ssanie

Komu Ssanie robi dobrze?

Nie wiem, czy którakolwiek z recenzji tej książki nie zacznie się od omówienia tytułu. Wobec tego: Ssanie. Głód sacrum w literaturze polskiej. Rzecz bezdyskusyjna: tytuł – prowokacja.

Podparcie tego wyboru św. Augustynem, wyłuskiwanie sensu związków frazeologicznych ze „ssaniem” w roli głównej oraz, last but not least, motto z Rabelais’go zamieszczone we wstępie, ma nam udowodnić, że to wszystko na poważnie. Kluczem wydaje się tu odwołanie do autora Gargantui i Pantagruela właśnie. Doskonale przewrotne, w wymowie swojej rubaszne, spuszczające powietrze z groźnie brzmiącego „poszukiwania sacrumzawartego w podtytule zbioru. I dobrze, i fajnie. Brakuje tu pełnego odsłonięcia przyłbicy. Ssanie, czyli pleasure, czyli robienie dobrze, zaspokojenie. Zadaje sobie wobec tego pytanie: komu robi dobrze i czy w ogóle „robi dobrze” nowa książka Lubelskiego?

Tym razem, w trzy lata po debiucie prozatorskim, krakowski pisarz proponuje czytelnikom zbiór esejów literackich publikowanych w latach 2011–2013 na łamach różnych czasopism i portali. Co więcej, tryumfuje tą składanką na tegorocznych Targach Wydawców Katolickich, otrzymując Feniksa w kategorii literackiej. Wydawcy nie sprawiło trudu znalezienie dla tych tekstów wspólnego mianownika. Książka tworzy zadziwiająco harmonijną całość. Tak wyważoną, że uznać ją można za rzecz dla „środowiska”. Kuba świadomie się etykietuje. Mówi wprost: – Jestem katolikiem, jestem konserwatystą. Czytam po coś, mam swoje powody i oczekiwania, jasne kryteria, z którymi się nie ukrywam. Ta książka to odtrutka na bałamutny obiektywizm [dorzucam kamyk: to dlaczego narracja w Ssaniu tak dziwnie zobiektywizowana?], oświadczenie wyrażające niechęć do bajek o wznoszeniu się „ponad podziałami”.

Podziały istnieją i Kuba jasno daje do zrozumienia, po czyjej stronie staje. Oto reprezentant „czwartej fali”, jak określa konserwatywnych intelektualistów urodzonych w latach 80. Teologia Polityczna. O kim pisze Lubelski, u kogo szuka sacrum? Między innymi u Mackiewicza i Gombrowicza, Tyrmanda i Schulza, u Witkiewicza… Sacrum? U tych autorów? Czyżby Lubelski igrał sobie z powagą sytuacji? A może zależy mu na wzbudzeniu intelektualnego niepokoju wśród prawicowego towarzystwa? Bardzo być może. To prawdopodobnie symboliczna postawa pokolenia młodej, twórczej konserwy: dążenie do wypełniania metafizycznej pustki, brak zaufania do zamkniętych interpretacji, odrzucenie świata czarno-białego na rzecz światłocienia. Autor Ssania stał się wyrzutem sumienia dla „aspirujących” środowisk intelektualistów związanych z szeroko rozumianą prawicą, które – nie wprost – zostają oskarżone o chodzenie na skróty, o stosowanie prostackiego i wygodnego opisu rzeczywistości kulturalnej w Polsce.

Z drugiej strony w postawie twórczej Lubelskiego skupiają się jak w soczewce charakterystyczne elementy świadczące o inercji, jaka panuje na gruncie dyskusji o kulturze wśród konserwatystów młodego pokolenia. Mam tu na myśli zbiorowy lament nad zawłaszczeniem przez środowiska lewicowe i liberalne artystów konserwatystom bliskich lub takich, z którymi mogliby się utożsamiać; niekończące się dyskusje pod szyldem, kto „nasz”, a kto nie; debaty o tym, kogo czytać należy, a kogo szerokim łukiem omijać. W omawianych esejach pobrzmiewają echa konkwistadorskiego zapału, który każe zajmować się głównie „odbijaniem” twórców z okopów wroga.

