perla

Martyna Ochnik: Biała Perła

Modlitwa bowiem jest obowiązkiem każdego muzułmanina i jednym z pięciu filarów islamu, a w ciągu doby salat należy odprawić pięciokrotnie. Ustalenie ich pór stanowi skomplikowaną operację, której wynik zależy od pozycji słońca na niebie danego dnia i określonego miejsca globu. Podstawą obliczeń są skrupulatne obserwacje astronomiczne prowadzone od czasów Mahometa, a precyzyjne wskazówki zawarto w Koranie i Sunnach. Obecnie harmonogram modlitw na każdy dzień roku dekretowany jest przez Radę Imamów, publikowany na stronach internetowych i ogłaszany w meczetach. Obliczenia dokonywane za pomocą programów komputerowych mogą być pewną wskazówką, ale bez decyzji Rady Imamów nie posiadają wartości.

Czas równoległy

Wiele, wiele razy młody księżyc wschodził na niebie, gdy Al-Kisa, kuzyn Mahometa, badał z nabożną skrupulatnością pisma i starodawne opowieści. Oto do jakiego wniosku doszedł po latach studiów. Na początku Allah stworzył Durra Bajda, Białą Perłę. Była tak wielka jak niebo i ziemia i była światłością. Z niej Allah wywiódł Tablicę sięgającą od wschodu do zachodu. Z niej wywiódł Pióro, które świetlistym atramentem zapisało na Tablicy wszystko, co było, jest i będzie, imię każdego, kto żył i żyć będzie. Potem wyschło. Wszystko już bowiem zostało ustalone.

W innych wersjach Perła obdarzona została olbrzymimi oczami i 70 tys. języków, którymi wielbi Allaha na tyleż sposobów. Jest rozumem wszechświata i przenikającym go boskim światłem. W islamie symbolizuje kobietę, dziecko, czystość i świętość. A najcenniejsza jest ta ukryta.

Wyobraź sobie – jest 4 stycznia 2016 roku. Poniedziałek. Polska. Niech to będzie Warszawa, tak jest mi łatwiej, bo tu mieszkam. Pomyśl – wstałeś rano, wziąłeś prysznic, wypiłeś poranną kawę, zjadłeś śniadanie lub nie, a teraz wyjdziesz do pracy, do szkoły, na uczelnię. Spędzisz tam kilka godzin, z których każda będzie liczyła 60 minut, a ta 60 sekund. Można ten czas dzielić na jeszcze mniejsze odcinki, teoretycznie do nieskończoności, ale praktycznie to nie jest do niczego potrzebne, chyba tylko fizykom kwantowym i astronomom – nawet rekordy w sporcie podaje się z dokładnością do co najwyżej tysięcznej części sekundy. Tobie potrzebne są godziny i minuty. Kiedy już minie przewidziana planem dnia ich liczba, wrócisz do domu albo pójdziesz zrobić zakupy, a potem spędzisz czas pozostały do wieczora, tak jak masz to w zwyczaju – aż zapadnie noc, a ty w sen wraz z nią. Potem obudzisz się znowu i następny dzień będzie wyglądał podobnie, tyle że przybliży cię do niedzieli. Wtedy odpoczniesz – spróbujesz spędzić czas tak, by uwolnić się choć na chwilę z niezmiennego kołowrotu zdarzeń, których znaczenie ci umyka. Przygnębiające? Trochę tak, gdybyś się nad tym zastanawiał, ale robisz to rzadko. Z drugiej strony ta stałość i względna przewidywalność dają poczucie oparcia w strukturze czasu uporządkowanego. Jeżeli nawet wyruszysz w podróż, to właśnie czas będzie ci punktem odniesienia – bo czy znajdziesz się w Londynie, Pradze, Nowym Jorku, Melbourne, Kielcach, zmieni się tylko otoczenie, ewentualnie godziny zależne od długości geograficznej miejsca – na kartce kalendarza dzień pozostanie ten sam. Chyba że przekroczysz linię zmiany daty – wtedy w ułamku chwili przeniesiesz się do dnia następnego lub cofniesz do poprzedniego zależnie od kierunku podróży. I już to wystarczy, żebyś poczuł dreszcz emocji, przeniesienie w czasie tak pobudzające wyobraźnię.

A teraz pomyśl – za dwa dni zasiądą do Wigilii ludzie należący do kościoła prawosławnego. Według kalendarza juliańskiego dopiero za trzy dni nadejdzie 25 grudnia. A gdyby obowiązywał nadal francuski kalendarz rewolucyjny, to mielibyśmy dziś du Tridi: 13. Nivôse 224, czyli trzeci dzień tygodnia, a zarazem trzynasty miesiąca Śnieżnego roku 224. Rewolucja zburzyła stary porządek, na jego miejsce ustanawiając nowy, a znakiem tego miał być czas liczony od jej początku i nazywany inaczej. Ten eksperyment trwał zaledwie cztery lata i został przywrócony na krótko w 1871 roku przez Komunę Paryską. Względy praktyczne przeważyły. Odmienne datowanie stanowi przeszkodę w komunikacji między krajami i umiejscawia je w odmiennych porządkach czasowych. Konsekwencje są jednak też inne i o wiele poważniejsze. Metoda określania czasu warunkuje sposób postrzegania rzeczywistości, a to wiąże się ściśle ze strukturą języka, którym opowiada się świat. Przypadkiem szczególnym i dobitnym tego przykładem jest życie plemienia Amondawa z Amazonii. Chris Sinha, profesor psychologii z Uniwersytetu w Portsmouth, badając język tych Indian, stwierdził ze zdumieniem, że plemię to nie ma konceptu czasu jako czegoś mierzalnego, odliczanego czy stanowiącego przedmiot abstrakcyjnych rozważań. Dla Amondawa istnieją tylko dzień i noc oraz pory deszczowa i sucha. Ludzie nie mają wieku. Przechodzą kolejne etapy egzystencji, zmieniając tylko imiona – imię nieoddające istoty aktualnej sytuacji jest przekazywane osobie, do której ono bardziej pasuje (np. noworodkowi), a przybierane jest odpowiednie na dany moment. To teraz pomyśl – jak zagubiony byłbyś w świecie, gdzie człowiek zmienia imię co kilkanaście lat, nie istnieje dla niego wczoraj ani jutro, a tym bardziej stała pora, o której moglibyście się umówić. To zaledwie ciekawostka niemająca dla ciebie praktycznego znaczenia. Czy jednak na pewno?

