Lux nr 7/8 (2018)

 

Sam dźwięk słowa „apokalipsa” budzi przerażenie, a jednocześnie zawiera w sobie wzniosłość wprowadzającą w stan specyficznej zadumy. Choć znaczy tyle co „objawienie”, kultura dodała do niego nowe warstwy znaczeniowe. Obrazy przekazane przez świętego Jana przez wieki stanowiły źródło inspiracji dla europejskich artystów, którzy chcąc poruszyć ludzkie sumienia, często ukazywali zniszczenie i śmierć – ostateczny koniec.

Jesteśmy przyzwyczajeni do liniowego postrzegania rzeczywistości. Wyobrażamy ją sobie jako stale rosnącą funkcję globalnego postępu, choć jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że kiedyś musi nastąpić jej kres. Nawet najśmielsi inżynierowie wiecznej szczęśliwości nie zakładają, że będzie ona w nieskończoność osiągała coraz to nowe etapy. Cytując klasyka – co będzie potem, to nieistotne, potem to nas słońce spali.

A może jednak nie spali? Może dzieje świata zamiast prostej linii przypominają raczej sinusoidę, a po każdej nocy ludzkości wstaje nowy świt? Z zamieraniem tego, co przeszłe, z oczywistych względów największy problem mają konserwatyści. Przywiązując się jedynie do formy, która pod wpływem czasu potrafi pozostać nienaruszona w przeciwieństwie do zawartej w niej treści, utrzymują istnienie mechanizmów krzywdzących i odartych z towarzyszących im pierwotnie przymiotów. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że przetrwa to, co jest dobre – zginie zaś to, co niedoskonałe i anachroniczne.

Sama apokalipsa to dopiero czubek góry lodowej, którą dostrzegamy dopiero wtedy, kiedy nie da się już uniknąć kolizji. Kres stanowi integralną część ludzkiej natury. Społeczeństwa, państwa, korporacje, kultura czy nauka mogą wzrastać i upadać, a w okresach schyłkowych zawsze towarzyszą im podobne tendencje. Przed porażką – wyniosłość, duch pyszny poprzedza upadek (Przy 16, 18). Materiału dowodowego dostarcza nam sama historia. Od zarania cywilizacji zagłada stanowiła dla ludzkości sygnał ostrzegawczy przed zboczeniem z dziejowego kursu, a jednocześnie dawała szansę na nowy początek.

Rozpatrując spektakularne upadki, nie sposób nie zacząć od Cesarstwa Rzymskiego. Jego kres nie nastąpił jednak w 476 roku po Chrystusie, ale dokonał się znacznie wcześniej, wraz ze śmiercią tego, co stanowiło o jego istocie. Czym było bowiem państwo rzymskie w czasach Nerona, Kaliguli i Heliogabala, jeśli nie wschodnią despotią, która żyła z wielowiekowej pracy przodków, konsumując więcej niż sama wytwarzała? Trudne czasy bojów o panowanie nad Septymonium, półwyspem Apenińskim i wreszcie nad basenem Morza Śródziemnego wydały pokolenia mężów ćwiczących się w pokorze, posłusznych prawom i gotowych do ich obrony. Taki stan rzeczy, choć nadszarpywany przez wojny domowe, trwał do końca panowania dynastii Antoninów i Sewerów. Kolejne dekady dewaluacji idei, które uważano za nienaruszalne, drążyły fundament, który próbowali podtrzymywać na swych barkach Marek Aureliusz czy Aleksander Sewer. Czy postawa Cyncynata zdobyłaby poklask na dworze nieugiętego Dioklecjana? Czy wstrzemięźliwy Kato zyskałby przychylność Nerona? To, co Rzymianie nazwaliby rzymskością w okresie republiki, przestało uchodzić za cnotę w okresie późnego cesarstwa. Kiedy 31 grudnia 406 roku Wizygoci przekraczali zamarznięty Ren, Rzym był już od kilku stuleci trawiony przez nieuleczalną chorobę. Historia powiedziała imperium: sprawdzam. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, do wszystkich mówię: Czuwajcie! (Mk 13, 35-37).

