jobs

Krzysztof Kłopotowski: Teologia Steve’a Jobsa

Film Jobs o założycielu korporacji Apple ledwie dotyka głębszej roli największego kreatora narzędzi w sektorze informacji. Steve założył coś w rodzaju religii, swoją sektę technologiczną.

Trochę jak Mojżesz; ten z kolei skodyfikował – z niejaką pomocą z góry – monoteizm etyczny. Zły charakter Jobsa przypomina impulsywny charakter Mojżesza. To cecha proroków, gdyż widzą dalej i żądają od nas więcej, unosząc się gniewem, jeśli nie dorastamy do ich wizji. Mojżesz kazał zabić trzy tysiące grzeszników za to, że oddawali się orgiom i kultowi złotego cielca pod jego nieobecność, gdy on rozmawiał z Bogiem na górze Synaj. Jobs nie przelewał cudzej krwi; żyjemy w cywilizowanych czasach. Był jednak bezwzględny dla miernot: szydził z nich, krzyczał i wyrzucał na bruk. Jeden i drugi miał żelazną wolę, narzucając ludziom dążenie do doskonałości. Jeden nie stroniąc od przemocy wobec swojego ludu. Drugi – przemocą psychiczną wobec pracowników i kuszeniem klientów.

Jaka jest konstrukcja psychiki proroków? Czy ma ich gnać tęsknota za ojcem? Najwięksi są praktycznie sierotami. Ich pochodzenie nie jest całkiem pewne. Mojżesz wiedział, że znalazła go w koszyku płynącym Nilem córka faraona. Znajda musiał myśleć, że powinien zasłużyć na pozycję w świecie. Jezus poczęty z Ojca Niebieskiego, którego przecież nikt na oczy nie widział, czy był niepewny siebie? Jobs, adoptowane przez parę Amerykanów dziecko, które oddali rodzice muzułmanin i katoliczka, miał kompleks niższości. Sierota, wątpiąc, czy jest czegoś wart, chce się wykazać. Często buntem.

Seks najwyższą technologią

Steve czuł w głębi duszy, że nie prowadzi ludzi ku Bogu prawodawcy. Musiał wiedzieć, że przewodzi rebelii na wielką skalę, że zamierza nas wyzwolić z bezpiecznego ładu. Te spekulacje o pracy jego umysłu zostały pobudzone wymownym symbolem. Dlaczego dał korporacji nazwę Apple? Dlaczego jabłko miało być nadgryzione? Czemu hasło najbardziej konsekwentnej kampanii reklamowej brzmiał Think different, „myśl inaczej”, innymi słowy „zostań herezjarchą”. I dlaczego najsławniejszy spot reklamowy „Rok 1984” w reżyserii Ridleya Scotta wprowadzał na rynek komputer Macintosh w tymże roku jako bunt przeciw bożyszczu? Oto widzimy tłum szarych proletów maszerujących miarowo, wtem wbiega dziewczyna i niespodzianie rzuca młotem w ogromny ekran, z którego przemawia Wielki Brat, idol totalitarny. Szkło sypie się, idol niknie. To przypomina postępek Abrahama, który rozbił idole swego ojca Teraha. Jego gwałt na starych bogach wprowadził do historii nowego, Jedynego. Natomiast komputer Macintosh rozbił monopol IBM, wówczas idola informatyki. I powołał nowego boga oraz jego kościół, sektę Apple.