Wyobraź więc sobie, że idziesz Marszałkowską, skręcasz w prawo, po kilkunastu metrach otwierasz drzwi sklepu, wchodzisz do środka i hop! – przenosisz się w inny wymiar czasu. Albo umawiasz się z przyjaciółmi w restauracji lub w pośpiechu wpadasz do baru z fast foodem i znowu hop! – inny wymiar. Niemożliwe? No bo jak to – przecież tylko kupujesz humus, cieciorkę, dżem figowy, syrop różany, bo chcesz urozmaicić swoje menu, przydać mu smaku i aromatu egzotyki – ach, jak to lubisz! – płacisz i wychodzisz. Albo – wpadasz zgłodniały na kebab, spieszysz się, zjadasz go, idąc ulicą, i już nie pamiętasz twarzy faceta, który dużym, ostrym nożem skrawał dla ciebie mięso obracające się powoli na rożnie. Albo – zapraszasz znajomych, dziewczynę, chłopaka do dobrej restauracji orientalnej, zamawiasz coś pysznego i pachnącego, spędzasz czas, słuchając muzyki, w której wybijają się tony oud i rebab. Wspomnienie wieczoru niesiesz potem ze sobą na sen, ale do głowy ci nie przyjdzie, że byłeś o krok… Albo – kumpel ma urodziny, więc wpadasz na pomysł, żeby dać mu w prezencie sziszę. Uprzejmy sprzedawca pokazuje ci rozmaite wzory fajek wodnych. Może zakręcić się w głowie od wielości form, kształtów i rozmiarów dzbanów ze szkła, mosiądzu, ceramiki. Kolory chwytają spojrzenie, zdobienia misterne i fantazyjne nie pomagają w decyzji. Koniec końców zdajesz się na sprzedawcę i wychodzisz z pakunkiem pod pachą. Już się cieszysz, że zrobisz taką niespodziankę. I nawet nie pomyślisz, że właśnie przed chwilą otarłeś się o inny wymiar czasu. I że mógłbyś… gdybyś wiedział i chciał, przekroczyć niewidoczną granicę między środą 6 stycznia 2016 roku a 24 dniem miesiąca Rabi’ al-awwal 1437 roku liczonego od 622 roku n.e. To właśnie wtedy, zależnie od sposobu obliczania, 15 lub 16 lipca, miała miejsce hidżra Mahometa i jego zwolenników z Mekki do Medyny. Odtąd datuje się era muzułmańska, czyli era hidżry, gdzie kolejne lata określa się często skrótem A.H. (Anno Hegirae). Prorok Mahomet zreformował solarno-lunarny kalendarz arabski, zastępując go prostym kalendarzem księżycowym, gdzie rok ma 12 miesięcy synodycznych. Każdy z nich liczy średnio 29 dni, 12 godzin, 44 minuty i 3 sekundy. To średni czas pomiędzy kolejnymi nowiami Księżyca. Rok lunarny jest krótszy o około 11,25 dnia w stosunku do roku słonecznego. W miarę upływu lat różnica ta się pogłębia, powodując stopniowe przesuwanie się miesięcy w stosunku do pór roku. Zatem nie dość, że Rabi’ al-awwal nie będzie trzymał się rygorystycznie pory roku, to mamy zupełnie inny rok. W państwach, gdzie islam jest religią państwową, obowiązującą czy tylko dominującą, funkcjonowanie według takiego kalendarza jest czymś zwyczajnym. Gregoriańska miara czasu potrzebna jest tam jedynie do kontaktów z kafir (niewiernymi) – politycznych i handlowych.

A jak sobie radzą z tym muzułmanie, którzy mieszkają i pracują za granicą, w krajach, w których obowiązuje kalendarz gregoriański, jak w Polsce? Stosują go we wszystkich praktycznych kwestiach życiowych, tam gdzie konieczna jest interakcja z niewiernymi – praca, szkoła, biznes. Jednak w kwestiach wiary i praktyk religijnych przestrzegają kalendarza islamu. Według niego datowane są święta, które wyznaczają roczny rytm życia muzułmanina. Ich pory określa na każdy rok Rada Imamów na podstawie zaleceń Koranu. Równie ważne jest wyznaczenie kibli dla każdego punktu globu, tak by wierni zamieszkujący najbardziej nawet zapomniany zakątek świata orientowali się, gdzie leży Mekka. I pozostaje tylko określić czasy „salat na każdy dzień danego roku”. Modlitwa bowiem jest obowiązkiem każdego muzułmanina i jednym z pięciu filarów islamu, a w ciągu doby salat należy odprawić pięciokrotnie. Ustalenie ich pór stanowi skomplikowaną operację, której wynik zależy od pozycji słońca na niebie danego dnia i określonego miejsca globu. Podstawą obliczeń są skrupulatne obserwacje astronomiczne prowadzone od czasów Mahometa, a precyzyjne wskazówki zawarto w Koranie i Sunnach. Obecnie harmonogram modlitw na każdy dzień roku dekretowany jest przez Radę Imamów, publikowany na stronach internetowych i ogłaszany w meczetach. Obliczenia dokonywane za pomocą programów komputerowych mogą być pewną wskazówką, ale bez decyzji Rady Imamów nie posiadają wartości.

W Warszawie pierwszy salat odprawia się w czerwcu o godz. 1.53, w styczniu o 6. W czerwcu – ostatni o 23, a w styczniu o 17. Widać więc, jak w ciągu roku zmienia się długość islamskiej nocy. Porządnie wyspać się można zimą.

Opisany system określania czasu i stałych punktów roku wydaje się w zestawieniu ze znanym nam kalendarzem i skomplikowany, i kłopotliwy – a jednak muzułmanie żyjący w kraju europejskim przekraczają granicę między czasami kilka razy na dobę.

