karnkowski

Krzysztof Karnkowski: Koreański film (1) – Szopen i Azjaci

Ponieważ nigdy nie podpisywałem żadnej deklaracji kulturalnego konserwatysty, mogę napisać, że choć w pełni rozumiem emocje płynące z obserwacji Konkursu Szopenowskiego, to podzielam je tylko w niewielkiej części. Z pewnym zdziwieniem, może nawet miłym, odkryłem, że imprezę, kojarzącą mi się z dzieciństwem i czarnobiałym telewizorem śledzi całkiem sporo osób i że jest to wspólnota ponadpokoleniowa. Tak więc popatrzyłem przez chwilę, czasami nawet włączając dźwięk, dowiedziałem się, kto to jest Aimi Kobayashi, nie dowiedziałem się, czemu nie została należycie doceniona – i tak konkurs przestał być jedynie przywołanym odległym wspomnieniem.

Obejrzałem sobie pełną gamę min i emocji, zapamiętałem też trójkątne uszy Mayaki Nakagawy, które jednak wygrać nie pomogły, a przy tym też zorientowałem się, że jeszcze nie dorosłem i oprócz „Etiudy rewolucyjnej” resztę raczej przyjmuję do wiadomości, z odpowiednim szacunkiem i takim też dystansem i zostaję przy łupance. Z muzyki poważnej zostawiam sobie Musorgskiego, którego odkryłem kiedyś dzięki pewnemu fizycznemu podobieństwu do tego kompozytora, na które któryś ze znajomych zwrócił mi uwagę. Od Szopena oderwałem się jednak uspokojony – tradycja żywa, uczucia potężne, dla niektórych również zastrzyk dla patriotyzmu, przy którym nikt nie wyrwie się z gadaniem o demonach. Co prawda gdzieniegdzie wyrywa się Szopena z kontekstu polskości, co udaje się nawet naszym mądrym komentatorom, ale jednak trochę za mocno w nas to siedzi. Dlatego na koniec dobrze było posłuchać prezydenta Dudy i przekonać się, że armaty, które Bronisław Komorowski umieścił w swoim czasie w krzakach, z powrotem znalazły się w kwiatach, na swoim miejscu.

Szopen poza Polską kojarzy się głównie z kochającymi go Japończykami („Jeszcze buzi w noski szopeniątek/Zanim waliz brzuchy znajdą/Się wydęte od tandetnych pamiątek /W samolocie na Hokkaido” – Warsaw Dolls), co i na tegorocznym konkursie znajdowało swoje potwierdzenie, wygrał jednak Koreańczyk. Wcześniej zaś zobaczyć mogliśmy kilka Koreanek, które pilnie uczyły się grać wtedy, gdy ich koleżanki spędzały długie godziny u chirurgów plastycznych. Nie kryterium urody było jednak decydujące.

Od Szopena nie dało się uciec. Było go pełno na Twitterze, Facebooku i forach, przynajmniej tych, gdzie pisuje się o muzyce. Czasem dodałem coś od siebie, by później posłuchać sobie któregoś z polskich kawałków, tradycje szopenowskie demolujących (poza cytowanymi Warsaw Dollsami uzbrojony byłem w „Fortepian Szopena” Zaciera i „Radio powinno być dla gówniarzy” Kobranocki), jednak ostatecznie musiałem się poddać, za sprawą Koreańczyków właśnie.

Jako fan koreańskich horrorów mam ostatnio problem z dotarciem do nowych filmów, pocieszam się jednak bardzo sprawnie zrobionym serialem „Cheo Yong: detektyw widzący duchy”. O ile pierwsza seria przygód tytułowego policjanta, któremu do pary dołożono pyskatego i sympatycznego ducha licealistki była bardziej kryminałem, niż horrorem, choć nadzwyczajne zdolności Cheo Yonga pomagały mu w rozwiazywaniu najtrudniejszych spraw, w sezonie drugim akcenty zostały odwrócone.

Gdzieś pomiędzy historiami o nowym, superuzależniającym narkotyku i jego ofiarach, duchu dziennikarki, snującej się po korytarzach stacji (i straszącej koleżankę, czytającą na żywo wiadomości – jedna z ciekawszych i świeżych scen, jakie ostatnio widziałem w horrorze) czy psychopacie konstruującym idealną dziewczynę z wykorzystaniem fragmentów ciał, pojawia się również historia tajemniczej śmierci młodej pianistki. Pozostałe przy życiu przyjaciółki kończą szkołę, grywają na prestiżowych imprezach, czasem nawet je nawet wygrywają, zaś nieszczęsny duch sporadycznie objawia się, brawurowo wykonując „Etiudę rewolucyjną”. Czasem nawet potrafi w ten sposób zdezorganizować miejscowy konkurs. Duchy, które budziły się w Warszawie przez prawie cały październik zachowywały się jednak o wiele spokojniej i tylko Kobayashi momentami wyglądała tak, jakby nie chodziło tylko o problemy z dopasowaniem stołka.