det

Maciej Kalbarczyk: Detroit – grzech zachłanności

Obecne w Detroit wyznania, wyrosłe z pnia protestantyzmu, stanowią zaprzeczenie ducha skromnego życia w myśl zasady „módl się i pracuj”. W książce „Detroit sekcja zwłok Ameryki” Charles Leduff opisuje kościoły, których pastorzy jeżdżą ekskluzywnymi samochodami, a w swojej szafie trzymają kilkaset szytych na miarę garniturów. To właśnie z takich wspólnot wywodzi się elita rządząca miasta.

Cztery lata temu łódzkie Stowarzyszenie Topografie zorganizowało w moim rodzimym mieście pokaz filmu „After the factory”. Przed sesją egzaminacyjną panowała niesamowita nuda więc niewiele myśląc sprawdziłem adres i udałem się na miejsce przeznaczenia. Kiedy dotarłem na róg Pomorskiej i Kilińskiego przed moimi oczami ukazał się budynek z brudną, odrapaną elewacją. Jeden z tych, które łodzianie zwykli zaliczać do kamienic, które przetrwały bombardowanie w czasie drugiej wojny światowej. Z tą różnicą, że w Łodzi żadnego bombardowania nie było.

Część ze wspomnianych, opuszczonych budynków przejęli bezdomni, zastawiając parapety niezliczoną ilością słoików z ogórkami kiszonymi, będącymi niezbędnym dodatkiem do porannej flaszki „Starogardzkiej”. Budynek na Pomorskiej miał więcej szczęścia – powstała tam siedziba Miejskiego Punktu Kultury Prexer-UŁ, jednego z tych modnych miejsc, które mają być sposobem na odrodzenie kulturalne zniszczonej Łodzi. Przekroczyłem próg nowego przybytku i usiadłem na niezbyt wygodnym krześle, które znajdowało się w świeżo odmalowanej na biało, niewielkiej sali. Nieopodal wejścia stała drabina, którą w pierwszym odruchu uznałem za instalację artystyczną, ale szybko okazało się, że byłem w błędzie – cały czas trwał remont, który został tylko tymczasowo przerwany, specjalnie dla zgromadzonej w Prexerze publiczności.

Sala pękała w szwach – znajdowało się w niej więcej ludzi niż na dokumencie, poświęconemu przemysłowi pornograficznemu (a to zdecydowanie ciekawszy temat od gnijących, pozbawionych perspektyw miast). Po krótkim wystąpieniu ekipy Stowarzyszenia rozpoczęła się projekcja filmu. Jego główną ideę można streścić w kilku słowach: Łódź i Detroit – miasta postindustrialne, na pozór skazane na wieczną zagładę, ale można je uratować. W jaki sposób? Zdaniem bohaterów dokumentu poprzez inwestycje w sztukę, tworzenie nowych przestrzeni integrujących społeczeństwo – kreatywność przez wielkie „k”. Wszystko winno być finansowane z samorządowych grantów, przy wsparciu tzw. instytucji. Szczytna idea, ale niestety tak się złożyło, że z samego filmu zapamiętałem głównie facetów z wielkimi młotami, przy pomocy których z hukiem rozwalali pozostałości niegdyś świetnie prosperujących fabryk Detroit. Potem przeczytałem książkę Charliego Leduffa „Detroit Sekcja zwłok Ameryki” i zrozumiałem, że młodzi artyści z filmu Philipa Lauriego są nieco oderwani od rzeczywistości miasta zżeranego przez korupcję i wojny gangów. Miasta, w którym można dostać kulkę w łeb za krzywe spojrzenie albo zginąć w pożarze jednego z pustostanów, których podpalanie jest główną rozrywką bezrobotnej młodzieży z Detroit. Miasta ze złamanym kręgosłupem moralnym.

