matkaboska

Jarosław Kupczak: Matka Boża szczególnie kocha Niemców

Martin pewnie prowadził swojego luksusowego Volkswagena w kierunku holenderskiej granicy. Kiedy wsiadałem do jego samochodu, jakby usprawiedliwiając się ze swojego stanu posiadania, niepewnie powiedział: Muszę mieć dobry samochód, spędzam w drodze dużo czasu.

Martin rzeczywiście spędza w samochodzie dużo czasu; jest proboszczem jednej z katolickich parafii w północnych Niemczech. Tak jak wielu niemieckich proboszczów, jest odpowiedzialny za kilka kościołów filialnych. Dawniej były w nich parafie, przy których na plebaniach mieszkali ich proboszczowie. Teraz plebanie stoją puste, a na codziennych i niedzielnych mszach gromadzi się garstka wiernych.

Jechaliśmy już od jakiegoś czasu przez monotonną nizinę Ems, pokrytą mokradłami, łąkami i rzadkim, karłowatym lasem. Nie lubią tutaj Polaków. Kilkanaście kilometrów stąd znajduje się miasteczko Haren wyzwolone w maju 1945 roku przez żołnierzy dywizji pancernej generała Maczka. Polscy pancerniacy wyrzucili wszystkich Niemców ze swoich domów, aby osiedlić w nich żołnierzy dywizji i polskich więźniów okolicznych obozów koncentracyjnych, w tym dawnych powstańców warszawskich. Polska enklawa, do czasu rozformowania polskiej dywizji pancernej jesienią 1946 roku, otrzymała oficjalną nazwę Maczkowo. Okoliczni mieszkańcy nigdy nie zapomnieli tego Polakom.

To tutaj, w nieurodzajnej krainie Ems, już w pierwszych miesiącach po przejęciu władzy w Niemczech przez Adolfa Hitlera powstał największy w Europie kompleks obozów pracy. Początkowo w obozach Ems znaleźli się komuniści, polityczni przeciwnicy hitleryzmu, Świadkowie Jehowy, homoseksualiści. W ciągu kolejnych lat do Ems trafiali dezerterzy, kryminaliści, jeńcy wojenni. Wielu z nich pozostało tutaj na zawsze.

Miejsce dla tych kilkunastu powiązanych ze sobą obozów zostało wybrane nieprzypadkowo. Słabo zaludnione Ems umożliwiało zbudowanie systemu obozów z daleka od postronnych oczu. Mokradła i łąki były dla więźniów miejscem morderczej, wyniszczającej pracy przy budowaniu kanałów irygacyjnych i wydobywaniu torfu. Miejscowa, biedna ludność znalazła w obozach pracę: chłopi jako strażnicy, kobiety przy innych pracach pomocniczych.

Wiele zabudowań Emslandlager zostało zburzonych jako próba zatarcia śladów zbrodni. Na terenie jednego z obozów pracy, Esterwegen, jest muzeum, poruszające świadectwo bestialstwa i okrucieństwa hitlerowców wobec własnych rodaków. W kilku szarych pudłach z betonu i stali mieszczą się pomieszczenia muzealne wypełnione przerażającymi zdjęciami i komentarzami. Przez szerokie okna muzeum widać teren dawnego obozu, gdzie tylko resztki fundamentów wskazują baraki więźniów, kuchnię, pralnię, pomieszczenia strażników. Pustka terenu dawnego obozu wskazuje na tych, których życie obróciło się tutaj w pustkę. Smutna kraina śmierci, królestwo zbrodni i rozpaczy, miejsce panowania diabła.

Z Esterwegen jedziemy do Heede. Zatrzymujemy samochód przed małym, surowym kościołem z czerwonej cegły. Sanct Petrus Kirche sięga czasów średniowiecza, ale to miejsce stało się głośne dzięki objawieniom Matki Bożej, które wydarzyły się tu w przededniu drugiej wojny światowej, kiedy działały już pierwsze obozy Emslandlager.

