marksmarx

Marx pod wpływem Marksa

Arcybiskup Marx nawołuje do stworzenia globalnego państwa opiekuńczego. Kryje się za tym prosta logika: skoro państwo opiekuńcze to szczyt osiągnięć cywilizacji chrześcijańskiej, to należy nim objąć cały glob. Stąd już tylko krok do postulatu stworzenia politycznego i gospodarczego rządu światowego.

Tomasz Teluk
Tekst jest fragmentem przygotowywanej przez autora monografii Globalizacja.

Chociaż marksizm jako ideologia został potępiony przez papieży, choć sam Karol Marks miał ciągoty satanistyczne (widoczne w poezji jego młodości), a cała jego ideologia zbankrutowała na naszych oczach przed ponad dwudziestu laty, to właśnie metodologia marksistowska stosowana jest nadal do krytyki kapitalizmu – i to w Katolickiej Nauce Społecznej. Przykładem tego mogą być poglądy Reinharda Marxa, arcybiskupa Monachium i Fryzyngii, byłego przewodniczącego niemieckiej komisji Papieskiej Rady Iustitia et Pax, wyłożone w jego książce pod znamiennym tytułem Kapitał.

Zdaję sobie sprawę, że częste odwołania do Karola Marksa są celowym zabiegiem, determinowanym poprzez zbieżność nazwiska autora i tytułu dzieła. Niemniej ze zdziwieniem przeczytałem, że ideologia Marksa, a ściślej jego krytyka stosunków społecznych w gospodarce kapitalizmu, stała się immanentnym składnikiem poglądu niektórych hierarchów Kościoła na gospodarkę rynkową. Widać wyraźnie, że arcybiskup zna doskonale dzieła nie tylko Karola Marksa, ale nawet – cytując je – Włodzimierza Lenina. Szkoda, że znacznie gorzej znane mu są (albo nieznane w ogóle) prace na temat ekonomii Ludwiga von Misesa, Friedricha von Hayeka czy choćby późnych scholastyków, np. Juana de Mariana, Pedro Fernándeza Navarette czy Louisa Moliny.

Rozterki skonfudowanego katolika

Zanim przejdę do szczegółowej analizy krytyki gospodarki wolnorynkowej dokonanej przez niemieckiego hierarchę, chciałbym zaznaczyć, że dla mnie – jako katolika – wypowiedzi arcybiskupa Marxa są bardzo kłopotliwe. Nie znalazłem w nich bowiem tego, czego oczekiwałbym od duchownego kształtującego przecież współczesną naukę społeczną Kościoła.

Po pierwsze: nie ma wyraźnie zaznaczonej kwestii, że chrześcijanin powinien przede wszystkim zmieniać swoje sumienie, a nie systemy społeczne. Zarówno kapitalizm, jak i socjalizm staną się nie do zniesienia, jeśli ludzie będą postępowali źle, ale oba systemy można przeżyć, gdy fundamentem ludzkiego działania będzie wierność dobrze uformowanemu sumieniu. Modyfikowanie systemów społeczno-gospodarczych, które są czymś wtórnym wobec efektów ludzkiego działania, staje się jałowe, gdy nie kształtuje się sumienia. Od hierarchów oczekiwałbym w większym stopniu wskazówek co do kwestii moralności, a nie organizacji porządku społecznego.

Po drugie: brakowało mi wyraźnego podkreślenia, że budowanie ziemskiej utopii nie jest zajęciem godnym chrześcijanina. Co prawda należy w sposób możliwie najbardziej sprawiedliwy tworzyć ład gospodarczy, lecz nie może stać się to priorytetem dla duchownych, gdyż niemal zawsze przynosi frustrację i rozczarowanie, skierowując uwagę bardziej na sprawy doczesne, niż na sprawy Boskie.

Być może moje wątpliwości biorą się jeszcze z jednej rzeczy – mianowicie książka arcybiskupa Marxa nie jest przemyślaną od początku do końca całością, lecz zbiorem luźnych wypowiedzi wygłaszanych przy różnorakich okazjach. Moim zdaniem jest to zbyt ważny temat, by ograniczać go do spontanicznej eseistyki.

