newman

Leszek Zaborowski: Newman, czyli uniwersytet radykalny

Ani w roku 2010, ani następnych latach nie wznowiono w Polsce żadnej spośród jego książek. Być może kardynał należy do klasyków chętnie przywoływanych, lecz rzadko czytanych?

W ostatnich latach bł. Johna Henry’ego Newmana przywoływano w Polsce dosyć często. Początkowo miało to miejsce przede wszystkim w kontekście utworzenia specjalnego ordynariatu dla anglikanów konwertujących na katolicyzm. Z wydarzeniem tym zbiegła się beatyfikacja kardynała, a Benedykt XVI uczynił go jednym z patronów nowej struktury. Później nawiązywano do jego myśli w kontekście Synodu biskupów poświęconego rodzinie i ewentualnych zmian w kościelnej dyscyplinie, które ten miałby zalecić. Wynikało to oczywiście z uwagi, jaką błogosławiony poświęcał autonomii ludzkiego sumienia oraz problemowi ciągłości i rozwoju doktryny Kościoła.

Nie znaczy to oczywiście, że Newman zyskał wśród katolików rozgłos na miarę św. Ojca Pio czy św. Faustyny. Jak stwierdził o. Janusz Pyda OP, raczej nie stanie się on popularnym świętym, którego wierzący masowo prosiliby o wstawiennictwo, zaś Kościół budowałby liczne świątynie pod jego wezwaniem. Prędzej spotka go los „świętych intelektualistów”, których teksty zgłębiają specjaliści, a reszta w najlepszym wypadku darzy szacunkiem, w najgorszym nie zna, na pewno zaś nie modli się za ich pośrednictwem.

Dominikanin wyraził w jednym ze swoich tekstów przekonanie, że znajomość dzieła Newmana będzie w Polsce wzrastać. Sądzę, że na małą skalę rzeczywiście ma to miejsce. Z podobnymi domysłami kontrastuje jednak fakt słabej dostępności jego dzieł. Oczywiście, na polski została przełożona bardzo duża część dorobku Newmana. Jednak ani w roku 2010, w którym został beatyfikowany, ani następnych latach nie wznowiono w Polsce żadnej spośród jego książek. Ostatnie polskie wydanie słynnej pracy O rozwoju doktryny chrześcijańskiej pochodzi z 1998 roku, Logiki wiary zaś z… 1989 roku. Bodajże jedynym spośród kluczowych dzieł Newmana, którego polski przekład, przy odrobinie szczęścia, można jeszcze znaleźć w księgarni, jest Apologia pro vita sua. Być może kardynał należy dziś do dwuznacznego grona klasyków chętnie przywoływanych, lecz rzadko czytanych? Z takim podejrzeniem poświęciłem się lekturze Idei uniwersytetu – w podniszczonym, jedynym dostępnym w bibliotekach wydaniu z roku 1989.

Książka stanowi doskonały przykład niepowtarzalnego stylu argumentacji Newmana, imponującej przenikliwością i szerokością spojrzenia. Warto zauważyć, że oprócz częstego czerpania z ustaleń i refleksji autorów niekatolickich oraz stylu rozumowania dalekiego od prezentowanego choćby przez neotomistów, niewiele odnajdziemy w nim cech pasujących do domniemanego prekursora modernistycznie zabarwionego katolicyzmu. W jego słowach, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy, uderza radykalizm, żarliwość i pewna surowość. Jak sądzę, im bardziej zagłębiamy się w dzieła Newmana, tym wyraźniej widzimy, jak głębokim nieporozumieniem jest obsadzanie go w roli patrona rozluźniania przez Kościół rozmaitych norm moralnych. Co dzieje się zwykle w imię wizji sumienia przystosowanej do dominującej mentalności, która samemu kardynałowi byłaby raczej obca. Ale to już temat na inny tekst…

Na pierwszy tom Idei uniwersytetu składa się zbiór wystąpień wygłoszonych w 1852 roku, w czasie przygotowań do utworzenia katolickiego uniwersytetu w Dublinie. Wcześniej przez wiele lat katolicy, stanowiący przytłaczającą większość ludności Irlandii, byli w wyniku angielskiej (co w tym wypadku oznaczało również – anglikańskiej) dominacji w dużej mierze pozbawieni możliwości studiów uniwersyteckich. W dwa lata po swoich wystąpieniach Newman został pierwszym rektorem nowej uczelni. W okresie piastowania przez niego tego urzędu powstały teksty zgromadzone następnie w drugim tomie dzieła, do dziś nie przełożonego na język polski.

