milosc francuska25

Miłość oralna na stacji metra St. Marcel

BRULION

To, co działo się wieczorami na stacji, przyprawiało czasem o mdłości. Szczególnie obrzydliwe były kilkuminutowe randki podstarzałych prostytutek z przygodnymi klientami. Gościli tu też nocami przypadkowi kloszardzi, bezdomni emigranci z uboższych części Europy i świata. Normalny człowiek nie byłby w stanie tego wytrzymać.

Inne teksty z miesięcznika Lux 1/2 Polskość Zredefiniowana

Zarzucono mi ostatnio, że stanowczo nadużywam cierpliwości czytelników moich książek, stosując natrętnie zbyt podobne, wręcz prymitywnie identyczne chwyty aktorskie. Rzecz dotyczyła oczywiście moich bohaterów. Otóż są nimi, według wybrednych panów krytyków, ludzie jednako starzy i zniszczeni; ich czynię najczęściej mymi aniołami, nosicielami tak wyrazistej idei, jak i poetyki – wszystkiego, co wzniosłe i w człowieku niezawisłe. Nie wiem czemu atak na moją sztukę akurat od tej strony; dotąd strzępiono papier w celach z pewnością bardziej godnych zachodu.

Krytyka obracała się wokół marginesów. Zawsze się obracała, o ile nie chciała zauważyć, że estetyka zyskuje na wartości, gdy ima się człowieka od strony kuchennej. Sztuka jest wtedy człowieczeństwem spaczonym, wytartym albo spotęgowanym w najprzedziwniejszych stanach; przetrawionym, ściśniętym w małą perłową kulkę skrząca się w ciemności tylko dla tych, których oczy są czujne pośród wiecznej konwencji i tandety.

Cóż, uważam, że starość jest tworzenia takich obrazów godna. Równie godna, co młodość, z tym tylko, że tak starość, jak i nadzwyczaj godna wszystkiego młodość, zupełnie inaczej brzmią w odpowiadających im krajobrazach. Krajobrazy zaś są wytworem duszy i błędem byłoby od nich uciekać. Nie ośmieliłbym się na tej właśnie zasadzie wprowadzać, za alabastrową dłoń rzecz jasna ujmując, rzeźby antycznej do taniego domu publicznego. Ani damy wiktoriańskiej w świat mitologii. Nie jest natomiast wbrew gustowi i potędze smaku nakazać pewnemu staremu człowiekowi, aby stanął na jakiś czas przy peronie jednej ze stacji metra w olbrzymim i sławnym mieście.

Ten starzec na pierwszy rzut oka był jak wszyscy inni. Stał samotnie na przydługim peronie, pod okapem najdłuższego na świecie dachu, jakim są ulice przedmieść Paryża. Nie miał przy sobie nawet parasola, a w swoim starym i przetartym ubraniu wyglądał jak otwarty kadłub fortepianu, odsłaniający całą ckliwą konstrukcję muzycznego wnętrza.

Jak na razie nie podjeżdżał żaden pociąg. Nie należało się też spodziewać, ze starzec wsiadłby do pierwszego, który nadjedzie. W ten sposób najłatwiej byłoby nam odjąć sens jego dwudniowemu wystawaniu na stacji. Przez dwa dni pociągów przemknęło już bardzo dużo.

Człowiek ów powoli wrastał w nieznośny koloryt podmiejskich stacji. Nie różnił się wiele od półzdartych, poprzylepianych niedbale kolorowych plakatów, porozrzucanych jak antymanna gazet, reklamówek, resztek jedzenia i miłości.

Szczególnie upodobał sobie miejsce vis-à-vis dwumetrowego plakatu półnagiej kobiety; ujętej od stóp po czubek głowy w dramatycznym wzdęciu, z wyrzuconą przed siebie jedną noga i założonymi z tyłu głowy rękami, jak się to zdarzało ludziom bardzo dawno temu, w czasie wojny.

Normalny człowiek opisałby te kobietę zupełnie inaczej. Młoda, zgrabna dziewczyna, reklama olejku do opalania; pół-panienka, pół-nimfa. Ustawiona z lekko wysuniętą do przodu prawą nogą, w pozycji pozwalającej przyjąć w tej samej chwili możliwie jak najwięcej promieni słonecznego światła. O słońcu mówił kolor jej skóry, aksamitnie jasnobrązowy z tym szczególnym połyskiem, niemal nawilżeniem słoneczną wilgocią, może od sierpniowej mgły albo czegoś jeszcze trudniejszego do wychwycenia.

