ziemkiewicz

MIT SIĘ RODZI

Naród polski jest narodem wyjątkowo patriotycznym. Ten, kto umie poruszać struny naszego patriotyzmu, może wygrywać melodie zupełnie dowolne.

~ Stanisław Cat-Mackiewicz

Nie jest to biografia Józefa Piłsudskiego. Takich biografii jest już na rynku księgarskim wiele (najsolidniejsza bibliografia, z jaką się zetknąłem, liczyła grubo ponad dwa tysiące tytułów), czasem tak szczegółowych, że długie okresy życia Marszałka są w nich rekonstruowane z dokumentów i pamiętników dzień po dniu, jeśli nie godzina po godzinie. Co prawda, nie są te prace pozbawione wad – z których główną stanowi niezdolność większości biografów do pisania o Piłsudskim inaczej niż na kolanach – ale moim zamiarem nie jest tych wad korygowanie ani równoważenie książek hagiograficznych jakąś „biografią odbrązawiającą”.

Inne teksty z miesięcznika Lux 3/4 Okultystyczne Totalitaryzmy

Zresztą takie też już na rynku są, choć z racji powszechnego odurzenia mitem Piłsudskiego mają nieporównanie trudniejszą drogę do czytelnika. I również one nie są pozbawione błędów, których poprawianiem zajmować się nie będę, ponad to, co niezbędne dla przedstawienia i niezbitego udowodnienia tezy, że temu właśnie odurzeniu zawdzięczamy do dziś marność naszej niepodległości i to wszystko, co do cna nam ją obrzydza. Niesprawność państwa, bezkarność i wszechwładzę politycznych sitw, chroniczny stan niemożności, „imposybilizm”, a nade wszystko plemienność życia politycznego, sprowadzonego do podjudzania Polaków przeciwko sobie. Wszystko to jest dziedzictwem przywódcy, w którym Polacy zgodzili się czcić „wskrzesiciela ojczyzny”, geniusza i niedościgniony wzór patriotycznych cnót.

Jest to zatem książka poświęcona nie tyle samemu Józefowi Piłsudskiemu, co mitowi„twórcy naszej niepodległości”. Mitowi, który budowano jeszcze za jego życia i w ciągu kilkuletnich rządów następców czyniono na siłę wyznaniem państwowym – ale który naprawdę powszechnym uczyniła dopiero antykomunistyczna opozycja lat osiemdziesiątych. Pamiętam, jak to się działo, bo sam znajdowałem się wtedy w kręgu oddziaływania tego mitu. Jako nastolatek z wielką dumą powiesiłem nad swym biurkiem konterfekt Marszałka, własnoręcznie i z niemałym trudem wykonany przez odfotografowanie portretu odkrytego u jednego ze znajomych. Mój Tato skomentował to krótkim: „Dziadek się w przewraca w grobie”. Nie „Dziadek” Piłsudski się przewracał oczywiście, ale mój dziadek, Stanisław Ziemkiewicz, wójt Czerwińska nad Wisłą i zapalony działacz Stronnictwa Narodowego w powiecie Płockim.

Ale o Piłsudskim pisano w komunistycznych podręcznikach historii, że był faszystą, prześladował komunistów, no i przede wszystkim (podręcznik tego oczywiście tak nie nazywał, ale myśmy tak czytali) sprał Ruskich i pogonił ich z Polski precz. Jakże było go nie wielbić wtedy, wiedząc o nim tylko tyle? Pamiętam ten wybuch oburzenia mojego i moich kolegów, gdy jakiś starszy pan zareagował na noszone przez nas znaczki i wznoszone hasła pytaniem, czy wiemy, że Piłsudski też był socjalistą. Tylko czcigodny wiek uratował go przed brutalną karą za znieważanie wielkiego polskiego bohatera.

