobiety], że oglądam wyłącznie arcydzieła, literatura, film i teatr, tylko z najwyższej półki. A ja lubię popatrzeć w telewizor i obejrzeć program <Piękna i kujon>. Tu widzę prawie zawsze rozczarowanie, bo zakłócam wizerunek artysty kapłana. Nigdy nie miałem ambicji, by obserwować tylko świat wyższy; mnie interesowało to co jest dostępne w bezpośrednim otoczeniu.”

Ciekawy jest fakt, że Pilch nie wstydzi się upadku i słabości, które najgłębiej dotykają istoty człowieczeństwa. Nie ukrywa choroby alkoholowej i Parkinsona – otwarcie potrafi o nich rozmawiać. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to swoista terapia, która pomaga stanąć w prawdzie, by odrzucić substytuty doczesnego świata, będące iluzją rzeczywistości. „Otóż, gdyby nie choroba, (…) dalej byłbym w szponach nałogu. Co pewien czas bym się w to zanurzał, tak jak się zanurzałem, z coraz gorszymi skutkami. Prawdopodobieństwo, że prędzej czy później znaleziono by mnie martwego, było wielkie. Pan Bóg, jeśli oddać sprawę w Jego ręce, przyglądał się mojemu przypadkowi i mówił tak: <Jedyną rzeczą, która może mu trochę pomóc, jest Parkinson. Bo na Parkinsona będzie chorował dłużej>”. Autor przyznaje, że literatura jest dla „popapranych osobowości” – pomaga uciekać, bronić się, atakować lub zdobyć „niezależną duchową pozycję”.

Bez wątpienia, Jerzemu Pilchowi udało się wejść do kanonu współczesnej polskiej literatury. Świadczy o tym chociażby fakt, że jego książki doczekały się ekranizacji, przeniesienia na deski teatru czy adaptacji dla potrzeb Teatru Telewizji, m.in. „Spis cudzołożnic. Proza podróżna” wyreżyserowana przez Jerzego Stuhra, „Żółty szalik” zrealizowany przez Janusza Morgensterna (nagrodzony na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2000 roku), a na scenie „Monolog z lisiej jamy”, „Narty Ojca Świętego”, czy widowisko teatralne „Inne rozkosze”.

Bez znajomości prozy Pilcha nie sposób rozmawiać o kondycji współczesnej sztuki, która przynosi dowód na realność problemów dzisiejszego świata i zmagającej się z nim słabej jednostki. Pisarz nie ulega idyllicznej wizji rzeczywistości – wydobywa cienie z życia, które czasem miewa gorzki smak. Szczerość i realizm są zatem przykładem debaty o rzeczach prawdziwych i ważnych, które dotykają każdego.