Muszę też przyznać, że po lekturze Kapitału zdałem sobie sprawę, dlaczego Kościół katolicki w Niemczech (i nie tylko tam) tak mocno broni socjalnego państwa opiekuńczego, iż w swoim nauczaniu pragnie owo osiągnięcie rozszerzyć na cały świat. Dzieje się tak, ponieważ nowoczesne państwo opiekuńcze to dziecko aktywności Kościoła w sferze społecznej. Po raz pierwszy na świecie ubezpieczenie społeczne zostało wprowadzone w Niemczech w 1927 roku za sprawą Heinricha Braunsa, katolickiego księdza, który w latach 1920-1928 był ministrem pracy1. „Państwo socjalne to przykazanie sprawiedliwości społecznej” – pisze arcybiskup Marx2. Jednocześnie przypomina: „Aż do XIX wieku Kościół był jedynym podmiotem działalności charytatywnej”.

Idol państwa opiekuńczego

Państwo opiekuńcze to dzieło kanclerza Otto von Bismarcka, ale także Adolfa Hitlera. Bismarck wsławił się nie tylko wcielaniem w życie „sprawiedliwości społecznej”, lecz także antykatolicką polityką Kulturkampfu i agresywną germanizacją swoich sąsiadów. „Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia. Współczuję sytuacji, w jakiej się znajdują. Jeżeli wszakże chcemy przetrwać, mamy tylko jedno wyjście – wytępić ich” – mówił o naszych przodkach „żelazny kanclerz”. To właśnie jemu zawdzięczamy państwo opiekuńcze w takiej postaci, w jakiej znamy je do dziś. Model ten został rozwinięty w czasach Republiki Weimarskiej, gdy wprowadzono nie tylko ubezpieczenia społeczne, ale także zasiłki dla bezrobotnych, opiekę socjalną dla kobiet w ciąży i przywileje związków zawodowych.

To, co zapoczątkował Bismarck, udoskonalił Adolf Hitler. Po dojściu do władzy w 1933 roku rozbudował zasady państwa opiekuńczego, skracając czas pracy oraz wprowadzając wyższe stawki za nadgodziny i państwowe regulacje cen na rynku czynszów i energii. Trzecia Rzesza zainicjowała także znane z czasów realnego socjalizmu preferencyjne kredyty dla młodych małżeństw, wsparcie dla rodzin wielodzietnych i państwowe „wczasy pod gruszą”.

Już choćby z powodu szkód, jakie przyniosły ludzkości ideologia Marksa i praktyka Hitlera, stawianie za wzór osiągnięć niemieckiego państwa socjalnego wydaje się mocno dyskusyjne. Wolę jednak skoncentrować się na próbie zrozumienia filozoficznych podwalin fascynacji państwem opiekuńczym, jaka widoczna jest wśród wielu osób kształtujących katolicką naukę społeczną. By pojąć ową fascynację idolem państwa opiekuńczego, warto sięgnąć do bardzo ważnej pozycji z dziedziny teorii prawa naturalnego: książki Johna Finnisa Prawo naturalne i uprawnienia naturalne.

W rozdziale Sprawiedliwość a państwo autor odnosi się do koncepcji państwa minimalnego Roberta Nozicka z jego dzieła Anarchia, państwo, utopia. Finnis krytykuje Nozicka, powołując się na św. Tomasza z Akwinu oraz Domingo de Soto. Przede wszystkim odnosi się krytycznie do podważania redystrybutywnego opodatkowania jako podstawowej funkcji państwa. Finnis twierdzi, że jednostka posiada naturalne obowiązki redystrybutywne na rzecz współobywateli. „Ustanawiając system redystrybutywnego opodatkowania etc. państwo nie musi przecież robić nic więcej, jak tylko sprecyzować i egzekwować obowiązki, które posiadacz własności już miał”.