Kres Rzeczpospolitej w 1795 roku jest analogiczny do historii Rzymu. Naród, który od XIV wieku szczycił się dbałością o dobro publiczne, poważał togę, ale i potrafił korzystać z oręża, w XVIII wieku był już tylko cieniem siebie samego. Stało się tak nie z powodu klęsk militarnych czy dyplomatycznych, lecz przez to, że w Polakach umarła polskość. Gołym okiem widać, że konserwować w nieskończoność się nie da. Kiedy ludzkość schodzi z drogi pracowitości, prawdy, dobra i piękna, w rezultacie zmierza do upadku; próżno czeka i trwoni czas, zamiast budować i tworzyć. Tak stało się z Rzymianami, taki los spotkał też Polaków. Jednocześnie nie można nie zauważyć jednej prawidłowości – apokalipsa jest jak wiadro zimnej wody, które skutecznie trzeźwi (w dekadach lub, zależnie od skali, w tysiącleciach), zmywając to, co zbyteczne, i niczym darwinowski mechanizm selekcji prowadząc do akomodacji lub wymarcia. Ludzkość ma autodestrukcję zapisaną w genach, na szczęście Opatrzność zawsze potrafi temu zaradzić. Boską odpowiedzią na grzech Adama jest zbawcza śmierć Chrystusa – podobnie upadły Rzym odrodził się w Kościele łacińskim, a przekupni i swarliwi Polacy po 123 latach w Szeolu stali się na wskroś nowoczesnym narodem.

Upadek jest bezcenną lekcją, pod której wpływem naród potrafi zmienić się nie do poznania. Anglik z roku 1780 i 1810 to podobny Anglik. Francuz w tym czasie przeżywał okres dekadencji swojego królestwa, głód i krach gospodarczy, jedną zwycięską wojnę z Wielką Brytanią, rewolucję, ścięcie Króla, trzy przewroty, i właśnie szykował się do marszu na Moskwę. Nie należy jednak zapominać, że apokalipsa potrafi również pogrążyć. Z dwóch łotrów, na których przyszła śmierć krzyżowa u boku Chrystusa, tylko jeden okazał się przecież godny Zbawienia. Wspomniana Francja, która wstąpiła w odmęty rewolucji, poszła ostatecznie w ślady złego łotra. Jej odpowiedzią na niesprawiedliwość, cynizm monarchii i duchową pustkę oświeceniowego kościoła stała się idea, która wstrząsnęła Europą od Ebro do Wołgi. Zamiast życia wybrała śmierć, a jej owoc również okazał się zabójczy. Nie świadczy to jednak o prymacie starego porządku, jak chcieliby to widzieć rozmaici reakcjoniści. Apokalipsa nie bierze się znikąd.

Schemat upadku nie dotyczy jedynie królestw i ludów, ale przede wszystkim każdego z nas. W centrum makabrycznych czy pięknych wydarzeń stoi często wybór, który skazuje jednostkę na zwycięstwo lub porażkę. W tej samej tragedii swoje role odgrywają bohaterowie i mordercy. W 1944 roku kule siekły tak samo młodych i dumnych powstańców, jak bestialskich dirlewangerowców. Dla tych pierwszych śmierć stanowiła tragicznie piękne zwieńczenie drogi cnót, lecz dla drugich była po prostu kresem niszczycielskiej egzystencji. Wszystkim ostatecznie rządzą takie same reguły, uniwersalne dla każdego człowieka – verum, bonum et pulchrum.

Schyłek możemy interpretować na rozmaite sposoby, jednak w każdym przypadku jego ostatecznym zadaniem będzie dokonanie bilansu dobra i zła. Apokalipsa jest swoistym mechanizmem oczyszczającym, rozstrzygnięciem patowej sytuacji. Do końca świata można, a nawet trzeba się przyzwyczaić. Świadomość jego nieuchronności, nawet względem światowych imperiów, pozwala unikać makabrycznych błędów przeszłości. Pytanie tylko, czy faktycznie potrafimy wyciągać wnioski z minionych kataklizmów. Świat zaszczepiony na nazizm okazał się niezdolny do obrony przed rozprzestrzeniającym się po II wojnie światowej komunizmem. Wiele atramentu pochłonęło drukowanie antyutopii przestrzegających ludzkość przed totalną inwigilacją, a tymczasem w Chinach wprowadza się system państwowej oceny obywateli. Na szczęście w kręgu życia apokalipsa nie może być ostatecznym końcem. Jest zawsze szansą na nowy, lepszy początek. Ω

Szymon Doliwa

redaktor prowadzący: Tomasz Krok



REDAKCJA:

Zarząd: Jerzy Kopański (redaktor naczelny), Tomasz Krok.

Redakcja: Rafał Niewiadomski (sekretarz redakcji), Oliwia Kacprzak (korekta i redakcja), Przemysław Mrówka (korekta i redakcja), Szymon Doliwa, Joanna M. Kalbarczyk, Maciej Kalbarczyk, Paweł Rzewuski, Jarosław J. Żejmo.

Współpracownicy: Krzysztof Bielecki, Monika G. Bartoszewicz, Marcin Darmas, Marcin Herman, Łukasz Kucharczyk, Martyna Ochnik, Anna Stępniak, Maciej Woźniak.


  • mkidn_01_cmyk

  • Miesięcznik LUX finansowany jest przez
    Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego