nom

Nieznaczynie

To musiał być rok 1991, może 1992. Na pustym murze ogradzającym ogrody Ministerstwa Kultury pojawił się tajemniczy napis „NOMEANSNO”. Nie do wymówienia, jeśli czytać go jednym tchem, czyli dla każdego niewtajemniczonego. Zwłaszcza dopiero odkrywającego muzykę niezależną trzynastolatka. Dwadzieścia kilka lat później na tajemniczym słowie zęby połamie sobie facet, od którego odbieram zamówiony przez internet bilet na koncert. Pocieszam go, wspominając o graffiti na ministerialnym murze.

Wtedy było łatwiej, choć nie było internetu. W uwolnioną na pozór rzeczywistość, która w kilku miejscach przybrała naprawdę anarchiczne formy, wgryzano się z różnych stron. Dotyczyło to również prasy muzycznej. Pojawiało się mnóstwo tytułów, które przeszły do legendy jak Magazyn Muzyczny lub szybko odeszły w zapomnienie. To były czasy, gdy w kioskach obok mało ambitnych pisemek o gwiazdach z telewizora można było kupić także pisma zbliżone treścią do punkowych fanzinów. Co tu mówić, to były czasy, gdy punk rock, za sprawą wykonawców takich jak Armia czy Proletaryat, na chwilę wygrał wojnę o rząd dusz i uszu kilkunastolatków. Choć skończył się dość szybko, ten moment w historii polskich mód młodzieżowych był naprawdę magiczny. Nomeansno też miało wtedy w Polsce swoje pięć minut, zwieńczone nagraniem przez Acid Drinkers coveru Oh no! Bruno. Wprawdzie niszowe pięć minut, bo zespołu słuchali raczej twórcy niż zwykli słuchacze, choć zagrał tu kilka koncertów i wydał kilka kaset na licencjach. Potem fala osłabła, a wygodniccy fani uznali, że zespół skończył się na płycie Wrong i kolejnych już nie wypatrywali. Nie wszyscy oczywiście.

Zauważyliście zapewne, że ta historia zaczęła się tak naprawdę od środka. W 1979 roku Nomeansno założyło dwóch braci, Rob i John Wright. Początkowo, w oparciu o sekcję rytmiczną i klawisze, tworzyli muzykę bliższą raczej jazzowi (płyta Mama) niż punk rockowi (niektóre późniejsze płyty). Gdy do składu dołączył gitarzysta Andy Kerr, znacznie trudniej było ich już gdziekolwiek przypisać. Szanowani przez scenę punkową, grywali też na festiwalach jazzowych, z jednej strony zachwycając umiejętnościami większych ode mnie koneserów, z drugiej co chwila składając hołdy prostym punkowo-rock’n’rollowym kawałkom w stylu The Ramones. Aby poświęcić się już tylko tej miłości, założyli zresztą poboczny projekt Hanson Brothers, co jednak nie przeszkodziło im nagrywać i później ramonesowatych szlagierów na regularnych płytach Nomeansno.

Gdybym miał określić, co stanowiło o wyjątkowości tego zespołu, nie byłaby to jedynie umiejętność łączenia prostych czadów z dowodami na niesamowite umiejętności muzyków. Siła Kanadyjczyków tkwiła przede wszystkim w umiejętności budowania emocji oraz podporządkowania im warstwy muzycznej i wokalnej. Poszczególne utwory to czasem depresyjne, czasem lekko ironiczne hymny lub tylko opowieści, w których perkusja, bas i gitara są równoprawnymi z głosem mówcami. To zgranie tak pełne, że wielokrotnie odkrywałem nastrój i wymowę tekstu, jeszcze zanim się w niego wsłuchałem czy też, jeśli była taka potrzeba (a często była), zapoznałem się z jego wydrukowaną wersją. Historie ofiar bądź sprawców przemocy, samotnych i przegranych facetów – teoretycznie dałoby się je wtłoczyć w tradycję bluesową czy rockową, jednak utwory Nomeansno są po prostu bardziej. Naprawdę doświadczamy poczucia beznadziei słuchając The River, naprawdę czujemy gorycz porażki, lecz i szukamy światła w tunelu przy Forget your life (które, swoją drogą, stanowi dobry utwór do rozważań wielkopostnych) czy Victory. To słowa i emocje ponadczasowe, znane każdemu. To wreszcie przekaz uniwersalny, który, jak w przypadku Cats, sex and nazis może być opowieścią o tajemniczej sile napędzającej społeczeństwo i życie wszystkich jego członków – tajemniczym demiurgu, cynicznym polityku, może samym szatanie? Kwestie wiary nie są tu poruszane wprost, otrzymujemy jednak wskazówkę, gdy w jednym z utworów padają gorzkie słowa: Jeśli mógłbym wybrać – wierzyć albo nie wierzyć, wybrałbym to drugie. Ale nie mogę wybrać.

W ostatnich latach zespół (już bez Andy’ego Kerra, którego zastąpił wiele lat temu Tom Holliston) wielokrotnie odwiedzał Polskę, dając tu niesamowite, pełne energii koncerty. Maszyna jednak odmówiła posłuszeństwa – wczesną jesienią muzycy ogłosili koniec działalności. Zważywszy, że ostatnie nagrania zaczynały tracić to coś, może był to najlepszy moment? Po wspomnianym Wrong, już z Hollistonem, bracia Wright nagrali kilka znakomitych płyt, ostatnio jednak skupili się na tworzeniu nudnawych, przydługich kompozycji. W pełni słuchalne propozycje zespołu kończą się dla mnie na ostatniej regularnej płycie All Roads Lead To Ausfahrt z 2006 roku, podobnie zresztą jak notka z polskiej Wikipedii.

Muzyka jednak się nie kończy. Wiele zespołów ma wiele do powiedzenia, potrafi porwać, zdołować lub zachwycić. Myślę jednak, że drugiej takiej kapeli, która, cały czas zachowując do siebie dystans, będzie w stanie tak silnie targać emocjami słuchacza, może już nigdy nie być. Na szczęście zostanie kilkanaście płyt. Nomeansno nie skończyło się na Wrong. Nomeansno skończyło się w 2016 roku.

Krzysztof Karnkowski

Tekst pochodzi z 81 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.