kino

Marcin Herman: Kino Dni Ostatnich

W latach świetności kina powstały najlepsze apokaliptyczne filmy. Mimo że od tego czasu minęło wiele lat, to wciąż się nie zestarzały. Pokazują też zróżnicowane podejście do Czasów Ostatecznych w różnych kulturach i krajach

Temat apokalipsy fascynuje artystów od dawna i od dawna próbują się z nim z lepszym lub gorszym skutkiem mierzyć. Kino to sztuka może nie najważniejsza, ale mająca największą siłę oddziaływania i oddająca dobrze ducha czasów. Przynajmniej tak było do niedawna, bo niektórzy mądrzy ludzie twierdzą, że dziś kino przeżywa poważny kryzys. No, ale to właśnie w latach świetności kina pojawiły się najciekawsze obrazy apokaliptyczne. Dziś już nieco zapomniane, a szkoda, może warto do nich powrócić po latach. Wydaje się, że w czasach, gdy te filmy powstały, wątki apokaliptyczne były odbierane przez widzów głównie jako ciekawy estetyczny sztafaż, dziś może byłyby odebrane bardziej dosłownie.

Poniższy krótki wybór takich apokaliptycznych filmów jest wyborem skrajnie subiektywnym; zdaję sobie sprawę, że pominąłem sporo dzieł. Ale te wybrane wydają mi się najwybitniejsze nie tylko same w sobie, ale też jako wyraz szerszych kulturowych i filozoficznych tendencji. Poza tym odzwierciedlają podejście do Czasów Ostatecznych w trzech kulturach: rosyjsko-sowieckiej, polskiej i amerykańskiej.

Człowiek radziecki” patrzy na apokalipsę

Elem Klimow (1933–2003) to reżyser, który był członkiem sowieckiej nomenklatury filmowej, choć przez długi czas funkcjonował na jej obrzeżach i nie było mu łatwo robić filmów. W latach 1985–1990 był jednak przewodniczącym Związku Filmowców ZSRS. Piszę o tym nie po to, by Klimowa lustrować. Otóż jest rzeczą niecodzienną, że za sprawą Klimowa w 1985 roku sowiecki przemysł filmowy wypuścił film apokaliptyczny. Chodzi o obraz Idź i patrz. Sam Klimow uznał go za swoje opus magnum i uważał, że powiedział nim w kinie już wszystko, co chciał.

Tytuł nawiązuje do słów z Apokalipsy św. Jana: …usłyszałem pierwsze z czterech Zwierząt mówiące jakby głosem gromu: „Przyjdź!” i ujrzałem…. Scenariusz napisali wspólnie Klimow i białoruski pisarz Aleś Adamowicz. Przy pracy nad scenariuszem i reżyserią filmu Klimow korzystał z własnych doświadczeń i wspomnień z dzieciństwa, które przypadło na lata II wojny światowej.

Akcja dzieje się na Białorusi w 1943 roku. Tam podczas II wojny światowej działy się rzeczy straszliwe. Było to bezpośrednie zaplecze zbliżającego się frontu wschodniego, trwały więc walki partyzantów z Niemcami i miejscowymi kolaborantami. Najbardziej cierpieli na tym cywile. Do tego okupacja niemiecka w byłym ZSRS była z założenia niezwykle brutalna i bezlitosna. Film spięty jest klamrą – na początku i na końcu mamy znaczący i poruszający motyw „starego dziecka”. Główny bohater, kilkunastoletni chłopiec, po tym jak Niemcy wymordowali całą jego wioskę, przemierza ogarnięty pożogą, śmiercią i okrucieństwem kraj.

Choć nakręcony niemal 20 lat temu, Idź i patrz i dziś można nazwać filmem totalnym. Dosłownie wgniata widza w fotel i wprawia w ogromny niepokój. Jest niezwykle nowatorski – nawet dzisiejsze filmy wojenne, naszpikowane efektami specjalnymi, nie mają tej mocy oddziaływania. Aż trudno uwierzyć, że mający już wtedy swoje lata sowiecki reżyser w upadającym powoli ZSRS nakręcił tak pełne rozmachu i nowoczesne dzieło. Dynamiczne, ale jednocześnie długie ujęcia, nierzadko kręcone „z ręki” (albo tak wystylizowane), świetna gra aktorska i reżyseria, niezależnie od tego, czy chodzi o sceny kameralne, czy zbiorowe. W tym filmie nawet dźwięk i ledwo dostrzegalne szczegóły mają ogromne znaczenie i są wstrząsające.

Wszystko to razem daje apokaliptyczną i uduchowioną wizję świata, w którym szaleje zło, a nie po prostu kolejny film wojenny produkcji ZSRS, jakich było mnóstwo. Nie będzie tu stricte chrześcijańskiego wybawienia ani nawet chrześcijańskiego męczeństwa. Jedyna siła mogąca przeciwstawić się złu to sowieccy partyzanci i ich pepesze.

