jan

Obrazy Ojca Jana

Zawsze z aureolą, często w królewskiej koronie, w sukniach uroczystych i klejnotach, pod baldachimem i na podwyższeniu. Tak zwykła u nas występować publicznie i na audiencjach, by przyjmować królów i książąt, kardynałów i biskupów, a także prosty lud.

O. Jan Góra, Mój świat

Łączył w sobie osobowość inteligenta, duszpasterza i estety. Uważał, że wiara jest sztuką, a każdy kapłan powinien być artystą.

Jego wrażliwość na dzieła sztuki objawiała się w szczególnym umiłowaniu obrazów i zdjęć przedstawiających wizerunek Matki Boskiej, do której zwracał się co wieczór w modlitwie Maria Regina Mundi. Jako pełnokrwisty, rozumiejący tradycję katolik, w przeciwieństwie do pragmatycznych i surowych protestantów, nie widział niczego złego w zachwycaniu się kolejnymi podobiznami Maryi, Chrystusa i świętych. To właśnie obcowanie z pięknem wytworów ludzkiej wyobraźni przybliżało go do Prawdy, którą codziennie odkrywał na nowo w Eucharystii.

Od dzieciństwa był przyzwyczajony spotykać Matkę Bożą w Jej cudownych obrazach, w pieśniach i litaniach, w ołtarzach i w kaplicach oraz kościołach Jej poświęconych. Wizerunki Maryi były punktami na mapie prowadzącej go do zbawienia. Jego życiowa ścieżka została wytyczona przez kolejne obrazy, które chętnie kontemplował i których przesłanie co rusz odkrywał na nowo.

Opiekunka dominikanów

W 1981 roku o. Jan Góra powrócił do Poznania, w którym piętnaście lat wcześniej spędził czas nowicjatu. Jak sam wspomina, przeniesienie z Krakowa spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Przyjął decyzję z posłuszeństwem, ale na miejscu nie wzbraniał się przed lekkim nagięciem prawa. W pierwszych dniach zakradł się na trzecie piętro klasztoru, na którym znajdowała się jego cela. Jako zakonnik nie miał prawa wstępu na wydzielony teren nowicjatu, ale pragnienie obcowania z pierwszym, ważnym wizerunkiem Maryi w jego życiu było silniejsze. Stanął przed obrazem, który przypominał mu chwile spędzone w nowicjacie. Jeszcze w czasie trwania Soboru Watykańskiego Drugiego, wspólnie z innymi nowicjuszami, zawsze kiedy chociaż na chwilę opuszczali teren, na którym spędzali swój pierwszy rok we wspólnocie zakonnej, odmawiali przed obrazem modlitwę Pod Twoją obronę po łacinie (Sub Tuum praesidium). Dzieło, przed którym codziennie w tamtym czasie klękał młody Jan Góra, przedstawia Matkę Boską z rozpostartym płaszczem, pod którego połami chroni się kilku dominikanów. Obraz jest popękany, namalowany żywymi kolorami, które pomimo starości nie utraciły swoich wyrazistych barw. W swojej książce Mój świat o. Jan Góra niezwykle plastycznie opisuje symbolikę obrazu:

W złotym tle, symbolizującym wieczność, Protektorka naszego zakonu – w złotej koronie, szkarłatnej sukni i niebieskim płaszczu, którym spowija zmęczonych braci. Twarz Matki Bożej bardzo jest piękna, a oczy braci pobożne. Ochrania ich przed zimnem i nocą. Aniołowie zaś jakby chcieli ten płaszcz jeszcze bardziej naciągnąć, żeby więcej ludzi się pod nim zmieściło. Ten płaszcz jest więc jak żagiel statku. Idziemy przecież z ziemi ku niebu, jak byśmy przepływali ocean, jak byśmy żeglowali przez życie.

Płaszcze dominikanów są czarne, habity białe, a zwieńczeniem ich stroju są czerwone pasy. Jan Góra wyjaśnia, że czarny jest symbolem trudów apostolskiej drogi, biały oznacza czystość i cnotę, a z czerwienią pasów wiąże się dłuższa historia, która jest związana z początkami Zakonu Kaznodziejskiego w Polsce. Wydarzenia, które sprawiły, że polscy dominikanie zaczęli nosić czerwone pasy, miały miejsce 2 czerwca 1260 roku w Sandomierzu. W tamtejszym klasztorze żyło wówczas 49 braci. Tamtego dnia wszyscy zginęli zaatakowani przez Tatarów. Zgodnie z legendą, zostali zamordowani w czasie śpiewu Salve Regina, którym zakonnicy zwyczajowo kończą każdy dzień. Od tamtego czasu polscy dominikanie otrzymali od Watykanu przywilej noszenia czerwonych pasów. Tradycja po pewnym czasie wygasła, a nowicjat Jana Góry był pierwszym, który nie otrzymał czerwonych pasów. Mimo tego zakonnik z ogromnym sentymentem wspominał ten przywilej, który otrzymali od Stolicy Apostolskiej tylko polscy dominikanie.