Może też byś chciał – raz tu, raz tam? Byłaby to chyba ekscytująca przygoda. Jednak o ile wyznawcy Mahometa mogą tak czynić bez szkody dla siebie, bo nieprzeliczone fatwy opisują sposób życia i postępowania w kraju kafir, tak żeby nie uchybiając precyzyjnym nakazom islamu, dawać sobie radę w obcej rzeczywistości, to dla ciebie skok przez granicę czasów będzie podróżą w jedną stronę. Wyrzekniesz się wielu kontaktów towarzyskich, bo już nie pójdziesz do pubu ani do dyskoteki; podejmiesz tylko taką pracę, w której wolno ci będzie odprawiać regularnie salat i nie będziesz zmuszany do zajęć haram; wyrzucisz wszystkie zdjęcia bliskich, bo nie wolno trzymać w domu żadnych wizerunków – haram; do schroniska oddasz psa, który jest zwierzęciem nieczystym, i może tylko na spacerze spotkasz to zwierzę. Podbiegnie do ciebie, zapraszając do zabawy, ale nie wolno ci będzie go pogłaskać – haram. Może otrze się o ciebie i zostawi na ubraniu sierść – to nic, nie będzie potrzebne obmycie, bo sama sierść nie jest nieczysta. Jeżeli jednak to cię nie zniechęca, możesz przejść do innego świata. To bardzo proste. Wystarczy, że publicznie – trzykrotnie, świadomie i celowo – wypowiesz szahadę, wyznanie wiary: la ilaha illa Llah wa Muhammad rasul Allah (Nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem). I już. Prawda, jakie to łatwe? Potem tylko będziesz musiał żyć inaczej niż dotąd, inaczej niż twoi przyjaciele, rodzina. Ale wolno ci. Tylko pamiętaj – szahada to bilet w jedną stronę. Oczywiście – zawsze możesz wrócić, o ile zostaniesz w którymś z krajów europejskich – bo w krajach islamskich dla renegata przewidziano karę śmierci. Zatem nie zawsze można bezkarnie przekraczać granicę czasów. Zatrzasnąć się mogą za tobą żelazne wrota.

Salat

1. Fadżr (modlitwa poranna) – między świtaniem a wschodem słońca.

Przed modlitwą zalecana jest ablucja wudu, której etapy są skrupulatnie określone – liczba obmyć każdej części ciała, kolejność – zawsze najpierw prawa ręka, noga, ucho. Wypowiada się przy tym basmalę, formułę – bi-ismi Allāhi ar-Raḥmāni ar-Raḥīm (w imię Boga, Allaha miłosiernego, litościwego).

Galija (Pachnąca) wstaje po szóstej. Jej mąż odprawił już poranny salat – dla niej to nie jest obowiązkowe. Ona poda śniadanie, przygotuje dzieci do szkoły. Mąż zawiezie je tam w drodze do pracy. Chłopiec ma siedem lat, dziewczynka dziewięć. W apartamencie na Mokotowie zapanuje cisza. Jak teraz; dlatego możemy spokojnie rozmawiać. Chciałabym zobaczyć fotografie dzieci. To niemożliwe, kręci głową, nie ma. Nie wolno w domu trzymać żadnych wizerunków, nawet w albumie. Haram. Galija ma uśmiechniętą, piękną twarz o nieskazitelnej, jasnej cerze. Szczelnie okolona ciemnobłękitną chustą, wyziera z niej jak drogocenny klejnot, jak perła. Muzułmanka taka właśnie być powinna – nieskazitelna fizycznie i moralnie, czysta jak perła, którą Allah stworzył u zarania świata, której piękno i cnota zakryte są przed spojrzeniami i tylko mąż ma prawo oglądać ten skarb. Ogromne wyraziste oczy nie potrzebują makijażu. Na chwilę smutek gasi ich blask – Galija tęskni za dniami, kiedy dzieci psociły w domu jak małe kocięta. Miała wtedy pełne ręce roboty – teraz ma czas dla siebie. Czym się zajmuje? Gotuje. Sprząta dom, chociaż nie musiałaby tego robić – codziennie przychodzi dziewczyna do pomocy, muzułmanka oczywiście. Ale Galija lubi, kiedy to dzięki jej pracy dom lśni i pięknieje na powrót bliskich. Jak ona sama. To daje jej poczucie spełnienia.

Mąż jest libańskim dyplomatą. W Warszawie mieszkają od czterech lat. Za oknem ołowiane niebo, a na nim czarne splątane kreski bezlistnych gałęzi. Latem jest inaczej – widok na zielony park. Ale i tak brakuje jej słońca i ostrych kolorów. Czasami czuje się samotna. Na szczęście jest meczet, teraz nawet dwa. Raz w tygodniu spotyka się tam z siostrami, żonami innych muzułmanów mieszkających w Warszawie. Do miasta sama nie wychodzi. Po co? Wszystko, co się dla niej liczy, ma tutaj – miękkim gestem obejmuje swój tymczasowy dom. Mąż, dzieci, jeszcze współwyznawcy w meczecie. Po polsku nie mówi ani słowa, za to świetnie zna angielski i francuski – dzięki temu jesteśmy w stanie się porozumieć. Galija nie wie, jak tu jest – nie jest tego ciekawa. Tyle że zimno, czasami bardzo. Wtedy trzeba założyć płaszcz. Trochę to niewygodne, kiedy pod spodem abaja. Zdarza się jej wybrać na zakupy z mężem i dziećmi. Rozgląda się wtedy po centrum handlowym, ale wszystko wydaje jej się szare. Nie to, co w domu, to znaczy w Libanie, już lepiej było we Włoszech, chociaż i tak tęskniła. Tak, poznała kilka Polek, które konwertowały na islam, miłe są, przyznaje powściągliwie.

Ożywia się, otwierając żaluzjowe drzwi szafy. Ciemne, czerwonawo połyskujące listewki. Palisander. Wnętrze pachnie drzewem sandałowym i jaśminem. Galija zdejmuje z wieszaków długie luźne spódnice, jedwabne, ciasno skrojone bluzeczki, tuniki i dopasowane do nich spodnie. Rzuca na fotel szale i chusty we wszystkich możliwych kolorach – połyskujące i matowe, mięsiste, grube i lekkie jak mgiełka. Kaskady omdlałych tkanin spływają z foteli i taboretów na podłogę. Kuszą barwami, fakturą i deseniem. Niedopuszczalne są sylwetki ludzi i zwierząt. Jednak wzornictwo islamu wypracowało przez wieki taką mnogość stylizacji motywów roślinnych i geometrycznych, że ograniczenie przekształciło w formę niezwykle wyrafinowanej sztuki zdobniczej. Patrzę więc na to bogactwo, spełnienie kobiecych snów i pożądliwość zaciska mi szczęki. Czy nie szkoda jej ukrywać tych wspaniałości? Nie, perła ukryta jest najcenniejszym skarbem. Jej blask przeznaczony jest dla męża. Obcy, szczególnie kafir, nie mają prawa domyślać się nawet, co kryje czarna abaja, którą Galija narzuci, wychodząc z domu. Nie wolno jej zwracać na siebie uwagi i budzić pożądliwości – haram. Oczywiście, lubi się stroić, jak każda kobieta, ale piękna ma być tylko dla męża. Bielizna, nie, to zbyt intymne, śmieje się zażenowana. Ale mąż lubi ładną bieliznę, zwierza mi się na ucho. On zapewnia jej opiekę i byt. I jej dzieciom. Dla niego są więc podkreślone kohlem oczy i ciężki zapach jaśminu, i ta bielizna, której nie zobaczę. Kiedy przeglądam imponującą kolekcję perfum na toaletce, nie pytam, których używa na jaką okazję.

