michel-houellebecq_2284312_800x400

Michał Dorociak: Resurrectione

Niefortunny powrót

7 stycznia 2015 roku odbyła się od dawna oczekiwana francuska premiera najnowszej książki Michela Houellebecqa Soumission (Posłuszeństwo/Poddanie). Choć od publikacji jego ostatniej powieści, Mapy i terytorium, za którą otrzymał prestiżową nagrodę Goncourta (najważniejsze literackie wyróżnienie we Francji), minęło pięć lat, przez ten czas pisarz nie pozwalał o sobie zapomnieć. W 2012 roku, gdy Gerard Depardieu opuszczał Francję ze względu na wprowadzenie 75-procentowego podatku dla najbogatszych, Houellebecq przekornie postanowił do Francji powrócić po ponad 10-letnim pobycie w Irlandii. W zeszłym roku pojawił się na ekranach kin w paradokumentalnym filmie Porwanie Michela Houellebecqa, gdzie, jak można się domyślić, grał samego siebie. Także w roku ubiegłym we Francji wydana została książka Houellebecq économiste (Houellebecq ekonomista), w której Bernard Maris stara się ukazać Houellebecqa jako autora zdolnego powiedzieć nam o obecnym kryzysie i możliwościach wyjścia z niego więcej niż jakikolwiek prawdziwy ekonomista. Informacja o przygotowywaniu przez pisarza nowej książki spotkała się więc z natychmiastowym zainteresowaniem opinii publicznej. Było ono tym większe, że osnową fabuły miało być zwycięstwo kandydata Bractwa Muzułmańskiego w wyborach prezydenckich we Francji A.D. 2022. Biorąc pod uwagę wcześniejsze wypowiedzi autora, skandal wydawał się gwarantowany. Houellebecq niejednokrotnie dawał wyraz swojej niechęci wobec islamu, który w jednym z wywiadów nazwał nawet „najgłupszą religią świata”. Jako że następnie wygrał proces, który został mu wytoczony za powyższe słowa, wielu mogło się spodziewać, że Soumission, którego tytuł stanowi próbę przetłumaczenia na język francuski samego słowa „islam”, będzie stanowiło kolejną dosadną krytykę religii muzułmańskiej.

W dniu premiery półki paryskich księgarni zapełniły się więc najnowszą pozycją wydawnictwa Flammarion. Pasażerowie metra (które, jak warto przypomnieć, w stolicy Francji liczy 14 linii!) od rana łapczywie pochłaniali pierwsze strony powieści, nie spodziewając się nadchodzącej tragedii.

7 stycznia 2015 roku został bowiem zapamiętany nie jako data publikacji najnowszej książki Michela Houellebecqa, lecz jako dzień największego ataku terrorystycznego we Francji w przeciągu ostatnich 20 lat. Dwaj zamaskowani napastnicy, wykrzykując „Allahu akbar”, wdarli się do redakcji tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo” słynącego z karykatur i drwin również z religii muzułmańskiej, zabijając 12 osób (w tym 9 członków redakcji, pośród nich wspominanego powyżej Bernarda Maris) i raniąc kolejnych 11.

Michel Houellebecq natychmiast wycofał się z kampanii promocyjnej swojej książki i opuścił Paryż. Mimo to wydawało się, iż we Francji może dojść do wojny kulturowej, gdzie karabinom zostaną przeciwstawione ołówki (wznoszone ponad głowy przez manifestantów gromadzących się w Paryżu i innych miastach, którzy w ten sposób pragnęli wyrazić swoje poparcie wobec zamordowanych dziennikarzy), a pisarz, którego Soumission w ciągu tylko pięciu dni sprzedało się w liczbie ponad 120 tys. egzemplarzy, zostanie jej patronem.

Tak się jednak nie stało.

Korekta

Nie stało się tak, gdyż Francja takiej wojny nie jest w stanie dzisiaj podjąć, co nie może być jednak tematem tego tekstu, oraz dlatego że sam Houellebecq mocno zrewidował swoje wcześniejsze stanowisko, co już tematem tego tekstu może być, a nawet będzie.

