bic polakow fot. kadr z filmu wolyn

„Bić Polaków, ile wlezie!” – operacja polska NKWD

Według wyliczeń przywoływanego wcześniej wielokrotnie Nikołaja Iwanowa w wyniku ludobójstwa drugiej połowy lat 30. XX zginęło od 15 do 20% Polaków zamieszkujących Związek Sowiecki. To tak, jakby w każdej pięcioosobowej rodzinie zgładzono jednego człowieka.

Uchwałą sejmu RP z 14 lipca 2009 oraz późniejszej, z sierpnia 2012 masowe morderstwo dokonane przez Sowietów w latach 1937-1938 na przynajmniej 111 tysiącach Polaków określone zostało mianem genocydu. Mimo, iż o operacji polskiej NKWD z roku na rok mówi się coraz więcej, stan wiedzy społecznej na jej temat wciąż daleki jest od zadowalającego.

W trakcie wywiadu realizowanego w studio Telewizji Republika w marcu 2016 roku historyk Andrzej Nowak został w pewnym momencie zapytany przez prowadzącą Katarzynę Hejke, co sądzi o pomyśle, by 11 lipca ustanowić dniem męczeństwa Kresowian.

Po chwili zastanowienia krakowski profesor wypowiedział znamienne słowa. Słowa, które odtwarzając związki przyczynowo-skutkowe, przywracają, jak się zdaje, intelektualną uczciwość w opisie zagłady Kresów I i II RP. Przypomnijmy tę wypowiedź in extenso:

„Oceniam go [pomysł z 11 lipca – przyp. red.] jednoznacznie źlea to z powodów czysto historycznych. Ludobójstwo na Polakach na Kresach zaczęło się w kalendarzu rocznym miesiąc później, w kalendarzu historycznym – sześć lat wcześniej, w takiej wielkiej skali, większej – trzeba to przypomnieć – niż to straszliwe ludobójstwo, którego dopuścili się ukraińscy nacjonaliści. Nie byłoby ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców, gdyby nie wcześniejsza akcja ludobójcza NKWD, państwa sowieckiego dokonana na Polakach, podjęta na podstawie jednej decyzji, jednego rozkazu. 9 sierpnia – decyzja Politbiura, 11 sierpnia 1937 roku – rozkaz szefa NKWD Jeżowa, na podstawie którego rozstrzelano 111 091 osób, a w pozostałych operacjach przeciw Polakom – blisko 200 tys. Polaków zostało zamordowanych. W 1937 roku. Otóż to jest początek ludobójstwa na Polakach na Kresach. I jeżeli zapomnimy o tym, powiemy, że jeżeli jakieś zbrodnie na Polakach na Kresach zostały popełnione, to tylko Ukraińcy za to odpowiadają, to popełnimy zasadniczy fałsz historyczny. 11 sierpnia, 1937 rok – to jest, wydaje mi się, najwłaściwsza data, od której zaczyna się i Wołyń i Katyń, a wszystkie te elementy: i Wołyń, Katyń i największa poprzedzająca je zbrodnia na Polakach pozostawionych niestety za granicą ryską w 1921 roku, one powinny być razem upamiętnione, razem pamiętane”.

Postulat Andrzeja Nowaka jest czytelny. Za początek eksterminacji Kresowian – a także zagłady Kresów w ogóle – należy uznać rok 1937. To właśnie wtedy szef NKWD Nikołaj Jeżow z polecenia Stalina uruchomił machinę zbrodni wymierzoną w tych spośród naszych rodaków, którzy mieli to nieszczęście, że ziemie przez nich zamieszkiwane na mocy pokoju ryskiego z marca 1921 roku nie zostały włączone w skład II Rzeczypospolitej. Oczywiście, Polacy ginęli w Związku Radzieckim już wcześniej, m.in. podczas terroru lat 1918-1921 prowadzonego w warunkach komunizmu wojennego a także – o czym mało kto pamięta – jako ofiary Wielkiego Głodu na Ukrainie. Notabene, to ostanie nie jest próbą dokonania historycznego rewizjonizmu. Jakkolwiek w zgodzie z faktami należy uznać, że w kategoriach narodowych Ukraińcy byli grupą najbardziej poszkodowaną w czasie przymusowej kolektywizacji grupą, o tyle nie sposób zaprzeczyć, że w oku cyklonu znaleźli się – bo z powodów historycznych musieli! – również ludzie, których według naszych kategorii musimy zakwalifikować jako Polaków.