2. Duhr (modlitwa południowa) – gdy słońce zejdzie z zenitu, a zanim cień zrówna się z rzutującym go obiektem.

Są miejsca i okoliczności, kiedy dokładne dokonanie wudu nie jest możliwe. Na pustyni wodę zastępuje piasek, a nawet żwir.

Pewna amerykańska firma zwolniła ostatnio 160 pracowników – muzułmanów. Domagali się oni możliwości odprawiania salat w porach przewidzianych prawem koranicznym. I nie tylko się domagali – zamiar swój wprowadzili w życie. Ograniczenie praktyk wyznaniowych może oburzać. Jednak wyobraźmy sobie przedsiębiorstwo spedycyjne pracujące pełną parą, gdzie o pewnych godzinach zawiesza działania mniej więcej jedna czwarta pracowników – nie odbierają telefonów ani mejli, nie przyjmują zleceń, zatrzymują samochody przewożące towary. Właściciel traci konkretne zyski wynikające z terminowości i dostępności przez całą dobę. Traci też reputację, a to w każdej branży strzał samobójczy.

Czy to zdarza się w Polsce? Raczej nie, przynajmniej nie udało mi się znaleźć żadnego przykładu podobnej sytuacji. Wynika to po części ze stosunkowo niewielkiej liczby muzułmanów w naszym kraju. Jeżeli jakiś pracownik zrobi sobie kilkunastominutową przerwę, to zwykle nie ma to większego wpływu na funkcjonowanie przedsiębiorstwa – tyle zająć może też przecież przygotowanie i wypicie kawy. Jednak opowiadano mi o pewnych przykrościach – wytykanie palcami, kąśliwe uwagi – pewien znajomy Senegalczyk odszedł z pracy właśnie z tego powodu. Co prawda dość szybko założył własną firmę handlową, więc mogę przypuszczać, że w procesie decyzyjnym odegrały rolę oba czynniki.

Nabeel (Szlachetny) ma w Śródmieściu niewielki sklep z przyprawami i żywnością orientalną, jak zwykliśmy to nazywać. Początkowo niechętny do rozmowy, zasłania się nieznajomością języka. Sprzedawca, młody Polak, chce służyć za tłumacza. Wyjaśniam najlepiej, jak potrafię, że nie zamierzam rozmawiać o polityce. Biorę z półki wodę różaną i pytam, jak używają jej w Syrii – to ostatecznie przełamuje lody. Okazuje się, że Nabeel całkiem dobrze zna angielski – pomoc nie jest potrzebna. Nabeel jest Syryjczykiem, od trzech lat mieszka w Warszawie, ale po polsku zna ledwo kilka słów. Dlaczego Polska? Interesy, uśmiecha się tajemniczo – to niewiele wyjaśnia. Sklep jest niewielki, ale schludny. Na półkach stoją porządnie ustawione słoiki, puszki, celofanowe opakowania – chałwa, humus, harisa i jeszcze wiele innych, których nazw nie znam. Lubię polską kuchnię, ewentualnie włoską, eksperymenty gastronomiczne nie dla mnie. Za to bardzo interesują mnie kosmetyki – olejki do ciała, mydła, glinki, odżywki do włosów, henny. Sporo tego, ale chyba nie tyle, żeby robić na tym poważny biznes. A Nabeel posłał dzieci do prywatnego gimnazjum amerykańskiego – to kosztuje. Jest też dobrze ubrany – tweedowa marynarka; koszula OCBD, kaszmirowy sweterek, wełniany krawat – wszystko w świetnym gatunku. Czarniawy, starannie ogolony, o regularnych rysach i zręcznej sylwetce świetnie się prezentuje – po europejsku, żadnych akcentów mogących sugerować przynależność wyznaniową. Nie kryję ciekawości, bo wiem, że przepisy określające strój muzułmanina są raczej rygorystyczne. Tak, jest wierzący, do meczetu chodzi, odprawia zalecone salat. Jednak muzułmaninowi wolno ubierać się tak jak mieszkańcom kraju, w którym przebywa, o ile wymagają tego jego osobiste bezpieczeństwo lub korzyść materialna. A prowadzenie sklepu to taka właśnie sytuacja. Zatem interes idzie dobrze, ale tu nie zostaną, chcą jechać do Niemiec. Żona nie wychodzi z domu, boi się; nie zna polskiego ani angielskiego, tylko arabski. A niemiecki zna? Nie, kręci głową z uśmiechem. A on sam? Nie podoba mu się w Polsce, słyszał różne przykre słowa, nie powie zjakie; Polacy nie są tolerancyjni; trudno o żywność halal i bardzo droga. Na koniec Nabeel marszczy brwi i pyta: powiedz mi, dlaczego Rosjanie nas bombardują? Mieli przecież walczyć z ISIS. Próbuję tłumaczyć to, jak sama rozumiem, że Asad, że geopolityka, że bazy na Bliskim Wschodzie. Kręci głową z powątpiewaniem.

Później w domu czytam o takijja (słowo oznaczające lęk, ostrożność, choć często tłumaczone jako obłuda); to ukrywanie i przyzwolenie na ukrywanie prawdziwych wierzeń w wypadku prześladowań religijnych (lub osobistego niebezpieczeństwa) obowiązujące w islamie.

