MateuszMatyszkowiczslajder2

Mateusz Matyszkowicz: Własne ścieżki Marka Nowakowskiego

U Nowakowskiego chodzi nie tylko o gwarę i kamieniczki, nie tylko o meneli i prostytutki. Kto jego pisarstwo redukuje do warszawskiej widokówki, ten traci szansę na poznanie jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku.

Kiedy rok temu odchodził Marek Nowakowski, żegnano „varsavianistę”, tropiciela lokalnej gwary – człowieka, którego każde miasto potrzebuje, by zmiany urbanizacyjne można było oswoić. Kiedy w miejsce znanego ludziom od lat skweru, baraku, kamienicy wyrasta wieżowiec, wysłuchanie człowieka, który pamięta bardziej organiczne zastosowanie tej przestrzeni, daje uczucie ciągłości. Miasto nie wyrasta wtedy znikąd, nie pojawia się na pustyni, ale ma swoją przeszłość, i to przeszłość ludzką, bo oznaczoną konkretnymi historiami, które tam się zdarzyły.

Warszawski pomnik

I Marek Nowakowski rzeczywiście był takim pomnikiem mijającej Warszawy. Zaczynając od jego rodzinnych Włoch, które opisywał jeszcze jako miejscowość podwarszawską, bardziej wiejską niż miejską, z krowami, które pasły się na nasypach kolejowych, z niskimi domami i przede wszystkim z ludźmi, którzy próbowali sobie jakoś tam radzić, choćby alkoholem i drobną kradzieżą. Tak samo opisywał Warszawę, tę ciągnącą się właśnie od Włoch, rewiry między Ochotą a Śródmieściem, które nazywano Dzikim Zachodem, speluny bardziej śródmiejskie, wokół Pigalaka, Poznańskiej, Emilii Plater.

Żyjemy w ostatnim czasie, gdy jeszcze za bramami kamienic na Poznańskiej i Plater można znaleźć prawdziwe kapliczki, a piętra domów zamieszkują jeszcze ludzie – niewygonieni przez banki, restauracje i luksusowe sklepy. Ten świat odejdzie jednak, ulice staną się mniej ludzkie i naszym dzieciom będziemy czytać choćby Powidoki, by wiedziały, że w mieście mogą mieszkać ludzie, a nie tylko wystawowe manekiny.

Nowakowski, o którym piszę, powinien dobrze zapaść w pamięć ludziom po prawej stronie. Dziś to lewica w dużym stopniu próbuje animować ruchy miejskie i dbać o to, co na chodniku i w kamienicy, a prawicowa publicystyka często przedstawia perspektywę wyłącznie zza szyb samochodu, najchętniej terenowego, i problem miasta postrzega wyłącznie jako kwestię miejsca parkingowego.

Nowakowski widział świat inaczej, bo miasto przemierzał pieszo. Należał do tych, którzy „wychodzili w miasto”, kontemplowali je, poznawali ludzi. Bliżej w tym wszystkim jakiegoś poszukiwania organicznej wspólnoty, więc i konserwie powinno być bliskie i takiego Nowakowskiego warto odkryć na nowo. Żeby chodniki tego miasta były znów nasze.

Jest jednak w jego pisarstwie i życiowej postawie coś jeszcze ważniejszego i ważne, by podziw dla warszawskości Nowakowskiego nie przysłonił warstw cenniejszych, tych, za którymi stoi wielka literatura.

Nowakowski idzie prosto

Marek Nowakowski fascynował się Józefem Mackiewiczem, a jednym z dzieł jego życia była nagroda imienia wielkiego pisarza, wraz z jego dewizą o tym, że tylko prawda jest ciekawa. Gdy czytamy to zdanie, powinniśmy pamiętać o właściwym dla niego kontekście, czyli o artykule, który Mackiewicz napisał w odpowiedzi na powieść katyńską Odojewskiego. Ganił tam adwersarza za to, że ten nie przywiązywał wagi do detali, zmieniał je i dowolnie się nimi bawił. Ganił Odojewskiego, bo właśnie dzięki detalom można ustalić stan faktyczny (na przykład biorąc do ręki strzępy gazet, które pozwalają ustalić datę, a co za tym idzie sprawców zbrodni), ale też dlatego, że ludzki umysł nigdy nie wymyśli fikcji, która będzie równie ciekawa jak sama rzeczywistość.

