klata

Magdalena Osińska: Klata. Ach, jakie piękne rozstanie – sztuczka w trzech odsłonach

Pogarda dla warszawskiego układu teatralnego (Jan Englert oburzony wychodzi z teatru). Głęboka krytyka przełomu ’89 i transformacji (Rewizor). Wrażliwość społeczna (angażowanie do ról bezdomnych wałbrzyszan). Datki na Teologię Polityczną. Lament nad dziedzictwem Solidarności (H. w Stoczni Gdańskiej). Eurosceptycyzm, przewidujący dyktat Berlina (…córka Fizdejki). Irokez w kieszeni. Różaniec na głowie. Chrystus na ustach. To portret Jana Klaty. Tego, którego prawica wygwizduje i któremu grozi śmiercią za Do Damaszku i Trylogię.

Pytam się więc, jak Krzysztof Stanowski w słynnym już liście pyta Tomasza Lisa. Pytam się polskiej prawicy (grzecznie): „jak mogłaś to tak spierdolić”? No dobrze, sam Klata też jest nie bez winy. Ale od początku – będzie w miarę chronologicznie. Kurtyna.

Bluźnierczy w formie, konserwatywny w treści

(Odsłona 1)

Dobry chłopak pochodzi z warszawskiej rodziny z inklinacjami solidarnościowymi – widzenia w więzieniu z ojcem, krzyżyk lepiony z chleba itd. Chodzi do prestiżowego liceum, do którego przed wojną uczęszcza Tadeusz Zawadzki, czyli „Zośka”. Wychowanie otrzymuje staranne i patriotyczne, deklaruje, że za Ojczyznę pójdzie się bić. Żadne „sorry, Polsko, wybacz mi”. Jest praktykującym katolem, co w środowisku teatralnym jest raczej rzadko spotykane. Mało tego, w jaskini lwa, który pożera „czarnych”, czyli „Gazecie Wyborczej”, mówi, że jego wiara sprowadza się do „naśladowania pewnej osoby, która pojawiła się na świecie ponad dwa tysiące lat temu i stawiała sobie niesamowite wymagania”. Daje świadectwo. Po studiach reżyserskich głoduje, bo zamiast kręcić dochodowe pornole (a, owszem, ma propozycje), woli skupić się na teatrze. Wyjeżdża na zadupie, bo zadupiem z punktu widzenia warszawskiego artysty po studiach w krakowskiej PWST jest Wałbrzych. Kiedy bracia Kaczyńscy przyprawiają o spazmy całą polską elitę, dobry chłopak mówi o PiS, że jest najbardziej inteligencką polską partią. Kiedy ta sama elita onanizuje się transformacją, Balcerowiczem i nierozliczaniem PRL-u, on obnaża nierówności społeczne i cynizm elit III RP. Widzi układy.

Jest bezkompromisowy, prawicowy, ale nie barchanowy. W dodatku reżyseruje i jest zapraszany na Czerską, która – mimo że traktuje go trochę jak cudaka – pozwala się wypowiadać. Pewnie dlatego, że Klata posługuje się językiem, do którego liberalne elity przywykły i który rozumieją. I to dobrze. Biorą więc w pakiecie i atrakcyjną formę jego wypowiedzi, i treść tych wypowiedzi. A sam Klata mówi do rzeczy. W „Gazecie Wyborczej” w 2006 roku taka rozmowa:

Klata: Nie jestem pewien, czy tabu jest po to, żeby się z nim zmagać.

Janowska/ Mucharski: Pan szanuje tabu?

Klata: Jeżeli wolność artysty ma się sprowadzać do tego, że łamie się tabu dla samego aktu transgresji, to ja takiej wolności chętnie się wyrzeknę.

A nieco dalej w tym samym wywiadzie:

Klata: W Europie największym tabu jest grzech. Grzech funkcjonuje tam wyłącznie jako coś, co należy przełamać, przekroczyć, przezwyciężyć, ponieważ zagraża wolności. Przeszkadza w afirmowaniu siebie, kimkolwiek bym był.

Janowska/ Mucharski: Mówi Pan to z ironią.

Klata: Bo to jest straszne i wyjaławiające.

Poza tym o patriotyzmie, pamięci historycznej i procesjach w Boże Ciało. Liberalni redaktorzy z ostrożną przychylnością jakoś tego słuchają. Użyczają łamy, zapraszają, recenzują. I od samego początku próbują przeciągnąć na swoją stronę tego zdolnego i zbuntowanego chłopca z dobrego domu. Roman Pawłowski, recenzent teatralny przywoływanej „Wyborczej”, już po debiucie Klaty łasi się trochę i chrzci go mianem polskiego Castorfa – lewicowego speca od teatru politycznego.

A prawicowi? Proszę, oto Temida Stankiewicz-Podhorecka, która podsumowuje Klata Fest – warszawski przegląd twórczości Klaty; jest rok 2005:

…wolność w sztuce nie oznacza, że można stosować tzw. fałszywki. A takie „fałszywki” znajdujemy na przykład w Lochach Watykanu (Teatr Współczesny z Wrocławia), w scenach ośmieszających Kościół, katolików, a nawet nieżyjącego Ojca Świętego Jana Pawła II. Bo czym innym, jeśli nie tworzeniem fałszywego obrazu rzeczywistości, jest naigrawanie się z ulubionej pieśni Jana Pawła II Barka, karykaturalnie wykonywanej przez aktora wijącego się po scenie niczym w ataku epilepsji do akompaniamentu gitary w rękach bandziora przebranego za kardynała, co budzi śmiech na widowni.