Apokaliptyczna wizja jest więc niepełna i oddana częściowo na służbę sowieckiej „polityki historycznej”. Ale też nie mogło być inaczej, wiadomo iż w 1985 roku w kinie ZSRS nie było możliwości ukazania starcia na Białorusi dwóch zbrodniczych, potężnych i demonicznych sił, czyli machiny imperium sowieckiego i III Rzeszy. To z kolei sugestywnie opisał Timothy Snyder w głośnej książce Skrwawione ziemie, która jest dobrym suplementem filmu Klimowa.

Inna sprawa, że w czasie II wojny światowej, w obliczu zagrożenia upadkiem, Stalin skutecznie sięgnął po rosyjski mesjanizm i panslawizm, by zmobilizować narody ZSRS do boju. Święta Rosja, Trzeci Rzym, jednocześnie patron Słowian, jako ostatni bastion obrony przed złem jest wątkiem od dawna i mocno obecnym w tej kulturze, niezależnie od tego, czy jest to Rosja biała czy sowiecka, czerwona czy taka jak obecnie.

I na koniec mała ciekawostka – w filmie bohaterowie, głównie białoruscy chłopi, posługują się językiem białoruskim. Dziś reżim Łukaszenki w formalnie niepodległej Białorusi zabrania posługiwania się miejscowym językiem także w kinie. To ciekawy paradoks.

Czasy ostateczne po polsku

Podobnie jak dla Klimowa Idź i patrz to film osobisty, oparty na jego przeżyciach, tak dla Andrzeja Żuławskiego osobisty był film Trzecia część nocy (1971). Młody wówczas twórca również wplótł do swego dzieła własne wspomnienia z czasów okupacji. I podobnie jak w przypadku Klimowa, wydarzenia z II wojny światowej przedstawione są jako apokaliptyczne. Swoją drogą, tego rodzaju odczytanie tej wojny narzuca się samo, a nie jest wbrew pozorom powszechne i częste. Dzisiejsi apokaliptycy często widzą znaki we współczesności, nie zajmuje w ich rozważaniach dużo miejsca misterium zła z okresu II wojny światowej czy szerzej – z XX wieku.

Ale wróćmy do Żuławskiego i jego debiutanckiego i moim zdaniem jednocześnie najlepszego obrazu (debiutanckiego, jeśli chodzi o filmy kinowe). Postaci grane przez Małgorzatę Braunek czytają na początku i na końcu fragmenty Apokalipsy według św. Jana, nawiązanie jest więc oczywiste i podsuwane przez twórcę (a w zasadzie twórców, bo przy filmie współpracował z Żuławskim Ernest Bryll).

W warstwie wizualnej i formalnej film to dzieło pełne ekspresji, wybitne, w przesłaniu można zaś dopatrzyć się zgodności z chrześcijańską ortodoksją, gdyż odpowiedzią głównego bohatera na zło i jego rządy jest ofiara z siebie samego. Szkoda tylko, że Żuławski, jak to było już zawsze w jego późniejszych filmach, poświęcił klarowność przekazu na rzecz ekspresji swojej rozbuchanej wyobraźni.

Równie ciekawa jak sam film była reakcja nań w Polsce. Zebrał niemal wyłącznie miażdżące recenzje. Najwyraźniej w PRL, choć był dla artystów „najweselszym barakiem w obozie”, takie akurat metafizyczne podejście do okupacji i wojny (która to wojna przecież legitymizowała całe ówczesne władze i elity) to było już za dużo.

Trzecia część nocy jest godna odnotowania także z innego powodu. Mimo że chrześcijaństwo i Kościół są od dawna mocno obecne w polskim społeczeństwie i jego kulturze, kultura polska przesiąknięta jest też romantyzmem, to współcześnie mało jest apokalipsy w polskim kinie czy literaturze. Paradoksem jest więc, że jeden z najbardziej sugestywnych w ostatnich latach apokaliptycznych filmów polskich nakręcił twórca, który jest daleko od Kościoła. I dopiero film Jana Komasy Miasto ’44 na nowo otworzył temat apokaliptyczny w polskim kinie. W odniesieniu znowu do II wojny światowej. I znowu przesłanie jest podobne jak w pamiętnym filmie Żuławskiego – najlepszą odpowiedzią na zło w czasach apokalipsy jest miłość. Banalne? Może, ale przecież tak jest w Nowym Testamencie.

Pastor rewolwerowiec rozwala Bestię

To był jeden z ostatnich klasycznych westernów w historii kina. Chodzi o Niesamowitego jeźdźca (Pale Rider – dosłownie: Jeździec na siwym koniu) w reżyserii Clinta Eastwooda z 1985 roku. Ale z drugiej strony, czy w stu procentach można nazwać ten film „klasycznym westernem”? W tej najbardziej widocznej, zewnętrznej warstwie fabuły – tak. Były rewolwerowiec ratuje mieszkańców miasteczka przed złym i chciwymi bandytami.