W tym polemicznym stanowisku ukryta jest cała metafizyka, poważne założenia dotyczące i mocy ludzkiego umysłu, ale też fascynującej różnorodności świata. Przypomina się tu Edmund Burke, jeden z twórców nowożytnej myśli konserwatywnej, który z kolei polemizował z francuskimi filozofami, zarzucając im zbyt toporne przywiązanie do idei. Idee to wiązki światła i jak światło ulegają licznym załamaniom, nim dotrą do ziemi. Jeśli chcemy zachować wierność prawdzie i sobie samym, przywiązywać się powinniśmy do tego, co istnieje, co jest jednostkowe i niepowtarzalne. Im mocniej zwiążemy się z rzeczywistością, im mniej będziemy ją zagadywać i wtłaczać w ogólne kategorie, tym świat będzie dla nas ciekawszy. Zobaczymy rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

Ale też – i to chyba jest w tym wywodzie najważniejsze – im bliżej będziemy świata i jednostkowego istnienia, tym trudniej będzie nami manipulować i podporządkowywać nas totalitarnym zapędom. I Mackiewicz, i Nowakowski podjęli się próby obrony człowieka przed zniewoleniem. Obaj uznali, że odtrutką na ideologiczne szaleństwo jest realizm. Buntowali się przeciw nowomowie, bo jej twórcy zawsze próbują arbitralnie ustalać znaczenie słów i tym działaniem wtłaczać ludzi w ideologiczne kalki. Bliskie to klasycznej metafizyce, która daje istnieniu pierwszeństwo przed istotą i tego pojedynczego istnienia broni jako mającego źródło w Boskim źródle.

Język, który nie kłamie

Właśnie dlatego Nowakowski wybrał język, który potem stał się jego wyróżnikiem. Zdania proste, składnia naśladująca mowę potoczną, ale rzadko kiedy wulgarną. Wulgaryzm mógł być uzasadniony kontekstem ludzkim, bohaterem lub społecznością, ale i tak dosadność tego języka była budowana nie tyle na mocy słów, co na dosłowności właśnie. Dosłowności bronił za komuny i w ten sposób wypowiedział posłuszeństwo sowieckiemu totalitaryzmowi. Był w tym o wiele bardziej konsekwentny niż jego kolega, który początkowo zyskiwał uznanie znacznie większe, czyli Marek Hłasko. Obaj zaglądali do melin i w chuligaństwie doszukiwali się autentyczności. Ale po latach widzimy, że Nowakowski był znacznie bardziej dojrzały i konsekwentny, ani nie szedł na kompromisy, ani nie uciekł z kraju.

I tu kolejna sprawa. Nowakowskiego czyta się często jako piewcę melin i półświatka. To sprawa bardzo złożona. Rzeczywiście pisarz sam lubił w młodych latach zadawać się ze złodziejaszkami i innymi ludźmi marginesu. Zdobył sobie ich szacunek i dzięki niemu po kilkudziesięciu latach możemy odtwarzać ten świat dawnej bandyterki – brutalnej i dosadnej, ale z własnym kodeksem, etyka zawodową i prostymi odruchami moralnymi. Ale też pamiętajmy, że Nowakowski nie pisał wyłącznie o nich – oni są częścią tego świata przedstawionego, w którym swoje miejsce mają także urzędnicy i inteligenci. Propaganda peerelowska próbowała półświatek wymazać – tak pokazywać powojenną Polskę, żeby nie dostrzegano cieni. A złodziejaszek czy menda nie pasowali do tej kreacji. Nie pasowali także dlatego, że to przedstawiciele tych grup społecznych nie godzili się na wtłoczenie w wielką machinę społeczną. Bronili swojej jednostkowości i swojej lokalności. Bronili także własnych zasad. Zwróćmy jednak uwagę, że na podobnych prawach Nowakowski traktował Żołnierzy Wyklętych. Wyklętych przemycał już do swoich utworów pisanych w czasach komunistycznych, a po 1989 roku promował literaturę im poświęconą (choćby Legion Elżbiety Cherezińskiej). Nie mówmy więc, że Nowakowski bronił bandyterki. On po prostu bronił rzeczywistości.

Robił to po swojemu, cicho i pokornie. Nie chwalił się swoją erudycją, a miał ją ogromną. Kto poznał go lepiej, wie, że pisarz kilka godzin dziennie spędzał na lekturze. Był znawcą literatury amerykańskiej, zwłaszcza Faulknera i O’Connor. Fascynował się Celinem, kochał Bunina. Czytał sporo książek filozoficznych i historycznych. Za prostymi zdaniami, które stawiał, ukryta była wiedza. Miał bardzo subtelny smak artystyczny. Fascynował się twórczością swojego przyjaciela, Jana Lebensteina.

To wszystko jednak ukrywał, bo na pierwszy plan wysuwał rzeczywistość. I dlatego pamiętany jest dziś jako spacerowicz. Przywołujmy jednak coraz częściej to, co za spacerami Nowakowskiego stało. Tradycję, literaturę i charakter. Inaczej nie będziemy umieli dojść do celu.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 75.