Dziś, jako człowiek dojrzały i mający polskość jako tako przemyślaną, reaguję na przejawy kultu Piłsudskiego odruchem niechęci. I nawet nie o to chodzi, że peany na cześć Marszałka roją się od przekłamań, fałszów, nadużyć, nawet historycznych nonsensów. Nie o to też, że przypisuje mu się zasługi, które tak naprawdę położyli dla Polski inni, często potraktowani potem przez Piłsudskiego i jego sitwę nikczemnie. To oczywiście irytuje, domaga się sprostowań, ale mogę zrozumieć, że na poziomie spajających wspólnotę mitów nie da się uniknąć faktograficznych uchybień i niesprawiedliwości w oddawaniu przedstawicielom poprzednich pokoleń tego, co im należne. Mogę się nawet zgodzić, że dla wyższych celów czasem trzeba niesforne fakty ponaginać tak, by można było upchnąć je w jedną, dającą się prosto wyłożyć i zrozumiałą dla opornych umysłów narrację.

Tym, co zmusiło mnie do napisania tej książki, jest fakt, że kult Piłsudskiego nie tylko zaszkodził nam w przeszłości, przyczyniając się walnie do szybkiej utraty wywalczonej niepodległości i obłędu maksymalizowania wojennych strat aż do granicy biologicznej zagłady, ale szkodzi nam także i dziś. Cofa nas w rozwoju. Niszczy to, co stanowi naszą cywilizacyjną odrębność, co decyduje o naszej wyjątkowości, co pozwoliło nam odnieść największy sukces w dziejach, jakim było odzyskanie i obronienie niepodległości po I wojnie światowej – i co powinno pozostać, jak za dawnych czasów, podstawą polskości:

Polski republikanizm.

Piłsudski w oczach i w rękach swych przybocznych, podwładnych i entuzjastów przestał być przywódcą ludzi wolnych, „pierwszym spośród równych”. Stał się Nietzscheańskim „nadczłowiekiem”, któremu trzeba się bezwolnie poddać, który wie lepiej i dalej sięga wzrokiem, z którym nie wolno dyskutować, trzeba go tylko czcić. Stał się późną realizacją absolutum dominium, przed którym Sarmacja, póki była wolna i potężna, broniła się i obroniła, a bezbronnymi uczyniła nas wobec niego dopiero niewola.

Jeśli wybitny, być może najwybitniejszy żyjący współcześnie polski poeta przyznaje się dziś publicznie do rojeń o tym, by Piłsudski zmartwychwstał, by „stanął tu pośród nas w swym szarym mundurze”, a wtedy jego wolą, jego natchnieniem, powróciłaby polska duma, odwaga, fantazja i wszystkie inne utracone przez nasz naród cnoty – to dla mnie horrendalne.

Zgodzę się, że wymaganie od poetów twardego stąpania po ziemi to nonsens.Ale wobec dziennikarzy, zwłaszcza politycznych, z takiego wymogu nie zrezygnuję. Zobaczcie Państwo, oto jeden z głównych tygodników opinii bliskich Prawu i Sprawiedliwości, w chwili, którą wspominam, będący jeszcze w wiecznej opozycji, ale już z dużymi nadziejami na powrót do władzy. W rocznicę wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej – który to epizod zresztą podniósł w sposób absurdalny do rangi „powstania piłsudczykowskiego” (zostawmy to na razie, będę o tym wymarszu i „powstaniu” pisać dalej) – tygodnik ten dodaje do numeru plakat z wielkim portretem Piłsudskiego i cytatem z Jego myśli. Istnieje cała kolekcja rocznicowych cytatów z Marszałka na takie okazje, ale wspomniany tygodnik nie skorzystał z żadnej z tych opatrzonych, dostojnych uwag w rodzaju: „Być zwyciężonym i nie ulec, oto zwycięstwo” czy: „Kraj, który nie szanuje swej przeszłości, traci teraźniejszość i nie zasługuje na przyszłość”. Nie, Marszałka Piłsudskiego z plakatu reklamowały przypisywane mu słowa: „Bić kurwy i złodziei, oto cały program!”.

