czarnobyl_mini

Krzysztof Karnkowski: Impreza na pustyni

Dziadek z wnuczkiem jadą przez step. Mijają ruiny.
Co to za wzgórze, dziadku?
Tu było kiedyś piękne miasto, Czarnobyl – westchnął dziadek i pogłaskał wnuczka po główce.
Idą dalej, po jakimś czasie kolejne zwały gruzu, powyrywane pręty…
A co tu było? – pyta wnuczek po godzinie.
Tu była kiedyś wielka elektrownia atomowa – powiedział dziadek i pogłaskał wnuczka po drugiej główce.

Wiosną 1986 roku ukazał się 16 numer tygodnika „Przegląd Techniczny”, z okładką przedstawiającą Polskę zasłoniętą przez wielką, czarną chmurę. Tydzień później grafika okazała się prorocza – nad Polskę dotarł radioaktywny wyziew znad elektrowni w Czarnobylu. Kto załapał się wówczas na edukację szkolną, wspomnienia ma na ogół podobne – ja zapamiętałem zielone podwórko przychodni zdrowia dla dzieci na mokotowskiej ul. Dąbrowskiego. Na trawnik wymiotowaliśmy całą klasą, jak prawie każdy, kto wypił obowiązkowy płyn Lugola. Ten dzieciom podano wcześniej, zanim poinformowano ludzi o powadze sytuacji – cóż, zbliżał się 1 maja. Czy zafundowano nam w tamtym roku tradycyjny w szkole im. Gwardii Ludowej minipochód po uliczkach Starego Mokotowa, tego już nie pamiętam. Potem zostawiliśmy Czarnobyl światu dorosłych, sobie zachowując kawały o świeceniu w nocy. Podwórka, przynajmniej niektóre, oswoiły temat wyliczanką Dylu, dylu na badylu,/ Pierdolnęło w Czarnobylu./ Raz, dwa, trzy,/ Raz, dwa, trzy,/ Promieniujesz dzisiaj ty! Potem zaczął przypominać się nam jako symbol, ikona i wspólne doświadczenie. W punkrockowych tekstach wymieszał się ze strachem, tym odgórnie zaszczepianym i zwykłym, ludzkim, przed wojną atomową – skutki wybuchu reaktora były przecież namiastką, prefiguracją tego, co mogło się jeszcze wydarzyć. Był utwór kapeli Moskwa, był zespół Czarnobyl Zdrój, jeszcze na początku lat 90. temat przewinął się przez teksty The Billa czy zapomnianego warszawskiego Les Clochardes. Nie minął miesiąc od katastrofy, a Jacek Kaczmarski we wstrząsającym Czarnobylu śpiewał o pełzającej śmierci pod progiem.

(…)

Wokół studni, na podwórku
Mokre buzie roześmiane,
Dziecko kijem goni kółko,
Ono też jest zabijane.

Na poddaszu, przy lunecie
Siwobrody gnie się mędrzec
Tropi prawdy we wszechświecie,
I on też zabity będzie.

W ciemnej bramie stoi szpicel,
Czas na służbie wolno płynie,
Całą widzi stąd ulicę –
Nie zobaczy, kiedy zginie.

A świat się zastanawia,
A świat zachodzi w głowę –
Czy obraz to bezprawia,
Czy się wykuwa nowe.(…)

Nowe faktycznie się wykuwało. Wystąpienie Gorbaczowa, w którym przywódca KPZR przyznawał, że doszło do katastrofy na o wiele większą skalę, niż opisywano wcześniej w depeszach TASS, dla wielu było początkiem prawdziwej pieriestrojki. O ile oczywiście samą pieriestrojkę uznawali za prawdziwą.

Jaki wspaniały film można by o tym nakręcić! Film katastroficzny z elementami dramatu politycznego, robiący wrażenie i przybliżający ludziom, czym był komunizm na konkretnym, robiącym wrażenie przykładzie. Tylko jakoś takiego filmu niestety nikt nie nakręcił. Lukę, jak zresztą wiele innych, wypełnił Teatr Telewizji. W ramach zasłużonego cyklu „Telewizyjna scena faktu” w 25. rocznicę czarnobylskiego wybuchu wyemitowano przedstawienie Janusza Dymka Cztery dni w kwietniu. Telewizyjna technika pozwoliła zrealizować rzecz atrakcyjnie, napięcia i emocji widzom zapewne nie brakowało, prawda historyczna i realia epoki nie ucierpiały i tylko zasięg nie był tak wielki, jak udałoby się z filmem.

Dymek akcję swojej sztuki skoncentrował wokół trzech wątków. Pierwszy z nich jest typowy dla gatunku, jak świat długi i szeroki. Naukowiec, postać autentyczna (w tej roli Zbigniew Zamachowski), próbuje ostrzec swoich zwierzchników, którzy jednak boją się reakcji władz, później zderza się z zachowawczością i strachem rządu, dla którego od bezpieczeństwa ludzi ważniejsze są spokój i pierwszomajowy pochód do pokazania w telewizorze. Poza walką profesora Jaworowskiego obserwujemy jeszcze miotanie się pracowników PAP w Moskwie, którzy, teoretycznie będąc bliżej wydarzeń, nie wiedzą praktycznie nic. Są też kolarze, szykujący się do kolejnego Wyścigu Pokoju, który ma się rozpocząć w Kijowie, gdzie sytuacja jest jeszcze gorsza niż w Warszawie. Nie chcą, ale muszą, i to dosłownie, do wyboru mając służbę wojskową i zgnojenie przez władzę. Wyszarpują sobie kilka zabezpieczeń dla zdrowia, ale nawet za to partyjni czynownicy chcą ich ukarać. Wyścig to przecież coroczne święto komunistycznej propagandy. Wycofać się z niego mogą jedynie rządzeni przez Ceaușescu Rumuni, Polacy muszą wziąć udział w cyrku, choćby za cenę zdrowia. Całość spina jeszcze czwarta historia – klamra. Dziewczyna trafia do szpitala, wkrótce ma rodzić. Do zwykłych atrakcji PRL-owskiej służby zdrowia dochodzą awaria aparatury i narastająca panika otoczenia. Wygląda na to, że ta jedna sprawa kończy się dobrze, jednak sztukę kończą archiwalne zdjęcia z pochodu pierwszomajowego. Marsze z tamtego roku wyglądają dziś wyjątkowo złowieszczo.