1 listopada 1937 roku cztery przyjaciółki, 12-letnia Greta oraz 14-letnie Maria, Annie i Suzanne, wielokrotnie wędrują pomiędzy kościołem św. Piotra i przykościelnym cmentarzem, odmawiając różaniec. Zgodnie z miejscową tradycją wierzą, że ilekroć przekraczają bramę świątyni, odmawiając Zdrowaś Mario, jedna dusza czyścowa zostaje zabrana do nieba. Czy dziewczynki wiedzą o horrorze, który dzieje się wokół nich w Emslandlager, gdzie tyle dusz odchodzi z ziemi w beznadziei, nienawiści do oprawców i zwątpieniu wobec Boga?

Podczas jednej z wędrówek pomiędzy drzwiami kościoła a furtką cmentarną dziewczynkom ukazuje się Matka Boża. Widzą ją wszystkie, zgadzają się, opowiadając potem o szczegółach stroju i układzie ciała Maryi. Matka Boża wygląda bardzo dostojnie. Wyprostowana, poważna kobieta w królewskiej koronie. Trzyma na swojej lewej dłoni Dziecię Jezus, prawą dłoń kładzie na kuli ziemskiej, która spoczywa na dłoni Jezusa. Maryja przedstawia siebie wielokrotnie: Königin der Welt und der Armen Seelen, Królowa świata i dusz czyścowych.

W latach 1937–1940 objawienia powtarzają się wielokrotnie w różnych miejscach w Heede: w kościele, na cmentarzu, na ulicach miasteczka. Maryja pokazuje się dziewczynkom, gdy są same i wtedy, gdy są razem. Zawsze mówi to samo: Niemcy potrzebują pokuty i nawrócenia; jeśli uwierzą w objawienia z Heede zostanie odwrócony kataklizm, który czeka je w przyszłości. Za popełnione grzechy należy pokutować: potrzebna jest modlitwa i ofiara.

Kiedy o objawieniach zaczyna mówić okoliczna ludność, dziewczynkami zaczynają się interesować policja i gestapo. W trakcie budowy Tysiącletniej Rzeszy kontakty z rzeczywistością pozaziemską nie są mile widziane. Dziewczynki są zastraszane, poddane badaniom psychiatrycznym, wożone na specjalne przesłuchania do Berlina. Zawsze mówią to samo, zgadzają się w opisie najdrobniejszych szczegółów. W końcu policja zostawia wizjonerki w spokoju, pod koniec wojny zaliczą jeszcze tylko krótką służbę w wojskowych służbach medycznych.

Siedzimy razem z księdzem Martinem w pokoju, w którym umarła jedna z wizjonerek z Heede, Gertrude Gansenforth. Szpitalne łóżko z pościelą, w której umierała Greta, mały stolik przy łóżku, telefon. Wszystkie cztery wizjonerki z Heede do końca życia pozostały wierne objawieniom, które przeżyły jako młode dziewczynki. Szczególna rola w przekazywaniu objawień z Heede przypadła jednak najmłodszej z nich, Grecie Gansenforth.

Krótko po zakończeniu II wojny światowej Greta wstąpiła do zakonu sióstr franciszkanek. Siostry przyjęły młodą wizjonerkę, już wtedy bardzo chorą, a równocześnie zgodziły się, aby pozostała w domu rodzinnym, gdzie opiekowała się nią rodzina. Po krótkim czasie Greta, już obłożnie chora, otrzymuje stygmaty.

Greta czasami zgadzała się, aby najbliżsi fotografowali ją. Na zachowanych zdjęciach widzimy ją sparaliżowaną, na wózku inwalidzkim w drodze do kościoła. Widzimy ją także w czasie przeżywania męki Chrystusa. Zdjęcia pokazują ją zalaną krwią. Wiedzieli o tym bliscy, wiedziały siostry franciszkanki. Jedna z sióstr franciszkanek, która się nią zajmowała, w każdy piątek wynosiła z pokoju pokrwawioną pościel, prała ją, dbała o czystość stygmatyczki.

Greta żyła w szczególnej bliskości z aniołami. Często mówiła, że od lat 60. zaczął przychodzić do anioł stróż jakiegoś księdza z Polski, z Krakowa. Prosił o modlitwę, o ofiarowanie cierpień za tego młodego księdza. Pod koniec lat 70. ksiądz przeniósł się do Rzymu. Greta zrozumiała, że chodzi o polskiego papieża. Od tego czasu czuła zawsze bliską więź z Janem Pawłem II.