Powstaje jednak pytanie: nawet godząc się z twierdzeniem, że jednostka posiada naturalne obowiązki dzielenia się swoją własnością na rzecz wspólnoty ze względu na przykazanie miłości, pojawia się wątpliwość, gdzie zostało powiedziane, że człowiek powinien cedować swoje obowiązki na rzecz anonimowego urzędnika działającego rzekomo w jego imieniu? Jak się ma do przykazania miłości fakt, że niewielka tylko część podatków trafia do potrzebujących, a zdecydowana większość środków jest najzwyczajniej marnowana? Czy moralne jest zabieranie rodzinom, w postaci podatków, więcej niż wydają one na żywność, ubrania, edukację i własną opiekę zdrowotną? Czy etyczne jest tworzenie tak rozbudowanych systemów socjalnych, że uczestnictwo w nich za wszelką cenę staje się jedynym celem imigrantów z całego świata?

Na powyższe pytania nie odnajdujemy odpowiedzi w najnowszych wypowiedziach wpływowych przedstawicieli Katolickiej Nauki Społecznej. Co więcej: otrzymujemy wiele bardzo niepokojących tez, wprawiających współczesnego katolika w zakłopotanie. Pierwszym mitem, żywcem zaczerpniętym z marksizmu, jest przekonanie, że wolny rynek działa tak niesprawnie, iż niechybnie prowadzi do coraz większego rozwarstwienia społecznego poprzez niesprawiedliwą dystrybucję dóbr w społeczeństwie („bogatsi stają się coraz bogatsi, a biedniejsi coraz biedniejsi”). Czy rzeczywiście za to zjawisko odpowiedzialny jest rynek?

Oczywiście nie sposób nie zgodzić się, że faktycznie w nowoczesnych społeczeństwach następuje niebezpieczna koncentracja kapitału w rękach niewielu, co kontrastuje ze stosunkowo dużym odsetkiem ludzi ubogich. Jak pisze arcybiskup Marx: „Według amerykańskiego magazynu gospodarczego Forbes, w roku 2008 na całym świecie było 1125 miliarderów. Posiadali oni razem ok. 4,4 mld dolarów (2,76 mld euro). (…) W 2007 roku było na całym świecie 946 miliarderów, w 2006 – 793, a w połowie lat 80. XX wieku tylko 140”. Ponadto: „na świecie miliard ludzi żyje dziś w ekstremalnej nędzy: muszą oni utrzymać się za mniej niż dolara dziennie, co oznacza, że bezpośrednio zagrożona jest ich egzystencja biologiczna. Jeśli wyznaczymy umownie granicę oczywistego ubóstwa na mniej niż dwa dolary dziennie na głowę, to liczbę tych, którzy muszą prowadzić życie poniżej tej granicy, szacuje się na ponad dwa i pół miliarda. To dramatyczne ubóstwo tak wielu ludzi można przeciwstawić równie dramatycznemu bogactwu finansowemu innych. Więcej niż połowa światowych zasobów finansowych jest w rękach tylko dwóch procent ludzkości, najbogatszy jeden procent ludzkości dysponuje ponad czterdziestoma procentami majątku świata. Natomiast na całą biedniejszą połowę ludzkości przypada zaledwie jeden nędzny procent światowych zasobów”.

Koncentracja kapitału w rękach nielicznych jest rzeczywiście niepokojąca. Warto jednak zadać sobie pytanie o przyczyny takiego stanu rzeczy. Czy w ostatnich stu latach mieliśmy do czynienia z nieskrępowanym wolnym rynkiem i niczym nie ograniczonym działaniem „niewidzialnej ręki rynku”, jak chciał Adam Smith, lub „spontanicznego porządku”, jak postulował Friedrich August von Hayek? Czy może w ostatnim stuleciu mieliśmy do czynienia z wynalazkiem socjalnego państwa dobrobytu, rozrostem redystrybucyjnej roli państwa, coraz większej ingerencji państwa w rynek i fali protekcjonizmu w stosunkach międzynarodowych?

