lefebvre

Lefebvre – człowiek, który nie umiał milczeć

W czasie gdy w Kościele prawie wszystko kończy się na „tak, ale”, gdy starannie omija się wszelkie dogmatyczne stwierdzenia, gdy strategia uników pozwala niemal całkowicie wyeliminować z refleksji wierzących naukę o rzeczach ostatecznych, wieczności nagrody i kary, zastąpioną przez nieustanny hymn na temat doczesności, takie głosy brzmią naprawdę wyzywająco. Mogą być odbierane jako nie tylko nazbyt kategoryczne, a nawet „niepotrzebnie jątrzące”. W końcu minęły już czasy, gdy nas straszono piekłem; teraz wszyscy idziemy „do Domu Ojca”.

Cechą najwyższej inteligencji jest wprowadzanie porządku, nadawanie celu rzeczom: rzeczy są dla innych. Człowiek jest dla Boga. Musi on tendere in Deum – dążyć do Boga. Dajmy naszym wiernym mocną duchowość, zbudowaną na podstawowych prawdach (abp. Marcel Lefebvre).

O ile koncepcja „człowieka-celui „człowieka-centrum” odpowiada współczesnej mentalności, nie ma ona żadnego oparcia w religii, która wszystko zwraca ku Bogu, nie ku człowiekowi. Człowiek nie jest samoistnym celem. Jest on celem wtórnym, ad aliud (tj. skierowanym ku innemu celowi), poddanym panowaniu Boga, który jest uniwersalnym celem stworzenia (Romano Amerio, Iota unum, Komorów 2003).

Gdy widzi się ich na zdjęciach z okazji święceń czy uroczystości, ma się wrażenie powrotu do czegoś odległego, zapomnianego, ale wciąż przedziwnie bliskiego. Zawsze mają równo złożone ręce, zawsze porządne sutanny, stoją w rzędach w pozycji wyprostowanej. Dlaczego księża Bractwa św. Piusa X nigdy nie pozwalają sobie na odrobinę choćby luzu? Znają łacinę i biegle się nią posługują. Cytują św. Tomasza. Najchętniej rozmawiają o tym, co zawierają stare katechizmy. Podczas kazań mówią o życiu duchowym, grzechu, sądzie, piekle, niebie i czyśćcu. Nie pochlebiają wiernym, nie częstują ich na początek kazania wylewnymi podziękowaniami, że zdecydowali się przyjść w niedzielę na mszę, i nie życzą miłego dnia. Nikt nie widział ich nigdy w cywilnym ubraniu. Jeżeli sutanna noszona w każdych okolicznościach mogłaby by być znakiem przynależności do sekty, to tak, są sektą. Przecież tyle razy się słyszy: „sekta lefebrystów”, „ci schizmatycy od Lefebvre’a”.

W zasadzie nie ma obelgi, której by im nie przyznano.

[…] zanim rzucimy kamień na cudzołożnicę, powinniśmy prześwietlić własne sumienie – apelował w czasie ostatniej wojny do amerykańskich katolików abp Fulton J. Sheen. – Jaki jest pożytek ze świata, który pragnie obalić Hitlera lub Stalina, jeśli zachowuje on jednocześnie ducha będącego dla nich pożywką? Aby móc sprawiedliwie sprzeciwiać się narodowi będącemu wrogiem Boga, musimy wierzyć w Boga; nie możemy miażdżyć bożków tego narodu, zachowując jednocześnie nasze własne bożki (Whence Come Wars, 1940). Słowa te wyjątkowo dobrze opisują dzisiejszą sytuację zawieszenia konfliktu między Kościołem a światem, którego błędy próbuje się w Kościele usprawiedliwiać, a często wchłania się je bez ograniczeń.

Jednym z tych błędów było potępienie francuskiego arcybiskupa Marcela Lefebvre’a i czterech konsekrowanych przez niego biskupów (słynna ekskomunika Jana Pawła II z 1988 roku) i gromy, które sypały się przez ponad 40 lat na głowę jego oraz kapłanów z założonego przez niego Bractwa św. Piusa X. Zwłaszcza dziś, po ogłoszeniu przez Franciszka posynodalnej adhortacji Amoris laetitia, która odsłania ponurą prawdę, że Kościół „odnowiony” przez ostatni sobór rozstaje się dziś z doktryną nie tylko w kwestiach teologicznych, lecz także moralnych, błąd ten jest szczególnie widoczny.

Tym, co zawsze uderza w sposobie wypowiadania się księży bractwa, jest bez wątpienia ton swobodnej pewności. A nawet kategoryczności stwierdzeń. Bez cienia jednak akademickiej powagi, posępności czy nawet jakiejś lekko złośliwej satysfakcji (o co się ich często posądza), z powodu morza ignorancji na temat prawd wiary, jakie rozlewa się dziś wśród ludzi ochrzczonych. W czasie gdy w Kościele prawie wszystko kończy się na „tak, ale”, gdy starannie omija się wszelkie dogmatyczne stwierdzenia, gdy strategia uników pozwala niemal całkowicie wyeliminować z refleksji wierzących naukę o rzeczach ostatecznych, wieczności nagrody i kary, zastąpioną przez nieustanny hymn na temat doczesności, takie głosy brzmią naprawdę wyzywająco. Mogą być odbierane jako nie tylko nazbyt kategoryczne, a nawet „niepotrzebnie jątrzące”. W końcu minęły już czasy, gdy nas straszono piekłem; teraz wszyscy idziemy „do Domu Ojca”. Tak bardzo odzwyczailiśmy się w Kościele od pozbawionych intelektualnego wahania twierdzeń, w których przebija niezrozumiała dla wielu pewność, że grzech człowieka jest czymś tak niewyobrażalnie obrażającym Boga, że aby zadośćuczynić sprawiedliwości Bożej, musiał ponieść mękę Syn Boży!