Anioł Jana Pawła II zaczął przychodzić jeszcze częściej. Przychodził zawsze przed kolejną zagraniczną pielgrzymką papieża. Greta otwarcie przyznawała, że nie lubi tych nawiedzeń, bo zawsze była proszona o kolejną ofiarę cierpienia w intencji Ojca Świętego. Na początku zdarzało się jej odmawiać, nie chciała więcej cierpieć, później zawsze się zgadzała.

W Ems istnieje stara tradycja ręcznego przyzdabiania przed Wielkanocą świecy paschalnej. Pewnego dnia Greta poinformowała pomagającą jej siostrę zakonną, że tego roku chce sama przyozdobić paschał. Franciszkanka popatrzyła ze współczuciem na sparaliżowaną stygmatyczkę. Wtedy już trzeba było ją karmić, bo nie potrafiła utrzymać sztućców w palcach. Wobec gorącej prośby przyniosła jednak nożyczki, kolorowe tekturki i kawałki tkaniny, klej. Wieczorem paschał był gotowy.

Krewna zmarłej Grety, która razem ze swoją rodziną mieszka teraz w domu rodzinnym Gansenforth i która przez ostatnie lata opiekowała się stygmatyczką, spędza kilkanaście minut ze mną i księdzem Martinem w dawnym pokoju Grety. Wspomina dawne wydarzenia: Pewnego razu to ja przyniosłam Grecie materiały do sporządzenia świecy paschalnej. Zostawiłam to wszystko na stoliku przy jej łóżku, ale po chwili zorientowałam się, że zapomniałam o nożyczkach. Po kilkunastu minutach wróciłam do pokoju Grety z nożyczkami. Na stoliku przy łóżku Grety stał gotowy paschał.

Popatrzyliśmy na siebie z Martinem. Godzinę wcześniej oglądaliśmy w kościele parafialnym wystawę kilkunastu świec paschalnych ozdobionych przez Gretę. Każda ze świec miała inne ozdoby: tekturowe anioły, wizerunek Chrystusa, Matka Boża precyzyjnie wycięta z kolorowego sukna. Piękna ludowa sztuka z głębokim przesłaniem teologicznym; pierwszym nazwiskiem artysty, który przyszedł mi do głowy, był polski Nikifor z Krynicy.

Krewna Grety u uśmiechem popatrzyła na nas: Później Greta postanowiła, że będzie robiła różańce. Poprosiła, żeby przynieść jej cienki drut, koraliki i szczypce. Wysypaliśmy to wszystko na jej stoliku. Z medycznego punktu widzenia ta praca była absolutnie niewykonalna; Greta nie mogła poruszać palcami. Na drugi dzień na stoliku leżały precyzyjnie wykonane różańce, wszystkie takiej samej długości, bezbłędnie powyginane druciki. A i jeszcze jedno. Czy tu jest brudno?

Pytanie tej miłej kobiety wprowadziło mnie i Martina w zakłopotanie. Rozejrzeliśmy się po niewielkim pokoju. Wszędzie było sterylnie czysto.

No właśnie. Nie sprzątam tutaj od chwili śmierci Gerty. Tydzień po jej śmierci przysłałam tutaj córkę, żeby starła kurze, umyła okna i podłogę. Wróciła po kwadransie i powiedziała: „Mamo, tam nie ma nic do sprzątania, jest czysto”. Od tego czasu nigdy tu nie sprzątamy. Każdy z sąsiednich pokoi muszę sprzątać co najmniej raz na tydzień. Mieszkamy przy głównej ulicy, okna się brudzą, dużo kurzu. W tym pokoju sprzątają aniołowie”.

Ta kobieta nie wyglądała na fanatyczkę. Przypomniałem sobie rozmowę sprzed kilku dni z jedną z osób, która znała Gretę, była świadkiem jej piątkowych cierpień. W pewnym momencie podczas rozmowy ta piękna kobieta sięgnęła ręką za dekolt. Odwróciłem wzrok. Moja rozmówczyni uczyniła ruch ręką wokół głowy i zdjęła z szyi różaniec. Podała mi go na ręce i powiedziała poważnie: Zrobiony przez aniołów. Otrzymałam od Grety.

