Mikołaj Mirowski: Pamięć i polityka w cieniu Zagłady [KOMENTARZ]

Pamięć, a także związana z nią analiza przeszłości powinny należeć do podstawowych funkcji każdego społeczeństwa i narodu. Niezależnie od okoliczności społecznych, ekonomicznych czy politycznych sfera ta niemal od zawsze nie była przynależna tylko zawodowym historykom. Taki los podzieliła także dyskusja o stosunkach polsko-żydowskich podczas II wojny światowej. Czy dziś po najpoważniejszy kryzysie w relacjach z Izraelem jesteśmy u progu „nowego otwarcia”?  

Pytanie o historię łączy się nierozerwalnie z zagadnieniem tzw. polityki historycznej. Czy chcemy tego, czy nie obraz dziejów, jak również różne wizje przeszłości od zawsze stanowiły ważny element polityki państwa. Z jak dużym natężeniem te działania były prowadzone to osobne zagadnienie, co nie zmienia faktu, że narracje dotyczące przeszłości zawsze komuś lub czemuś służyły. Nie oszukujmy się, były też praktycznym instrumentem prowadzenia polityki. Jak wiele może mieć wspólnego polityka historyczna z obiektywną prawdą historyczną? Jak prowadzić polską politykę historyczną w kontekście tak tragicznego, traumatycznego i ważącego na polskie dzieje zdarzenia, jakim była II wojna światowa? W jaki sposób polska pamięć winna się kształtować wobec Holocaustu – największej zbrodni dokonanej podczas II wojny światowej?

Na temat Zagłady napisano już bardzo wiele, niemniej podstawowe kwestie wciąż pozostają przedmiotem zaciekłych dyskusji. Temat ten jak żaden inny wykorzystywany był do politycznej instrumentalizacji. Z jednej strony każdy, kto próbuje zobiektywizować zawiłe stosunki polsko-żydowskie w czasie Holocaustu musi liczyć się z posądzeniem o antysemityzm. Z drugiej zaś próba obiektywnego ukazania różnych wymiarów postaw Polaków wobec Zagłady naraża autora na przydomek polakożercy. I tak w oczach jednych Polska pod okupacją była krajem skrajnie antysemickim, a w opinii innych jedynym miejscem w Europie, gdzie mordowanym masowo Żydom dawano schronienie i ratunek.

Spory o relacje polsko-żydowskie z przeszłości jak widać, nie chcą zniknąć z przestrzeni publicznej w Polsce, mają już też dość bogatą tradycję w historii III RP. A przedmiotem gorących debaty w obu państwach nieodmiennie stają się rocznice – wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, powstania w getcie warszawskim, pogromu kieleckiego czy wydarzeń marca 1968 roku.

Jednym z ważniejszych punktów zwrotnych w tejże dyskusji było ukazanie się w 2000 roku „Sąsiadów” Jana Tomasza Grosa. Książka ta (niezależnie od jej nierzetelności faktograficznej i innych błędów autora) spełniła funkcję detonatora i wywołała paroletnią pogłębioną dyskusję intelektualną dotyczącą udziału części polskich obywateli w Holocauście. Od tamtego momentu debata polsko-żydowska wchodziła w przeróżne zawirowania. Ostatnimi czasy pamiętamy, chociażby kontrowersyjne wypowiedziami Grossa, który twierdził, że obecny niechętny stosunek Polaków do problemu uchodźców ma związek ze wciąż nieprzepracowaną przez nasze społeczeństwo traumą Holocaustu. Oczywiście słowa wzbudziły liczne protesty i oburzenie także wśród ludzi przedtem przychylnych autorowi „Strachu” i „Złotych żniw”. Inną gorąco dyskutowaną wypowiedzą, były słowa pisarki Olgi Tokarczuk, która udzielając telewizyjnego wywiadu, po odebraniu w 2015 roku nagrody Nike za „Księgi Jakubowe” stwierdziła, iż musimy jako naród „stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy […] jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”. Także i to wystąpienie spowodowało lawinę krytycznych komentarzy, gdzie rzeczowe i spokojne polemiki z przedstawionymi tezami, korespondowały z nieprawdopodobną wręcz skalą inwektyw i bluzg.

W tym kontekście w polskiej przestrzeni publicznej powróciła również (za sprawą mitu „żydokomuny”) nieformalna „licytacja” o to, czy większymi niegodziwcami byli polsko-żydowscy komuniści aresztujący i skazujący na śmierć ludzi z niepodległościowego podziemia i współuczestniczący w stalinizacji Polski, czy też Polacy biernie przyglądający się mordom Żydów, mordujący ich w lasach, a po 1945 roku, zabijający ocalałych w pogromach.

Innym elementem komplikującym dyskusję był polski strach uwidaczniający się w zderzeniu z niemiecką polityką pamięci o II wojnie światowej. Według tych założeń centralne miejsce niemieckiego spojrzenia (co nie powinno nikogo dziwić) zajmuje Holokaust. Natomiast coraz mniej uwagi, jeśli w ogóle znajdują nasi zachodni sąsiedzi na pamięć o hitlerowskiej okupacji w Polsce i jej ludobójczym charakterze.

Osobną sprawą jest zagadnienie często pojawiającego się za granicą zniesławiającego określenia „polskie obozy koncentracyjne” lub „polskie obozy śmierci”. Epitet używany w niektórych zagranicznych mediach czy publikacjach w odniesieniu do niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych znajdujących się w granicach okupowanej Polski, nie odnosi się – jak postulowaliby niektórzy – tylko do położenia geograficznego tych obozów, ale niestety zdaje się sugerować, że zakładali je i zarządzali nimi Polacy.

