amy

Mikołaj Mirowski: Amy Winehouse jako wyrzut sumienia

Parafrazując końcową scenę z Salta Tadeusza Konwickiego, Amy Winehouse mogłaby powiedzieć: I co tak wytrzeszczacie ślipia na mnie? Przecież ja jestem jedną z was. Mieszkamy w tym samym domu. Razem podnosimy się z dna i chwytamy się kurczowo drabiny prowadzącej do nieba. Drabiny, w której nie ma szczebli.

Inny dokument

Dokument muzyczny Amy w reżyserii Asifa Kapadii to rzecz wyjątkowa i ponadprzeciętna. Trzeba go zobaczyć! Reżyser stworzył dzieło poruszające, a wręcz – nie waham się tego powiedzieć – znakomite, ale także niestandardowe jak na film dokumentalny. Gdy wybierałem się do kina, aby obejrzeć ten obraz, zdawałem sobie sprawę ze skali trudności, jakie zawsze niesie ze sobą próba stworzeniu filmowego fresku o nieprzeciętnej gwieździe, która odmieniana była przez wszystkie przypadki przez współczesną popkulturę. Zastanówmy się, ile tego typu standardów narracyjnych już oglądaliśmy, gdzie bohaterem był genialny muzyk, ekscentryczny i wybitny aktor, zdziwaczały, lecz genialny reżyser czy nawet cierpiący na manię wielkości polityk. W przypadku Amy Winehouse rzecz wyglądała jeszcze trudniej. Poprzeczka zawieszona była wysoko, bo przecież każdy z nas doskonale wiedział, jak jej historia się skończy, jaki będzie tragiczny finał tego młodego życia. Zamknięcie filmowej opowieści oraz forma dokumentu tworzyły – jak można było przypuszczać – dość sztywne ramy. Wydawało się, że zobaczymy na ekranie to, co oczywiste – fatalistyczny obraz niesamowicie utalentowanej, ale zagubionej dziewczyny, lecącej niczym ćma do światła, wprost ku samozagładzie. Mogliśmy przypuszczać, że przyjdzie nam oglądać kolejne stopnie porywającej, lecz krótkiej kariery artystki, a także nieodzowną jej anihilację. Krótko mówiąc: kolejna artystyczna reinkarnacja znanego hasła: sex, drugs & rock’n’roll, prowadząca do niechybnej śmierci. W tle mogła nam tu dodatkowo kołatać legenda klubu 27, której kolejnym rozdziałem okazała się Amy Winehouse. Tymczasem Asif Kapadia zaskoczył. I to jak! Stworzył unikalny, może ponadczasowy dramat na miarę antycznej tragedii. Tyle że zamiast Antygony obsadzona została w nim Amy Winehouse. To jednak nie koniec, gdyż jednocześnie mamy do czynienia z uniwersalną historią, będącą w zasadzie poważnym aktem oskarżenia przeciwko ponowoczesności, popkulturze i bezwzględnym mediom. Jaki obraz wyłania się z tej mikstury? Otóż oglądamy niepodkolorowany, do bólu prawdziwy portret skromnej, zwyczajnej dziewczyny z północnego Londynu, z tym wyjątkiem, że obdarzonej diabelsko pięknym, wprost nieprzystającym do jej postury głosem. W pierwszej części filmu widzimy prywatne nagrania ze znajomymi, wypady do pubów… ot, zwykłe życie angielskiej nastolatki. Należy też podkreślić, że w sensie technicznym reżyser nie eksperymentuje z formą. Nie ma tam, spotykanych od czasu do czasu we współczesnym dokumencie, fajerwerków. Opowieść jest jak najbardziej linearna. Brakuje za to gadających głów, co początkowo można uznać za defekt, a co okazuje się niezwykle trafnym posunięciem. Wszystkie opowieści świadków życia piosenkarki padają z offu i ilustrowane są archiwalnym filmami. Zabieg ten sprawia, że podczas seansu zapominamy niejednokrotnie o tym, że oglądamy dokument. Taki sposób opowiadania przypomina klasyczną fabułę – zwłaszcza że niektóre sceny są dojmująco filmowe, jak np. nagranie, na którym piosenkarka w wieku 14 lat śpiewa Happy Birthday. Sugestywność tych ujęć powoduje, że przez chwilę zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie jest to scena odegrana jak najbardziej współcześnie. Teraźniejszość, jaką odczuwa Amy, jest naszą rzeczywistością. To poczucie swoistej identyfikacji z bohaterką stanowi ogromny walor tego filmu. Przez cały czas oglądamy jej świat, praktycznie nie spuszczamy artystki z oka – widzimy ją jako szczerą, zabawną dziewczynę z charakterem. Niedążącą też do bycia gwiazdą, a raczej pragnącą robić tylko tę jedną, jedyną rzecz, którą potrafi najlepiej – śpiewać. Im dłużej oglądamy zwyczajny świat Amy, tym lepiej rozumiemy, jak za chwilę będzie się ona psychicznie zmagać ze swoim oszołamiającym sukcesem. Jak wiemy, ostatecznie sytuacja ją przerośnie i będzie zaczątkiem spektakularnego upadku piosenkarki. Wszechogarniający świat show-biznesu sprawi, że otoczy ją coraz więcej dziwnych ludzi, których z trudem będzie mogła zrozumieć. Mimo to Amy wciąż pozostanie niewystylizowaną i niepokorną piosenkarką jazzową (co na każdym kroku podkreślała).