Wiele spośród tematów poruszonych w książce brzmi zaskakująco znajomo i aktualnie. Newman broni chociażby czerpania wiedzy jako celu samego w sobie. Krytykuje zaś tych, którzy chcą uczynić z uniwersytetu jedynie szkołę zawodową. Występując przeciwko nadmiernej specjalizacji, oczekuje od uniwersytetu kształtowania wszechstronnych dżentelmenów, a nie ekspertów w wąskiej dziedzinie. Z pewnością krytycy kierunku zmian na uczelniach lansowanego w ostatnich lat znajdzie tu wiele sobie bliskich, choć pochodzących sprzed niemal 150 lat, refleksji.

Poprzestając na tych wątkach, łatwo Newmana oswoić. Sprowadzić jedynie do roli nieco niespodziewanego sojusznika w walce z psuciem uniwersytetu przez współczesnych biurokratów. Oczywiście, w pewnym sensie może nim być. Ze współczesnej perspektywy ciekawsze wydaje mi się jednak pochylenie nad tym, co w jego tekstach może brzmieć dla nas obco i zaskakująco.

Często wspominamy o Newmanie jako o wielbicielu ideału wszechstronnego, kulturalnego dżentelmena. Łatwo ulec wtedy pokusie pominięcia faktu, że przy tej samej okazji ujawnia się jego spojrzenie na kondycję człowieka, które w zależności od preferencji możemy nazwać realistycznym, pesymistycznym, nieufnym… Wykształcony dzięki odpowiedniemu wychowaniu smak nie może według Newmana zastąpić chrześcijańskiej moralności. O niej zaś nigdy nie możemy mówić w oderwaniu od kwestii łaski. Jak przypomina autor Logiki wiary, św. Bazyli Wielki i Julian Apostata byli szkolnymi kolegami; obaj w pewnym sensie byli dżentelmenami. To, że chrześcijanie na przestrzeni wieków wysyłali swoje dzieci do pogańskich szkół, co samo w sobie nie musi być złe, nie oznacza, że roztoczenie przez Kościół opieki nad uniwersytetem nie jest wskazane, a potencjalne jego skutki zbawienne. Jednym z najważniejszych wątków, które Newman porusza w swoim dziele, jest obrona koncepcji uniwersytetu działającego pod kościelną kuratelą. Wykształcenie uniwersyteckie dostarcza bowiem równie wiele szans, co pułapek w dziedzinie rozwoju moralnego i duchowego. Podobnie jak zajmowanie się naukami przyrodniczymi. Często czytając współczesnych autorów zajmujących się relacją nauki i wiary mamy wrażenie prześlizgiwania się po powierzchni problemu. Newman dostrzega go w całej ostrości i nie waha się z nim zmierzyć, nawet gdyby miało to doprowadzić do niepopularnych czy nieco ponurych wniosków.

Szczególnie, że kardynał nie zastanawia się jedynie nad tym, w jaki sposób kształtować dżentelmena, by nie zaszkodziło to chrześcijańskiej ortodoksji i ortopraksji. Kolejnym ważnym wątkiem książki jest rola teologii w odpowiednim rozwoju nauki i ludzkiej wiedzy. Newman nie tylko bronił obecności wydziałów teologicznych na uniwersytetach. Starał się również wykazać, że jednoczesne uznanie istnienia Boga oraz nie przyznawanie miana wiedzy wynikom teologicznych dociekań jest dla katolika absurdem. Można by je pogodzić z właściwym niektórym odłamom protestantyzmu sprowadzaniem wiary przede wszystkim do uczuć czy emocji, ale nie z katolicką harmonią fides i ratio.