Nasi Pasterze traktują nas trochę jak dzieci specjalnej troski, którym należą się miłe, pogodne opowiadania o miłosiernym, wręcz dobrotliwym Ojcu i sentymentalnym, współczującym Synu. I o tym, że miłość do człowieka, wielorako okazywane współczucie – a więc także akceptowanie „różnorodności” – jest właściwym kluczem do nieba. Ich łagodne utyskiwania o tym, że „wiernych dotknął kryzys wiary” w niczym nie mogą zmącić coraz bardziej obojętnie traktowanego przekonania, że cokolwiek by się w naszym życiu nie działo, jak głęboko byśmy nie pobłądzili, i tak wszyscy spotkamy się „na niebieskich pastwiskach”, bo „Bóg jest Miłością”.

Nawet Benedykt XVI w encyklice Spe salvi sugeruje, że „Chrystus nie zniszczył grzechu swoją odkupieńczą śmiercią, ponieważ grzech nie stanowi przeszkody dla miłości Boga. On nam po prostu objawił, że ten grzech nie jest przeszkodą. Nadzieja nie jest niczym innym, jak przypomnieniem tej „prawdy” […] Dlatego też kryterium odróżniającym „zbawionego od potępionego” jest samo „pragnienie prawdy” i „otwarcie na miłość””, jak pisał ks. Patrick de La Roche FSSPX w komentarzu do encykliki, opublikowanym w 2008 roku. Według wszystkich posoborowych papieży liczą się bowiem tak naprawdę intencje, nie uczynki.

Człowiek jest dla Boga
Według krytyków Bractwa św. Piusa X prawdziwym jego problemem w Kościele jest fakt, że nie jest ono w stanie bezkrytycznie podejść do tez zawartych w dokumentach ostatniego Soboru. Tez, które, jak nietrudno zauważyć, potwierdzają przyjęcie przez ojców soborowych modernistycznej teologii, negującej filozofię i teologię, która jest podstawą nauczania wszystkich przedsoborowych papieży. Ci, którzy stoją na gruncie tradycyjnego Magisterium i nie zamierzają udawać, że da się ono pogodzić z tezami soboru, nie mogą, zdaniem większości biskupów, także polskich, znaleźć się we wspólnocie Kościoła. Ten pogląd najprawdopodobniej zostanie niedługo odesłany do lamusa, nie wiadomo jednak, czy z powodu jego nielogiczności, czy raczej przeświadczenia, że praktykowany obecnie ekumenizm pozwala na „różne ekstremizmy”.

W 1959 roku ukazało się w „Ateneum Kapłańskim” omówienie Opowiadania o Antychryście Włodzimierza Sołowiowa i zarazem komentarza do tej książki autorstwa Antanasa Maceiny. Pierwszym krokiem do zniszczenia samej idei Boga w sercach i umysłach ludzkich jest, jak pisze Jan Sośnicki, autor omówienia, stworzenie świątyni dla wszystkich kultów i wszystkich religii łącznie. Jak wiadomo, religie i kulty […] przeczą sobie wzajemnie. Ten, kto uznaje wszystkie, właściwie nie uznaje żadnego. Takie stanowisko wobec religii, wobec prawdy religijnej, dowodzi tylko głębokiej obojętności wobec Boga. Uznając wszystkie sprzeczne „prawdy” nie uznaje się żadnej. Zaciera to w człowieku jasne pojęcie idei Boga. Zaciera kontakt osobisty z Bogiem. Przygotowuje w duszy głęboką obojętność wobec Boga. Obniżając cześć religijną w ogóle, niszcząc osobistą relację człowieka z Bogiem, stwarza się uczucie „czczości i nudy”. Masowa forma w ten sposób zrodzonej apostazji nie jest wrogością wobec Boga, nie jest walką z Bogiem, nie jest „anty-teizmem”, ale jest całkowitym zapomnieniem o Bogu, zapoznaniem Boga (tekst Jana Sośnickiego opublikował w 2001 roku miesięcznik „Zawsze Wierni”).

Arcybiskup Marcel Lefebvre miał wyjątkowe wyczucie postępu tego zjawiska – w Kościele i w całej kulturze. Gdy analizował w jednym ze swoich Listów do zagubionych katolików różnice między tzw. nową mszą a mszą trydencką, pokazywał, w jaki sposób w nowej liturgii mszalnej umieszczono te same elementy, które do nabożeństw protestanckich wprowadził Luter, dbając starannie o zachowanie pozorów, że wszystko zostało po staremu. Czy wam to czegoś nie przypomina? Lutrowi zależało także na stworzeniu nowych hymnów, mających zastąpić „wszystkie te papistyczne mamrotania”. Reforma zawsze przyjmuje postać rewolucji kulturalnej (M. Lefebvre, Ofiara czy pamiątka?, „Zawsze Wierni”, listopad–grudzień 2003).

Założyciel Bractwa św. Piusa X nie umiał w Kościele milczeć. Jego przeciwnicy uważali to nie tylko za wyjątkową nieroztropność, ale za rzecz gorszącą, przejaw absolutnie karygodnego nieposłuszeństwa. Nie mógł milczeć, ponieważ był człowiekiem, który w kwestii tego, kim jest Bóg, zachował niezmąconą pewność – „odkąd przyszedł do używania rozumu”, jak się kiedyś mówiło.

Od św. Tomasza arcybiskup Lefebvre przejął zasadę i podstawę: człowiek jest a Deo, ad Deum: od Boga i dla Boga. Człowiek musiał więc wrócić do zasady, która była też jego celem, bo został ukierunkowany nie przez porządek statyczny, ale dynamiczny, bo każdy porządek ma cel – pisał w poświęconej mu książce biograficznej jeden z konsekrowanych przez niego biskupów, Francuz Bernard Tissier de Mallerais (cytując wykład arcybiskupa na temat duchowości, wygłoszony we Fryburgu w 1970 roku):

Cechą najwyższej inteligencji jest wprowadzanie porządku, nadawanie celu rzeczom: rzeczy są dla innych. Człowiek jest dla Boga. Musi on tendere in Deum – dążyć do Boga.. Dajmy naszym wiernym mocną duchowość, zbudowaną na podstawowych prawdach.