Jednakowoż w obu wymienionych wyżej przypadkach nasi rodacy – w jakikolwiek pokrewny z pojęciem narodowości sposób zdefiniowani – nie zostali w żaden namacalny źródłowo sposób wytypowani do eksterminacji, ani też nie stali się jego ofiarą (wbrew pozorem nie są to rzeczy tożsame). Wszystko dlatego, że to nie narodowe, ale dla komunizmu wojennego przede wszystkim polityczne, a podczas Wielkiego Głodu – społeczne kryterium stanowiło instrukcję  zbrodni. Przełomem w tym względzie stał się – powtórzmy to raz jeszcze – rok 1937.

Dla większego efektu przytoczymy wspomniane wyżej uchwały polskiego sejmu – nieporywające, ale zważywszy osoby, które wówczas wotowały, by uzyskać większość – zupełnie rozsądne:

UCHWAŁA

Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej
z dnia 14 lipca 2009 r.

upamiętniająca ofiary zbrodni dokonanych w latach 1937-1939
na Polakach zamieszkałych w ZSRR

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej oddaje cześć pamięci 150 tysięcy Polaków zamordowanych przez NKWD w latach 1937-1939 w ramach tzw. operacji polskiej w czasie „Wielkiego Terroru”.

Sejm wyraża wdzięczność działaczom rosyjskiego stowarzyszenia „Memoriał” oraz tym historykom rosyjskim i ukraińskim, którzy podtrzymują pamięć o ludobójstwie dokonanym na naszych niewinnych rodakach.

I drugą, uchwaloną po trzech latach, niedługo po powtórnym zwycięstwie Platformy Obywatelskiej w wyborach parlamentarnych:

UCHWAŁA

Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej
z dnia 31 sierpnia 2012 r.

w sprawie hołdu wszystkim zamordowanym
i represjonowanym na terenach Związku Radzieckiego
w ramach tzw. Operacji Polskiej w latach 1937–1938

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej oddaje hołd wszystkim zamordowanym i represjonowanym Polakom na terenach Związku Radzieckiego w ramach tzw. Operacji Polskiej w latach 1937–1938.

75 lat temu, 11 sierpnia 1937 r., za zgodą Józefa Stalina ówczesny szef NKWD Nikołaj Jeżow podpisał rozkaz 00485. Uruchomiło to falę represji prowadzącą do ludobójstwa w wyniku którego życie straciło ponad 110 tysięcy Polaków mieszkających na terenach ówczesnego Związku Radzieckiego.

Na podstawie rozkazu Jeżowa Polacy byli nie tylko mordowani, ale też dziesiątki tysięcy z nich trafiło do łagrów rozsianych na terenach azjatyckiej części Związku Radzieckiego. Wielu osadzonych zmarło z wycieńczenia, chorób lub zostało zakatowanych przez stalinowskich oprawców.

„Operacja Polska” była największą operacją NKWD dotyczącą zbiorowo członków konkretnej narodowości, w tym wypadku polskiej. Akcja objęła wszystkich Polaków bez względu na przynależność klasowo-społeczną. Decydowało wyłącznie pochodzenie.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej apeluje do rządu polskiego oraz wszystkich władz samorządowych o godne upamiętnienie tej dramatycznej, a bardzo często zapomnianej, zbrodni.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża głęboką wdzięczność wszystkim środowiskom historyków, zwłaszcza rosyjskiemu stowarzyszeniu „Memoriał”, za wszelkie działania na rzecz dokumentacji i upamiętniania ludobójstwa dokonanego na Polakach.

