mini2

Maciej Kalbarczyk: Słuchacze reggae

Łatwo rozpoznać na ulicy punków, skinów, depeszów i metali. Wydaje się, że z reggae także nie powinno być problemu – dready, broda, skręt w ustach i już wiemy, z kim mamy do czynienia. Sprawa jest jednak bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać. W swoim otoczeniu możemy zaobserwować przeróżne typy osób zafascynowanych dźwiękami z Jamajki – wiele z nich faktycznie ma na głowie dready, ale są też tacy, którzy regularnie golą się na zero. Zresztą nie o sam wygląd tutaj chodzi.

Korwin rasta

Na głowie dready, na stopach japonki, w prawej dłoni matero, a w vintage plecaku termos z ciepłą wodą, niezbędną do parzenia yerba mate. Najważniejsza jest bambusowa bombilla, wokół której układa się liście energetycznego ostrokrzewu paragwajskiego – misterna robota: trzeba uważać, żeby fusy nie dostały się przypadkiem do rurki, wtedy całą przyjemność z picia napoju diabli wzięli.

W kieszeni towar z naturalnych upraw, najlepiej z takich doglądanych gdzieś po kryjomu w okolicznym lesie. Nie widzi problemów, nie uznaje linearnej koncepcji czasu, widział wszystkie odcinki Boso przez świat Cejrowskiego. Libertarianin – popiera wolny rynek i Janusza Korwin-Mikkego, a socjalne aspekty rastafarianizmu są dla niego tylko wyrazem specyfiki kultury lokalnej. Nie potrafi żyć bez podróży autostopem. Marzy o handlu gandzią z naturalnych upraw, oczywiście tam, gdzie to jest legalne. Ulubiona piosenka: Izrael – Dusza w podróży.

Che Guevara w dreadach

Marzy o podróży na Jamajkę, nieustannie rozprawia o biedzie w Afryce i neoimperialnej polityce Stanów Zjednoczonych. Zwolennik wolnej miłości, abstynent, który w imię glokalizmu okazjonalnie skonsumuje wódeczkę lub inny lokalny trunek. Na co dzień pija jednak yerba mate, słucha muzy prosto ze smażących się płyt winylowych, ale nie stroni także od oldschoolowych kaset magnetofonowych. Student kulturoznawstwa, etnologii lub socjologii. W przerwach między wykładami lubi zapalić co nieco, żeby chłonąć całym sobą przekazywaną podczas zajęć wiedzę o społecznościach pierwotnych, ale do totalnego zajarania się tematem (dosłownie i w przenośni) wystarcza mu na pierwszym roku socjologia ogólna, wykładana na większości kierunków humanistycznych. Wszystkiemu są winni Amerykanie i pieprzony George W. Bush. Ulubiona piosenka: John Lennon – Imagine w wersji Reggae Tribute.

Hip-hop ragga man

Czapka z daszkiem i bluza z kapturem, koniecznie z tajną kieszonką na zioło. Zamiast Siema, stary! mówi Big up, man!. Podziwia przemianę Snoop Dogga w Snoop Liona. Zakochany w ragga i dancehallu – bo najważniejszy jest tekst. Słynie z układania rymów na poczekaniu, chętnie melorecytuje w każdych warunkach, do każdego podkładu: Ej, ziom, ostatnio odkryłem Barry’ego Browna – robi się z tego świetne bity!. Potrafi zepsuć swoją nawijką każdy dobry kawałek, a w dodatku ciągle wmawia znajomym, że jego freestyle w połączeniu z klasyką gatunku to najprawdziwsza sztuka. Wychował się na wulgarnym polskim hip-hopie, ale w pewnym momencie swojego życia odkrył, że muzyka tworzona na prawdziwych instrumentach ma sens. Od tego momentu uczy się gry na basie i poznaje klasykę rocka, reggae i jazzu. Górę biorą jednak stare przyzwyczajenia: konsoleta i dobry nawijacz wystarczają mu do pełni szczęścia. Ulubiona piosenka: Damian Marley – Road to Zion.

Wrażliwy paker

Codziennie na siłce połyka tony odżywek na masę mięśniową. Dopóki był singlem, uwielbiał Motorhead i Slayera – jakże się przy tym pakowało! Od czasu do czasu sięgał po jakiś hiphopowy kawałek o biedzie w blokowiskach takich jak jego, ale nie marnował czasu na użalanie się nad sobą: budował swoje ciało, które stało się odpowiedzią na wszystkie problemy. Naładowany po treningu lubił spędzać wieczory w towarzystwie swoich przyjaciół, z którymi wesoło włóczył się po mieście i roznosił w drobny pył przystanki autobusowe oraz znaki drogowe. Wszystko się zmieniło, kiedy poznał kobietę swojego życia. Miłość przemienia. Miłość jest ślepa. A ona kochała utwory Kamila Bednarka. Słuchali razem: Te chwile są z nami i nikt nie zabierze ich, dopóki my będziemy wciąż tacy sami. Był szczęśliwy, jakoś złagodniał. Przynosił jej kwiaty, zaczął używać perfum, koledzy poszli w odstawkę. Zostawiła go po miesiącu dla większego twardziela. Przestał chodzić na siłownię, do dewastacji mienia publicznego też jakoś go przestało ciągnąć, a w głośnikach pozostała zapętlona piosenka Kamila Bednarka – Cisza.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 75.

  • Kasia Huma

    Ostatnio takie rzetelne studium subkultur widziałam w Bravo w 98.

  • Michał Rulski

    Jak można coś takiego wydać…wróć, jak można coś takiego w ogóle napisać? Autor był kiedyś na reggae gibanie? Możliwe że nie, gdyż rusza się jak wóz z węglem czekający przed elektrownią Bełchatów 🙂

  • Joanna Zet

    generalnie…. ręce od czytania tego „artykuliku” opadają….

  • Robert Kostecki

    trochę śmieszne, trochę smutne, trochę jakbym czytał nonsensopedię

  • Autor: napisze art bo się nie znam… w końcu do frond….

  • Michał Wereszczyński

    Depesze? Ostatniego widziałem jakieś 15 lat temu…