Góra patrząc na obraz po piętnastu latach, które minęły od czasów nowicjatu, surowo oceniał siebie i swoje położenie:

Ujrzałem siebie, jako tego, który pewnie zatracił już pierwotną gorliwość i entuzjazm, jako tego, przed którym należałoby może chronić młodych nowicjuszy pełnych zapału i gorliwości. Ujrzałem siebie jako potencjalnego gorszyciela młodzieży zakonnej.

Wtedy wyrzucał sobie, że niby poszedł głębiej i dalej w swoich duchowych poszukiwaniach, ale zatracił swoją pierwotną żarliwość. W tamtym czasie przypominał sobie słowa z Apokalipsy:

Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij. (Ap 2, 5)

Wrażliwość na sztukę pomagała mu przemieniać siebie, zwłaszcza w chwilach zdenerwowania nadmiarem obowiązków. Wtedy natychmiast zwracał się ku Maryi, której tajemnicę zgłębiał w jej kolejnych wizerunkach.

Prawdziwa Matka

W czasie studiów w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Ojców Dominikanów w Krakowie o. Jan codziennie odmawiał ze współbraćmi wspomnianą już modlitwę Salve Regina. Modlili się zawsze w kaplicy różańcowej przed wizerunkiem Maryi. W soboty uroczyście odśpiewywali w tym miejscu Litanię loretańską. Codzienne odwiedziny tego miejsca zawsze były dla dominikanów ważną tradycją – nawet kiedy w pewnym momencie zniesiono wspólne odmawianie komplety na rzecz indywidualnej modlitwy, zakonnicy dalej ją kultywowali, zachowując zwyczaj wspólnego zwracania się do Boga w kaplicy, tuż po nieszporach. Ojciec Jan Góra wspominał, że śpiew Salve Regina jak klamra spina jego zakonne życie. Obraz znajdujący się w kaplicy przedstawiał wizerunek Matki Boskiej pod wezwaniem Królowej Różańca Świętego. W swoich tekstach o. Góra wspomina, że tradycja wiąże ten obraz ze świętym Stanisławem Kostką i Rzymem:

Obraz miał być bowiem własnością św. Stanisława i przed nim właśnie święty prawdopodobnie umierał. „A umierając obraz swej Matki objął i miłościwie całował, jakby nasycić się nie mógł pocałunkami tysiąckroć powtarzanymi”.

Obraz był początkowo przeznaczony dla Bractwa Różańcowego. Miał być zasłonięty i pokazywany tylko dostojnym osobom. Przepis był jednak od początku łamany – z obrazu płynęło zbyt wiele łask i cudów, aby zabierać innym możliwość obcowania z nim. W 1921 roku w czasie uroczystości w Krakowie został ukoronowany, co powszechnie uznaje się za wielkie wydarzenie dla polskiego katolicyzmu. Historyczne znaczenie obrazu było ogromne, ale o. Jan zwraca uwagę przede wszystkim na osobistą więź z tym wizerunkiem. W swoich tekstach porównuje możliwość obcowania z Maryją w kaplicy do codziennych spotkań ze swoją matką, która zawsze była na wyciągnięcie ręki:

W następnym pokoju, tuż za ścianą, siedziała nasza matka i krzątała się koło najrozmaitszych prac domowych. My uczyliśmy się w pokoju obok, ale wystarczyło tylko drzwi otworzyć i przestąpić próg, bo to wszystko było tuż za ścianą. Żyliśmy jako dzieci w cieniu rodziców i nie wyobrażaliśmy sobie, że może być inaczej.

Dziewczyna o bożej twarzy

Codziennie na nią patrzę. Modlę się przed nią codziennie, czasami palę przed nią świece. Wychodząc z domu na dłużej, zawsze się z nią żegnam i jej się polecam. Lubię tę ikonę, bo prosta i surowa. Bo na siłę nie chce się podobać i trzyma człowieka na dystans.