Starzec był tu już drugi dzień; to miejsce sobie upodobał.

Zagadywany na różne sposoby przez jemu podobnych, przypadkowych ludzi, odpowiadał od razu i z nietajoną niecierpliwością w glosie: ,,…nie mam zapałek, nie palę…” albo ,,…czy ja wyglądam na właściciela zegarka, ja żyję według słońca…” i spoglądał do góry. Potem krótki śmiech, pusty i przez to szalony. Na pewno nie boski i przypuszczam, że nie ludzki.

Przez swoją niezmienność stał się w krótkim czasie jedną z atrakcji tej części tunelu. Jakby symbolem stacji. Dwa dni to już coś, jak powiada stare powiedzonko z Bóg wie której strony tego koszmarnego kontynentu.

To, co działo się wieczorami na stacji. przyprawiało czasem o mdłości. Szczególnie obrzydliwe były kilkuminutowe randki podstarzałych prostytutek z przygodnymi klientami, odbywane niezmiennie po ciemniejszej stronie peronu. Gościli tu też nocami przypadkowi kloszardzi, bezdomni emigranci z uboższych części Europy i świata, czujni i zawsze gotowi do ucieczki. Zachodziła czasem policja i wówczas podziemny lokal ożywał, kłębił się, wydając dźwięki podobne do tych, które można usłyszeć w parafialnym kościele niedaleko Arras. Dodam tylko, że świątynia ta słynie z najbardziej zdezelowanych w Europie organów.

Normalny człowiek nie byłby w stanie tego wytrzymać. Nawet jeśli miałby w sobie siłę i zawziętość podzwrotnikowego owada, z tych, co to w portowych knajpach, schowane za rzędami zakorkowanych butelek, oglądają świat zza szkła swoich grubych słoików poważnie i wnikliwie. Nie muszę chyba dodawać, że autor jest im bliski.

Starzec, zapytany razu pewnego na co tak czeka, odpowiedział, że na nią i wskazał palcem na dziewczynę z plakatu. „Ta opalona cizia?”, śmiano się. „Ty staruchu z zatęchłej nory, takie uptown girls nie pokazują się w tej części miasta. Na cóż miałaby tu przyjść? Do kogo? Do ciebie?” Mówiono mu tak nie raz.

Starzec na to nie odpowiadał. Zamykał się, jak znużeni po koncercie muzycy zamykają futerały swoich ochrypłych instrumentów; zamykał na głucho i w milczeniu przechadzał po peronie. Święcie wierzył, ze ta kobieta ze ściany, skoro jest tu prawie cieleśnie, zjawi się w końcu żywa. Namacalna i oczywista.

Czas mijał zawrotnie szybko. Społeczeństwo żyjące na stacjach i dzięki nim – jest społeczeństwem koczowniczym. Rzadko kiedy odnajduje swoje miejsce, coś, co zastępuje dom, daje stałe zaczepienie. Chyba że po śmierci, ale też nie zawsze. Współmieszkańcy starca często przenosili się więc z miejsca na miejsce. Mieli swoje stepy, swoją pustynię, swoje oazy.

Bywał w nich i stary człowiek. Mimo swej niemal legendarnej wytrwałości i on musiał jeść, pić, od czasu do czasu nabierać – jak delfin powietrza – zapas światła w oczy. Bywał w kilku knajpkach w okolicach swojej stacji. Znano go tam, prezentowano nowo przybyłym, a on, tkwiąc w swojej nierzeczywistości, sączył wino z powagą kapłana celebrującego mszę świętą.

Był główną postacią teatru jednego aktora, który stworzył. Nikt już nie wątpił, że starzec pozostanie tak do końca, nie ulegnie. Wszyscy wiedzieli, że wytrwa na miejscu, które wyznaczyło mu jego szaleństwo. Dlatego stawiano mu wino, czasami koniak, próbowano z nim rozmawiać, traktując go przy tym cały czas jak wariata. Nic zresztą nie było w tym dziwnego, to miasto oswoiło się z wariatami.