Gdyby akcję Czterech dni w kwietniu przenieść na Zachód, zapewne obejrzelibyśmy chciwego organizatora komercyjnej imprezy masowej i skorumpowane władze, pewne schematy, jak widać, działają zawsze i wszędzie. Zamiast ujęć z pochodów mielibyśmy radosne dzieci i uśmiechniętych kibiców na meczu lub inny typowy dla gatunku obrazek. Ale po co rzecz gdziekolwiek przenosić? Gdyby zostawić ją tu i zrobić film choćby i na poziomie Jacka Stronga, mielibyśmy mocny towar eksportowy. Każdy z wątków, nawet ograniczony możliwościami sztuki teatralnej, budzi w widzu emocje. Cóż z tego, kiedy polityka historyczna to na razie melodia przeszłości – dość wspomnieć, że Cztery dni w kwietniu z 2011 roku to ostatni spektakl zrealizowany w ramach cennego cyklu.

*

Popkulturze dramat ukraińskiego miasta dał pewną pociągającą tajemnicę, trudną jednak, w pierwszych latach, do prawdziwego odkrycia. Filmy z Czarnobylem w tle to sprawa późniejsza. Temat przyciągnął wielu dokumentalistów i amatorów mocnych wrażeń, którzy, nie całkiem legalnie, zapuszczali się jak najdalej w zakazane, napromieniowane tereny. Aż wreszcie Czarnobyl znów doczekał się swojego horroru, tym razem fabularnego.

Czarnobyl. Reaktor strachu Bradleya Parkera z roku 2012 nie zebrał zbyt wielu dobrych recenzji. Pod względem opowieści nie odróżnia się od wielu innych horrorów z tego podgatunku. Już początek jest bardzo klasyczny: znów pojawiają się weseli Amerykanie (tym razem dwie dziewczyny, dwóch facetów), którzy odbywają wspólnie rozrywkową podróż po Europie. Po odwiedzeniu kilku stolic, przemieszczając się w kierunku Moskwy, lądują w Kijowie. Zanim ruszą stamtąd do stolicy Rosji, trafia im się okazja na ekstremalną wycieczkę do Czarnobyla z miejscowym przewodnikiem, Jurijem. Jurij to były żołnierz służb specjalnych, obecnie prowadzący jednoosobowe biuro turystyki ekstremalnej. Razem z kolejną parą ruszają do Czarnobyla. Rozklekotany van, wielkie, opuszczone przestrzenie. Uczestnicy, zaskoczeni obecnością punktu kontrolnego, dowiadują się, że nie mogą wjechać na teren z powodu rzekomych prac konserwacyjnych. Do tego momentu akcja filmu dość realistycznie oddaje klimat półlegalnych wypraw, na jakie decydują się odwiedzający Ukrainę turyści czy przedstawiciele rozmaitych instytucji, mający wolną chwilę w kalendarzu. Tymczasem wróćmy do bohaterów, stojących przy zamkniętym szlabanie. Jurij jest zaskoczony sytuacją, dotąd nie miewał tego typu problemów. Jego młodzi pasażerowie są jednak zdeterminowani. Wjeżdżają więc, już bez problemów, inną drogą. Pierwszy punkt programu: radioaktywna rzeka i ryba mutant. Kolejne widoki: opuszczone osiedla pracowników Czarnobyla, pusty plac zabaw z karuzelą. Tak naprawdę to Jugosławia, ale przecież sypialnie i na wpół opuszczone tereny miast byłych demoludów wszędzie wyglądają tak samo. Wszystko w zredukowanych kolorach, kręcone z wielu ujęć, jednak wizualnie bliskie estetyce found footage (odnalezionego amatorskiego filmu), modnej od czasu Blair Witch Project. Nie słyszymy też muzyki. Rekwizyty typowe dla horroru: zwierzęcy trup przed blokiem, porzucona lalka. W trakcie zwiedzania bloku wycieczkę atakuje niedźwiedź, co dziwi nawet przewodnika. Cóż – niedźwiedź najwyraźniej na tyle mocno kojarzy się ze Wschodem, że musiał się pojawić. Nasi bohaterowie chcą wracać, tyle że ktoś lub coś uszkodziło auto Jurija. Okazuje się, że nie są sami, później zaś wszystko rozgrywa się według klasycznego schematu. Najpierw gdzieś zapodziewa przewodnik, później znikają kolejni bohaterowie. Okazuje się, że nie tylko zwierzęta są tu zmartwieniem.

Dalszy ciąg tekstu we „Frondzie Lux”, nr 76.