Co ciekawe, obłęd piłsudczykowski w prącym do władzy obozie politycznym zaszedł tak daleko, że ludzie nim tknięci nie potrafili zrozumieć, co widzę w tym plakacie niestosownego. Taki właśnie jest Piłsudski z dzisiejszego mitu: nie tylko większy od wszystkich Polaków, współczesnych mu, wcześniejszych i późniejszych, ale też tej przewagi doskonale świadom i uprawniony przez nią do wyrażania pogardy dla narodu, który zbawia. „Polska – naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”, „konstytuta – prostytuta”, „partyjny burdel, serdel i pierdel” i podobne koszarowe mądrości, zapisane w licznych relacjach ze spotkań i rozmów z Piłsudskim, w oczach wyznawców przydają mu uroku i świętości. Do wszystkich elementów wyznaczonych przez urzędowy kult Piłsudskiego w czasach sanacji z czasem dołączył jeszcze jeden: Piłsudski stał się ikoną pogardy Polaków dla siebie samych. To znaczy tych dobrych Polaków, dziedziców Pierwszej Brygady, do całej reszty – tych gorszych, którzy Polski nie kochają, i tych najgorszych, którzy co prawda twierdzą, że kochają, lecz czynią to na sposób odmienny, niewłaściwy. W przedziwny sposób sprzęga się to w kulcie Piłsudskiego ze swoistym męczeństwem, jakiemu ów najbardziej zasłużony z Polaków miał być poddany ze strony części rodaków, owych – jak on sam nazwał – „zaplutych karłów” czy – jak na jednym oddechu powiada późny epigon piłsudczyzny – „komunistów i endeków” (tak!), którzy Jemu, Największemu z Polaków, odmawiają wielkości, podziwu i zasług.

Dla mnie osobiście to szczególnie zabawne, że ci sami wyznawcy reagują histeryczną agresją, gdy się Polakom wytknie nie rzekome bycie „kurwami”, ale konkretne, biorące się z określonych uwarunkowań przywary – na przykład te pańszczyźnianie zachowania, które przed laty opisałem w Polactwie jako skutki wieloletniego zniewolenia. Ślepa pogarda naszego nadczłowieka dla ludzkiego, polskiego robactwa, które winno go bezmyślnie czcić i słuchać – to słuszne, bo On był wielki i wszyscy powinniśmy do dziś go „w d… całować”. Ale rozbieranie polskiej słabości na szczegóły, wskazywanie konkretnych przyczyn i skutków chronicznej niedojrzałości, „chciejstwa”, naiwności, zatraty postawy obywatelskiej, czyli tego wszystkiego, co z Polaków uczyniło polactwo, co zdegradowało Naród Polski do rangi li tylko żywiołu polskiego, nieradzącego sobie z państwowością, nieumiejącego rozumnie korzystać z wolności i marnującego kolejne szanse – co to, to nie!„Już krew nam oczy zalewa, już dłoń rycerska na kordzie, już nasze poczucie honoru każe nam bić po mordzie!”, bo to „plucie na wszystko, co polskie” i „rozkładanie polskiego ducha”, któremu patriotyzm postpiłsudczyków każe się z całą emocjonalną furią przeciwstawiać. Pluć na Polaków miał prawo tylko On – ale „co wolno wojewodzie…”

Oczywiście piszę tu o ofiarach skrajnego już zaczadzenia, które z ubrązowionego Piłsudskiego zrobiło święty totem. Ale i bez takiej skrajności kult Marszałka – zresztą jak i kogokolwiek, kto znalazłby się na jego miejscu – jest zjawiskiem, które należy przezwyciężyć. Nie byłoby problemu z Piłsudskim ani potrzeby rozrachunku z jego spuścizną w ponad osiemdziesiąt lat po zatrzaśnięciu sarkofagu, gdyby „Pierwszy Marszałek RP” uwarunkował mentalne i polityczne odruchy jedynie swoich czcicieli. Niestety – i jest to miara jego historycznego sukcesu – większość tych, którzy współcześnie myślą, mówią i postępują „po piłsudskiemu”, nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Dotyczy to nie tylko ludzi nieświadomych swych odruchów i ich pochodzenia czy uznających je hurtem za swego rodzaju atawizm, ale także tych, którzy czują się od tej tradycji tak odlegli, jak z jednej strony lewica w ogóle odrzucająca w emocjonalnym odruchu wszelką polskość jako „obciach” i strukturalne obciążenie, przez które wciąż nie możemy dogonić cywilizacyjnie Zachodu, a z drugiej – nienawidząca tej lewicy młodzież sięgająca po symbolikę i hasła postendeckich ruchów narodowo-radykalnych lat trzydziestych.