Oczywiście prawdziwa jest druga odpowiedź. Ostatni wiek to nie tylko dwa systemy totalitarne: komunizm i narodowy socjalizm, będące ekstremalnym przejawem dążenia do sprawiedliwości społecznej za pomocą narzędzi państwa, ale także rozkwit państwa opiekuńczego. Wzrastająca koncentracja kapitału i zwiększające się nierówności społeczne nie są więc wynikiem „dzikiego kapitalizmu”, lecz „dzikiego socjalizmu” w postaci uznaniowej dystrybucji państwowej nie tylko nie przyczyniającej się do „zwalczenia” biedy, lecz pogłębiającej istniejące problemy. Jak wielkie są uprzedzenia arcybiskupa Marxa wobec kapitalizmu, widać w szeregu przykładów obrazujących niemoralne zachowania kapitalistów z korporacji typu Enron czy Arthur Andersen, przy całkowitym niemal przemilczeniu korupcyjnych skandali z udziałem biurokratów z ONZ czy MFW.

Niemcy ponad Ameryką

Skoro odpowiedzieliśmy na pytanie, że to właśnie epoka państwa dobrobytu sprzyja nierównościom społecznym, należałoby zastanowić się nad tym, czy zawsze nierówności społeczne są niesprawiedliwe. Przecież nie każdy milioner staje się miliarderem kosztem pracujących po kilkanaście godzin dzieci, które nie dostają wynagrodzenia za swoją pracę. Są przecież ludzie kreatywni, np. wynalazcy innowacyjnych produktów, które zyskują uznanie konsumentów, a w związku z tym ich dochody zwiększają się z roku na rok w dwucyfrowym tempie. Jeśli takiego wynalazcę zestawimy z kimś utalentowanym, ale gnuśnym i leniwym, który zamiast pracować załatwił sobie „lewą” rentę, przeobrażając się w klienta państwa socjalnego i z roku na rok stając się coraz uboższym, to czyż nie jest to przejawem sprawiedliwości? Czy może powinniśmy jeszcze bardziej opodatkować przedsiębiorcę dającego pracę tysiącom rodzin, aby wspomóc oszusta tylko po to, by nie dochodziło do rażącego rozwarstwienia dochodów?

Arcybiskup Marx, jak wielu zwolenników państwa socjalnego, stawia za wzór model niemiecki przy jednoczesnym kwestionowaniu osiągnięć modelu amerykańskiego. Koncepcja państwa tworzącego warunki dobrobytu i chroniącego wolność obywateli jest mu obca. Skłania go nawet do ubolewania nad losem Amerykanów, iż nie mają takiego dostępu do „zdobyczy socjalnych państwa” jak Niemcy. Hierarcha załamuje ręce nad bezrobociem w Stanach Zjednoczonych (zbliżonym do granicy tzw. naturalnego bezrobocia, czyli liczby osób pozostających bez zajęcia bez względu na prowadzoną politykę, nawet politykę tzw. „pełnego zatrudnienia” znaną z czasów realnego socjalizmu) oraz martwi się, że „pracująca biedota” w USA nie dojada (dla kogoś, kto choć raz był w Ameryce, zna tamtejsze ceny żywności, nawyki żywieniowe mieszkańców i sprawność organizacji charytatywnych, takie stwierdzenie jest niewiarygodne).

Z faktu, że 47 milionów Amerykanów nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, arcybiskup Marx wyciąga następujące wnioski:. „Chciałbym wyrazić z całym zdecydowaniem: pozornie satysfakcjonujące, ale w rzeczywistości niewiele lepsze od europejskich wskaźniki amerykańskiego rynku pracy są – moim zdaniem – nic nie warte, skoro miliony pracobiorców w USA nie zarabiają na tyle dobrze, by móc ubezpieczyć czy choćby nawet wystarczająco wyżywić siebie i swoje rodziny!”. Dla hierarchy nie do pomyślenia jest, że część nieubezpieczonych to milionerzy, którzy mogą leczyć się w dowolnym miejscu świata, albo studenci, którzy oszczędzają, aby stać się takimi milionerami w przyszłości. Wielu nieubezpieczonych stać na wykupienie ubezpieczenia, a jego brak jest ich własną indywidualną decyzją.