Czy takie działania są zamierzone? Na pewno świadczą dobitnie o toczącej się w kwestii opowieści o II wojnie światowej swego rodzaju batalii o pamięć? Zastanówmy się. Czy sytuacja, w której prezydent Obama podczas uroczystości nadania „Medalu Wolności” (nomen-omen) Janowi Karskiemu „przejęzycza” się mówiąc o „polskich obozach śmierci”, nie jest dla Polski ostatecznym dzwonkiem alarmowym? Termin „polskie obozy koncentracyjne” pojawiał się coraz częściej również w prasie niemieckiej. W tytułach takich jak „Der Spiegel”, „Bild”, „Der Tagesspiegel”, „Stern”, „Die Welt” – czy Polska winna wytaczać tym gazetom procesy o potwarz? Czy powracające w przestrzeni publicznej tego typu określenia nie są argumentem za tezą o słabości polityki historycznej prowadzonej przez nasz kraj? Jak miałby wyglądać „ofensywna” polityka pamięci?

Odpowiedzią na te wszystkie bolączki, pytania i strachy miała być znowelizowana ustawa o IPN, gdzie postanowiono, że za pomawianie państwa i narodu Polskiego będą wytaczane procesy karne. W założeniu zapisy te miał być wzmocnieniem znajdującego się już wcześniej w ustawie o IPN passusu o „kłamstwie oświęcimskim”.

TTyle teoria, bo praktyka okazała się nader brutalna. Nowelizacja wywołała burzę i wyniku bardzo ostrych protestów izraelskich i potężnego niezadowolenia amerykańskiego (tradycyjnego sojusznika Izraela) – rząd polski postawiony został w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

Lekarstwo okazało się zabójcze niż choroba a zbitka „polish death camps” była znacznie częściej powielana niż dotychczas. Diabeł tkwi w tym, że artykuł 55 nowelizacji był szalenie nieprecyzyjny i płynny. Błędem było niezawarcie w nim literalnie frazy o „polskich obozach”. Wystarczyło po prostu uściślić, że to sformułowanie kłamliwe i jasno stwierdzić, że nie można obarczać państwa polskiego odpowiedzialnością za Zagładę, bo przecież państwo Polskie przestało istnieć w wyniku agresji III Rzeszy. Awantura medialna wokół nowelizacji wyzwoliła uśpione demony – w Polsce antysemityzmu a w Izraelu – antypolonizmu. Głos otrzymali radykałowie, uruchomiono także niszczącą dla dialogu polsko-żydowskiego zasadę „konkurencji ofiar”. Niemniej być może jednak taki „reset” obydwu krajom był potrzebny? Skoro już mleko się wylało, to warto wykorzystać tę sytuację, by zastanowić się, jaki jest bilans relacji polsko-izraelskich.

Wraz z decyzją rządu polskiego wycofującego się z kontrowersyjnych zapisów ustawy, towarzyszyła mu wspólna deklaracja podpisana przez premierów Mateusza Morawieckiego i Beniamina Netanjahu. Spór wiec kończy się mądrym i potrzebnym kompromisem. To pierwszy poważny sukces na niwie polskiej polityki historycznej Morawieckiego, który wcześniej zaliczył kilka znaczących falstartów – jak m.in. wypowiedź o „żydowskich sprawcach” czy wielce niefortunny gest złożenia kwiatów przy pomniku Brygady Świętokrzyskiej w Niemczech. Deklaracji jest o tyle istotna, że storna żydowska zgodziła się jednocześnie potępić zarówno wszelkie formy antysemityzmu, jak i antypolonizmu. Jest to godny podziwu ukłon w stronę polskiej wrażliwości. Natomiast fraza: „z dumą wspominamy heroiczne czyny licznych Polaków, w szczególności Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Nie zgadzamy się na działania polegające na przypisywaniu Polsce lub całemu narodowi polskiemu winy za okrucieństwa popełnione przez nazistów i ich kolaborantów z różnych krajów”. – sygnowana przez izraelskiego premiera może więcej zdziałać – niż niejeden pozew karny państwa polskiego. 

Rzecz jasna wspólna deklaracja dość szybko zaczęła być ostro i namiętnie krytykowana – solidarnie tak w Polsce, jak i w Izraelu. Niezadowolonych z jej treści jest wielu poważnych osób. Nie są to tylko polityczni zagończycy. Niemniej to właśnie pokazuje jak ważnym kompromisem, jest ten dokument. Oczywiście każda rzecz podpisywana przez polityków może okazać się nietrwała. Zbyt wiele znaliśmy takich przypadków w historii, równie dobrze jednak może być to początek „nowego otwarcia” i głębszego zrozumienia między naszymi narodami. Relacje polsko-izraelskie/polsko-żydowskie były, są i będą obciążone historią. Polska dla przeciętnego Izraelczyka wciąż pozostaje głównie miejscem, gdzie dokonało się Shoah. Z drugiej strony jest to kraj pochodzenia przodków, miejsce, gdzie w czasach I Rzeczpospolitej nie prześladowano Żydów.

Co przyniesie przyszłość, czas pokaże. Mam nadzieje, że ostatecznie górę wezmą słowa przewodniczącego Światowego Kongresu Żydów – Ronalda Laudera, który przy okazji kwietniowych obchodów 75. rocznicy powstania w getcie warszawskim mówił o wspólnej pamięci dwóch ciężko doświadczonych przez II wojnę światową narodów; nawołując byśmy na doświadczeniu dwóch Powstań tego z 1943 i 1944 roku mogli zbudować przyjaźń i braterstwo, a więc wzajemne poznanie i zrozumienie. Jest to możliwe.