Dlatego soborowa doktryna Gaudium et spes wydawała mu się tak monstrualna – uzupełniał bp Tissier de Mallerais. Uznawała bowiem w człowieku, a nie w Bogu, centrum i szczyt wszystkiego na ziemi […], zasadę i cel wszystkich instytucji […]. Wręcz przeciwnie – głosił arcybiskup Lefebvre – szerząc zasadę celowości [w Bogu] miłość staje się motorem wszelkiej aktywności. Stąd bierze się fundamentalny błąd liberalizmu, zarówno w duchowości, jak w porządku publicznym: zmierza on do lekceważenia celu ludzkiej wolności ze szkodą dla praw Bożych i dla panowania miłości Bożej – podsumowywał francuski autor*.

Wierzyć w Boga – ten imperatyw staje się powoli czymś nieistotnym w samym Kościele. A w każdym razie na pewno czymś bardzo abstrakcyjnym. Nie wiadomo bowiem, czy chodzi tu o Boga-człowieka, czy o człowieka-boga.

Wiara, msza św. trydencka, kapłaństwo – te trzy sprawy były główną osią dzieła. Marcela Lefebvre’a. Propagandowy schemat, który panował w mediach katolickich i świeckich przez blisko czterdzieści lat, narzucał obraz arcybiskupa jako człowieka nieprzejednanego, pełnego prywatnych fobii i niezdrowych ambicji, niemal osobistego wroga Pawła VI i Jana Pawła II. A nade wszystko sprawcy rozłamu w Kościele. Nikt jednak w sprawie założenia Bractwa św. Piusa X nie wypowiadał się na żadnym forum katolickim jasno.

Zaczynał w Gabonie w 1932 roku, jako kapłan i zakonnik ze Zgromadzenia Ducha Świętego. Kierował założonym przez siebie wyższym seminarium w Libreville. Był wikariuszem apostolskim i pierwszym arcybiskupem Dakaru, wreszcie mianowanym przez Piusa XII delegatem apostolskim na całą Afrykę francuskojęzyczną. Po trzydziestu latach pobytu w Afryce misjonarz Marcel Lefebvre zostawił tam kwitnącą cywilizację chrześcijańską. Rozmach, z jakim przewodził misjom Kościoła, oraz liczba nawróconych animistów każą myśleć o złotym wieku chrześcijaństwa w Czarnej Afryce. Zyskał wtedy wielkie poparcie i życzliwość Piusa XII dla misji, był inspiratorem jego encykliki Fidei Donum.

Jestem biskupem, więc będę mówić!

Niektórzy publicyści, próbując scharakteryzować arcybiskupa, twierdzili, że po Soborze przyjął rolę nieformalnego przywódcy „ruchu tradycjonalistycznego”. Teza ta sugeruje, że był człowiekiem o niezaspokojonych ambicjach politycznych. Nic bardziej mylnego. Po soborze abp Lefebvre miał zamiar usunąć w cień i przetrwać w szwajcarskim klasztorze okres gwałtownego burzenia dawnego porządku doktrynalnego i dyscyplinarnego, zajmując się pracą na rzecz Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. (Dzięki polityce prymasa Stefana Wyszyńskiego, wprowadzającego zalecenia soboru stopniowo i nie bez oporów, burzy tej doświadczyliśmy w Polsce w mniejszym stopniu).

W 1968 roku tylko dwóch seminarzystów we Francuskim Seminarium w Rzymie – tym, które arcybiskup ukończył w roku 1927 – nosiło sutanny. W maju tego roku klerycy wywiesili z okien czerwoną flagę, by poprzeć zrewoltowane tłumy we Francji. Odpowiadając na usilne prośby kilkunastu kleryków z Francji i Niemiec, przerażonych rozmiarami zniszczeń w Kościele, pozbawionych duchowej opieki i szansy na formację we własnych seminariach (z dnia na dzień zlikwidowano tam wszelkie wymogi dyscypliny, pozwalając np. seminarzystom wychodzić na całą noc; w seminariach „odnowionych duchem Soboru” żądano od nich wymyślania co tydzień nowej liturgii), po wielu miesiącach wahań, nie czując się już w pełni sił fizycznych – miał 64 lata – zdecydował się powołać do życia międzynarodowe seminarium duchowne i Bractwo Kapłańskie. Celem miała być formacja kapłanów wolna od nowinek soborowej teologii, zdecydowana stawić czoła rewolucji liturgicznej. Patronem bractwa został ostatni kanonizowany przed soborem papież, św. Pius X. Był rok 1969. Swoje istnienie bractwo zainaugurowało pielgrzymką do Kaplicy Matki Bożej Strażniczki Wiary (Gardieniere de la Foi) we Fryburgu. W centrum jego życia duchowego znalazła się msza św. trydencka.

Statuty bractwa zatwierdzone w 1970 roku przez biskupa Lozanny, Genewy i Fryburga, François Charrière, uzyskały akceptację Stolicy Apostolskiej. Kardynał Wright z Kongregacji ds. Duchowieństwa w decretum laudo wypowiadał się o nich z wielkim uznaniem.

Arcybiskup Lefebvre opracowanie strategii ratunkowej dla seminarzystów i młodych księży uznał za swój biskupi obowiązek. Uważał siebie nie tyle za jedynego sprawiedliwego pośród szalejącej burzy moralnego i doktrynalnego zamętu, lecz jedynie za echo – głos Kościoła wszystkich poprzednich soborów i nauczania papieży.

W cartha magna swojej walki napisał: „Całym sercem i całą duszą należymy do Rzymu katolickiego, stróża wiary katolickiej oraz tradycji niezbędnych do jej zachowania, do wiecznego Rzymu, nauczyciela mądrości i prawdy. Odrzucamy natomiast i zawsze odrzucaliśmy pójście w ślady Rzymu o tendencji neomodernistycznej i neoprotestanckiej, która wyraźnie zaznaczyła się podczas Soboru Watykańskiego II, a po soborze we wszystkich wynikających z niego reformach. Wszystkie one przyczyniły się, i wciąż się przyczyniają do zniszczenia Kościoła, zrujnowania kapłaństwa, unicestwienia Najświętszej Ofiary i sakramentów, zaniku życia zakonnego, nauczania naturalizmu i teilhardyzmu na uniwersytetach, w seminariach i w katechizmach, które to prądy wywodzą się z liberalizmu i protestantyzmu, wielokrotnie uroczyście potępianych przez Magisterium Kościoła” (21 listopada 1974 roku).