Muzułmanin ma więc prawo nie tylko nie afiszować się ze swoją wiarą, ale i ukrywać ją, jeżeli groziłyby mu niebezpieczeństwo lub choćby utrata korzyści. Ma prawo wprowadzać w błąd niewiernych, ma prawo ich okłamywać. Mówi o tym hadis Sahih Bukhari:

To usłyszał apostoł Allaha mówiąc: Ten, który czyni pokój pomiędzy ludźmi poprzez wymyślanie dobrych informacji lub mówienie dobrych rzeczy, nie jest kłamcą.

Tak, prowadzenie sklepu to poważne wyzwanie.

Na parterze Ośrodka Kultury Muzułmańskiej przy ulicy Wiertniczej sklep spożywczy. Dużo więcej towaru niż u Nabeela. Sięgam po paczkę kawy libańskiej, ciekawa jestem, jak smakuje. Za ladą poważny młody mężczyzna z gęstą czarną brodą. To szczególnie ceniony w ortodoksyjnym islamie atrybut męskości. Równo przyciętą i zadbaną brodę zalecają Bracia Muzułmanie. Raszid (idący drogą prostą, prawowierny) pracuje tu od lat czterech. Czy podoba mu się w Warszawie? Tak, kiwa głową, jest dobrze. A jaką część miasta lubi? Wzrusza ramionami. Nie zna. Nie jeździ tam. Pracuje w sklepie przy meczecie, mieszka tuż obok. Nie jest ciekaw ani miasta, ani ludzi. Tu ma wszystko, czego mu trzeba: pracę, dom. Więc po co do miasta? Żonaty z Polką. Muzułmanka? Nie – kręci głową – ale będzie – stwierdza ze spokojnym przekonaniem – in sza’ Allah – jeśli taka wola Boga. A co potem? Jeszcze nie wie, może wyjadą in sza’ Allah. Zna tylko kilka słów w języku kraju, gdzie mieszka od czterech lat – jak Galija, jak Nabeel. Wciąż jeszcze mnie to dziwi.

3. ’Asr (modlitwa popołudniowa) – od czasu gdy cień jest tej samej długości co obiekt, do chwili gdy pomarańczowe słońce zaczyna zachodzić.

W miejscach publicznych dopuszczalna jest wersja skrócona wudu – obmycie rąk i twarzy.

Kamal (Doskonałość) na sweter w brązowo-czarne paski założył dres z kapturem, a na głowę wełnianą czapeczkę. Zimno, uśmiecha się do mnie zza kontuaru budki z kebabem. Ostatnio chwycił mróz, a tu nie ma dobrego ogrzewania. Ale on już się przyzwyczaił. Pyta, co zamówię. Wybieram pitę z surówką warzywną i łagodnym sosem. Kamal ma okrągłą pogodną twarz. Jest Berberem pochodzącym z Algierii. Nie Arabem, lecz Berberem, podkreśla. Kiedy miał cztery lata, rodzice przenieśli się do Paryża. Tam dorastał i zaczął pracować jako sprzedawca w sklepie spożywczym u stryja. Na wakacje wybrał się do Algierii. W samolocie, w drodze powrotnej poznał Polkę. Zakochał się. Przyjechał dla niej do Warszawy, wzięli ślub. Jest szczęśliwy, uśmiecha się, skrawając ostrym nożem obracające się na rożnie mięso. Żona, dwie córki. Nawet na zebrania do szkoły chodzi, bo żona pracuje, nie zawsze zdąża. Nie, do meczetu nie chodzi. Religia go nie interesuje. Jest źródłem wojen, a on chce mieć spokój. Żona jest katoliczką, starsza córka już przystąpiła do Pierwszej Komunii. On Kościoła też nie jest ciekawy. Żyje szczęśliwie – nic go nie obchodzą światowe zawieruchy. Pewnie, tęskni za rodzicami i braćmi, którzy są nadal w Paryżu, ale nie wróciłby tam. Nigdy. Polska piękny kraj, mówi; dobry kraj, spokojny, ludzie dobrzy, nie spotkało go tu nigdy nic przykrego. Francja, Niemcy? Nie, krzywi się kręcąc głową, tam niedobrze, biją się. Zostanie tutaj. Jak zarobi więcej pieniędzy, pojedzie odwiedzić Algierię, bardzo by chciał; ale jeszcze nie teraz. Tymczasem pracuje w tej budce z kebabami. Właściciel katolik, dobry człowiek, uczciwy, spokojny. Dogadują się. Czasem idą razem na piwo. Tak, Polska jest najlepsza, powtarza. Dużo przyjaciół. Tu jest szczęśliwy, uśmiecha się szeroko.

Maleńki murowany pawilon przy szpitalnym parkingu. Walid (nowo narodzone dziecko) sprzedaje tu kebab. Właściciel pochodzi z Sudanu, dlatego nad kontuarem wisi proporczyk – pasy: czerwony, biały i czarny, z ciemnozielonym trójkątem. Co chwila ktoś zagląda – do szpitala przychodzi wielu ludzi, odwiedzają chorych, przychodzą na badania, czasem muszą tu spędzić dużo czasu, wychodzą głodni, więc w barze ciągle ruch. Walid skrawa mięso, przyrządza kebab, przyjmuje pieniądze, sprawdza, czy nie brakuje warzyw i sosów. Siadam przy plastikowym stoliku; czekam. Nareszcie robi się pusto. Walid dołącza do mnie. Przyjechał trzy lata temu z Egiptu, bo nie chciał żyć w dyktaturze. Tam był nauczycielem, z wykształcenia informatykiem, w Warszawie pracuje w skromnej budce przy szpitalu. Rozmowa jest trudna, bo choć Walid mieszka w Warszawie od kilku lat, zna zaledwie kilka polskich słów. Angielski? Kręci głową, nie. Rozglądam się po niewielkim pomieszczeniu. Na lodówce mata z wersetami arabskimi. Koran? To rozumie. Nie, śmieje się. Jakoś udaje mi się domyśleć, że to coś jak nasze kuchenne makatki w rodzaju: „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi”. Jednak sensu napisu Walid dokładnie nie przetłumaczy – bariera językowa. Porozumiewamy się za pomocą paru polskich wyrazów, nielicznych angielskich oraz gestów i rysunków. Wpatrujemy się w siebie uważnie, starając się przeniknąć znaczenie słów, bardziej odgadując go, niż rozumiejąc. To stwarza klimat niezamierzonej intymności. Walid pochyla się nad blatem – zrobię ci kebab od siebie w prezencie, chcesz, proponuje. Odmawiam, tłumacząc, że w domu będę gotowała obiad dla męża. Walid prostuje się. Ma niecałe 30 lat. Astagh- -firullah – mruczy (niech mi Allah wybaczy). Czy ma polskich znajomych? Uśmiecha się, kręcąc głową, raczej nie, brak czasu; pracuje 8–12 godzin, potem spać, trochę Facebook. Tymczasem wynajmuje pokój na Woli – jest tanio. Chodzi do meczetu w piątki. Jak może, modli się w ciągu dnia, ale nie zawsze, bo klienci. Nie ma żony, za wcześnie, uśmiecha się, najpierw musi zarobić. Kiedyś założy własny biznes. Tak, w Polsce, tu dobrze, spokój. Jak znosi fakt, że z takim wykształceniem sprzedaje kebaby? Takie życie, wzrusza ramionami. Zamierza zostać w Polsce. Niemcy? Francja? Macha ręką, krzywiąc się. Nie, przecież czyta wiadomości. Tu dobrze, bo spokój, powtarza kolejny raz. Polki piękne kobiety, uśmiecha się ośmielony rozmową. I nie musi być muzułmanką, to nie jest konieczne. Zresztą Allahu ’alam (Allah wie najlepiej), czego człowiekowi trzeba. Przyjdź kiedyś jeszcze – mówi – dostaniesz ode mnie kebab, zrobię dla ciebie specjalny, najlepszy.