Co oznacza to nadgryzione jabłko? Oczywiście jest to symbol seksu zakazanego Adamowi i Ewie przez Boga, aby zachować ich w błogostanie. Ów owoc rósł na drzewie wiadomości dobrego i złego. Co to za wspaniała metafora! Seks może być użyty na dobre i na złe, jak młot, jak nóż, jak komputer. Seks to najwyższa technologia. Stwarza nowego człowieka, czyli najbardziej skomplikowany obiekt, jaki znamy. Jeszcze nie wiemy dokładnie, jak to się dzieje, ale się dowiemy, żebyśmy mogli odtworzyć ten proces w dowolnym materiale, zamiast w mięsie. Bo wiecie co? Mięso jest przestarzałe! Za łatwo się psuje. Mówili nam dziadowie o „cudzie życia”. A ja powiadam, że cud jest tylko nieznaną technologią. Jak te żelazne ptaki, które miały latać po niebie, co w połowie XIX wieku wydawało się cudem. A przecież poznaliśmy technologię lotu maszyn cięższych od powietrza. Co teraz rozpoznamy jako pierwsze – przemianę wody w wino czy prokreację świadomych istot w dowolnym materiale? Jabłko zostało nadgryzione. Czyli nic już nie odbierze nam seksu, tak jak nic nie zatrzyma rozwoju technologii. A z narzędzi najcudowniejszy jest komputer. Wgryza się w to, co powołało świat: w Słowo. W informację.

Jeżeli Jobs nie był pozerem, to musiał rozumieć, jaką rolę odgrywa w dziele stworzenia. Pierwszy Macintosh kosztował 666,66 dolara. Najbliższy mu wtedy wspólnik Steve Wozniak tłumaczy, że to on wymyślił cenę gdyż lubi układy trójkowe. Koszt produkcji 548 dolarów oraz marża dały mu trzy szóstki. Ale czy jedynie dlatego, że łatwo wpadają w oko? Jobs dorzucił na końcu 66 centów, jako imprimatur intuicji wspólnika. Wiedział, że przypadła mu rola zbuntowanego anioła, który obala naturalny porządek. Grał rolę kusiciela, tworząc najbardziej pożądane – poza samochodami wielkich stylistów – obiekty technologii. Bo łatwość obsługi iPoda, iPhone’a, iPada w połączeniu z elegancją i fizycznym pięknem daje użytkownikom boskie poczucie mocy. Pamiętam swój pierwszy kontakt z iPhone’em, kiedy dotykanie ekranu palcem otwierało mi nowe sfery świata. Dla mnie był to jeszcze cud, gdy dla Jobsa już tylko rozpoznana technologia.

Sekta jabłka

Zachwyt, podziw, szczęście to uczucia, jakie chciał wzbudzać w ludziach swymi urządzeniami. Zaś iPod, iPhone, iPad to dziś parafernalia kultu Apple. Świątynie sekty – sklepy – stoją w wielu miastach świata. Jedni wierni poświęcają mnóstwo czasu, koczując w kolejkach, aby jako pierwsi zdobyć nowe technoobjawienia. To klienci. Inni wierni rezygnują z połowy zapłaty, żeby uchodzić za kapłanów: sprzedawcy.

Najważniejsze skrzyżowanie ulic w Nowym Jorku, przy Piątej Alei, na wprost najdroższego hotelu Plaza zdobi kilkupiętrowe szklane pudło ze znakiem unoszącym się w powietrzu – nadgryzionym jabłkiem. Ale to tylko wejście do świetlistej katakumby, dokąd prowadzą szklane, kręte schody i zjeżdża szklana winda. Wewnątrz, na prostych stołach z jasnego drewna, leżą cudne iPody, iPhone’y, iPady. Nad stołami pochylają głowy młodzi wyznawcy, łącząc się przez dotykanie sakralnych obiektów z nowym wymiarem świata, cyberprzestrzenią. Ścianę po prawej zajmuje „bar geniuszy”. Jest to lada, tu młodzi kapłani w niebieskich uniformach objaśniają profanom tajemnice kultu. W innych sklepach zwie się to punktem napraw i porad. Lecz tutaj nie mamy do czynienia z towarem, lecz raczej ikonami. Po katakumbach krążą misjonarze, też w niebieskich uniformach. Namawiają profanów, aby przystąpili do zgromadzenia przez kupno obiektów. W języku sekty nazywa się ich specjalistami zamiast wulgarnie – sprzedawcami. A podobnych świątyń najbardziej podziwianej korporacji amerykańskiej jest kilkaset. Ta w Nowym Jorku jest otwarta na oścież dla wiernych i niewiernych 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, by przenigdy nie ustała adoracja nadgryzionego jabłka. 