Autorka dodaje, że śmiech na szczęście pojawia się z rzadka. Te dwa cytaty dość dobrze pokazują klimat, jaki wytworzył się wokół reżysera – kto go chce pozyskać do swojej agendy, a kto wprost przeciwnie. Kto – mimo głoszenia przezeń lewicowych herezji – puszcza do niego oko, a kto biadoli, że naigrywa się z „ulubionej pieśni Jana Pawła II”. Czyżby jednak to lewica była bardziej otwarta? Niemożliwe.

Na tym wczesnym etapie swojej twórczości Klata tabu nie tyka (do tego jeszcze dojrzeje), skupia się nie na demonach, ale na tak zwanej rzeczywistości. Rewizor Gogola to jego pierwszy samodzielny spektakl. Do dramatu podchodzi niemal z pietyzmem, co później bardzo rzadko będzie mu się zdarzać – tekst bowiem wystawia niemal bez skreśleń. Jedyną innowacją – zresztą bardzo efektowną – jest przeniesienie akcji z carskiej prowincji do ósmej gospodarki świata, czyli gierkowskiego PRL-u. Jest meblościanka na wysoki połysk, jest Boney M, są także wąsy. Wałbrzych, miasto górnicze, które z sentymentem wspomina gierkowskie malowanie trawy na zielono, z nietęgą miną obserwuje, jak reżyser przedstawia ten złoty dla nich wiek: małość, układy, skorumpowanie, ogólna degrengolada. Oprócz tego tchórzliwe gierki i bylejakość. Nie jest to jednak spektakl historyczny – w finale (niezachowanym niestety w telewizyjnej wersji) wiszący obok hasła z C.K. Norwida wizerunek Edwarda Gierka zastępują kolejno portrety: Jaruzela, Wałęsy, Pawlaka, Oleksego, Kwaśniewskiego, Millera i Leppera. Rzeczywistość polityczna III RP również upadla, bo jest powtórzeniem patologicznych schematów z komuny. A może nawet nie tyle powtórzeniem, co po prostu przedłużeniem.

Ciągiem dalszym rozważań na temat transformacji i przełomu jest H., czyli Hamlet, wystawiany wraz z Teatrem Wybrzeże w Stoczni Gdańskiej. Tutaj również miejsce ma znaczenie, bo z jednej strony, historycznej – brama, suwnica, Anna Walentynowicz, a z drugiej pośród ruin stoczni – Klaudiusz, morderca króla, który, smakując drogie wina, wzywa do końca żałoby. Dla H. zaś pamięć po ojcu – wyobrażonym jako husarz na białym koniu – a właściwie rozpamiętywanie jest sensem życia. Zdziwić by się mógł jednak ten, kto sądzi, że z H. idzie jakaś szydera – wprost przeciwnie. To postawa godna szacunku. W rozmowie z Jackiem Cieślakiem (chyba jedynym dziennikarzem z opcji konserwatywnej, który zajął się Klatą należycie) reżyser wyznaje, że „trzeba postępować jak Hamlet – może nawet głupio, naiwnie, ale nie godząc się na kłamstwo”.

W stosunku do twórcy teatru lewackiego w formie i konserwatywnego w treści ukształtowały się, z grubsza rzecz ujmując, dwie postawy – albo „napomnienie w oburzeniu”, albo „przemilczanie w wyższości”. Pierwsza postawa jest realna i udokumentowana (świadczą o tym choćby tytuły recenzji: Klata Fest, czyli super klapa albo Lament nad Klatą), druga zaś wirtualna i nie do udokumentowania.

Tę drugą postawę niech zilustruje stwierdzenie, że to, co dzisiaj jest uważane w sztuce za nowoczesne, nowatorskie i eksperymentalne i za to właśnie oklaskiwane, było dobrze znane już jakieś 100 lat temu. Więc w istocie swej jest wtórne, epigońskie i niewarte namysłu. A sam wybór takiej estetyki, takiego języka jest określany jako pójście na łatwiznę i dyskwalifikujące. Dlatego też nie trzeba się tym w ogóle, ale to w ogóle zajmować. Bo to jakieś duperele i cuda na kiju. Pewnie, że tak. Można tak stwierdzić i można temat sobie odpuścić. Można dać sobie ukraść Klatę. Pewnie, że tak.

Prawica, jak widać, nie za bardzo potrafi stworzyć przestrzeń do dialogowania. Jest na tym intelektualnym obszarze naprawdę bardzo ciasno. Bo albo kwituje się wszystko zdaniem kluczem: naigrywanie się z ulubionej pieśni papieża to „fałszywka” (po raz kolejny przywołuję ten cytat, bo chyba najlepiej ilustruje stosunek – nie tylko tej konkretnej autorki – do tzw. sztuki współczesnej i jej zabiegów). Albo w ogóle nie zajmuje się tym, co w kulturze piszczy, choćby to było zjawisko bardzo popularne – czuje się wyżej ponad te nowoczesne, błazeńskie sztuczki, które pozwalają zaistnieć na salonach. Błazeńskie sztuczki… spójrzmy swoją drogą, jak wykorzystuje się figurę błazna.

Z błaznowania (błazeństwa) pokpiwa i oburza się konserwa. Lewactwo z kolei również poprzez błazna niweluje znaczenie przeciwnika. Jedna strona obsadza w jego roli – redukując tym samym potencjał do merytorycznej konfrontacji – tych, którzy nie traktują serio dziedzictwa. Druga strona zaś wykorzystuje tę figurę do ośmieszania oponentów po to, by z tymi ośmieszonymi nie można było dyskutować. Z takim podejściem nie zajedziemy daleko.

Dalszy ciąg tekstu w kwartalniku „Fronda Lux”, nr 77.