W sieci warszawskich restauracji Amrit Kebab można spróbować nie tylko kebabu w wielu odmianach, ale też rozmaitych innych dań kuchni orientalnej. Właścicielem jest Syryjczyk, który w 2007 roku wraz z żoną Polką postanowił odtworzyć w Warszawie atmosferę Orientu. Firma ma stronę internetową, na której można zapoznać się z bogatą ofertą kulinarną. Podstawą jest pieczone mięso. Powinna być jagnięcina, wołowina lub drób. W Polsce najpopularniejsze są kurczaki. Pochodzący z Tunezji Iram śmieje się, że niedługo wyrosną mu skrzydła, będzie biegał w kółko i wołał ko-ko-ko. Na szczęście wkrótce wraca do domu.

W restauracjach Amrit podaje się nie tylko kebab z chlebem tureckim czy pitą. Ustępstwem na rzecz naszych upodobań smakowych są frytki i kasze, które można zamówić do wybranego mięsa. I surówki. To chyba dobra decyzja, bo restauracje cieszą się powodzeniem. Na deser można dostać arabskie bardzo słodkie ciastko i kawę po turecku. Tutaj nikt nie proponuje mi kebabu w prezencie.

4. Maghrib (modlitwa wieczorna) – od zachodu słońca do chwili, gdy czerwona łuna zniknie za horyzontem.

Asija ma na imię Joanna – zdrobniale Asia. Jeżeli doda się jedną literę, powstanie nowe imię, Asija – ta, która kocha słabszych i ich uzdrawia. Asija jest Polką. Ma 23 lata, cztery lata temu konwertowała na islam. Na pewnym etapie młodości pojawia się często potrzeba dotarcia do głębszego sensu egzystencji, jej duchowego wymiaru. Świat dany nie wystarcza. Asija zaczęła się rozglądać, szukać, dużo czytała na temat różnych religii, a kiedy poznała zasady islamu i zagłębiła się w Koran, poczuła, że odnalazła swoją drogę. Dlaczego nie chrześcijaństwo, pytam, to wydaje się w naszej kulturze najbardziej oczywistą odpowiedzią na pytania egzystencjalne. Nie, chrześcijaństwo, katolicyzm są duchowo puste. Wychowała się w rodzinie katolickiej, gdzie religijność ograniczała się do celebracji świąt, pustej duchowo i nazbyt rozbudowanej. A na co dzień – wiadomo – życie toczyło się swoim torem. To było zniechęcające. Islam ma tyle do ofiarowania człowiekowi, entuzjazmuje się. To głębokie poddanie się woli Allaha, to poczucie wspólnoty. Rygorystyczne przepisy modlitewne pomagają utrzymać w ryzach charakter. Chrześcijanie też się modlą, zauważam. Ale nieregularnie, jak się komu chce, a to niedobrze. Lepiej jest, kiedy człowiek ma powiedziane dokładnie, co kiedy i jak ma robić, stwierdza z przekonaniem Asija.

Jest miła, otwarta i pełna entuzjazmu. Pełną twarz okala bladoniebieska chustka zakrywająca szyję i jednym końcem spływająca z ramienia. poza tym Asija ma na sobie raczej obcisły T-shirt z dekoltem i rękawami do łokci. Ten ubiór uwydatnia pełne ramiona słowiańskiej hurysy.

Zalecenia co do zakrywania aury, czyli części ciała, których nie wolno odsłaniać, są nieco odmienne w różnych szkołach koranicznych. Niektóre z nich do aury zaliczają nawet nadgarstki i palce stóp; inne nakazują zakrywać dolną część twarzy, a nawet całą twarz. Wszystko to opisują fatwy. Spory dekolt i odsłonięte przedramiona wydają mi się więc zaskakującym widokiem. I chociaż ciężkie biodra skrywa spódnica zasłaniająca niemal stopy, to jednak pytam o strój. Asija śmieje się – bo wy, niemuzułmanie, myślicie, że islam jest bardzo restrykcyjny, a to nieprawda. Islam to radość poddania się Allahowi. Nie spieram się z nią, chyba wie, co mówi, a ja nie dość uważnie czytałam fatwy.