Uporem trwania przy niezmiennej nauce Kościoła szybko wzbudził żywą niechęć postępowych hierarchów, zwłaszcza w swojej ojczyźnie. Seminarium w szwajcarskiej miejscowości Écône, które założył, a do którego ściągała młodzież z całej Francji, podczas gdy seminaria francuskie gwałtownie pustoszały, biskupi określili mianem „dzikiego”, choć arcybiskup był postacią bardzo dobrze w Kościele znaną, obdarzoną dużym autorytetem. Jego głos sprzeciwu i przestrogi wobec teologii najsłynniejszych modernistów: Karla Rahnera, Henriego de Lubaca, Teilharda de Chardin, Yves’a Congara oraz prób pogodzenia Kościoła ze światem, czyli z dyktatem zmieniających się mód ideologicznych, brzmiał wyraziście na wiele lat przed Vaticanum II. Teraz, jako założyciel Bractwa św. Piusa X, korzystał z każdej okazji, by przedstawić swoje stanowisko w Rzymie. Słał dziesiątki listów, oświadczeń, apeli, spotykał się z hierarchami z całego świata, a jednocześnie organizował niezliczone pielgrzymki, wygłaszał płomienne kazania do wielotysięcznych tłumów, organizował konferencje, wykłady i rekolekcje.

Ponieważ był gruntownie przekonany, że życie chrześcijańskie, indywidualne i społeczne jest „powrotem człowieka do Boga” – powrotem, który nie opiera się jedynie na posłuszeństwie przykazaniom, ale na łasce Bożej, oraz że ważniejsza niż moralność zbudowana na nakazach jest moralność cnót nadprzyrodzonych i darów Ducha św., bardzo niepokoił go najstraszniejszy, jak wielokrotnie podkreślał, błąd w Kościele, rozprzestrzeniający się z wielką szybkością naturalizm. Przypisywał go Pawłowi VI, słysząc, jak zapewniał on w jednej ze swoich nauk o „autonomii porządku doczesnego” i konieczności uznawania świata „za w pewien sposób samowystarczalny”. Arcybiskup Lefebvre natychmiast zareagował, wysyłając list do kard. Šepera i protestując przeciw temu „niedokładnemu i niekompletnemu opisowi świata”, który traktuje porządek nadprzyrodzony jako nieobowiązujący i pomija upadek natury ludzkiej. W odpowiedzi arcybiskup otrzymał telefonicznie polecenie kard. Villon, aby opuścił Rzym i już do niego nie wracał. Arcybiskup odparował:

Niech przyślą batalion gwardii szwajcarskiej, żeby mnie do tego zmusić. (B. Tissier de Mallerais, Marcel Lefebvre. Życie)

W krótkim czasie zyskał ogromną popularność wśród grupy tradycyjnych katolików francuskich, którzy nigdy nie zaakceptowali nowej liturgii. Gdy w Écône wyświęcał nowych kapłanów, nałożono na niego karę suspensy. Następca biskupa Charrière natychmiast cofnął uznanie legalności Bractwa. Arcybiskup Lefebvre wprowadzał właśnie do seminarium nowy przedmiot: akty Urzędu Nauczycielskiego Kościoła o nowoczesnych błędach (masoneria, liberalizm, modernizm, komunizm).

Prawda zobowiązuje nasz intelekt – mówił w 1975 roku abp Marceli Lefebvre w Barcelonie – do zrozumienia rzeczy, jakimi one są w rzeczywistości. Liberał jednak nie uznaje tej konieczności podporządkowania rozumu obiektywnym faktom, on tworzy własną prawdę. Pragnie wyzwolić się od dogmatu i nie chce Prawdy nałożonej na niego przez Wiarę, Objawienie czy Kościół; w imię nauki odrzuca wszystkie dogmaty. W imię swojej inteligencji i w imię ludzkiego rozumu liberał odrzuca Wiarę. Na koniec, trzecim elementem liberalizmu jest pragnienie uwolnienia się od prawa. Liberał nie chce o nim słyszeć! Ma on swoje sumienie i uważa, że mu to w zupełności wystarczy, w konsekwencji odrzuca wszelkie prawo moralne.

Kościół walczył z liberalizmem przez dwa wieki, a arcybiskup w tej dziedzinie otrzymał w czasie swoich studiów wskazówki od trzech wybitnych tomistów, o. Le Flocha, kardynała Billot, o. Philippe.

Może dlatego porównywano go niekiedy z kardynałem Pie, który w dniu ingresu w Poitiers wołał: Jestem biskupem, więc będę mówić!

Rozdarcie

Nieraz przywołuje się wycofanie przez arcybiskupa podpisu spod protokołu ugody z Rzymem z 1988 roku, formułując zarzut chwiejności i niekonsekwencji wobec duchownego miotanego rzekomo wichrami gwałtownych uczuć i namiętności. Tymczasem pod pozorami chwiejności krył się wielki duchowy dramat człowieka bezgranicznie oddanego Kościołowi. Stygmatyzując go mianem schizmatyka, zapomniano, że prawdziwy schizmatyk jest zawsze zaprzeczeniem chwiejności, działa stanowczo, bez wewnętrznych oporów, prowadzony przez złudne światło fałszywej wiary. Tu zaś był syn Kościoła rozdarty między obowiązkiem posłuszeństwa wobec Głowy Kościoła a imperatywem obrony czystości wiary, mszy św. i katolickiego kapłaństwa. Bowiem prawdziwym dramatem tamtego czasu był atak na wiarę i kapłaństwo sprzężony z przekonaniem o nieodzowności okazania posłuszeństwa przełożonym w każdej sytuacji. A przecież, przy całej świadomości, jak wielkim zgorszeniem dla wierzących jest brak posłuszeństwa w Kościele, którą arcybiskup posiadał w stopniu wyjątkowym jako antyliberał, nie mógł się zgodzić na wystawianie na niebezpieczeństwo ludzkich dusz jako biskup.