W tym miejscu wypadałoby poczynić jeszcze jedną uwagę porządkującą te opowieść i jednocześnie uprzedzić cios potencjalnych niedowiarków.

Otóż! Można całkiem przytomnie – uchylmy rąbka tajemnicy na temat wydarzeń, które przychodzi nam opisywać – argumentować, że to nie naród polski został w ZSRR poddany pod koniec lat 30. Okrutnemu losowi, ale „siatka szpiegowska POW” – co jest terminem zaczerpniętym wprost z ówczesnej retoryki. Żeby zrozumieć, czym była POW i dlaczego powodowała na Kremlu lęk podobny do tego, jaki niedobita Kartagina budziła w Katonie Starszym musimy cofnąć się w dziejach Polski o mniej więcej 20 lat.

POW

Polska Organizacja Wojskowa – bo tak rozwija się ten tajemniczy skrót była organizacją militarno-polityczną, powołaną przez Józefa Piłsudskiego jeszcze w roku 1914 (w oparciu o zaplecze legionowe). Jej zadaniem było podtrzymywanie i krzewienie ducha niepodległościowego w różnych zakątkach Polski.

Często przyrównuje się – m.in. na lekcjach historii dla młodzieży – Polską Organizację Wojskową do Polskiego Państwa Podziemnego – tyle tylko, że w warunkach I wojny światowej. Porównanie, jak każde grube porównanie tego typu niesie ze sobą pewne ryzyko (m.in. jeśli chodzi o rozmach działania – POW działała na dużo szerszą skalę), ale generalnie jest prawdziwe, tzn. opisuje pierwociny państwa działającego w warunkach okupacji, względnie przesilenia – państwa które ujawni się zupełnie tak, jak w powstaniu warszawskim – w sytuacji, kiedy zajaśnieją wolności promienie. Z tą wszakże różnicą, że Peowiacy odnieśli sukces od razu, natomiast AK-owcy cieszą się wolnością dopiero teraz. Wróćmy jednak do POW – oto, jak wyglądała jej podstawowa struktura na wschód od granicy Królestwa Kongresowego w latach 1914-1921:

Okręg „A”, Kijów Okręg „D”, Żytomierz Okręg „G”, Mińsk
Okręg „B”, Odessa Okręg „E”, Winnica Okręg „L”, Moskwa
Okręg „C”, Płoskirów Okręg „F”, Równe Okręg „M”, Charków

Osiem z dziewięciu wymienionych wyżej miast po 19121 roku znalazło się w Sajuzie… Strach przed zlikwidowanymi wówczas strukturami POW musiał być na tyle nośny, że jeszcze w roku 1937 można było ze skutkiem rozpętać przeciwko niej kampanię histerii i nienawiści w jednym. Polscy panowie, agenci Piłsudskiego (szczególnie w latach 1926-35), wysłannicy Watykanu. Za dużo tego dobrego jak na sowiecką wrażliwość…

Jednak to dopiero pierwszy z czynników, które pozwalają nam zorientować się w ogólnych warunkach operacji polskiej. Drugim – a pod względem doniosłości być może pierwszym – była ogólna intensyfikacja terroru w drugiej połowie lat 30. Po rozprawie z najważniejszymi wrogami politycznymi – realnymi i wyimaginowanymi – tzn. przede wszystkimi z Trockimi i Kirowem, krwawym sukcesie kolektywizacji, a także okrzepnięciu aparatu bezpieczeństwaStalin poczuł się na tyle silnie, by rozprawić się ze „zbiorowymi wrogami wewnętrznymi”, ale jednocześnie pozostawał na tyle słaby, by się ich bać. Mieszanka piorunująca… To właśnie w tym czasie giną towarzysze z czasów wojny polsko-bolszewickiej, koledzy partyjni, którzy widzieli to i owo, przechodnie, których wyłapuje się, by liczba ofiar nie budziła podejrzeń. Giną bez śladu, przyznają się przed sądem do najbardziej wydumanych przestępstw albo popełniają samobójstwo. Terror jest w pełnym rozkwicie. Ale to Polacy będą pierwszym „narodem ukaranym”.