Oczywiście, Newman formułował wszystkie te opinie w specyficznym, wspomnianym już irlandzkim kontekście. Z jednej strony bronił katolickiego spojrzenia na teologię i filozofię oraz relację między nimi, w kontrze do niedawnych współwyznawców. Jednocześnie chciał też ukazać, jakie konsekwencje dla katolików może przynieść zaniedbanie poznawania własnej teologii w otoczeniu przesiąkniętym protestantyzmem. Nie oznacza to jednak, że Newman nie stawia pytań ważnych również dziś. Nie chodzi przecież tylko o lęk przed wypaczeniem studentów; odcięcie się od rzetelnej teologii po prostu oddala naukę od poznania prawdy o świecie.

Nikt raczej nie spodziewa się dziś kasacji wydziałów teologicznych polskich uczelni katolickich (inną sprawą jest to, jaka teologia jest w nich uprawiana, oraz czy Newman uznał by ją raczej za skoncentrowaną na poznaniu rozumowym, czy też na ludzkich uczuciach). Z drugiej strony mało kto jest dziś zainteresowany, z wielu powodów, walką o utworzenie takich na UJ i UW, nawet jeśli traktuje teologię poważnie. Czytając książkę Newmana na serio nie uciekniemy jednak przed innym pytaniem: o to, czym jest dziś teologia dla chrześcijan-nieteologów, przede wszystkim humanistów.

Od wielu lat z całą ostrością stawiają je teologowie z nurtu Radykalnej Ortodoksji, w większości anglikanie. Nieprzypadkowo wśród jego źródeł wymienia się Ruch Oksfordzki, który Newman współtworzył. Współzałożyciel ruchu, John Milbank, analizując stosunek nauk społecznych do teologii doszedł do wniosku, że te pierwsze skolonizowały dziedzinę badawczą drugiej, zamykając ją ostatecznie w niszy. Sami teologowie zaś przestali podejmować wysiłek budowania całościowej wizji świata. Wydaje mi się, że nawet jeśli niektórzy starają się to robić, bardzo często odbieramy ich tak, jak opisuje Milbank – jako gospodarzy wąskiego poletka, odciętego od pola, po którym poruszają się nasze myśli.

Cezary Michalski w jednym ze swoich felietonów w szyderczy sposób wspomniał kolację, w której uczestniczył w Anglii wspólnie z Milbankiem i grupą jego uczniów. „Ortodoksów” przedstawił jako hipokrytów, którzy pełnymi garściami korzystają z udogodnień zapewnianych przez nowoczesność, zarazem mając pełne usta skierowanych przeciwko niej potępień. Nie wiem, na ile ich zachowanie usprawiedliwiało przedstawienie całej grupy w tak negatywnym świetle. Na pewno jednak dawny publicysta „Frondy” trafnie wskazał na pułapkę, które zagrażają każdemu, kto stara się poruszać poza typowymi dla obecnej mutacji nowoczesności szlakami myślenia na temat wiedzy, prawdy i Boga. Grozi mu spożytkowanie energii na przybieranie – nieraz efektownej – pozy, sprowadzającej się do wyładowania frustracji spowodowanej obecnym kształtem humanistyki, która na zdaje się karłowacieć pod wpływem politycznej poprawności, skutków postmodernizmu, dekonstruktywizmu, czy czegokolwiek innego.

To właśnie Newman pokazuje nam, jak iść pod prąd nie dla samego efektownego oporu, ale by rzeczywiście podjąć trud poszukiwania dróg poznania prawdy, wbrew dominującym wokół trendom. Paweł Kłoczowski, znawca jego myśli, na pytanie o powody, dla których Benedykt XVI odwoływał się do niego w kontekście właściwego odczytywania dziedzictwa Soboru Watykańskiego II stwierdził, że papież widzi kardynała jako przewodnika po wąskiej ścieżce między modernizmem a integryzmem. Jest nadzieja, że to właśnie na niej leżą odpowiedzi na pytania, które domagają się dziś odpowiedzi, zarówno na uniwersytecie jak i poza nim. Odgrzebujcie zakurzone egzemplarze książek Newmana w bibliotekach i antykwariatach, warto.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 74.