Rozmawia chętnie, chce być pomocna; oprowadza mnie po nowym meczecie na warszawskiej Ochocie. Został otwarty pół roku temu. Budowę rozpoczęto w 2010 roku, ale prace były kilkakrotnie przerywane. Najpierw zbankrutował wykonawca firma Azbud; następny Elektrobudowa SA nie wywiązywał się z terminów. W roku 2014 niewykończony meczet ostrzelano z broni pneumatycznej. Muzułmanie nie chcieli sprawie nadawać rozgłosu, żeby nie opóźniać prac. Przeciwko budowie od wielu lat protestowali mieszkańcy Ochoty, Stowarzyszenie Europy Przyszłości. Meczet miał stanąć na terenie Reduty Ordona. To dla Polaków ważne miejsce. Nie tylko jako teren pamięci historycznej, ale i cmentarz tych obrońców Reduty, którzy oddali życie podczas walk o nią. Przez lata domagano się postawienia tam choćby tablicy upamiętniającej bohaterski czyn. Władze miasta nie były zainteresowane tym projektem. Staraniem społecznym ustawiono kamień z odpowiednim napisem. Tam kości umarłych same wychodzą z ziemi. To przecież cmentarz, stwierdza jedna z osób, które dbają, by to miejsce całkiem nie zarosło chwastami i ludzką niepamięcią. Petycje w sprawie odgrodzenia terenu nie zostały wzięte pod uwagę przez ratusz. Ostatecznie na części tego cmentarza stanął meczet. Jego budowę sfinansowali oskarżana o wspieranie terroryzmu Liga Muzułmańska oraz sponsorzy z Zatoki Perskiej.

Budynek pełni funkcję siedziby Związku Wyznaniowego Ligi Muzułmańskiej. Mocno przeszklony, żeby do środka wpadało jak najwięcej światła. Ale na tej szerokości geograficznej jest ono blade i nie tak ostre jak na południu, więc w oknach nie są potrzebne transenny tak charakterystyczne dla Orientu. Przed ośrodkiem na parkingu zmieszczą się 32 samochody. Obok wejścia recepcja. W niej dobrze wyeksponowana flaga Polski. Poruszamy się swobodnie; jest pusto, jeszcze nie nadeszła pora salat. Białe ściany holu kontrastują z ciemnymi panelami podłóg. Zostawiam na półce w szatni buty – czyściutko. Ruszamy na górę. Stopy zapadają się w miękki dywan. Podejrzewam, że to prawdziwa wełna, tak jest ciepły. Na ciemnozielonym tle powtarzający się wzór stylizowanych ostrołuków i minaretów. Ten sposób zdobienia jest charakterystyczny dla wzornictwa islamu. Podobnie jak arabeska, czyli stylizowany, coraz bardziej odchodzący od naturalnych wzorców ornament roślinny, wici winorośli, palmety i akantu. W połączeniu z motywami geometrycznymi wywodzącymi się od owoców (np. granatu) i kaligraficznymi arabeską dekorowano budynki i przedmioty artystyczne, pokrywając wzorem jak największe powierzchnie. Powtarzalność wyrafinowanych deseni ma z jednej strony przypominać wiernym o nieskończoności Allaha, z drugiej wspomaga koncentrację.

W meczecie są sale modlitewne – osobno dla mężczyzn i kobiet, które mogą też korzystać z antresoli, aby z góry patrzeć na imama, nie przebywając przy tym w towarzystwie mężczyzn. W salach lekcyjnych stoją ławki i krzesła. Na pierwsze i drugie piętro można pojechać windą.

Meczet to przede wszystkim ośrodek kultury, miejsce spotkań ummy. Przychodzi się tutaj na modlitwę, lekcje języka arabskiego, czytanie Koranu i Biblii, zajęcia z kultury arabskiej. Cieszą się dużym zainteresowaniem, mówi Asija, trzeba tworzyć nowe grupy. Kobiety, nie tylko muzułmanki, spotykają się tu na naukę piosenek tureckich, arabskich, rozmawiają o zasadach ubioru, tajnikach pielęgnacji ciała. Wymieniają się doświadczeniami wychowawczymi.

Prawidłowe uformowanie muzułmanina to wielka odpowiedzialność – tłumaczy poważnie Asija – świadoma i nieustanna praca. Dziecko, już nawet roczne, uczy się, by przed każdym posiłkiem powiedzieć bismillah. To skrócona forma basmali (w imię Allaha miłosiernego, litościwego). Bardzo cenne zalecenia wychowawcze zawarto w książce Nasîhatî lin nisâ (Moje rady dla kobiet), autor: Umm Abdullah al-Waadi’iyyah. Przedstawione tam 21 zasad wychowania dzieci stanowi bezcenną wskazówkę dla rodziców. Asija nie ma dzieci, jeszcze nie jest mężatką, ale będzie, na pewno, to powołanie kobiety. Już szukają dla niej odpowiedniego kandydata. Kończymy spotkanie, zbliża się pora modlitwy. Asija poprawia spinkę przytrzymującą chustę na głowie. Spinka jest zakończona majolikowym kwiatuszkiem o płatkach różowych i niebieskich.

Zaglądam na stronę, gdzie znajduję wyjątki z książki, o której wspominała Asija. Niektóre ze spostrzeżeń są uniwersalne i niezależnie od wyznania warto o nich pamiętać, np. kwestia dostosowania poziomu nauczania do wieku i indywidualnych możliwości dziecka czy zapewnienie mu towarzystwa ludzi prawych i mądrych. Jednak większość zaleceń ma charakter jednoznacznie religijny i niewiele tam ducha tolerancji, którą tak sobie cenią ludzie Zachodu. Na tym tle ćwiczenie maluchów w prawidłowym wykonywania wudu przed salat czy nakaz jedzenia z talerza tego, co położone najbliżej, albo nauka pamięciowa Koranu wydają się zaledwie ciekawostkami.

5. ’Isza (modlitwa nocna) – odkąd zapadnie całkowita ciemność do połowy nocy.

Meczet w Warszawie przy Wiertniczej jest adaptowaną w 1993 roku willą. Nie posiada minaretu. Mieszczą się tu sale modlitewne, siedziby islamskich instytucji kulturalnych oraz biura muzułmańskiej gminy wyznaniowej w Warszawie. Liczba muzułmanów w Warszawie wciąż wzrasta. Dlatego tak ważne było zbudowanie nowego meczetu. Przyjeżdżają nowi, a muzułmańskie małżeństwa starają się mieć po kilkoro dzieci. Płodność kobiet jest wyznacznikiem ich wartości i darem na rzecz ummy. Imam nie jest w stanie powiedzieć, ilu jest wyznawców proroka. To zmienia się z czasem, odpowiada niejasno, a też nie wszyscy zgłaszają się do wspólnoty. Niektórzy pozostają poza nią jak Kamal, więc czy należy ich zaliczać do ummy, nawet jeżeli urodzili się jako prawowierni? Fatwy nie rozstrzygają tej kwestii.