Otwarta książka

Nie jestem, nie byłem i nie będę krytykiem muzycznym. Twórczość Amy Winehouse znałem i ceniłem jako przeciętny słuchacz nieco ambitniejszej muzyki popularnej, nie wgłębiając się szczególnie w wartość tekstową poszczególnych piosenek, w ich ukryty sens. Nie zajmowałem się odkrywaniem ich podwójnego dna. Właściwie dopiero dzięki filmowi Asifa Kapadii mogłem zauważyć i zrozumieć, jak niemal każdy z utworów jest nierozerwalnie spleciony, wręcz zrośnięty z jego wykonawczynią. Jak wiele mówią one o jej zmaganiach z rzeczywistością, bólu, fatalizmie, a także potwornej samotności. Amy Winehouse była niczym otwarta książka, a słuchając jej piosenek, możemy się dowiedzieć o niej w zasadzie wszystkiego – począwszy od zawodów miłosnych, na toksycznej relacji z ojcem kończąc. Za idealny przykład niech posłuży jeden z jej najbardziej znanych utworów – Rehab, gdzie na pytanie o pójście na odwyk odpowiada: nie, nie, nie. Z kolei gdy w piosence You Know I’m No Good śpiewa: Wtedy zauważasz małe otarcie na mojej skórze/ Żołądek podchodzi mi do gardła, a wnętrzności skręcają/ Ty wzruszasz ramionami i właśnie to jest najgorsze/ Aby być tym, który wetknie ten nóż jako pierwszy – wszystko jest jasne i oczywiste. Film Asifa Kapadii – tak jak jego bohaterka – jest niesamowicie autentyczny i nie pudruje rzeczywistości. Widzimy jak na dłoni postępujące uzależnienie Amy od alkoholu i narkotyków oraz jej bezradną i ślepą ucieczkę w świat odrealniony. Dostrzegamy chaos, w którym tkwi, rzucona na jego pożarcie. Obserwujemy świat mediów, które się nią żywią, niszczą i kpią z jej uzależnienia, by po chwili cynicznie martwić się o stan jej zdrowia. Wreszcie widzimy najbliższych, którzy także przyłożyli swoją cegiełkę do jej postępującej autodestrukcji. Na pewno filmem nie będzie zachwycony ojciec piosenkarki – człowiek, który bardziej niż własną córkę pokochał jej rosnącą popularność. Drugim czarnym charakterem jest tu mąż Amy – Blake, w którym była beznadziejnie zakochana, a który wciągnął ją w świat twardych narkotyków, potęgując tylko tkwiące w niej dążenie do samozniszczenia. Jakże znamienne są niektóre sceny tego dokumentu. Chociażby ta, w której paparazzi osaczają Amy wychodzącą z własnego domu. Dźwięk fleszy ich aparatów fotograficznych wydaje się wzmocniony i brzmi jak zabójcze ciosy w nią wymierzone. Ona kuli się, jakby otrzymywała rany po celnych i bolesnych razach. Jak wzruszającą jest scena, kiedy Amy Winehouse nagrywa – wraz z legendą amerykańskiego jazzu Tonym Bennettem – utwór Body and Soul, przerywając niejednokrotnie pracę, by wyrazić niezadowolenie ze swojego śpiewu… Za każdym razem śpiewa jednak pięknie, co bezskutecznie próbuje jej wytłumaczyć sam Bennett.