Budując swą autokrację, a potem trwając jako pogrobowy fantom w centrum „państwowotwórczego” mitu krzewionego przez sanacyjną edukację i propagandę, narzucił nam bowiem Marszałek typ przywództwa i kultury politycznej – czy raczej właśnie politycznej antykultury – z których już się Polacy nie wyzwolili. Rządy i kult „największego z Polaków”, „ojcowskiego opiekuna i bohaterskiego obrońcy Ojczyzny”, „wielkiego budowniczego Polski Odrodzonej”, „twórcy państwa polskiego” „zwycięskiego wodza narodu”, „wielkiego wychowawcy narodu”, „największego skarbu narodu” etc. (wszystkie te apostrofy pochodzą z tytułów prasy lat trzydziestych) narzucają się od z górą osiemdziesięciu lat potomnym jako wzorzec właściwie jedynie możliwy. Nie ma w tym wzorcu innej drogi do osiągnięcia jakiegokolwiek dobra w sferze publicznej niż poprzez narzucenie swej twardej woli, co nieuchronnie wymaga „bicia kurew i złodziei”, czy to – zależenie od plemiennej przynależności – „pisowców”, czy „faszystów”, czy też „Targowicy”.

***

Chodzi zresztą o narzucenie czegoś więcej niż swojej woli. Chodzi o narzucenie konkretnego modelu patriotyzmu, a przez rodzaj patriotyzmu – rodzaju polskości. Bo z chwilą upadku Sarmacji i jej założycielskiego mitu polskość rozszczepiła się na długie stulecia na kilka linii. Przez wiele lat równoległych, konkurencyjnych – ich stuletnia konfrontacja została rozsądzona arbitralnie dopiero politycznym sukcesem Piłsudskiego. Bez uświadomienia sobie tego nie zrozumiemy, na czym naprawdę polegało znaczenie Marszałka dla polskości i jakim sposobem, czy też zbiegiem jakich okoliczności, mógł potomek zbankrutowanego szlacheckiego zaścianka z litewskiej prowincji sięgnąć po wszystkie te cytowane przed chwilą tytuły przy akceptacji – ba, uwielbieniu! – wielkiej części społeczeństwa.

Najpierw było to rozszczepienie polskości prostym pęknięciem, sporem pomiędzy zwolennikami opartej na cudzoziemskich wzorcach reformy a sarmacką reakcją, sporem, pierwotnie, dwóch skrajności – „fraka i kontusza”, jak to po latach ujęto. Jedni, wzorem ruskiego cara Piotra, uważali, że aby Polaka cywilizacyjnie podnieść, trzeba go całkowicie odrzeć z jego polskiej specyfiki i sformatować na modłę francuską, a po trosze angielską, drudzy zaś dysfunkcjonalność zdegenerowanej już wówczas Sarmacji wbrew wszystkiemu uświęcali, ogłaszając zacofanie wyższością nad całą resztą świata oraz dowodem szczególnej opieki nad Rzecząpospolitą ze strony Niebios. Ten spór, gdyby toczył się w normalnej sytuacji dziejowej, zapewne zakończyłby się, jak Pan Bóg przykazał, syntezą obu nurtów, bo do niej szło w „oświeconym sarmatyzmie” późnych czasów stanisławowskich, w duchu Sejmu Wielkiego i insurekcji. Ale nim ta synteza mogła okrzepnąć, a pęknięcie zarosnąć, przyszedł historyczny kataklizm, przegrana militarna i polityczna zdrada, utrata państwa i wraz z nim – znacznej części tożsamości. W wypadku każdego innego ludu niż ukształtowani przez sarmatyzm Polacy zapewne skończyłoby się to utratą nie części, ale po prostu całej tożsamości.

Rafał A. Ziemkiewicz

Niniejszy fragment pochodzi z książki Rafała Ziemkiewicza Złowrogi cień marszałka, która 10 maja ukaże się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

Fragment pochodzi z miesięcznika Lux nr 3/4. Dostępny tutaj.