Ojciec Jan Góra podkreślał, że ikona Matki Boskiej wisząca przez pewien czas w jego pokoju była dla niego szczególnie ważna. Intrygowała go tajemnicza historia obrazu, która nikomu nie była w pełni znana. Ojciec Góra wiedział jedynie, że wizerunek Maryi został porzucony, ponieważ „rzeczoznawcy” uznali, że ma nikłą wartość. Spoglądając na zniszczoną deskę, zakonnik dostrzegł, że obraz był wielokrotnie przemalowywany. Był zniszczony do tego stopnia, że Matka Boża nie miała twarzy – zapewne dlatego w oczach fachowców zajmowanie się nią nie miało sensu. Ojciec Góra wspomina o znajomej artystce Małgorzacie Sokołowskiej, która uznała, że warto przywrócić obrazowi dawną świetność. To właśnie ona zajęła się konserwacją ikony:

Podniosła porzuconą deskę, odsłoniła spod warstw przemalowań postać bez twarzy i maleńką postać Dzieciątka, a następnie, spoglądając na twarz Dzieciątka, namalowała twarz Matce, wychodząc ze słusznego założenia, że musieli być przecież do siebie podobni.

W 1978 roku w Wigilię Bożego Narodzenia Małgorzata Sokołowska podarowała o. Janowi odnowioną ikonę. Od tamtego momentu znalazła schronienie w celi zakonnika. Ojciec Góra nie wspomina o kolejnych losach obrazu, ale na podstawie zapisków z Mojego świata można wnioskować, że po pewnym czasie została przeniesiona w inne miejsce. Po latach ksiądz zwierza się z pragnienia posiadania choćby fotografii obrazu, którą specjaliści wykonują jeszcze przed konserwacją. Ojciec Góra liczył, że na podstawie zdjęcia dowie się czegoś więcej o losach ikony. Zawiódł się – zdjęcie było nieładne, czarno-białe jak stare fotografia sprzed lat. W tym zaniedbanym obliczu Maryi odkrył jednak prawdę o chrześcijaństwie:

Dziewczyna z Nazaretu, która pozwoliła Bogu czynić cuda i działać w swoim życiu. Posłuszna Bogu bez reszty, pozwoliła sobie zrobić zdjęcie, wtedy kiedy do zdjęcia nie była jeszcze przygotowana. Tak jakby niczego się nie bała, jakby niczego nie musiała ukrywać. Nawet tego, że znaleziona została bez twarzy, że dopiero patrząc na twarz Dziecka można było Jej twarz namalować. Od Syna swego wzięła twarz i podobieństwo.

W kolejnej części swoich wspomnień o. Góra porównuje noszoną przy sobie fotografię Maryi do dziewczyn, w których zakochiwał się w liceum i których zdjęcia próbował zdobyć za wszelką cenę. Z rozbrajająca szczerością przyznaje, że nadal jest wyrostkiem, który widzi coś, czego nie powinien widzieć, i spala się ze wstydu. Zauważa, że taki sposób postrzegania świata jest charakterystyczny dla młokosów. Dojście do tego wniosku każe mu podejrzewać, że nigdy nie doczeka dorosłości. Ojciec Jan Góra widzi jednak zalety swojej niedojrzałości i swoje rozważania podsumowuje stwierdzeniem, że bez niej jego wiara nie byłaby tym samym. To właśnie dzięki niej dostrzega to, czego nie widzą dojrzali:

Fotografię ikony stale noszę przy sobie. A nosząc ją rozumiem coraz lepiej, że niedojrzałość w wierze ma takie same prawa jak dojrzałość, bo są takie przestrzenie i odległości w świecie wiary, które dostępne są jakby tylko dla niedojrzałości.

Królowa z Jamnej

Jamna to niewielka miejscowość w Małopolsce, powszechnie znana z bitwy, którą we wrześniu 1944 roku Niemcy stoczyli z oddziałami partyzanckimi Armii Krajowej. Wojska nieprzyjaciół miały znaczną przewagę liczebną: 4800 żołnierzy w stosunku do 551 Polaków z I Batalionu 16 Pułku Piechoty Armii Krajowej „Barbara”. Powstańcy zostali otoczeni, walczyli do końca. Niemcy spacyfikowali wioskę. Ostatnią deską ratunku dla mieszkańców było zwrócenie się o pomoc do Matki Bożej. Naprzeciw Niemcom wysłano młodą kobietę z trójką małych dzieci. Na piersiach niosła obraz Maryi. Oprawcy okazali się bezwzględni: kobieta i jej dzieci zostały rozstrzelane, a obraz uszkodzony od licznych postrzałów. Niemcy zabili w sumie 27 osób. Podpalili wioskę, a do piwnic wrzucili granaty.