Wydawało mi się, że doskonale to wszystko rozumiem – w końcu wychowałem się w mieście dzieci z beczek i łowców skór, a przecznicę dalej od mojego miejsca zamieszkania, jakiś czas temu znaleziono w piwnicy zmumifikowane zwłoki bezdomnego człowieka. Dokładając do tego sprawę nożownika z Piotrkowskiej pomyślałem, że Detroit mi niestraszne. Po lekturze książki doszedłem jednak do wniosku, że kultura polityczna i społeczna Łodzi wyprzedza to, co reprezentuje sobą amerykańska stolica motoryzacji. Grzech zachłanności zebrał swoje żniwo, a wypaczenie idei protestanckich doprowadziło do wielkiego kryzysu miasta, cieszącego się sławą amerykańskiej stolicy motoryzacji.

Początki kryzysu

Detroit liczy obecnie ponad 700 tys. mieszkańców, o 31% mniej niż w 1990 r. Bezrobocie sięga 20 %, co i tak wydaje się niezłym wynikiem jeśli weźmiemy pod uwagę robotniczy charakter miasta. Łódź także liczy ponad 700 tys. mieszkańców, o 13% mniej niż 25 lat temu, a bezrobocie utrzymuje się na poziomie kilkunastu procent. Obydwa miasta rozwijały się na przełomie XVIII i XIX wieku. W Detroit produkowano samochody, Łódź była polską stolicą przemysłu lekkiego. Aspiracje mieszkańców amerykańskiego miasta maszyn wzrastały – każdy chciał mieć swój domek z kawałkiem trawnika, samochód i psa. Rozwiązaniem umożliwiającym spełnienie tych marzeń były szybkie kredyty, których spłacanie nie było trudne dopóki system bankowy działał bez zarzutu. Radujący się swoją małą stabilizacją, rozleniwieni mieszkańcy Detroit nie chcieli pracować w fabrykach samochodów za mniej niż kilkanaście dolarów za godzinę – aspirując do klasy średniej chcieli coraz więcej. Kryzys rozpoczął się już w latach 70-tych, kiedy Japończycy zaczęli produkować nowocześniejsze pod względem technicznym auta i otwierać swoje fabryki także w USA. Prezesi amerykańskich gigantów samochodowych nadal przejadali zarobione pieniądze, a pracownicy niższego szczebla nadal żyli na kredyt. Prawdziwy krach miał miejsce latem 2009 r., kiedy Chrysler i General Motors ogłosiły bankructwo.

Cały ten syf

W swojej książce Leduff opisuje dwie płaszczyzny problemów Detroit: społeczną i polityczną. Zarówno na jednej jak i na drugiej rozgrywają się wydarzenia, które mają miejsce w wielu innych miastach na świecie, jednak opisana przez autora atmosfera zbliżającej się apokalipsy sprawia, że czytelnik dostrzega w Detroit jądro Mordoru, krainy upadłej. Jakie są przyczyny tego upadku? Pieniądze, a raczej ich permanentny brak. W dużej części niewykształcona społeczność miasta została wyrzucona na bruk po upadku fabryk samochodowych, którym towarzyszył kryzys całej amerykańskiej gospodarki. Nastrój powszechnej beznadziei i związany z nim brak perspektyw doprowadził do zjawiska anomii – rozpadu więzi społecznych. W tej sytuacji kobiety zaczęły zarabiać na ulicy, a sugarmeni, o których śpiewał Sixto Rodriguez, zaczęli robić coraz lepsze interesy na handlu narkotykami. W latach 90-tych w mieście dochodziło do 600 zabójstw rocznie. Smutnej i zarazem strasznej scenerii miasta dopełniają opuszczone, płonące domy. Ponad 60 tys. porzuconych nieruchomości jest ogromnym polem do popisu dla amatorów ognia – żywioł co noc dławi przynajmniej kilka domów, o których tak bardzo marzyli przybywający z południa w czasie Wielkiej Migracji (1915-1930) czarnoskórzy obywatele USA. Jedyną służbą w mieście, działającą jeszcze w ramach prawa i dla dobra ogółu jest straż pożarna, która w dziurawych butach i bez sprawnie działającej syreny alarmowej, co noc wyjeżdża na kolejną akcję. Czasami udaje im się uratować podpalony budynek. Ich ciężką pracę zazwyczaj obserwuje siedzący po drugiej stronie ulicy podpalacz, odczuwający ogromną satysfakcję z tego, czego przed chwilą dokonał. Inną motywacją do podpalania domów poza, jak zauważył jeden ze strażaków czystą rozrywką tańszą od kina, jest próba wyłudzenia w ten sposób pieniędzy z ubezpieczenia. Niektórym zostało tylko tyle żeby jakoś związać koniec z końcem, a niektórzy są tak wyrachowani w swoich działaniach, że zdobyte w ten sposób środki inwestują w kolejne samochody i nieruchomości.