Przykład państwa opiekuńczego jako największego osiągnięcia cywilizacji chrześcijańskiej byłby adekwatny, gdyby państwo w sposób sprawiedliwy i należyty wywiązywało się z funkcji, które spełnia wyłącznie dzięki przymusowemu opodatkowaniu. Tymczasem zwolennik rozszerzenia tego modelu państwa na cały świat nie dostrzega jego ułomności i zagrożeń. Opisał je choćby Charles Murray w swej książce Bez korzeni, gdzie wykazał, iż państwowe programy socjalne potęgują problemy, z którymi mają rzekomo walczyć. Na przykład wprowadzenie zasiłków dla czarnych czy samotnych matek skutkuje nie poprawą statusu tych grup, lecz zwiększeniem w nich liczebności osób uprawnionych do pobierania pomocy socjalnej (co jest zgodne z prawem popytu i podaży).

Arcybiskup za rządem światowym

Szczególnie dziwi fakt, że arcybiskup Marx nie dostrzega konsekwencji państwa socjalnego dla rodzin – przede wszystkim przejmowania ich funkcji przez państwo. Walfare state dostarcza narzędzi niszczenia rodziny. Wypłacając zasiłki za narodziny i pogrzeby oraz przejmując funkcje edukacyjne, mieszkaniowe, a nawet żywieniowe i pielęgnacyjne, niszczy więzi rodzinne. Rodzi to patologie, takie jak aborcja, eutanazja czy nowa eugenika. Idol państwa socjalnego prowadzi także do sekularyzacji i dechrystianizacji społeczeństw, co widać doskonale na przykładzie państw Europy Zachodniej (w samych Niemczech w 2010 roku wystąpiło z Kościoła katolickiego 180 tysięcy wiernych – 50 tysięcy więcej niż rok wcześniej).

Osobną kwestią pozostaje zbadanie faktu, czy państwo należycie wypełnia swoje obowiązki wobec obywateli. Innymi słowy, czy korzystanie z analogicznych usług prywatnych nie jest tańsze i bardziej korzystne dla podatników. Doprawdy trudno znaleźć dziedzinę, w której państwo dostarczałoby usługi wyższej jakości po niższych cenach.

Najbardziej bulwersujący passus Kapitału Marxa to nawoływanie do stworzenia globalnego państwa opiekuńczego. Kryje się za tym prosta logika: skoro państwo opiekuńcze to szczyt osiągnięć cywilizacji chrześcijańskiej, to należy nim objąć cały glob. Stąd już tylko krok do postulatu stworzenia politycznego i gospodarczego rządu światowego. „Katolicka nauka społeczna zawsze utrzymywała, że solidarność to nie tylko orientacja przewodnia indywidualnego postępowania, ale także cel i zasada porządku społecznego i politycznego. Ma to daleko idące konsekwencje dla globalizacji ekonomicznej, gdyż w jej perspektywie oznacza postulat stworzenia porządku politycznego obejmujący cały świat. Ogólnie przyjął się tu angielski termin global governance („rząd światowy). (…) Ale global governance miałby w zakresie swoich kompetencji nie tylko gospodarkę. Chodziłoby tu o stworzenie systemu instytucji i reguł dostosowanych do globalnych wymagań”.

Kolejne rozważania hierarchy pełne są paradoksów. Choć widzi on negatywne konsekwencje polityki zalecanej przez takie organizacje, jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to jednak domaga się ich wzmocnienia. Ponadto wzywa pod groźbą surowych sankcji do wdrażania na całym świecie zaleceń Międzynarodowej Organizacji Pracy, czyli jednej z oenzetowskich agend. Z jednej strony krytykuje opartą na gigantycznych rządowych subsydiach politykę rolną Unii Europejskiej, USA, Kanady i Japonii, gdyż rujnuje ona rolników w krajach biedniejszych, z drugiej jednak strony pisze, że pełna liberalizacja rynku rolniczego nie jest wskazana i rynek ten powinien pozostać pod kontrolą państwa. Chociaż cytuje za Stiglitzem, że dochody z protekcjonizmu najbogatszych krajów są trzykrotnie wyższe od udzielanej przez nie pomocy humanitarnej, to jednak nie postuluje, by politykę protekcjonistyczno-pomocową zastąpić wolnym handlem między narodami.

Idol państwa opiekuńczego miałby objąć cały świat. Obawiam się jednak, że zamiast rozwiązania istniejących problemów przyniósłby głównie ich pogłębienie.

Tomasz Teluk

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda”, nr 61