Ojciec Góra poznał tę historię podczas wakacji spędzonych w Paleśnicy. Był wstrząśnięty. Jednocześnie zakochał się w pięknej okolicy Jamnej i postanowił coś zrobić dla tej doświadczonej przez historię miejscowości. Na początku lat 90. utworzył tam Dom Świętego Jacka. Budynek miał pełnić funkcję ośrodka wypoczynkowego dla poznańskiej młodzieży, w którym ta miałaby także okazję do podjęcia refleksji duchowej. Brakowało jednego – obrazu matki, bez którego w tym miejscu było pusto i smutno. Po raz kolejny niezbędna okazała się pomoc Małgorzaty Sokołowskiej, którą zakonnik poprosił o namalowanie Madonny, której wizerunek nawiązywałby do historii Jamnej. Przedstawił artystce swoją wizję obrazu. Przede wszystkim miała mieć zieloną suknię (kolor nadziei) i być tak piękna, żeby podobała się wszystkim, którzy przyjadą do Jamnej.

Malarka sprostała oczekiwaniom o. Góry. Ojciec Kazimierz Plebanek CSsR w jednym ze swoich kazań tak opisuje stworzony przez artystkę obraz:

Madonna na prawej ręce trzyma swego Synka. Oboje okryci są ciemnoniebieskim, przechodzącym w zieleń płaszczem. Przy szyi Maryi z pod płaszcza wychyla się główka Dzieciątka. Maryja ma długie włosy upięte z tyłu i okryte czerwoną chustą. Jej twarz i twarzyczka Jezuska są do siebie bardzo podobne. […] Głowę Matki i Dzieciątka otacza aureola, przypominająca aureolę wędrującej kopii ikony Matki Bożej Częstochowskiej, na której zostały umieszczone litery alfabetu greckiego, które znaczą: Matka – Boża. Z boku przy aureoli Dzieciątka litery znaczą: Jezus Chrystus. Nad czołem Matki Bożej widzimy gwiazdę symbolizującą dziewictwo. Czyli uwzględniając gwiazdę, napis możemy odczytać: Niepokalana Matka – Boża.

Obraz zdobył serca młodzieży akademickiej, a o. Jan postanowił go ukoronować. Zamierzał poprosić o to samego Jana Pawła II. Brakowało tylko złota. Zakonnik słynący z wybitnych zdolności organizacyjnych poradził sobie z tym bez problemu. Wszędzie, gdzie się dało, opowiadał o planach koronacji, na które ludzie żywo reagowali, przynosząc niewielkie złote przedmioty, które po przetopieniu wystarczyły na wykonanie korony. W 1998 r. w Rzymie obraz został ukoronowany przez Jana Pawła II. O. Góra osiągnął to, co jego zdaniem było konieczne. Wielu nie dowierzało.

Kolejnym elementem planu wobec Matki Boskiej z Jamnej było wybudowanie dla niej kościoła. Dzięki pomocy górali i studentów postanowiono świątynię przypominającą góralski szałas, który w 2001 roku został poświęcony przez prymasa kard. Józefa Glempa. Kamień węgielny pod kościół podarował papież. W ten sposób przypieczętowano najważniejsze obok Lednicy dzieło o. Jana Góry. Odtąd dom w Jamnej stał się niezwykle prężnie działającym ośrodkiem duszpasterstwa akademickiego.

Rozpalony do końca

Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. (Ap 3, 15)

Jan Góra całe życie utrzymywał w sobie żarliwość sługi Bożego. Za wszystkim, co robił, kryły się czułość i troska o innych. Mimo tego, uchodził za stanowczego i niekiedy surowego kapłana – umiejętnie balansował pomiędzy tymi dwoma obliczami. Dysonans jego postaci wynikał z niespotykanego połączenia uporu i determinacji z wrażliwością artysty, z miłością otwartego na drugiego człowieka. Tylko inteligent i esteta w jednej osobie mógł przyciągnąć do siebie tłumy młodych ludzi. Tylko człowiek z duszą artysty potrafił przełamywać rutynę i do końca pozostać gorący. Taki był o. Jan Góra.

Maciej Kalbarczyk

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 79.