Z kasy Detroit giną miliony, które powinny być przeznaczone m.in. na remonty rozpadających się remiz strażackich. W książce Leduff spotyka na swojej drodze zamieszanych w korupcję polityków m.in. członkinię Detroit City Council Monicę Conyears i burmistrza Kwame’a Kilpatricka, który w 2013 r. za oszustwa, nadużycia i wymuszenia został skazany na 28 lat więzienia. Podczas swojego urzędowania, w latach 2002-2008, wydał 840 000 dolarów więcej niż wynosiły jego ówczesne zarobki. Nietrudno domyślić się gdzie zniknęły pieniądze, oficjalnie przyznane strażakom.

Cieszący się niezbyt dobrą opinią doradca polityczny Conyears, Sam Riddle tak podsumował sytuację miasta: „Jedyna różnica pomiędzy syfem panującym w Detroit a tym charakterystycznym dla krajów Trzeciego Świata polega na tym, że w Detroit po ulicach nie chodzą kozy”.

Kryzys protestanckiego ducha kapitalizmu

Jakie są przyczyny trudności, które przeżywa Detroit? Oczywiście można szukać ich w gospodarce: braku konkurencyjności amerykańskiego przemysłu samochodowego i towarzyszącemu mu ogólnemu kryzysowi światowemu, który wybuchł w 2007 r. Kluczem do zrozumienia sytuacji miasta jest jednak przytoczona w książce Leduffa rozmowa z jego bratem, który zajmował się sprzedażą pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka. Z premedytacją proponował je ludziom, którzy nie dysponowali wystarczającymi środkami na ich regularne spłacanie. W dużym uproszczeniu konstrukcja oferty kredytowej polegała na przerzuceniu większości obciążeń na ostatnią ratę pożyczki, z czego kredytobiorcy nie zdawali sobie sprawy. Do pewnego momentu wszyscy byli zadowoleni: pracownicy banków dostawali wysokie prowizje za aktywną sprzedaż kredytów, a ci, którzy się na nie zdecydowali realizowali swój american dream. Kryzys na rynku nieruchomości w połączeniu z niewypłacalnością kredytobiorców doprowadził do katastrofalnej sytuacji ekonomicznej. Jej podstawą stały się rozbudzone potrzeby konsumpcyjne m. in. zwykłych robotników z fabryk Detroit. Protesty przeciwko obniżeniu płac spowodowały spadek konkurencyjności amerykańskiego przemysłu samochodowego.

Powyższy opis przyczyn kryzysu amerykańskiej gospodarki prowadzi do oczywistego wniosku, do którego doszli ekonomiści, politycy i dziennikarze na całym świecie: zachłanność spowodowała kryzys najsilniejszej gospodarki świata. Można zastanawiać się skąd w państwie, przepełnionym duchem rozsądnej przedsiębiorczości wzięły się lekkomyślność i silnie rozbudzone potrzeby materialne, nieadekwatne do pozycji ekonomiczno-społecznej pracujących w fabrykach robotników. Jedną z odpowiedzi wydaje się protestancki tygiel religijny. Max Weber w swojej książce „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” twierdził, że protestantyzm jest fundamentem kapitalizmu w USA oraz w krajach Europy zachodniej i północnej. Z pewnością nie można zaprzeczyć tezie, że bogacenie się ku boskiej chwale obecne zwłaszcza w kalwinizmie, miało wpływ na rozwój przedsiębiorczości i handlu we wspomnianych miejscach. Jednak obecne w Detroit wyznania, wyrosłe z pnia protestantyzmu, stanowią zaprzeczenie ducha skromnego życia w myśl zasady „módl się i pracuj”. W „Detroit sekcja zwłok Ameryki” Leduff opisuje kościoły, których pastorzy jeżdżą ekskluzywnymi samochodami, a w swojej szafie trzymają kilkaset szytych na miarę garniturów. Na pierwszy plan wybija się Prorok Jones, jeden z najbardziej znanych showmanów-ewangelistów Ameryki. Wielebny przewodził Kościołowi Kompanii Królestwa Bożego, którego członkowie z chęcią obdarowywali swojego kapłana drogimi prezentami – Jones przyjmował je bez mrugnięcia okiem. Obwieszony biżuterią, z kilkoma sygnetami na palcach obydwu rąk, występował w telewizji i mówił o rychłym nadejściu czasów nieśmiertelności wszystkich ludzi. Czy to jest jeszcze chrześcijaństwo?

