Orbi-1

MATYSZKOWICZ&ORBITOWSKI POGADUCHA TRZECIA: O LITERATURZE PRAWDZIWIE MĘSKIEJ

Te wszystkie potwory, które pojawiają się w horrorach, w jakiś sposób symbolizują zagrożenie, któremu mężczyzna swoimi wszystkimi męskimi siłami nie będzie w stanie sprostać
Mateusz Matyszkowicz: Twoi bohaterowie z debiutanckiego Horror show rozprawiają o Mastertonie i Kingu. Kłócą się o literaturę prawdziwie męską.
Łukasz Orbitowski: Ach, ale byłem wtedy młody.
M.M.: Tak, na stoliku przy łóżku, między czapką a książką Mastertona […]. Lubisz horrory? Tak sobie, ale Mastertona uwielbiam. Widzisz koleś, taki King nudzi, po prostu facet nie uśnie, jak nie walnie opisu na rozdział, jak baba je kotleta, czy coś podobnego.

Ł.O.: Tutaj jest ewidentny błąd, bo King pisze o Ameryce, a tam raczej są steki albo hamburgery. Instytucja kotleta jest raczej nieznana, więc myślę, że w całej twórczości Kinga nie ma nic o kotlecie.
M.M.: To był błąd młodzieńczy autora, ale skupmy się na samym przedmiocie. Jest coś takiego jak babska literatura, którą przeciwstawiamy męskiej literaturze? Jest jakaś literatura, po którą kobieta nie sięgnie?

Ł.O.: Być może tak jest. Mnie się w ogóle wydaje, że taka klasyfikacja jest trochę dziełem księgarzy, którzy muszą te książki jakoś upychać po półkach. Poza tym, tu chyba nie odkryję Ameryki, w sformułowaniu „babska, kobieca literatura” jest coś takiego uwłaczającego, że to są głównie jakieś takie tandetne powieści miłosne, ewentualnie literatura gatunkowa złączona z powieścią miłosną. Na przykład jest taka babeczka, nazywa się Tess Gerritsen, pisze kryminały i w nich właśnie głównym wątkiem jest nie poszukiwanie jakiegoś tam zabójcy, ale uczucie, które rodzi się pomiędzy parą detektywów. To zawsze tak wygląda i prawdę powiedziawszy, spotkałem w życiu sporo kobiet i żadna nie czytała literatury kobiecej. Może literaturę kobiecą czytają na przykład faceci, tylko się do tego nie przyznają.

M.M.: Być może, w każdym razie jest cała tradycja czarnego kryminału, w którym bohater rzadko kiedy jest związany z jedną kobietą przez całe życie, chociaż być może darzy którąś jakimiś szczególnymi względami, ale nie wiedzie mu się w tym najlepiej. Jest obecny w tych książkach alkohol w jakimś stopniu…

Ł.O.: Bo są to rzeczy, które samca interesują, prawda…

M.M.: I męska melancholia.

Ł.O.: I męska melancholia, która jest najłatwiejszym sposobem na markowanie jakiejś duchowej głębi. Jeżeli facet ma jakiś lekki weltschmerz, jeśli jest mu źle na świecie, to znaczy, że nie jest całkiem pusty i tępy, prawda? To jest taki pierwszy schodek na drodze do pokazani męskiej duchowości, jeżeli coś takiego istnieje. To dodaje bohaterowi jakiegoś półcienia fajnego. Tak mi się wydaje, oczywiście ja bardzo Chandlera, a zwłaszcza Hammetta sobie cenię.

M.M.: A Agathę Christie?

Ł.O.: Już chyba mniej. To znaczy wstyd się przyznać, ale Agatha Christie chyba przynależy w moim wypadku do takiego świata, w którym się znajduje: Jack London, Walter Scott, Verne i tak dalej, i tak dalej. Była to autorka, którą czytałem na moment przed pierwszą próbą przeskoczenia w tak zwane dorosłe książki.
M.M.: Dobra, jeszcze motyw męskiej literatury i motyw grozy, bo ta też wydaje się bardzo mocno przynależna do tego typu literatury. Jakieś poczucie zagrożenia, ale zagrożenia innego niż w kobiecej literaturze. Czym jest w ogóle taka perspektywa zagrożenia dla faceta, dla pisarza, dla czytelnika męskiego?
Ł.O.: Ja nie wiem, czy pisarz jest tożsamy z męskością, ale wydaje mi się, że…

M.M.: Dla męskiego pisarza, to miałem na myśli.
Ł.O.: Dla męskiego pisarza… Ja się trochę do tej roli poczuwam. Kluczowym lękiem, mówię o lęku właściwym tej grupie, o której rozmawiamy, to chyba jest rzeczona utrata tego atrybutu męskiego, czyli nie mówię tutaj na przykład o kastracji, bo to jest jednak coś, co się nie zdarza, ale chociażby osunięcie się w chorobę, która odbierze przymioty męskości, która odbierze nam na przykład atrakcyjność seksualną czy możliwość siłowej konfrontacji z drugim facetem. Innymi słowy, boimy się utraty własnej seksualności i utraty jakiejś męskiej siły. Tak przynajmniej na to patrzę i być może nawet te wszystkie potwory, które pojawiają się w horrorach, w jakiś sposób symbolizują to zagrożenie, któremu mężczyzna swoimi wszystkimi męskimi siłami nie będzie w stanie sprostać.
M.M.: I to jest jakieś katharsis? To znaczy po przeczytaniu takiej powieści czujesz się bardziej facetem, czujesz się oczyszczony z lęku męskiego?
Ł.O.: Nie przesadzałbym z wpływem literatury na moje życie. Mnie raczej książki w ogóle nie oczyszczają. Nie miałem nigdy takiego poczucia, że się z czymś uporałem, uczestnicząc w procesie lektury. Mało tego, pisząc, najczęściej nie potrafię się z niczym uporać, bo te demony powracają.
M.M.: Kiedy miałeś piętnaście lat, czytałeś na przykład Pana Samochodzika?

Ł.O.: Nie, nie, nie, już nie.

M.M.: Wcześniej?
Ł.O.: Pana Samochodzika czytałem, jak miałem dziesięć, dwanaście lat. Wcześnie zacząłem czytać i bardzo dużo czytałem. Jak miałem piętnaście lat, to zaczytywałem się właśnie w Kingu i Mastertonie. To była fascynacja, co jest dla mnie dowodem, że tak naprawdę to są autorzy dla młodzieży. Oczywiście, ich nie można sprzedawać jako autorów dla młodzieży, bo piszą książki o okrucieństwie i stosunkach seksualnych. Zwłaszcza Masterton ma te swoje opisy na wiele, wiele stron, ale po co dojrzałemu facetowi pornograficzny opis stosunku seksualnego na te trzy, cztery strony, skoro jest to rzeczywistość w jakiś sposób mu znana, a nawet bliska, a jak masz piętnaście lat, to cię to kręci.

Dalszy ciąg w najnowszym numerze Frondy LUX nr. 75