Po wizycie w Heede wracaliśmy z księdzem Martinem do miejsca, gdzie mieszkaliśmy. W pewnym momencie Martin popatrzył na mnie i spokojnie powiedział: Mój ojciec był w Waffen-SS.

Przez chwilę w samochodzie panowało milczenie. Słyszeliśmy cichy pomruk silnika i szum klimatyzacji. Po chwili Martin zaczął cicho mówić: Wiem, co to było SS i co robili we wschodniej Europie; więcej niż chciałbym wiedzieć… Kiedy rozpoczęła się wojna mój ojciec był gimnazjalistą. Razem z kolegami zgłosił się do wojska na ochotnika, byli pełni entuzjazmu. Zdrowi i wysportowani, dostali się do doborowych oddziałów SS. Ojciec wrócił z wojny w 1949 roku. Miał szczęście, bo dostał się do niewoli amerykańskiej. Amerykanie w miarę szybko zwolnili z niewoli żołnierzy z Wehrmachtu, a wszystkich z SS zabrali do Stanów Zjednoczonych. Pośród pól bawełny w Alabamie Amerykanie zbudowali obóz jeniecki dla dawnych SS-manów. Tam przez trzy lata oglądali filmy z Auschwitz, musieli słuchać opowieści dawnych więźniów, oglądali zdjęcia z egzekucji, rozmawiali z psychologami. Po przyjeździe do Niemiec ojciec nigdy już nie wrócił w swoich wspomnieniach do czasów wojennych. Był szanowanym mieszkańcem naszego miasta. Tak jak jego ojciec, został wybrany na mera naszego miasteczka. Pełnił tę funkcję przez kolejne kadencje aż do przejścia na emeryturę. Był znany w miasteczku z tego, że od czasu powrotu z wojny zawsze głosował i wypowiadał się przeciwko opinii większości. Nawet w oczywistych sprawach, gdy wszyscy zgadzali się co do budowy drogi czy przeprowadzenia kanalizacji, ojciec szukał dziury w całym i nie głosował razem ze wszystkimi.

Milczeliśmy. Myślałem o źródłach powołania kapłańskiego Martina i o jego osobistej więzi z objawieniami z Heede. Myślałem o źródłach swojego powołania.

Wracając do domu zajechaliśmy jeszcze do jednej wsi. Wśród luźno rozrzuconych domów, otoczonych drzewami, stał niewielki, ceglany, stary kościół. W bocznej nawie wisiał kilkumetrowy krucyfiks z postacią Chrystusa naturalnej wielkości. Martin opowiedział mi o nowym zwyczaju, który powstał, kiedy po II wojnie światowej wrócili tutaj weterani, niektórzy jako fizyczni inwalidzi, wszyscy poturbowani duchowo.

W każdy piątek o godzinie 15 grupa okolicznych mieszkańców przychodziła do kościoła. Zdejmowali ten ciężki, ogromny krucyfiks i chodzili z nim wokół kościoła. Mężczyźni i kobiety, weterani, sieroty i wdowy, ci, których sumienia były ciężkie od popełnionych zbrodni i ci, którzy pokutowali za zbrodnie innych, przestępcy i ofiary.

Powoli, krok za krokiem wracaliśmy do samochodu. Myślałem o swoim ojcu, absolwencie szkoły marksizmu-leninizmu, śledczym Urzędu Bezpieczeństwa, który z dumą pisał w swoim życiorysie, że jako milicjant w służbie Polski Ludowej został ranny podczas walk z bandami w lasach na Lubelszczyźnie.

Przebijając ciemność reflektorami, milcząc jechaliśmy do domu. Dwaj kapłani. Niemiec i Polak. Syn SS-mana i syn ubeka. Bardzo sobie bliscy.

Jarosław Kupczak OP

Tekst pochodzi z 79 nr kwartalnika „Fronda Lux”.