Krytycy podkreślają, że dopuszczał pewne modyfikacje formy liturgii jeszcze na soborze i twierdzą, że jego późniejszy upór w kwestii liturgii nie jest zrozumiały. Stąd już blisko do tezy, że do buntu doprowadził arcybiskupa jego trudny charakter, a nie silne przekonanie o słuszności własnej drogi. Tymczasem Marcel Lefebvre usztywnił stanowisko wobec zmian liturgii, gdy zrozumiał, że zmiany te niszczą samą istotę mszy św., zacierając jej ofiarniczy charakter, że zaatakowany został kanon mszy św., co może spowodować, jak mówił (jeszcze w latach siedemdziesiątych), ostrożnie, wystrzegając się mocniejszych wyrażeń, że z biegiem lat „katolicy bezwiednie przyjmą protestancką koncepcję Wieczerzy Pańskiej”. W Liście otwartym do zagubionych katolików wypowiedział się mocniej: Luter bardzo dobrze rozumiał, że Msza jest sercem i duszą Kościoła. Powiedział:Zniszczmy Mszę, a zniszczymy Kościół”.

Kara za wierność

Z reguły w omówieniach działalności abp. Marcela Lefebvre’a omija się największą minę, na której jego krytycy wysadziliby w powietrze swoją konstrukcję złożoną z półprawd. Jest nią historia ekskomuniki, jaka została nałożona na arcybiskupa po wyświęceniu, bez zgody papieża, czterech biskupów bractwa, w czerwcu 1988 roku, i charakter tej „kary od początku nieważnej”. Tak właśnie traktowali ją zawsze abp Lefebvre (co nie znaczy, że przyjął ją obojętnie) i całe bractwo. Jest to jednak sprawa jasna tylko dla tych, którzy znają subtelności prawa kanonicznego. Prawo kościelne jest przewidujące, uwzględnia sytuację, w jakiej znalazł się arcybiskup i bierze go w obronę! Kodeks Prawa Kanonicznego precyzuje bowiem stan wyższej konieczności, w której obrona wiary uzasadnia nawet nieposłuszeństwo władzy kościelnej i jako taka nie może podlegać karom. Kanonista z Moguncji, prof. Georg May uzupełnia opis stanu wyższej konieczności w Kościele o sumę reguł prawnych, które obowiązują w przypadku zagrożenia ciągłości lub wolności Kościoła. Podstawowym przecież zadaniem Marcela Lefebvre’a – tak jak każdego biskupa – było zabieganie o zachowanie wiary. Wyświęceni bez zgody papieża biskupi są tylko biskupami pomocniczymi, nie mają jurysdykcji właściwej biskupom diecezjalnym. Nie mogą erygować diecezji i parafii, nie mieli też nigdy zamiaru budować równoległych struktur kościelnych (jak w Chinach). Jurysdykcja Bractwa w stosunku do wiernych jest jurysdykcją nadzwyczajną i uzupełniającą, „dla zbawienia dusz”, z powodu słabości czy błędów odpowiednich władz. Niemniej atmosferze skandalu, jaki ogłoszono, obwołując arcybiskupa schizmatykiem, ulegli także ludzi o umysłach niewątpliwie bardziej trzeźwych i psychice dużo odporniejszej na zgiełk prasy. W tonie surowych potępień wypowiedział się uchodzący za przyjaciela Jana Pawła II André Frossard, były członek francuskiej partii komunistycznej – choć jego potoczysty styl nie mógł zasłonić ubóstwa treści memoriału, jak dodaje bp. Tissier de Mallerais:

Najsmutniejszy jest upór Arcybiskupa z Écône wobec wielkoduszności Papieża, który poszedł bardzo, bardzo daleko, by zawrócić go z drogi schizmy. Arcybiskup Lefebvre stał się więźniem swoich idei, których sztywność pozostawiła niewiele pola jego inteligencji. Był też więźniem swojej organizacji. Być może logika nieposłuszeństwa musiała prowadzić w stronę zerwania. Ale nie był zmuszony doprowadzić jej do absurdu („Le Figaro”, 16 czerwca 1988 roku).

W tonie patetycznym ogłosił swoje zerwanie ze „schizmatykiem” wieloletni liberalny przyjaciel arcybiskupa (zarazem przyjaciel Pawła VI), katolicki pisarz Jean Guitton. W ostatnim liście napisanym jaskrawoczerwonym atramentem żalił się:

Zawsze broniłem Waszej Ekscelencji. Wyjaśniałem, że Ksiądz Arcybiskup się „upierał”, ale nie „rozpierał”, walcząc tylko o Prawdę, której istoty nie można zmienić. […] 30 (chyba 15) czerwca będzie w moim życiu datą największej rany. […] proszę Ekscelencję o osobiste spotkanie przed 30 czerwca […] żeby przekazać księdzu Arcybiskupowi to słowo pełne nadziei i tajemnicy, które mówi się przy ostatecznych rozstaniach (jak syn do ojca)… Z BOGIEM!

Sam arcybiskup nazwał konsekracje biskupie „operacją przeżycia” Tradycji katolickiej. Nie zamierzał pod koniec życia, jak powtarzał, umierać, nie zrobiwszy nic dla przyszłości. Byłoby to sprzeczne z moimi obowiązkami. Był tego dnia spokojny, radosny i pewny, że któregoś dnia Tradycja odzyska swe prawa w Rzymie i wtedy nastąpi to, co wtedy, w czasie gdy hucznie obchodzono Asyż, było zupełnie niewyobrażalne. Wówczas władze rzymskie wezmą nas w objęcia i podziękują nam za zachowanie wiary. Dodawał, obserwując z lekkim uśmieszkiem, po zakończonej ceremonii, zgromadzonych w Écône rozgorączkowanych przedstawicieli mediów, że już widzi te tytuły w jutrzejszej prasie: Schizma, ekskomunika!, ale i tak wszystkie te oskarżenia i te kary, których jesteśmy przedmiotem, są całkowicie bez znaczenia.