Wszystko albo nic

Amy Winehouse była postacią niezwykłą, nie tylko jako artystka jazzowa. Wydaje się, że była też osobą jakby z innej epoki. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale życie Amy – niczym u Czechowa, gdzie strzelba musi wystrzelić w ostatnim akcie – nieuchronnie zmierzało do tego, by zasilić równie legendarny, co zmitologizowany klub 27. Nie ma przesady w konstatacji, że swoją szczerością i bezkompromisowością Amy Winehouse najpełniej egzemplifikowała zasadę „wszystko albo nic”. Spalała się, tworząc muzykę, którą wyrażała z głębi duszy i całym swoim jestestwem. Nigdy się nie oszczędzała – jeśli kochała, to miłością szaleńczą, opętaną i bez jakichkolwiek hamulców. Życie zawsze u niej odbijało się od brzegu do brzegu, nie było w nim ani umiaru, ani spokoju. Było zachłanne – można by rzec, że na wiecznym, nigdy nienasyconym odlocie lub upojeniu. Gdy jedna z dziennikarek zapytała ją, czy dba o swój wizerunek, Amy szczerze odpowiedziała, że nie wie, co to takiego. W dzisiejszym świecie uładzonych gwiazd popkultury, od początku do końca wymyślonych przez marketing, ona była jakby wyjęta z lat 70. i 80. Nienasycona artystka, która idzie na czołowe zderzenie ze światem, dla niej coraz bardziej nieprawdziwym, plastikowym i ociekającym fałszem ponowoczesności. Tymczasem w świetle fleszy publiczność ogląda jej upadek. Dużo racji ma Asif Kapadia, gdy mówi, że wszyscy mieliśmy udział w jej tragedii: Komentowaliśmy artykuły, posty, oglądaliśmy parodie, wysłaliśmy tweety […], Jesteśmy nieodłączną częścią tej machiny. To prawda – jej los powinien być dla nas wszystkich wielkim wyrzutem sumienia. Parafrazując końcową scenę z Salta Tadeusza Konwickiego Amy Winehouse mogłaby powiedzieć: I co tak wytrzeszczacie ślipia na mnie? Przecież ja jestem jedną z was. Mieszkamy w tym samym domu. Razem podnosimy się z dna i chwytamy się kurczowo drabiny prowadzącej do nieba. Drabiny, w której nie ma szczebli. Nikt tak jak Amy Winehouse, nie nadawałby się na bohatera – podlanego Facebookiem i Twitterem – nowego Wszystko na sprzedaż Andrzeja Wajdy. To właśnie ona – drobna, żydowska Brytyjka, cierpiąca na bulimię i chorą duszę – mogłaby spokojnie wytatuować sobie stare, punkowe hasło „No future”. Długo drugiej takiej nie będzie…

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 76.