Innym z opisywanych przez autora wyznań jest Kaplica Czarnej Madonny, do której należą wspomniani już prominentni politycy Detroit: Kwame Kilpatrick oraz Monica Conyears. Wiele innych osób z tzw. elity rządzącej miasta wywodzi się właśnie z tego kościoła. Jego założyciel, Albert Celage, w 1967 r. groził spaleniem białej części miasta – jak na skromnych i pragmatycznych protestantów to chyba niezbyt rozsądna propozycja rozwiązania problemów społecznych.

Opisywani przez Leduffa duchowni bynajmniej nie hołdowali zasadzie bogacenia się na boską chwałę poprzez ciężką i regularną pracę. Brali z życia pełnymi garściami, pokazując swoim wiernym, że liczy się tu i teraz, a przejadanie nieswoich pieniędzy nie jest żadną ujmą dla protestanta. Obecni na kartach książki pastorzy są oczywiście pewnym wypaczeniem idei Kalwina, ale gdyby nie stworzona przez protestantów możliwość zakładania kościołów przez kogo popadnie, tego typu egzotyczne wspólnoty nie miałyby szans powstać. Jednak zostały utworzone, a niespełna rozumu duchowni przekuli swoje poglądy na tkankę społeczną i co najistotniejsze na elitę rządzącą. Hierarchia Kościoła Katolickiego być może prowadzi do wielu patologii w łonie samej władzy, ale przede wszystkim integruje wspólnotę, dla której z założenia materializm nie jest najwyższą wartością. Może to właśnie katolicyzm uratował nas przed realnym kryzysem porównywalnym z USA?

Łódź vs. Detroit

Łódź w świadomości Polaków i co gorsza samych mieszkańców miasta jawi się jako smutna umieralnia, miejsce, w którym emeryci z Widzewa, Dąbrowy i Retkini dożywają swoich ostatnich dni, dokładnie w takim samym otoczeniu, w którym funkcjonowali kilkadziesiąt lat wcześniej. W bardziej pozytywnej interpretacji Łódź jest sypialnią Warszawy: tańsze mieszkania i niższe koszty życia sprawiają, że dla niektórych może być atrakcyjna. Pomimo tej ogólnie złej sytuacji wydaje się, że mieszkańcy miasta powoli odbijają się od dna i nieco mniej zachłannie od swoich towarzyszy niedoli z Detroit spoglądają w przyszłość. Moi znajomi nie biorą kredytów – wolą tyrać przez kilkanaście lat, trochę ponarzekać i przez ten czas zarobić na własne mieszkanie. Jest ciężko, ale większość jakoś daje radę: „módl się i pracuj” z powodzeniem sprawdza się także w katolicyzmie.

W Detroit dom można kupić nawet za kilkaset dolarów, ale i tak pomimo niskich cen nie ma zbyt wielu chętnych na rozpoczęcie życia w martwym mieście. Znaleziony w szybie windy jednej z fabryk zamrożony trup bezdomnego człowieka stał się symbolem rozkładu całej Ameryki. Zmumifikowane zwłoki spoczywające w piwnicy łódzkiej kamienicy mogłyby być tym samym dla Polski, ale na szczęście jesteśmy mniej skorzy do brania kredytów niż Amerykanie, których styl życia nadal jest dla nas symbolem bogactwa. Po lekturze książki Leduffa można wyzbyć się kompleksów – pseudo-protestancka Ameryka tym razem przegrała z katolicką Polską.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 76.