W latach 1937-1938 aparat bezpieczeństwa Związku Sowieckiego dokonał zatrzymania 143 tysięcy Polaków i osób oskarżonych o związki z Polakami. Z tej ogromnej liczby całkowicie „uniewinnionych” zostało jedynie 40 osób.

Nie ma drugiego człowieka, który tak wiele zdziałałaby dla rozwoju badań nad tragedią Polaków Związku Radzieckiego w XX-leciu międzywojennym, co rosyjski historyk NikołajIwanow. Moskal piszący o Polakach? Toż to musi być straszne – książka będzie albo pełna pogardy, albo nienawiści, zgodnie z instrukcją Mikołaja I dla syna. Nic z tych rzeczy. O duchowej uczciwości historyka, której probierzem w tym przypadku jest antykomunizm, niech zaświadczy garść faktów. Ten profesor Uniwersytetu Opolskiego był w latach 80. – jako jedyny obywatel ZSRS – działaczem „Solidarności”, w tym jej radykalnej sekcji zawiadywanej przez Kornela Morawieckiego, współpracował również z Radiem Wolna Europa. Czy to mało?

Wróćmy jednak od opowieści o Iwanowie-opozycjoniście do Iwanowa-historyka. Sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta: wobec problemu operacji polskiej człowiek ten najpierw sformułował postulat badawczy, a następnie go zrealizował. Jego książki – szczególnie najnowsza, z 2014 roku – stały się podstawowym punktem odniesienia na temat ludobójstwa NKWD, którą Iwanow badał w oparciu o niedostępne w dużej mierze dla polskich badaczy archiwa rosyjskie.

Niektórzy zagraniczni historycy mówiący o sprawach polskich – żadnych nazwisk! – nawet jeśli uzyskują poklask u tzw. zwykłego czytelnika, głównie zresztą w wyniku kompleksu każącego im w takich sytuacjach przeżywać emocjonalne wzmożenie – przez polskich naukowców traktowani są z przymrużeniem oka. Trzeba naprawdę wielkiego kunsztu, a przede wszystkim ciężkiej pracy archiwalnej, ażeby Polakom, tak silnie przeżywającym swoją historię, i w związku z tym dobrze się w niej orientujących, opowiedzieć coś ciekawego z ich własnego podwórka. Do grona takich dziejopisów należy na pewno Tymothy Snyder, czy Daniel Beauvois (mimo niesympatycznych w gruncie rzeczy poglądów).  A także – rzecz jasna – Nikołaj Iwanow.

W 1991 roku ukazała się jedna z dwóch jego publikacji, które chciałbym tu przywołać. Nosi ona tytuł „Pierwszy naród ukarany. Polacy w Związku Radzieckim w latach 1921-1939”. Druga z nich – „Zapomniane Ludobójstwo. Operacja Polska NKWD” wyszła trzy lata temu nakładem wydawnictwa Znak.

Dlaczego o tym mówię? W poprzedniej części starałem się dowieść, że Polacy za granicą ryską zostali udręczeni jako naród po raz pierwszy w latach 1937-1938. Ale tamta zbrodnia kryje w sobie jeszcze jedno pierwszeństwo, jeszcze jeden precedens. Otóż niezależnie od prawdziwości tamtego stwierdzenia, Polacy byli w ogóle pierwszą nacją, której Związek Radziecki wypowiedział wojnę na własnym terytorium. I właśnie tę okoliczność – samym tylko tytułem – wydobyła (wydobywa?) dla nas publikacja „Pierwszy naród ukarany”. To nie nadwołżańscy Niemcy, ani Tatarzy, ani Czeczeni – skądinąd potraktowani niezwykle brutalnie, ale właśnie Polacy zostali jako pierwsi poddani krwawym represjom.

