parowski1

Maciej Parowski: Kino z papieru

Gdyby komiks proponował filmowcom jedynie pajaców porozumiewających się „dymkami” bądź walczących ze złem zabawnych przebierańców, reżyserzy nie sięgaliby po obrazkowe historie, a sama idea kina inspirującego się komiksem nie byłaby warta uwagi.

W dobrych komiksach znajdziemy znacznie więcej. Rozkwitają tam światy tworzone w różnych estetykach, niesamowite intrygi i przerysowani bohaterowie, którzy dzięki maskom, przebraniom i cudownym uzdolnieniom (bądź niepojętym słabościom) okazują się mitologicznymi nosicielami uniwersalnych problemów. Jednak nawet to nie daje gwarancji porządnej adaptacji; komiks i kino mają specyficzne właściwości, które nie zawsze muszą wchodzić ze sobą w reakcje.

Inne teksty z miesięcznika Lux 1/2 Polskość Zredefiniowana

*

O kinie pisze się więcej i częściej. Rozważmy zatem specyfikę komiksów. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to kilka kadrów na komiksowej planszy. Kadr bywa nie większy od pudełka papierosów czy zapałek, a plansz mamy niewiele. Dlatego opowieść musi być zwarta i wartka. Małe postaci powinny mocno się różnić, inaczej nie zostaną rozpoznane ani zapamiętane. Stąd tyle w komiksie przebierańców, pajaców, potworów, kosmicznych i lokalnych odmieńców. Z gramatyki komiksu.

    Najlepiej, żeby to byli mędrcy albo wariaci, święci albo złoczyńcy, liderzy porządku albo spiskowcy; nosiciele zagłady, wielkiej przemiany albo ocalenia. Powinni być ziemskimi bystrzakami lub mocarnymi Obcymi z innego wymiaru. Stąd pomysły obdarzenia ich cudownymi mocami oraz wyposażenia w cudowne narzędzia/gadżety, które zadziwią na planszy.

Takie barwne postaci skazane są na prowadzenie wojen, a w każdym razie podchodów. Powód nie może być błahy – losy miasta, państwa, świata, cywilizacji. Jeśli kadr jest malutki, niech chociaż stawka będzie wysoka. Oto jak polski badacz komiksu doktor Jerzy Szyłak widzi kwintesencję tej sztuki: KOMIKS – SUPERBOHATER I SUPERŁOTR NA ARENIE. Pod wpływem wzruszeń na filmowym Dicku Tracym, w którym praktycznie wszyscy grali w maskach deformujących twarze, dodaję: KOMIKS – DUSZA NA WIERZCHU. Szyłak woli mówić o komiksowym „świecie przerysowanym” w sensie jego (przygód, protagonistów, światów) nadmiarowości, przeszarżowania.

Spiskowcy i święci, kanciarze i mściciele, policjanci i złodzieje mają przeszłość, urazy oraz dalekosiężne plany. Tu się otwiera pole dla bieżących skojarzeń, aluzji, wreszcie – mitologizacji. Komiks chłonie rzeczywistość jak gąbka, przerabia ją i uwzniośla. Pamiętam zdziwienie towarzyszące Polchowi, Rodkowi i mnie, jak łatwo dawało się w komiksie o kosmicznym detektywie Funky Kovalu zapisywać urazy i uniesienia stanu wojennego. To wchodziło do scenariusza i na plansze praktycznie bezwiednie.

Komiksy niby upraszczają świat, ale zarazem sięgają do fundamentów, do podstawowych lęków. Do mitologicznego sedna. Kadr nigdy nie jest fotografią, dosłownym wizerunkiem świata, więc nie ma właściwie innych komiksów niż fantastyczne.

    Dlatego komiks bywa filmowany. Bo jak w jak w Sin City Sin City potrafi olśnić niesamowitą estetyką, którą można przetłumaczyć na wielki ekran, co zrobili Rodrigez/Miller/Tarantino. Bo oferuje wcale nieuproszczoną, lecz dynamiczną wizję świata jako areny nieustannej wojny i spisku, a właściwie serii dzikich przygód i intryg. Kinu realistycznemu trudniej byłoby obronić czy usprawiedliwić taką paranoję, tymczasem w komiksie spiski są gatunkową oczywistością. Dlatego to właśnie komiks stworzył dziesiątki wyrazistych bohaterów i dramatycznych historii, na które kino samo z siebie mogłoby nie wpaść.