Pamiętam, że spotkałem go w pewnej niedzielnej knajpce, jakiś czas po moim pierwszym przyjeździe do Paryża. Po mieście oprowadzał mnie przyjaciel, jeden z tych dziwnych młodych ludzi, którzy odczuwając niewysłowioną nostalgię do paryskiej cyganerii przełomu wieków, zwracają uwagę przede wszystkim na różnego rodzaju ukryte osobowości.

Nosił marynarkę w jodełkę i nonszalancką apaszkę, ja zaś w jego towarzystwie zwiedzać musiałem jakieś dziurawe przystanie na Sekwanie, gdzie – upewniano mnie – malował Pisarro, i małe hoteliki, w których pnące się do góry schody prowadziły donikąd lub – jak mawiał mój przyjaciel – na wieżę Eiffla, choć tylko dlatego, że z ich szczytu widać było sławetne żelastwo. Zaprowadził mnie też kiedyś na St. Marcel i opowiadając o staruchu, wprowadził do knajpki.

Stary grał akurat z kilkoma kompanami w karty. Na mało schludnym stoliku stało kilka szklanek z niedopitym winem, ponad grającymi unosił się ciężki obłok dymu, ktoś rzępolił rozpaczliwie na harmonii i wszystko było bardzo paryskie, tkliwe nawet w całym swoim oderwaniu od wzruszająco banalnych trosk reszty świata.

Staliśmy przez chwilę obok grających, do czasu kiedy jeden z nich, odzywając się po francusku do mojego przyjaciela, poprosił o kolejkę na ich koszt. Przyjaciel obrócił się, by podejść do baru, ale w tym momencie przyskoczył do nas grzeczny kelner z tacką, na której stały szklanki z trunkiem, i zaproponował, byśmy zapłacili. Dość trywialny sposób wyłudzania pieniędzy. Przyjaciel mój uśmiechnął się krzywo i dał znak do wyjścia, ale powstrzymałem go ruchem ręki i dałem zwitek banknotów kelnerowi. Jedna ze szklanek trafiła do ręki starca. Przechylił kieliszek, wpatrując się przez jakiś czas w moje oczy i wiedziałem, że nie mógł być Francuzem, bowiem zlewnice jego oblane były zbyt wyblakłym błękitem.

Potem bardzo szybko zniknął i stało się jasne, że wrócił na peron w już niemal uświęcone wiernością miejsce. Wierzył wszak, że dziewczyna z reklamy zjawi się kiedyś na peronie i wiara ta była mu drogowskazem i dekalogiem. Znał chyba Pismo, skoro z taką ufnością podchodził do własnego przekonania.

Oczywiście nigdy więcej go nie spotkałem. Po krótkim pobycie w stolicy świata powróciłem do domu i pewnie bym o tym człowieku zapomniał, gdyby nie list od mojego przyjaciela Francuza, który przyszedł przed kilkoma dniami. Jest w nim napisane, na samym dole, w kilku ledwie linijkach, o dalszych losach starca. Przyjaciel opatrzył informację zastrzeżeniem: ,,…nie wiem, czy pamiętasz tego starego człowieka ze stacji metra, któremu postawiłeś wino… pisała o nim ostatnio prasa…”

Pamiętam, dlatego bez większych trudności potrafię sobie wyobrazić ów dzień, kiedy dziewczyna przyszła wreszcie na stację w towarzystwie jakiegoś wypomadowanego przystojniaka, długo, długo po tym, kiedy przyklejono plakat z jej podobizną. W zdziwieniu patrzyła na ochłap człowieka całujący porozrywany papier plakatu z kurczowo ściśniętymi w dłoniach resztkami gazety, może ogłoszenia lub czegoś jeszcze. Duszony papier krzyczał, zaś kobieta, w połowie ponętna i wyzywająca, w połowie wstrząśnięta i milcząca, odprowadzana w tym swoim małpim zdziwieniu przez mężczyznę do samochodu – nie odwracała się. Nie zadawała sobie żadnych pytań, ani jednego. I tak jest pewnie po dziś dzień.

1987 r.

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie “Brulion”.

Tekst pochodzi z miesięcznika Lux nr 1/2. Dostępny tutaj.