Przy braku oficjalnych danych pozostaje szacowanie na podstawie niepewnych przesłanek. Można więc na przykład znaleźć informację, że w 2008 roku w Warszawie mieszkało 10–12 tys. muzułmanów. W roku 2013 miałoby ich mieszkać w Warszawie 4–8 tys. Pomijając już nawet tak wielką rozpiętość liczbową danych, wydaje się to mało prawdopodobne. Wiadomo, że muzułmanie z różnych krajów wciąż przyjeżdżają do Polski na dłużej lub krócej, a o ich wzrastającej liczbie świadczyć może potrzeba zbudowania nowego meczetu. Koniec końców – nic pewnego nie da się ustalić. Takijja? Imam uśmiecha się i rozkłada ręce gestem, który mogę rozumieć, jak chcę.

Wspominam o swoich rozmówcach – że nie są chyba zainteresowani otoczeniem, w jakim przyszło im żyć. Imam to rozumie – przecież dla nich rodzina i umma są całym światem. Po cóż mieliby się przykładać do nauki języka świata, do którego nie przynależą? Inaczej niż wy – mówi – wy chcielibyście być wszędzie. Naciągam rękawy swetra tak, by przykryły nadgarstki. Na twarzy imama pojawia się przelotny uśmiech. Zanim przyszłam na spotkanie, pomyślałam o ubiorze odpowiednim do sytuacji – nie chciałabym urazić ani zgorszyć imama. Mój hidżab składa się z luźnych dżinsów, długiego swetra i szala, którym starałam się otulić głowę i szyję jak najszczelniej. Żegnając imama, wyciągam do niego rękę. Ach, zapomniałam! – haram. Przepraszam zażenowana. Imam uśmiecha się – nic się nie stało. To prawda – zręcznie uniknął kontaktu naszych dłoni, a przecież już zbliża się pora modlitwy. Musiałby powtórzyć wudu.

Wychodząc, myślę, że faktem, z którego istnienia i konsekwencji nie do końca zdajemy sobie sprawę, jest podział na „wy” i „my”. Fundamentalna kwestia określająca tożsamość muzułmanów. Czy możliwe jest jego zniesienie? Czy istnieje taka potrzeba i wola? Nie wiem. Bo z jednej strony zachęcani jesteśmy do udziału w ciekawych zajęciach w meczecie, a przed Bożym Narodzeniem odbyła się tam konferencja poświęcona świętom chrześcijańskim i muzułmańskim, połączona ze wspólnym czytaniem Biblii i Koranu. Jednocześnie nie możemy podawać sobie rąk – to znaczy muzułmanie powinni tego unikać. A przecież ten gest w kulturze Zachodu oznacza otwartość, przymierze, zobowiązanie – dla muzułmanina jest kontaktem z nieczystym. Czy to w ogóle da się pogodzić?

Po ostatnim salat zapada noc. Na niebie, o ile jest pogodne, błyszczą gwiazdy. Konstelacje nad Polską są inne niż na niebie proroka, ale sen jest ten sam. To „mniejsza śmierć”, bo dusze Allah zabiera wtedy do siebie. Jedne zatrzyma – ci już się nie obudzą – inne powrócą do uśpionych ciał, które powstaną do życia o świtaniu. Może pamiętać będą swoje sny.

Mohamed bin Sirin powiedział: Mawiano „Istnieją trzy rodzaje snów: nafsâani, odzwierciedlenie własnych myśli i doświadczeń, których się doznało za dnia; szajtani, to co podszeptuje szatan, aby przestraszyć śpiącego; lub rahmani, dobre wieści od Allaha”. Zatem jeśli ktoś będzie miał sen, który go zaniepokoi, nie powinien o nim opowiadać nikomu, lecz wstać i pomodlić się.

A Sahih Buchari i Sahih Muslim twierdzą: Sny prawdziwe, odkrywające zdarzenia są jedną z czterdziestu sześciu części Proroctwa.

Kto pragnie takich snów, powinien starać się być prawdomówny, jeść jedynie to, co jest halal, przestrzegać praw szariatu, unikać wszystkiego tego, czego zakazał Allah i Jego Posłaniec (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim), sypiać w stanie całkowitej czystości, w pozycji odwróconej w stronę kibli, jak przy modlitwie, i myśleć o Allahu, aż poczuje, że powieki mu się zamykają. Jeśli będzie przestrzegał tego wszystkiego, wówczas jego sny nie wprowadzą go w błąd. A najważniejsze sny pojawiają się tuż przed brzaskiem, gdyż jest to pora, w której Allah zniża się, a miłosierdzie i przebaczenie są blisko. O tej porze szatany cichną, inaczej niż w porze

czasu ciemności, tuż po zachodzie słońca, gdy diabły i złe duchy się rozprzestrzeniają. (Madaridż as-Salikin, tom 1, str. 50 –52)

Sny przepływają przez ciała muslim i kuffar (pol. kafir) tak samo. Tak samo szajtani napełniają ich lękiem, tak samo rahmani niosą nadzieję i pocieszenie. Jednak nafsâani podobne być nie mogą, bo codzienność jest różna i różne są pragnienia. To niby znaczy niewiele, a przecież jest wyrazem podziału. Może więc dusze błądzące nocą pożyczą choć trochę blasku od Światłości i powrócą do ciał, by napełnić je zrozumieniem, że Biała Perła lśni dla wszystkich tym samym blaskiem.

Uwaga: W powyższym tekście pominęłam celowo Tatarów. Mimo iż wyznają islam, stanowią grupę na tyle odrębną pod wieloma względami, że prezentacja ich wymaga osobnego artykułu.

Źr ódła

http://www.muzulmanie.com/

www.allislam.pl

https://sites.google.com/site/bankfatw

www.centrumislamu.pl

http://muzulmanki.blogspot.com/

http://www.planetaislam.com/

www.opoka.org.pl

http://www.islamicalendar.co.uk/

When Time is not Space: The social and linguistic construction of time intervals and temporal event relations in an Amazonian culture, Chris Sinha (University of Portsmouth), Vera da Silva Sinha (University of Portsmouth), Jörg Zinken (University of Portsmouth), Wany Sampaio (Federal University of Rondônia); Language and Cognition, 3(1): 137–169.

Większość sformułowań w języku arabskim została zapisana zgodnie z wytycznymi Słownika ortograficznego PWN.