Druga książka – rzec by można zupełnie jeszcze świeża – czyli „Zapomniane Ludobójstwo” również dotyka samą tylko nazwą ważnego aspektu tamtej zbrodni, tym razem bardziej z zakresu pamięci społecznej. A tak naprawdę: niepamięci, skoro według niedawnych szacunków  o „operacji polskiej NKWD” słyszał promil Polaków. 1 na 1000, czyli w sumie cztery tysiące osób. Oczywiście, niemieckie i sowieckie zbrodnie popełnione na naszym narodzie są tak liczne, że  kolejnej może być trudno „przebić” się do świadomości. Doświadczenie pokazuje jednak, że odpowiednia praca – nazwijmy ją: „u podstaw” połączona z poparciem ważnej instytucji – jest w stanie w ciągu kilku lat wywołać modę na jakiś temat historyczny. Moda przeminie, ale pewne quantum wiedzy osiądzie w ludziach, niczym cukier w przesłodzonej herbacie. Dobrym przykładem są tutaj żołnierze wyklęci. Nie będąc człowiekiem starym, doskonale pamiętam czasy, kiedy powoływanie się na żołnierzy antykomunistycznego podziemia traktowano jako towarzyskie faux pas. Przez wiele lat głos Herberta był głosem wołającego na puszczy. I co? Z jednej strony wystawy, pogadanki i dodatki historyczne, z drugiej: poparcie Lecha Kaczyńskiego; w ciągu 10 lat wyklęci wygrali z realpolitykierami walkę o rząd dusz. Jak powiedział m.in. Krzysztof Szwagrzyk: „wyklętych już nic nie zatrzyma”. I miał rację. Teraz trzeba sprawić, by nic nie zatrzymało pamięci o naszych rodakach zamęczonych przez nieludzki system na moment przed II wojną światową.

Tymczasem wróćmy do zasadniczego toku opowieści, którą przerwaliśmy w momencie opisu przyczyn, dla których rozpętano operację polską. Wymieniłem dwie najważniejsze: to znaczy lęk przed siatką szpiegowską skupionej wokół nieistniejącej od lat Polskiej Organizacji Wojskowej, a także ogólny proces zwiększenia terroru w ZSRS. Należy do nich wszelako dodać jeszcze jedną donośną kwestię, a mianowicie klęskę koncepcji wyhodowania sowieckich Polaków.

Oto w 1925 na Ukrainie, nieco na zachód od Żytomierza, wokół miejscowości Dołbysz – będącym chyba najsmutniejszym miejsce na świecie, a siedem lat później w okolicach Kojdanowa na Białorusi utworzono polskie rejony autonomiczne. Pierwszy nosił imię Juliana Marchlewskiego, drugiemu patronował Feliks Dzierżyński – stąd popularnie nazywano te „potworki” – jak gdyby ówczesną DNR i LN – Marchlewszczyzną i Dzierżyńszczyzną. Czym były te twory? Próbą pożenienia nacjonalizmu z marksizmem na warunkach tego drugiego, tzn. skomunizowanymi okręgami narodowościowymi. Co istotne dla prawidłowego rozumienia spraw, owa narodowość ograniczała się do rosyjsko-sowieckiej koncepcji „narodonosti” – ludowości, w której, w polskim chociażby przypadku, odnaleźć  mogli się tylko chłopi i to też na poziomie Cepelii, a w każdym  razie w oderwaniu od życia II RP.

Po co je stworzono? Uważa się, że z dwóch powodów. Po pierwsze miały one stanowić rozsadnik komunizmu, który zostałby później w ramach eksportu rewolucji zaprowadzony w „pańskiej Polsce”. Po drugie był eksperymentem, który powinien dać odpowiedź na pytanie, czy można pożenić nawet najmniej rozpolitykowanych Polaków i komunizm. Oba te cele, jak widzimy, doskonale się dopełniały.