W jednym z wywiadów udzielonych parę dni po premierze pisarz przyznał, że zmienił swoje przekonanie, co do islamu, twierdząc, że choć w minimalnym stopniu uczciwa interpretacja Koranu nie może prowadzić do dżihadyzmu. Wręcz przeciwnie, „pogłębiona lektura” tej świętej księgi doprowadziła go do odkrycia w niej źródła żywotnych sił, które mogłyby wskrzesić Europę i Francję. Niegdysiejsza pierworodna córa Kościoła, a wraz z nią cały Stary Kontynent potrzebują dzisiaj nowych rozwiązań, gdyż według słów Houellebecqa z innego wywiadu: Ateizm jest martwy. Laickość jest martwa. Republika jest martwa. Czy islam może więc być ratunkiem dla umierającej, a może już nawet zmarłej, cywilizacji europejskiej?

Na zakręcie

Niedaleka przyszłość, rok 2022. Bohaterem Soumission jest François, profesor literatury na Uniwersytecie Paris III Sorbonne Nouvelle (drobne wyjaśnienie dla polskiego czytelnika: w 1970 roku jako konsekwencja studenckiej rewolty z 1968 roku Uniwersytet Paryski został podzielony na 13 autonomicznych uczelni. 3 z nich korzystają dzisiaj z kompleksu budynków, który od czasów średniowiecznych nazywany jest „Sorboną” i stąd w ich nazwie pojawia się słowo „Sorbonne”: Uniwersytet Paris I Panthéon-Sorbonne, Uniwersytet Paris III Sorbonne Nouvelle oraz Uniwersytet Paris IV Paris-Sorbonne. Spośród wymienionej trójki uniwersytet, na którym wykłada główny bohater książki, pozostaje najmniej prestiżową uczelnią). François to samotny mężczyzna w średnim wieku, którego największym przyjacielem pozostaje Joris-Karl Huysmans, pisarz z końca XIX wieku, Francuz rzecz jasna, najpierw dekadent, potem naturalista, aż w końcu katolik. François poświęciwszy się karierze uniwersyteckiej, pędzi spokojny i w gruncie rzeczy dosyć monotonny żywot w małym mieszkanku w chińskiej dzielnicy Paryża. Jedynym urozmaiceniem są dla niego kolejne partnerki, najczęściej jego studentki, których następstwo wyznaczane jest przez początek i koniec kalendarza akademickiego. Zdystansowany od spraw politycznych, które jak dotąd przykuwały jego chwilowe i raczej wymuszone zainteresowanie ze średnią częstotliwością raz na pięć lat, przy okazji nader mało pasjonujących debat pomiędzy kandydatami na urząd Prezydenta Republiki, próbuje jakoś bez większego wysiłku i bólu przemknąć przez życie. Idealnie wpisawszy się w rytm działania epoki późnego kapitalizmu, z nienaganną dokładnością powtarza kolejne czynności nań się składające: produkcję (w jego przypadku praca dydaktyczna i naukowa) oraz konsumpcję, którą można nazwać spotkania z jego partnerkami, traktowanymi niczym erotyczne towary. Kołowrót egzystencji człowieka nowoczesnego, raz wprawiony w ruch, przez lata wydawał mu się obracać bez większych zgrzytów. Do czasu.

W pewnym momencie w życiu François coś zaczyna się załamywać. Od rozstania z jego ostatnią partnerką, które nastąpiło jak zawsze przed rozpoczęciem kolejnego roku akademickiego, minęło kilka miesięcy, a jak dotąd nikt nie zajął jej miejsca. Przerażony perspektywą andropauzy, bohater Houellebecqa stara się przekonać samego siebie o swoich wciąż utrzymujących się siłach seksualnych, lecz wyraźna zmiana w jego stosunku do życia erotycznego zdaje się mu coraz wyraźniej objawiać. Skrzętnie tuszowana samotność nie daje się już obezwładniać z taką samą łatwością jak kiedyś. Początkowo zdezorientowany, François zaczyna powoli oswajać się z myślą, że to, co odczuwa, to jakaś dziwna potrzeba bliskości z drugą osobą. Co najgorsze, nie są już jej w stanie zaspokoić przypadkowe spotkania z przypadkowymi partnerkami.