Był zawsze przekonany, jak każdy głęboko wierzący człowiek, że odnowa Kościoła jest związana z nadprzyrodzonym działaniem łaski. Nie wyobrażał sobie, że można o tę łaskę zabiegać bez największej pieczołowitości w oddawaniu Bogu czci, w sprawowaniu Jego kultu. W tym upatrywał nieodzowną wierność Bogu. Dlatego zdecydował się na konsekracje biskupie.

Czy nowo wyświęceni biskupi istotnie przeszkadzali w czymkolwiek, skoro ich zadaniem było tylko odprawianie starej mszy i nauczanie tradycyjnej doktryny wiary?

Akt konsekracji biskupów bez zgody papieża został poprzedzony wielomiesięcznymi staraniami o uzyskanie biskupa dla bractwa. Ze zgodą jednak zwlekano z miesiąca na miesiąc, a arcybiskup miał 79 lat. „Operacja przeżycia Tradycji” nie była literacką przenośnią. W jaki inny bowiem sposób miałby ustrzec wiarę garnących się do niego ludzi, nie mogąc zapewnić im duchowej formacji? Bez możliwości dokonywania kolejnych święceń kapłańskich, z powodu braku biskupa.

Historia konsekracji biskupich bez zgody papieża może się jednak wydawać dzisiejszym katolikom historią utkaną z wydumanych fobii, niezrozumiałych lęków, osobistych ambicji. Ogromna większość wierzących przyjmuje dziś bowiem założenie, że wszystko się nieustannie zmienia – także nauczanie Kościoła, dogmaty wiary, rola kapłana, biskupa – musi się zmieniać, podlega bowiem „realiom społecznym”, wpływom opinii, polityki, intelektualnym modom. Podlega światu, z jego pragnieniem nieustających zmian. I to jest właśnie największy fałsz w historii Kościoła i zarazem krzywda wyrządzona wierze. Chrystus przyniósł na ziemię absolutną niezmienność Prawdy. Ta prawda nie jest ani „stara”, ani „nowa”. Jest wieczna. Między Chrystusem a światem jest przepaść. Między Kościołem a światem jest przepaść. Arcybiskup Lefebvre był dobrze wyczulony na prymitywizm i wewnętrzną sprzeczność liberalizmu; już w czasie jego studiów seminaryjnych jeden z wykładowców, nauczyciel tomizmu, Louis Billot określał doktrynę liberalną jako idealną i absolutną niezgodność wskutek przeciwieństwa zasad i praktyki jej zwolenników. Zasady, które rzekomo przyjmują, są tylko praktycznymi regułami działania, do których zresztą sami zwolennicy liberalizmu nie chcą się stosować.

Furia liberalnej opinii – także tej nominalnie katolickiej – nadała ekskomunice, jaka spadła na arcybiskupa, piętno aktu sprawiedliwości wymierzonego niesfornemu i buntowniczemu hierarsze. „Ogół wiernych”, pozbawiony jakiejkolwiek istotnej wiedzy o tym, co naprawdę się wydarzyło, przyjął go z ulgą. A zjednoczone siły postępu – z entuzjazmem. Dla niejednego z ludzi Kościoła akt ten pozostał jednak wyrzutem sumienia.

Przypadek arcyludzki?

Krytycy arcybiskupa koncentrują się na tym, by wykazać niekonsekwencję jego postępowania. Były przecież w jego życiu momenty, gdy nastawiony był na „dialog”, nawet w kwestii soborowych ustaleń dotyczących wolności religijnej. Heroizm decyzji abp. Lefebvre’a nie był jednak efektem żelaznej woli, twardego charakteru czy naturalnych, po ludzku zrozumiałych, odruchów. Bohater tego dramatu wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, jakie ryzyko podejmuje, decydując się na konsekrowanie biskupów bez zezwolenia papieża. Nikt chyba lepiej od niego nie rozumiał, jakim niebezpieczeństwem jest zgorszenie wśród katolików, które musi wywołać akt nieposłuszeństwa papieżowi. Nie był wcale posiadaczem nadludzkiej siły psychicznej, zdolnym do nonkonformizmu na niespotykaną skalę czy też człowiekiem, któremu zabrakło pokory. Jego motywacją nie był też bunt. Zaryzykował w imię większego dobra, w imię ocalenia największego skarbu – wiary powierzonych mu dusz ludzkich.

W osiemnaście lat po śmierci abp. Lefebvre’a, w 2009 roku Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z czterech konsekrowanych przez niego biskupów.

Pojednana różnorodność”, czyli retusz z półcieni

Wszystkie niedomówienia, jakie towarzyszą sprawie arcybiskupa Lefebvre’a, pozostawiają niepokój i stwarzają pole do fałszywych interpretacji. Prawda jest z natury prosta. Celem, jaki przyświecał bohaterowi tej historii, nie było powodzenie jego „autorskiego projektu”, ambicjonalne zapewnienie przetrwania dziecku, które wyhodował na własnej piersi. Celem było coś tak trudnego do zrozumienia dla współczesnego katolika, wychowanego poza Tradycją Kościoła, jak potwierdzenie absolutnej niezmienności Prawdy, która pochodzi od Boga. Jej suwerenności. Arcybiskup Lefebvre bronił jej niezależnie od decyzji prawnych będących najsurowszą karą, jaka może dotknąć katolika.

Surowość tej kary istotnie może zadziwiać w przypadku człowieka, który upierał się tylko przy jednym: Pozwólcie mi pozostać takim, jakim mnie uformował Kościół, pozwólcie mi się nie zmieniać…Pozwólcie moim kapłanom bez przeszkód odprawiać Mszę Wszechczasów, która początkami sięga czasów apostolskich, a pełnię osiągnęła w następnych wiekach, co potwierdził św. Pius V, zapowiadając kary ekskomuniki dla wszystkich, którzy tę pełnię kwestionowali.