Rejony te zostały w latach 1935-1937 zlikwidowane, prawdopodobnie (ostatecznej odpowiedzi wciąż brak) dlatego, że efekty sowietyzacji Polaków – mimo iż miała odniosła ona pewne sukcesy – nie były zadowalające. Na Marchlewszyczyźnie, mimo 6 lat wytężonej pracy wychowawczo-politycznej, do kołchozów zapisało się jedynie 7,2% chłopów rejonu i, żeby było ciekawiej – w większości nie-Polaków. Ale opory w „zakładaniu krowie siodła” nie były jedynym problem. Towarzysz Stalin, nie rezygnując z europejskich planów ekspansji, chyba rzeczywiście odsunął wówczas na bok myśl o uczynieniu z polski republiki radzieckiej – co swoją drogą wcale nie musi się kłócić z teorią, jakoby ostateczną decyzję w tej materii podjął po powstaniu warszawskim.

Czyżby zatem gensek WKP(b), zrażony niepowodzeniem prób sowietyzacji Polaków, postanowił ich wytłuc? Niestety, w świetle obecnie dostępnych źródeł to najbardziej logiczne wytłumaczenie.

Zanim jednak do tego doszło, sowieckie politbiuro podjęło decyzję – był rok 1936 – o masowej deportacji do Kazachstanu 100 tys. Mieszkańców Ukrainy, z czego 90% stanowili Polacy, a 10% – Niemcy. O tej grupie – tzw.  spiecpieriesieleńców, czyli ludzi pognanych na wschód bez prawa zmiany miejsca zamieszkania – również nie wolno nam zapomnieć, bo jakkolwiek nie zostali oni w sposób bezpośredni zamordowani, to ich los został na wiele lat, a bywało, że na zawsze, naznaczony olbrzymim cierpieniem.

I oto latem 1937 roku włodarze Kremla dochodzą do wniosku, że propedeutyka zbrodni spełniła swoje zadanie. Zamykanie polskich szkół i teatrów, wywózki? Z miłą chęcią, ale trzeba pójść krok naprzód.

11 sierpnia Nikołaj Jeżow stawia podpis pod dwoma dokumentami: jeden z nich to osławiony (choć niesławny) rozkaz nr 00485 definiujący grupy osób objętych aresztem:
a) ujawnieni w toku śledztwa i dotychczas niewykryci aktywni członkowie POW, zgodnie z załączonym spisem,
b) wszyscy pozostający w ZSRS jeńcy wojenni z armii polskiej,
c) zbiedzy z Polski, niezależnie od czasu ich przejścia do ZSRS,
d) emigranci polityczni i osoby wydalone z Polski z powodu przekonań politycznych,
e) byli członkowie PPS i innych antysowieckich polskich partii politycznych,
f) najaktywniejsza cześć miejscowych elementów antysowieckich i nacjonalistycznych z polskich rejonów.

Dopełnienie stanowiło „Tajne pismo na temat faszystowsko-powstańczej, szpiegowskiej, dywersyjnej, szkodniczej i terrorystycznej działalności polskiego wywiadu w ZSRS”. Na mocy obu dokumentów operacja polska miała zacząć się 20 sierpnia i potrwać trzy miesiące. Żeby nie komplikować spraw, kary przewidziano tylko dwie: 1) razstrieł, 2) od 3 do 10 lat więzienia. Odpowiedzialnością za sprawne przeprowadzenie akcji obarczono lokalne NKWD.

Jak gdyby rozkaz nr 00485 był zbyt łagodny, 2 października Jeżow wydał kolejne zarządzenie (w numeracji resortu 00486), tym razem uderzający w żony „polskich szpiegów”. Od tej pory podlegały one – z automatu! – karze od 5 do 8 lat pozbawienia wolności Wyjątek robiono dla tych, które zechciały współpracować, tzn. donosić na mężów.

Według wyliczeń przywoływanego wcześniej wielokrotnie Nikołaja Iwanowa w wyniku ludobójstwa drugiej połowy lat 30. XX zginęło od 15 do 20% Polaków zamieszkujących Związek Sowiecki. To tak, jakby w każdej pięcioosobowej rodzinie zgładzono jednego człowieka.