Czy wszystkie one nadają się do kina? Nie ma tu algorytmów ani reguł. Poza tą może, że po komiks lepiej sięgać z duchowej skłonności i w wyniku artystycznego wyboru. To byłby przypadek Tima Burtona i dwu jego pierwszych Batmanów z Basinger, Keatonem i Nicholsonem oraz De Vito, Walkenem i Pfeiffer. Wspaniałych rzeczy dokonali ostatnio z figurą Batmana bracia Nolan (trylogia o Mrocznym Rycerzu), ale już nie Schumacher. Dick Tracy był i pozostaje wspaniały, lecz Kobieta Kot nie udała się tak bardzo, że Halle Berry postanowiła potulnie przyjąć Złotą Malinę.

Prawdziwym artystom cuda się zdarzają. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie dwu mniej u nas znanych starszych filmów i jednego głośniejszego, młodszego. Chodzi o kinową adaptację własnego komiksu, francuską Immortal. Kobietę pułapkę Enki Bilala, południowokoreański film Oldboy Park Chan-wooka (2003) według japońskiej mangi Nobuaki Minegishiego i Garona Tsuchiyi, wreszcie o amerykańską adaptację głośnej serii Strażnicy Alana Moore’a i Dave Gibbonsa nakręconą przez Jacka Snydera (Watchmen, 2009). Za każdym z tych filmów stoi komiks przyjęty z uznaniem przez fanów, stanowiący artystyczną wypowiedź bliską doskonałości.

*

Zacznijmy od rysownika Enki Bilala, który wziął na filmowy warsztat jedną ze swoich najsłynniejszych opowieści (Trylogia Nikopola: Targi Nieśmiertelnych, Kobieta Pułapka, Zimny Równik). To wysmakowana graficznie, niemal malarska fantazja o dziwnych bohaterach, wśród których znaleźć można spadającego z nieba zamrożonego kosmonautę, egipskiego boga i dziewczynę o niebieskiej skórze, prowadzących ze sobą i światem niepokojące gry.

Inną historię, bo dziejącą się w realnym, a nie fantastycznym uniwersum, kreuje Park Chan-wook. Świat mangi jest prostszy niż ten ekranowy, choć komiksowa zasada kreślenia postaci grubą krechą zostaje w filmie zachowana.  Czarno-biały japoński oryginał to epatująca erotyzmem i przemocą współczesna historia uwięzienia i zemsty; kino naśladuje ten klimat, dodając jedynie kolor.

Na wysmakowanych futurystycznych planszach Bilala widać zdegenerowane i podzielone na strefy miasto przyszłości – między powietrznymi taksówkami unoszą się tu w piramidach egipscy bogowie, poeci wypadają z latających więzień, pomocnicze duszki wyłaniają się ze ścian łazienki, a rurami kanalizacyjnymi atakują potwory. Dlatego mimo wspólnej komiksowej inspiracji Oldboy i Immortal. Kobieta Pułapka to całkiem różne filmy. Oba więcej niż udane; znamienne, że kręcone poza Ameryką.

W Ameryce natomiast powstali Strażnicy, obraz silnie zakorzeniony w tamtejszej popkulturze. Tutaj nie chodzi jednak o fantazję, tylko część historii przywoływanej dosłownie na planszach i na ekranie. Film naśladuje społeczne kino lat 80., nostalgiczni superbohaterowie żyją wysadzeni z siodła, zaglądając do starych wspólnych zdjęć. Wykonują tajne zadania dla rządu, ale otacza ich niesmak i niesława. Ludzie pamiętają dwuznaczny użytek, jaki robili ze swoich mocy. Nawet Dr Manhattan, naukowiec, który w wyniku napromieniowania stał się kimś w rodzaju Boga, nie ma dobrej prasy, mimo że kiedyś fotografowali się z nim prezydenci. Film rozpoczyna się morderstwem Komedianta; mały niepozorny Rorschach w masce, na której wciąż zmienia się układ plam, podąża śladem tej zbrodni. Ktoś chce wyeliminować superbohaterów. Na plan wchodzą Nocny Puchacz, podniecająca Jedwabna Zjawa, przestraszony Moloch, nieludzko inteligentny Ozymandiusz. Ich człowieczych bliskich dręczą choroby, a dziennikarze i policjanci ewidentnie polują na herosów. Giną ludzie, śledztwo Rorschacha zatacza coraz szersze kręgi. A w tle Sowieci wkraczają do Afganistanu, zbliża się widmo wojny atomowej.

Filmem, tak jak komiksem, rządzi estetyka pastiszu – na ekranie wracają stare studia telewizyjne, kultowe programy, czołówki gazet, ówczesna moda i wzornictwo. W warstwie dźwiękowej komentują tamten świat Dylan i Hendrix, a Walkiria Wagnera, jak w Czasie Apokalipsy,  ilustruje sekwencję wietnamską.