Vive la République… Islamique!

Temu przewartościowaniu na poziomie jednostkowym w książce Houellebecqa odpowiada kryzys na płaszczyźnie społecznej. Przekwitanie głównego bohatera zbiega się bowiem w czasie z wyborami prezydenckimi we Francji. Po raz pierwszy od lat do drugiej tury nie przechodzi ani kandydat Partii Socjalistycznej, ani kandydat tradycyjnej prawicy (zarówno obecnie, jak i w książce reprezentowanej przez UMP – ugrupowanie w Polsce kojarzone głównie z byłym prezydentem Nicolasem Sarkozym). Zamiast tego zmierzyć się mają ze sobą reprezentanci teoretycznie dwóch najbardziej wrogich sobie obozów: Marine Le Pen, stojąca na czele Frontu Narodowego, oraz kandydat Bractwa Muzułmańskiego – Mohammed Ben Abbes.

Francja staje więc na progu wojny domowej. W Paryżu i na prowincji szerzą się zamieszki i starcia zwolenników obydwu stron. Ludzie zaczynają ginąć na ulicach. Druga tura wyborów musi zostać powtórzona ze względu na ataki na komisje wyborcze. Kraj wydaje się pogrążać w coraz większym chaosie.

W celu zażegnania tego kryzysu wszyscy pozostali kandydaci postanawiają udzielić swojego poparcia przywódcy Bractwa Muzułmańskiego. Mohammed Ben Abbes zostaje pierwszym muzułmańskim prezydentem Republiki Francuskiej. Powoli na powrót zostaje wprowadzany porządek. Jak się okaże, będzie miał on jednak zupełnie nowy charakter.

Świat polityki, od którego François jak dotąd tak skutecznie się izolował, zaczyna nagle coraz mocniej ingerować w jego życie. Na początku to sam bohater zaczyna nieśmiało odczuwać zainteresowanie zmieniającą się sytuacją, mając cichą nadzieję, że polityka zdoła wypełnić pustkę po jego słabnącym życiu seksualnym. Wkrótce staje się jednak jasne, że przeobrażenia polityczno-społeczne osiągają taką skalę, że nikt nie będzie już w stanie od nich uciec. Nawet jeśli przez całe dotychczasowe życie doskonale udawało mu się zawsze być tylko z boku.

We Francji dochodzi więc do kolejnej w historii rewolucji. Chociaż kraj ten przyzwyczajony jest do burzliwych przewrotów, przeradzających się w krwawy terror, dla którego bez różnicy jest to, czy ofiara składana jest z wrogów, czy z wczorajszych przywódców, tym razem jest inaczej. Zaprowadzenie nowego porządku kulturowego dokonuje się przy użyciu nowych metod. Paradoksalnie kultura islamu, naznaczona piętnem dżihadu – szału świętej wojny przeciwko niewiernym, która w epoce nowoczesnej upodobała sobie formę terroryzmu (o czym przypominają chociażby wydarzenia z dnia premiery książki) – zostaje zamontowana w Republice Francuskiej w sposób dużo bardziej pokojowy niż wtedy, gdy to europejska cywilizacja oparta na przyrodzonych i niezbywalnych prawach człowieka zwykła dokonywać wewnętrznych przesunięć w swoich ramach.

Mimo pokojowego charakteru przemian ich wymiar wydaje się jednak ogromny. We François uderza to najmocniej, kiedy zostaje pozbawiony możliwości przyglądania się na korytarzach wydziału wdziękom młodych studentek – krótkie spódniczki i obcisłe legginsy zostają nagle zastąpione przez jeszcze niedawno zabronione burki.

Mohammed Ben Abbes okazuje się pierwszym od dawna politykiem z wizją. Tą wizją jest całkowite odwrócenie się od zsekularyzowanego liberalizmu.