Trudno – niezwykle trudno – w kontekście masowych mordów nurzać się w rozważaniach na temat mechaniki i dynamiki zbrodni, nie doznając tego paskudnego uczucia, że oto wchodzi się w zażyłość z „logiką oprawców”, jak podpowiada fraza z „Potęgi smaku” Zbigniewa Herberta – poety tak srogo doświadczonego przez bolszewizm.

Chcąc jednak poznać (przypomnieć) prawdę o tamtych potwornościach – chociażby po to, by w walce o dobre imię polskiej historii dysponować twardymi dowodami, musimy, nolens volens, takiej wiwisekcji dokonać. W czasach odradzającego się rosyjskiego imperializmu – również w kontekście historycznym, a także przy coraz mniej odczuwalnym na zachód od Odry kacem moralnym – walka ta – mówiąc językiem towarzysza Stalina – będzie się tylko zaostrzać.

Wróćmy jednak do wydarzeń sprzed 80 lat. Zgodnie z klasycznymi regułami zmagań politycznych, zaatakować trzeba najsilniejszego z przeciwników, którego jesteśmy w stanie pokonać. Zasadę tę widać bardzo dobrze na przykładzie rozprawy komunistów z PSL-em w latach 1945-1947, a wcześniej chociażby w hitlerowskim ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku. Ktoś wrzaśnie: ale Francja była silniejsza! Owszem, ale w przypadku ataku na Francję, Anglia, a przede wszystkim Polska pospieszyłyby z pomocą. Nie można zatem zestawiać Heksagonu i Lechistanu, tylko tę drugą wobec koalicji trzech państw i bez pomocy Związku Radzieckiego.

Tak samo zrobi sowiecki aparat bezpieczeństwa, czyli NKWD. W pierwszej kolejności wymorduje tych Polaków – w tym wypadku lepiej mówić o polskojęzycznych obywatelach Kraju Rad, ale takiego uzusu językowego nie ma –  którzy stanowili podporę systemu komunistycznego: czołowych komunistów, zarówno z KPP, jak i WKP(b).

To właśnie wtedy pod nóż trafiają tak zasłużeni działacze jak chociażby towarzysz Dąbal – jeden z czołowych ideologów Marchlewszczyzny, człowiek, który zasłynął m.in. tym, że zaproponował śmiałe uproszczenie pisowni polskiej zgodnie z zasadą „jak się słyszy, tak się pisze”. Toważysz Dombal wyrokiem Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego z dnia 21 sierpnia – a więc 10 dni od rozpoczęcia operacji polskiej skazany został na karę śmierci. Wyrok wykonano jeszcze tego samego dnia.

Nieco później z życiem rozstał się wieloletni sekretarz generalny (I sekretarz) Komunistycznej Partii bolszewików Ukrainy, Stanisław Kosior, który mimo iż twardy w śledztwie, zmiękł, gdy NKWD-ziści przyprowadzili do więzienia jego 16-letnią córkę, a następnie zgwałcili ją na oczach ojca.

Krwawe żniwa nie ominęły innego z wysoko postawionych Polaków – mianowicie Stanisława Redensa, deputowanego Rady Najwyższej ZSRS. Zginął mimo okoliczności, wydawałoby się niezawodnych, tzn. mimo powinowactwa ze Stalinem. Jak wiadomo, w polityce nie ma miejsca na sentymenty…

Jednak chyba najsłynniejszą polskojęzyczną ofiarą ówczesnej czystki był poeta Bruno Jasieński, którego kiedyś obficie żałowały (nie wiem, czy do tej pory żałują) polonistki po roku 1989. Warto przy okazji zauważyć, że przez wiele lat – o zgrozo – operację polską redukowano, nie tylko na języku polskim, ale również na historii do „wymordowania polskich komunistów”.