Immortal. Kobieta Pułapka wygląda natomiast na owoc podobnej animatorskiej pasji, jaka zawładnęła naszym Bagińskim. Co ciekawe, dopiero z perspektywy filmu widać wyraźnie, jak bardzo malarskie są komiksy Bilala. Nie sięga on po celebrowaną przez większość rysowników poklatkowość (nie fazuje ruchu), a zamiast tego buduje ekspresję statycznych plansz, sprawiając, by jednak drgnęły i przemówiły do naszej wyobraźni.

W filmie wszystko jest bardziej dosadne, materialne, zgrzytliwe; metalowa noga Nikopola nabiera ciężkości, w spiżowym głosie Horusa dudnią pogłosy i echa wnętrza piramid. Reżyser/rysownik uprościł skomplikowaną fabułę, rezygnując ze szkatułkowej opowieści, by rzucić się w przedtem mu niedostępną krainę ruchu i dźwięku. Pełno w tym filmie zmian ujęć, detali i nieoczekiwanych jazd kamery otwierających nowe perspektywy. Dzięki komputerowej animacji 3D oraz możliwości syntezy ujęć dekoracji i aktorów z malarskimi zastawkami to wizja bardzo sugestywna i niemal w pełni, jak tamta na komiksowej planszy, poddana woli autora. To komiks i kino w jednym, ewidentnie autorskie i rozpoznawalne na milę, choć są w nim smaki i tony innych doskonałych parakomiksowych realizacji, jak z wcześniejszych Heavy Metal (zwłaszcza nowela Harry Canyon), a z nowszych Piąty Element.

Na salonach dobrze jest, mówiąc o Bilalu, nawiązać do Baudelaire’a i jego Kwiatów zła, rzeczywiście tu cytowanych. Z kolei przy okazji Oldboya należy przywołać psychoanalizę, Szekspira i tragedię grecką. Źle jest natomiast widziane, toteż przemilcza się je wstydliwie, komiksowe pochodzenie filmu, nawet jeśli Park w wywiadach (a nagrodzono go za ten film w Cannes) deklaruje otwarcie fascynację mangą.

Cholerna karma – jak coś się artystycznie uda, to już nie może być komiksem (ani fantastyką), tylko na pewno czym innym. Rzeczywiście, porwany i uwięziony na piętnaście lat bohater Oldboya Oh Dae-su próbuje mścić się histerycznie jak Hamlet (i Monte Christo). Szukając bezimiennego zrazu prześladowcy, nieświadomie prowokuje fatum i – niczym Edyp prowadzący śledztwo we własnej sprawie – sam idzie pod topór przeznaczenia. Oh Dae-su, postawiony wobec winy bezwiednego kazirodztwa, znów niczym Edyp samookalecza się, w czym przypomina również Lira, a po trosze i Tytusa Andronikusa.

Rzecz w tym, że znajdziemy w Oldboyu tyleż samo tropów (fabularnych i warsztatowych) prowadzących ku popkulturze. Film stanowi adaptację komiksu, komiksowe jest w nim zatem rozdanie racji i ról. Bohaterowie prowadzeniu są tu jak po sznurku, a tylko w komiksie możliwa jest tak totalna kontrola, jaką dręczyciel sprawuje nad swym więźniem (a potem pozornie wolną marionetką). Rzecz wyjętą ze społecznego tła podporządkowano zasadzie maksymalizacji ekspresji, więc pełno tu sytuacyjnych nieprawdopodobieństw; całość epatuję estetyką gwałtu i poetyką kina walki klasy B.

Zack Snyder bardziej niż z mitami kultury gra z rzeczywistością. Pokazuje, że to Komediant strzelał do Kennedy’ego, Manhattan stawiał stopę na księżycu, a superbohaterowie pomagali w negocjacjach z ZSRR. Również dzięki nim Nixonowi trzykrotnie wygrał wybory(!). Stają się w ten sposób autorytetami, to do nich odwołują się obie strony, ale też dręczą ich różnego rodzaju wątpliwości. Podczas miejskich zamieszek superbohaterowie przekonują się, jak bardzo są znienawidzeni. A gdy za sprawą Manhattana zajrzą w przyszłość i przeszłość, odkryją swoje bolesne sekrety. Przecież wszechmocni herosi także mają słabości, też bywają ofiarami spisków, kochają, nienawidzą i zdradzają, a ich życie jest poplątane zupełnie jak nasze.

*

Chwilę o dyskusyjnej przynależności gatunkowej: czy na pewno chodzi o fantastykę?