O pracy w Apple’u marzy mnóstwo młodych ludzi, gdyż wzbudza on poczucie misji wobec rodzaju ludzkiego. I co się dziwić, że każdy sprzedawca w sklepie firmowym daje z siebie wszystko: przeciętnie 473 tys. dolarów przychodu rocznie, ponad dwa razy więcej niż u konkurencji z branży elektronicznej. Najlepsi upychają sprzętu za trzy miliony dolarów rocznie. Każda stopa kwadratowa sklepu przynosi przeciętnie 5647 dolarów sprzedaży, prawie dwa razy więcej niż kolejnej firmy, a jest to sławny jubiler Tiffany obok, na rogu Piątej Alei i 57. Ulicy. Jednak sprzedawca Apple’a zarabia 12 dolarów za godzinę, gdy w Tiffany ma 15,60 dolara na godzinę i jeszcze komisowe od wszystkiego, co sprzeda. Przywilej przynależności do sekty Apple kosztuje „specjalistę” około 25 tys. dolarów rocznie; o tyle więcej zarobił- by w sklepie konkurencji, też sprzedając iPody, iPhone’y, iPady, lecz obok sprzętu profanów, peceta, no i nie w świątyni. Wiara w Steve’a, nadzieja postępu, miłość do technologii także tu czynią cuda. 

Wiek maszyn duchowych

Steve Jobs wprowadził do informatyki erotyzm, wzbudzając w ludziach pożądanie wobec komputera. To już było i jest, a co będzie? Ułatwił zadanie innemu prorokowi, byśmy łatwiej oddali się maszynom w niemal miłosnym transie. To wymaga większej wyobraźni. Ray Kurzweil wieszczy nam następny etap – uduchowienie urządzeń, które Jobs obdarzał seksapilem.

Kurzweil wykazał, że postęp technologii następuje w tempie wykładniczym. Na wykresie jest to linia krzywa, która powoli się podnosi i nagle strzela w górę. Dlatego na stały odcinek czasu, długość życia ludzkiego, gwałtownie przypada coraz więcej zmian, aż wydają się niewiarygodne. Ale dotąd świat nie zmieniał się tak szybko! To niemożliwe! Cóż nam zapowiada drugi prorok w książce The Age of Spiritual Machines (Wiek maszyn duchowych)?

Za dziesięć lat komputer za 1000 dolarów będzie miał zdolność obliczeniową bliską ludzkiemu mózgowi. Trójwymiarowe przekazy w okularach i soczewkach kontaktowych i aparaty słuchowe będą głównym sposobem kontaktu z innymi osobami, komputerami, internetem i rzeczywistością wirtualną. Ludzie zaczną nawiązywać stosunki z automatycznymi osobami w roli opiekunów, nauczycieli, a także kochanków. Komputery zaczną masowo zdawać test Turinga, czyli dadzą na pytania odpowiedzi, jakby miały inteligencję ludzką.

Za 40 lat powszechna stanie się nanotechnologia; pozwoli wytwarzać wszystko ze wszystkiego, np. żywność z piachu. Roje nanorobotów będą używane do tworzenia widzialnych, słyszalnych, a także dotykalnych projekcji ludzi i przedmiotów w rzeczywistości tak zwanej realnej, nie tylko wirtualnej. 

Pod koniec stulecia nastąpi zjednoczenie ludzkiego myślenia z inteligencją sztuczną, stworzoną przez ludzi. Zaniknie wyraźny rozdział między nami a komputerami. Większość istot świadomych nie będzie miała stałej formy fizycznej. Liczba ludzi korzystających ze sztucznego oprogramowania będzie znacznie większa niż osób korzystających z wrodzonych, opartych na neuronach procesach umysłowych, choć będą korzystać z implantów ogromnie zwiększających zdolności poznawcze.

Pojęcie długości życia straci sens dla stworzonych przez nas istot wszechmocnych, wszechwiedzących, wszechobecnych, które obejmą ziemię. A to znaczy też… Tak. To znaczy praktyczną nieśmiertelność zbuntowanych aniołów. Ω

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 69.