Oto prawdziwy paradoks. Tego paradoksu nie da się rozwikłać bez rzetelnej dyskusji o tym, co zdarzyło się na ostatnim soborze. Dyskusja ta, tak samo jak rzetelna debata o przyczynach katastrofy pod Smoleńskiem, wcześniej czy później, musi się odbyć także w Polsce. Taka jest bowiem natura umysłu ludzkiego, którego nie sposób bez końca karmić półprawdami.

Postać arcybiskupa Lefebvre’a została w ciągu ostatnich czterdziestu lat w sposób nieporównywalny z żadnym innym hierarchą Kościoła – może poza Piusem XII – zmistyfikowana. Ale historia jego życia nie może być wciąż tematem tabu. W Polsce pustoszeją seminaria, coraz liczniejsi księża porzucają kapłaństwo. Nie da się rozmawiać o przyczynach obecnego stanu, nie wspominając o abp. Lefebvrze. To początek odkłamywania najnowszej historii Kościoła. Sam Benedykt XVI mówił o strefach niewiary i o niebezpieczeństwie traktowania ostatniego soboru jako superdogmatu. Dzięki swej determinacji, uporowi i konsekwencji arcybiskup uformował małą elitę, która ma być do dyspozycji Stolicy Apostolskiej i biskupów. Trzeba jednak zaznaczyć, że ma być ona do dyspozycji, ale jednocześnie odrzucać wszelki kompromis i koncesje na rzecz błędów…, przypomniano w dniu jego pogrzebu w Écône.

Dziś coraz lepiej widać, że historia posoborowych zmian w Kościele przyznaje abp. Lefebvre’owi rację. Jest jednak pewien element tego przyznawania racji, który powinien budzić czujność katolików świadomie występujących w obronie wiary i powracających do starych katechizmów, do tradycyjnej mszy św. i zarazem przekonanych, że zasady muszą pozostać zasadami, a jednoznaczność jest cechą katolickiej prawdy.

Jest symptomatyczne, że o ile prawda nie może być przemieszana, złączona z błędem, o tyle błąd może przyswajać elementy prawdy. Historia lubi się powtarzać. Po pierwszym etapie soborowej rewolucji, która wstrząsnęła samymi podstawami doktryny i życia Kościoła, wydaje się usprawiedliwione stwierdzenie, że obecnie realizowany jest już drugi etap – umacnianie i potwierdzanie „zdobyczy” Vaticanum II. Znajduje to zresztą potwierdzenie w oficjalnych dokumentach, np. ostatnio w „Novo millenio ineunte”, „Dominus Iesus” czy „Liturgiam authenticam”. Obraz Kościoła posoborowego przedstawiany jest zazwyczaj przy pomocy źle pojętej idei „pojednanej różnorodności” W tym przypadku oznacza to pojednanie prawdy z błędem, posoborowego ekstremizmu z postawą dość konserwatywną, Komunii świętej przyjmowanej z należnym szacunkiem ze świętokradczą praktyką Komunii na rękę, chorału gregoriańskiego z sacro-polo, a nawet rapem […] nowy etap posoborowej rewolucji ma być właśnie syntezą tych sprzeczności […] Obrońcy tradycyjnej Mszy nagle mogą znaleźć się na salonach, w ramach „uprawnionej różnorodności”. Tkwi w tym istotne niebezpieczeństwo: pożądanie uznania i akceptacja status quo nowego porządku i nowej doktryny („Sobór tak – wypaczenia nie”), „synteza”, „jedność” , z szacunkiem dla Islamu, z całowaniem Koranu, wspólne nieszpory z luterskimi „biskupkami”, jedność z doktryną Dominium Iesus, gdzie prawosławie uznane zostaje za część Kościoła Chrystusowego itd. W ten sposób powstaje swoisty posoborowy High Church, który po ludzku rzecz biorąc może przynieść coś dobrego, tak jak z anglikańskiego ruchu oksfordzkiego wywodzi się wielu wybitnych konwertytów, jednak rzeczywistym kryterium jakie należy stosować do oceny jest to, jak widzi to Pan Bóg. Czy podoba się Jemu to przemieszanie, ta synteza? (Michał A. Nowak, Posoborowy High Church, „Zawsze Wierni”, listopad–grudzień 2001)

Dlaczego Bractwo św. Piusa X działa dziś w Polsce? I czy jego księża nie powinni się tu odwołać do najlepszych kart naszych dziejów, związanych z obroną wiary i Kościoła? Niestety znajomość polskiej historii nie jest wśród międzynarodowej grupy księży bractwa zbyt duża. Nie są znane także w tym środowisku bliżej wielkie postaci Kościoła, które kilka wieków temu potrafiły nim potrząsnąć, podobnie jak abp Lefebvre uczynił to w XX wieku.

Wielkim obrońcą czystości doktryny był kardynał Stanisław Hozjusz (1504–1579), prawdziwy „młot na heretyków”. Ten inicjator Soboru Trydenckiego (1545–1563), zwołanego, by stawić tamę rozprzestrzenianiu się protestantyzmu, i jeden z głównych przywódców polskiej i europejskiej kontrreformacji w stosunkach z papieżem zachowywał całą ewangeliczną swobodę; napominał go bez obaw i przesadnego uniżenia. Adam Mickiewicz przypomniał jego zasługi podczas prelekcji paryskich: Do papieża Pawła IV, pomawianego powszechnie o żądzę sławy, pisał: „Słyszę ciągle, że Ojciec Święty gmatwa politykę angielską i francuską, że ściąga wojska na wojnę. Niechże już Ojciec Święty przestanie hetmanić, walczyć o swoje posiadłości; niech pamięta, że jego posiadłościami jest Kościół powszechny”. Papież nie tylko nie obraził się, ale odpowiedział mu, prosząc, aby przysłał do Rzymu przyjaciół, którzy by przypatrywali się jego postępowaniu. „Przybądź sam – pisał do niego – i zobacz, co ja tu robię”.