Film Oldboy, przypowieść o zemście – a właściwie o dwóch zemstach – i niewybaczalnej winie, przed którą można uciec w zapomnienie i miłość, najtrudniej ulokować na naszym poletku. A jednak sytuacja niesamowitego uwięzienia bardzo przypomina tę, którą uwiódł nas pierwszy Cube. Tropiący swego dręczyciela Oh-Dae-su  ma równie wiele wspólnego z Edypem, co… z detektywem z filmu Harry Angel odkrywającym stopniowo niechcianą prawdę, która go zniszczy. W filmie Gra oglądaliśmy podobną próbę totalnego zapanowania nad losem jednostki, mającą również doprowadzić do jej spotkania z określonymi osobami i wydarzeniami, a tym samym do założonej przemiany. Dwa pozostałe filmy nie budzą gatunkowych wątpliwości.

Kłopotu nastręczać mogą przesłania, bo w przypadku żadnego z obrazów nie są one oczywiste. Ambitna fantastyka, artystyczny komiks i kino czasem w ten sposób grają z widzem i jego emocjami. Idzie o świadectwo, o wzruszenie, o alegorię i ekspresję, nie o indoktrynację czy rację.

Nie wiemy, co spotka Ziemię za sprawą potomka Horusa; w finale Immortal… Nikopol dociera do swojej (i Horusa) kochanki, ale wokół dziecięcia Kobiety o Niebieskich Oczach pojawia się niepokojąca asysta i krwiożercza aura. Także zakończenie Oldboya, sielskie w wymiarze indywidualnym, wydaje się trudne do zaakceptowania pod kątem moralnym. Czy wolno karać człowieka bez żadnego umiaru? Czy grzech popełniony nieświadomie pozostaje winą?

Nieoczywiste jest również przesłanie Strażników. Superbohaterowie zjawili się, kiedy społeczeństwo wezwało ich do walki ze złem. Czy sytuacja nadal tego wymaga? Nadnaturalne zdolności czynią ich rodzajem socjalnych kalek, a jednocześnie groźnych bomb. Niektórzy, jak Komediant, mają na sumieniu wyjątkowo brudne czyny, innym zaś, jak Ozymandiaszowi, chodzą po głowie niebezpieczne pomysły, które w perspektywie zagrozić mogą całej planecie. Niesamowity Manhattan może tak wiele, że aż strach pomyśleć, do czego dojdzie, jeśli da się podprowadzić komuś podstępnemu – albo jeśli oszacuje koszta z perspektywy półboga, a nie człowieka. Rzymski zwyczaj ścinania zwycięskich wodzów zagrażających Republice w przypadku superbohaterów nie wydaje się więc absurdalny.

Komis o Strażnikach wystartował na przełomie lat 1989/1990, kiedy świat się zmieniał i wszyscy pytali, jak tym nad procesem zapanować. Moore ze Snyderem postanowili posunąć nam więc wszechmocnych pomocników. Bohaterowie włączyli się w historię, pomagając ludzkości, ale i odbierając jej inicjatywę. Może dlatego niektórzy z nich podjęli próbę autodestrukcji i zaczęli sami na siebie polować. Choć to Ozymandiasz uruchamia lawinę, w finale okazje się, że część jego motywów była czysta. Rorschach chce ujawnić tę grę, ale wiedząc, że to może być dla społeczeństwa niszczące, dobrowolnie ginie z rąk Manhattana. Ten zaś bierze na siebie inną niepopełnioną winę i ucieka w kosmos. Uwalnia nas od swej mocy, pozostawia wolnymi. To poruszająca alegoria ofiary. Jak opowiedzieć taki dramat poza komiksem, żeby nie popaść w trywialność?

    Komiksy i kino na nich oparte, zresztą jak cała fantastyka, nie rozwijają się liniowo, tylko cyklicznie. Po wielokroć wracamy do tych samych bohaterów, w nowy sposób opowiadamy stare historie. W kinie czynnikiem sprzyjającym powrotom jest olbrzymie przyspieszenie ewolucji technologicznej – kiedy porównać choćby dawne kataklizmy w japońskim filmach z potworami, zilustrowane miażdżeniem tekturowych domków, z dzisiejszą stereoskopią i stereofonią, ogarnia człowieka nostalgia. Prawdziwi artyści komiksu potrafią jednak tak skomplikować racje swych bohaterów, tak skonstruować akcję na planszy i uczynić ją paralelną z dylematami naszego świata, że fabularnie i warsztatowo długo pozostaną dla filmowych adaptacji wyzwaniem.

Tekst jest rozszerzoną wersją szkicu zamieszczonego pierwotnie w magazynie “ Czas Fantastyki” (listopad 2004 r.). Ukaże się on w najnowszej książce Macieja Parowskiego „Kukułka na koniu trojańskim. Małpy Pana Boga 3. Retrospekcje”. Premiera już w maju!

Tekst pochodzi z miesięcznika Lux nr 1/2. Dostępny tutaj.

 

*