Cóż na to poradzę, że bardziej niż Kubę harcerza, szarżującego z kijem na szańce tęczowych oddziałów Krytyki Politycznej, wynoszącego na plecach własnych Brzozowskiego z barykad lewicowych dekonstrukcjonistów, wolę czytać jego pasjonujące stenogramy z rozmów, jakie toczył z książkami i ich autorami. W każdym z tych tekstów czekałem na zdanie szczegółowej relacji z tego, co było istotą podjęcia tego pisarskiego wysiłku – z afirmatywnego, niekiedy rozpaczliwego i mętnego, ale nieustannego poszukiwania śladów Boga w lekturze; tęsknoty do Władcy piszących, wątpiących, oddalonych od Niego i skandalistów. Niech już Lubelski nie przekonuje mnie do metafizyki Pilcha – myślę sobie, czytając rozdział XI – ale szczerze notuje drgnienia duszy, własne spięcia wewnętrzne, gdy sięga po Moje pierwsze samobójstwo. To jedyna droga ku autentyczności.

Niekiedy trudno wyczuć, po co to wszystko. Jaki był cel napisania takiej książki? Wiem, wiem, co powiecie. Przecież Kuba wykłada swoje intencje wprost we wstępie i zastrzega, że nie rości sobie prawa do wyciągania kompletnych wniosków; pokazuje jedynie fragmenty owych „przebłysków” metafizycznych. Błąd. Autor Boidudy, wbrew zapowiedziom, bierze na siebie ważne, objętościowo obszerne tematy, ale poświęca im zbyt mało należnej uwagi. W kilku tekstach brakuje całych akapitów dopowiedzenia, doprowadzenia wywodu do końca. Jak w Płaszczu Mackiewicza, gdzie zasadnicza porcja mięcha eseistycznego, znajdująca się na końcu tekstu, okazuje się nieledwie przekąską, przegryzką przed daniem głównym… które nie nadchodzi. W innym miejscu Lubelski częstuje nas ekspresowym przeglądem twórczości i życia Bobkowskiego, ilustrując je cytatami ze Szkiców piórkiem, dzienników gwatemalskich czy listów. O co tu chodzi? Biografia Bobkowskiego „dla konserwatysty” w pigułce? Czuję się oszukany. Metoda wyciągniętych z kontekstu cytatów, bez szerokiego otwarcia na całość dzieła i życia opisywanego pisarza, nie sprawdza się i wywołuje wrażenie konstruowania słabo udokumentowanych, egzotycznych teorii. Jeżeli więc Kuba planował skok na wyrażenie „całości”, to nie tyle nie przekonują mnie jego ciekawe intuicje, co przyjęta metoda „badawcza” do ich uwiarygodnienia. Ktoś ponownie zwróci mi uwagę: – On szkicuje, rozsiewa tropy, też nie miałeś się czego czepić! – Dobra, dobra.

Jeżeli przyjąć, że autor Boidudy zechciał przygwoździć szczegół, opisać i obejrzeć pod światło, to – rzeczywiście – niekiedy mu się to udaje. Popisowe próby budowania karkołomnych asocjacji, mostów znaczeniowych pomiędzy odległymi zjawiskami literackimi oraz – szerzej – kulturowymi, wypadają świeżo i odkrywczo. Gdy Kuba wybiera detal – zazwyczaj trafia w sedno, aż miło popatrzeć. Przykładem znakomity esej o zbiorku opowiadań Niech się Panu darzy Antoniego Libery.

Na początku wspomniałem o tym, że Kuba uczynił manifest z szuflady, w jakiej się ułożył. Tyle że ten miecz okazał się obosieczny. Autor zbioru wspomina o niedorzeczności etykietowania literatury na prawicową i lewicową, a to właśnie ta etykieta karze mu wciągać się w jakieś gierki słowne z lewicową bracią, udowadniać ich manipulacje i wytykać wspomniane „zawłaszczenie”. Co z tego wynika? A to, że w konsekwencji za patrona dobrej literatury „prawicowej” obiera… Gombrowicza. Układanie przestróg i testu dla pisarzy w służbie „Dobru, Prawdzie i Pięknu” z Dziennika Witolda? Prowokacyjne, paradoksalne. Jakub Lubelski podjął się zadania trudnego i niebezpiecznego. Czy uniósł ten ciężar? Kolego Lubelski, odczuwam niezaspokojenie. Ssanie pobudza apetyt na znacznie więcej literek wypadających spod Twojej klawiatury. Czekam.

Jakub Dybek

Tekst pochodzi z 79 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.