W wyniku przeprowadzonych przez niego reform w od ponad 100 lat laickiej Francji szkolnictwo publiczne staje się religijne. Nauczyciele i profesorowie, aby móc dalej nauczać, muszą przejść na islam.

Rodzina znów ma być podstawową komórką społeczną. W tym celu należy zmienić obecny system gospodarczy – prezydent, odwołując się do doktryny dystrybucjonizmu (stworzonej na przełomie XIX i XX wieku przez katolika G.K. Chestertona), chce odejść od kapitalizmu zdominowanego przez międzynarodowe korporacje na rzecz wolnego rynku, którego podstawowym podmiotem jest właśnie rodzina, będąca wspólnotą nie tylko emocjonalną, ale również produkcyjną. Unia Europejska pod wpływem mocnych inspiracji Ben Abbesa zwraca się ku krajom Maghrebu, a później coraz bardziej przenosi swój punkt ciężkości na obszar Morza Śródziemnego – odnowienie Cesarstwa Rzymskiego ma być jedynym rozwiązaniem, aby Europa odzyskała utracony status światowego hegemona.

I w końcu najważniejsza reforma, powiązana ze wskazanymi powyżej zmianami, która w sposób najbardziej symboliczny przekreśla dotychczasowy dorobek, kulturowy fundament, dotąd jednak chrześcijańskiej Europy i sankcjonuje nadejście „nowego” – legalizacja poligamii. Europa się kończy, ale może zarazem znowu się zaczyna? Czy istotą naszej cywilizacji nie były wciąż nowe początki? Może czas na kolejny, choćby nawet bardzo radykalny?

Potrzeba nowego początku

Michel Houellebecq, począwszy od swojej pierwszej książki, pozostaje stanowczym krytykiem współczesnej cywilizacji europejskiej. Od czasu Poszerzenia pola walki zwraca uwagę na samotność i zagubienie człowieka przełomu tysiącleci, który nie jest w stanie spełnić obietnicy nowoczesności – ku swojemu wielkiemu rozczarowaniu nie może on zrealizować swojego wyemancypowanego „ja”, które pozbawione wszelkich ograniczeń powinno w konsumpcjonizmie i hedonizmie wypełniać swoje możliwości aż do ekstremum. To „ja” rozpada się bowiem wraz z kulturowo-etyczno-religijnym fundamentem, który w świecie postmetafizycznym zostaje obrócony w drobny pył. Houellebecq świetnie dostrzega, że człowiek definiuje się poprzez swoje granice, a nie ich brak. Bez formy materia się rozpływa. Człowiek przestaje istnieć, a w jego miejsce powstaje uniwersalna ektoplazma, która wciąż żyje, porusza się, być może nawet rośnie, ale nic nie czuje. Z pewnością odbiera silne, a nawet coraz silniejsze bodźce, ale w tym nie różni się niczym od niektórych gatunków małp, które nauczyły się pozyskiwać silne substancje z tropikalnych roślin, aby wprowadzać się w narkotyczny stan upojenia. W miejsce człowieka jako podmiotu pojawia się człowiek jako gatunek właśnie, którego jedynym celem jest przetrwanie, najlepiej w komfortowych warunkach.

Soumission stanowi więc swoiste podsumowanie twórczości Houellebecqa. Choć momentami jest być może zbyt pretensjonalne, zbyt czarno-białe, pozostaje szczerym głosem mędrca. Przypowieścią o przyszłości Europy. Ostrzeżeniem i próbą przebudzenia Europejczyków, których ziemia obiecana nowoczesności stała się już tylko ciągłą karuzelą. Kręcącą się może i coraz szybciej, ale bez celu. Czas może bowiem posiadać sens, tylko jeśli ma postać liniową, kiedy jest prostą zmierzającą w określonym kierunku. Tym kierunkiem przez wieki było w Europie Zbawienie. Powtórne przyjście Chrystusa u schyłku Dziejów było tym, co oświetlało i nadawało znaczenie wszystkim wydarzeniom. Teraz wszystko pozostaje w ciemności. Kto pomoże nam z niej wyjść?

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 75.