Stanisław Hozjusz przyjechał do Rzymu, otrzymał kapelusz kardynalski i został mianowany legatem papieskim dla przewodniczenia obradom Soboru Trydenckiego. Jego wieloletnie zabiegi, kiedy to w setkach listów przedkładał monarchom europejskim pilną potrzebę zakończenia wojen religijnych i rozprawienia się z ruchem protestanckim, zostały wynagrodzone. Przed soborem korespondował intensywnie z przywódcami czołowych sekt i zapewniał, że w Trydencie odpowie na wszystkie ich zarzuty. Była to ogromna praca, prowadzona z ryzykiem niepowodzenia, sekciarze byli w ofensywie, popularni zwłaszcza wśród elit społecznych. Szlachta polska była beztroska i wielu z nich hojnie dofinansowywała, a głowy koronowane – z wyjątkiem Karola V – lekceważyły niebezpieczeństwo ze strony protestantyzmu.

Kardynał Stanisław Hozjusz zadziwiał wszystkich współczesnych, jak mówił Mickiewicz, niepojętą ruchliwością. […] Znając doskonale stan polityczny i religijny Europy donosił o ukazaniu się każdej publikacji, znał nazwisko każdego sekciarza, jego poglądy i koleje życia, śledził ich kroki, wiedział, gdzie się ukrywają, i ostrzegał przed nimi Polskę. Pisywał listy do króla, do biskupów, proboszczów, jeździł na sejmy i sejmiki, zwoływał synody i przewodniczył im. Dzieła jego uchodziły natenczas za klasyczne i ukazywały się we wszystkich językach Europy, w angielskim, francuskim, niemieckim. […] Umiał wojować z sekciarzami wszelką bronią. Głęboki teolog, wielce uczony, gdy pisał po łacinie – dla utrafienia w smak Niemcom bywał czasem rubaszny jak Luter, gwałtowny, wplatał dowcipy; w pismach zaś polskich umiał uchwycić lekki i wesoły ton, tę żartobliwość, którą już wtedy zwano żartobliwością polską, a w której był niedoścignionym mistrzem (Adam Mickiewicz, Literatura słowiańska, Kurs pierwszy, Warszawa 1997).

W kwestiach niedoktrynalnych, np. politycznych, można się z papieżem nie zgadzać, bez obawy o skandal religijny. Kto pierwszy u nas nie zgadzał się z papieżem? Polacy na soborze w Konstancji.

Polak Paweł Włodkowic, rektor Akademii Krakowskiej, zaprezentował i obronił na soborze w Konstancji (1414–1418) pogląd, że wszystkie narodowości, także pogańskie, mogą rządzić się same i żyć w pokoju na ziemi, która do nich należy, a nawracanie ich przy użyciu przymusu i siły jest godne potępienia. Polacy wystąpili na soborze jako kompetentni i wnikliwi obrońcy chrześcijańskiego prawa międzynarodowego. Zyskali poparcie Włochów, podziw całej Europy i zgodę papieża na swoje postulaty, poskromienie zapędów Zakonu Krzyżackiego i potępienie antypolskich tez Jana Falkenberga. Żeby uzyskać tę zgodę, formalnie musieli użyć jednak nie tylko siły argumentu, lecz także argumentu siły. 4 maja 1418 roku przedstawiciele polskiego królestwa, niewpuszczeni do pałacu papieskiego, dostali się tam, wyłamując bramę. Papieża, który był już łóżku, wyciągnęli z pościeli i zmusili do udzielenia audiencji. Kilka dni później Zawisza Czarny i Janusz z Tuliszkowa oświadczyli w przytomności Ojca Świętego, że czci króla polskiego – tego Litwina, który przyjąwszy chrzest, spolonizował się i stał się obrońcą wiary w Chrystusa – będą bronić „gębą i ręką”. Dopiero wtedy uzyskali od Marcina V ostateczne potępienie antypolskiego traktatu Jana Falkenberga oraz jego oszczerczej Satyry na herezje i inne nikczemności Polaków oraz ich króla Jagiełły.

Bronić Kościoła „gębą i ręką” – czyli absolutnie bezkompromisową postawą katolicką – potrafili abp Marcel Lefebvre i księża, których wychował osobiście w założonych przez siebie seminariach, oraz ci, których formowali konsekrowani przez niego biskupi: Szwajcar Bernard Fellay, Hiszpan Alfonso de Galarreta, Francuz Bernard Tissier de Mallerais (Anglik Richard Williamson, konwertyta z protestantyzmu, dziś już niestety poza bractwem). Ta licząca około tysiąca osób grupa duchownych udowadnia, że w Kościele liczy się tak naprawdę nie wiara pozbawiona pewności, kim jest Bóg, nie sentymentalizm, nie brak rozróżnienia między porządkiem przyrodzonym i nadprzyrodzonym i rozwodnienie doktryny w imię pokoju, kompromisu ze światem, mrzonek o „cywilizacji miłości” i „wiośnie Kościoła”, ale chrześcijaństwo zbrojne, jak mawiał Dom Gérard Calvet, tradycyjny benedyktyn z Francji, Kościół Wojujący. Świadomy, tak samo jak przed dwoma tysiącami lat, z kim i o co walczy.

Kiedy nie uznaje się już autorytetu Boga, który jest Prawdą, ani autorytetu Jezusa Chrystusa, który jest Objawieniem, wtedy znika też bez śladu autorytet ojca i matki w rodzinie – i w ogóle każdy autorytet w społeczeństwie. Rodzina, małżeństwo nigdy nie zostaną w takiej sytuacji obronione. Fałszywe autorytety rozpoczynają swoją dziką walkę o duszę człowieka. I nikt nie jest w stanie czegokolwiek im przeciwstawić. Gdy bowiem lepimy sobie sobie bożka z miłości do człowieka, stajemy się absolutnie bezbronni w walce ze złem.

*) Wszystkie nieopisane w tekście cytaty za: Bernard Tissier de Mallerais, Marcel Lefebvre. Życie, tłum. Paulina Kupiec i Jarosław Zappa, Wydawnictwo Dębogóra 2010.

Ewa Polak-Pałkiewicz

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 79.

  • Adam Trukawka

    Dzisiaj widać do czego doprowadził SWII.