Ale gdy zajrzeć głębiej, są tam metafizyczne i apokaliptyczne nawiązania. Sam tytuł nawiązuje do Apokalipsy według św. Jana. Oficjalna notka na temat filmu z Wikipedii i portali filmowych wyjaśnia wiele: Jeździec przybywa jako rezultat modlitwy 15-letniej Megan, w której cytuje Psalm 23. Główny przeciwnik jeźdźca nazywa się Stockburn, którego imię nawiązuje do piekła. Po tym jak pokonał przedstawiciela złych – olbrzyma Cluba – jednym uderzeniem młota, kaznodzieja wypowiada: well, the Lord does certainly work in mysterious ways (Bóg działa w tajemniczy sposób). Na pokusę służby w mieście kaznodzieja odpowiada: Nie można służyć Bogu i mamonie. Sam Eastwood przyznał, że film zawiera wielką liczbę biblijnych paralel. Robert Jewett uznał, że Pale Rider jest polemiką z Pawłową tezą, iż pomstę należy zostawić Bogu (Rz 12,19-21). Pale Rider jest wyrazicielem Bożej pomsty.

Mamy tu więc bardzo amerykańskie podejście do apokalipsy. Amerykański kapłan mający, oczywiście, bezpośrednią więź z Bogiem (jak to amerykańscy ewangelikalni protestanci) bierze na Jego polecenie rewolwer, dostaje zgodę i krwawo rozprawia się z wysłannikami piekieł. Innymi słowy, duch amerykańskiego optymizmu i aktywizmu, który dosięgnął nawet apokalipsę.

Ale ciekawy jest jeszcze jeden wątek filmu. Źli rewolwerowcy noszą odznaki szeryfów. Mamy tu więc, również typowe dla pewnych silnych nurtów amerykańskiej kultury i myśli politycznej, przesłanie, że państwo przesiąknięte jest złem i nie należy mu ufać. Wszak amerykańscy pionierzy uciekali z Europy do Ameryki, a potem dalej, na Dziki Zachód, szukając wolności od państwa. Co więcej, źli szeryfowie działają w porozumieniu z bogatym poszukiwaczem złota. Widzimy więc patologiczny styk, jak byśmy to dziś powiedzieli, państwa i biznesu. To wbrew zasadom wolnego rynku, a przecież wolny rynek to w kulturze amerykańskiej rodzaj świętości.

Ale dobro i tak zwycięża.

Amerykański pesymizm apokaliptyczny

Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że optymizm amerykańskiej kultury jest nieuleczalny i wszechogarniający. Mamy też drugi, dużo słynniejszy amerykański film apokaliptyczny. Chodzi oczywiście o Czas Apokalipsy Francisa F. Coppoli (1979). O tym arcydziele powiedziano chyba już wszystko albo prawie wszystko, jest to też do dziś jeden z najczęściej oglądanych filmów w historii, więc nie ma sensu tu się mądrzyć. Ale warto tylko zwrócić uwagę właśnie na to, że reprezentuje inne oblicze amerykańskiej kultury, dużo bardziej pesymistyczne niż to z Niesamowitego jeźdźca.

Tak samo jak w filmie Eastwooda jest w Czasie Apokalipsy państwo przesiąknięte złem. I nie zmienia tego fakt, że samo walczy z innym złem – komunistycznym i z samozwańczym demonicznym wodzem szaleńcem Kurtzem. W ostatniej scenie „dobry” amerykański bohater staje się katem „złego”, po czym… Po czym mamy różne wersje zakończenia – zastępuje Kurtza albo odpływa w siną dal. Ale jedna czy druga wersja dla przesłania filmu niewiele zmienia. Dalej szaleją zło i zniszczenie.

Jest w tym albo bezpośrednia inspiracja myślą George’a Orwella, albo ta sama intuicja, co u wybitnego angielskiego wizjonera. Orwell, czego wyrazem jest m.in. Rok 1984, twierdził, że samo pojawienie się wyzwania ze strony totalitaryzmów nieodwracalnie krok po kroku doprowadzi do zniszczenia resztek wolności i wypłukania wartości także z państw „wolnego świata”. Według Orwella, stając do starcia z wyzwaniem nazistowskim, a potem komunistycznym Zachód, by zwyciężyć, powoli się do nich upodabnia, bo sytuacja wojny czy stanu wyjątkowego premiuje wszelkie patologie i arbitralność władzy. I dlatego prawie nic w Roku 1984 nie różni Oceanii od Eurazji. Innymi słowy, This Is the End.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 73.