Zarzuty stawiane oskarżonym o konszachty z Polską Organizacją Wojskową były niekiedy tego rodzaju, że gdyby próbowano przekuć to na opowieść artystyczną, wszyscy popukaliby by się w czoło, uznawszy że tak niewiarygodne rzeczy w przyrodzie nie występują. Trzymam w ręku archiwalny numer magazyny „Uważam Rze Historia” z sierpnia 2012 roku. Na jego łamach, w jednym z artykułów dokonano zgrabnego zestawienia owych kuriozalnych zarzutów. Dla poglądu przytoczmy trzy:

– SPINAJSKIJ, urzędnik fabryki obuwia, „rezydent konsulatu polskiego w Charkowie” miał założyć siatkę szpiegowską, która doprowadziła do podpalenia zakładu piekarniczego w Charkowie.

– GRANKOWSKIJ, robotnik w  fabryce wyrobów cukierniczych „Kofok” miał zatruwać arszenikiem i bakteriami tyfusu wyroby cukiernicze.

– KARPINSKAJA Anna Iwanowna urodzona 1909 […] przed aresztowaniem kołchoźnica. […]
b) Systematycznie uprawiała szkodnictwo w kołchozie, produkując włókna lnu złej jakości.
c) Prowadziła działalność kontrrewolucyjną wśród kobiet, wykazując, jak niekorzystne jest pozostawanie w kołchozie oraz wychwalając ustrój faszystowskiej Polski, gdzie mieszka jej brat, z którym utrzymuje kontakt listowny. […]
Do winy się przyznała.

Wiemy zatem już jak wyglądała procedura oskarżania. Wynajdowano bądź kreowano najbłahszy związek z polskością, rozdmuchiwano go mniej lub bardziej udolnie, po czym przedstawiciele wojsk wewnętrznych NKWD dokonywali aresztowania, często zgarniając po drodze ludzi, o których istnieniu nie mieli nawet pojęcia, a wszystko po to, by wrogów ludu było jak najwięcej.

Przesadzam? Nic z tych rzeczy.

Niemal równolegle z operacją polską realizowano tzw. operację kułacką, czyli czystkę z formalnego punktu widzenia skierowaną przeciwko bogatym chłopom – niedobitkom z czasów kolektywizacji, czytaj: Wielkiego Głodu. To ważne dla niniejszych rozważań o tyle, że Polacy – choć tym razem nie z powodów narodowościowych – byli prześladowani niejako z dwóch paragrafów jednocześnie. I właśnie operacja kułacka dowodzi źródłowo, iż mimo odgórnego określenia kontyngentu wrogów ludu – ustalonego na poziomie 75 950 osób w pierwszej kategorii (rozstrzelanie) i 193 000 w drugiej (więzienie albo obóz pracy), lokalne NKWD – tzn. przede wszystkim ukraiński i białoruski –  „poprosiły” o podwyższenie tych kontyngentów. W rezultacie na śmierć skazano 386 798 osób (50%), a na karę więzienia 380 599.

Stanowi to przesłankę, by mniemać, że do podobnego zawyżenia kontyngentów doszło również  w przypadku realizacji rozkazu nr 00485.

Tak, czy owak, odsetek osób zamordowanych w operacji kułackiej, obejmujących swym dobrodusznym ramieniem i bez żadnych przesądów etnicznych, wszystkie narody zamieszkujące Związek Radziecki, był o 30 punktów procentowych niższy od tego, który daje się uchwycić – zdaniem Iwanowa – w toku badań nad operacją polską.

Po wynalezieniu „zbrodniarzy” oraz przetransportowaniu ich do tymczasowego aresztu, po pewnym czasie zaczynał się proces. Procesy odbywały się wówczas w Związku Radzieckim na potęgę. Jeśli jednak myślą Państwo, że miały one coś wspólnego z naszymi wyobrażeniami o funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości – najwyższy czas porzucić wszelkie złudzenia.

Po pierwsze nie sądzono ludzi, którzy na ogół nie wiedzieli, że jakaś rozprawa – a już tym bardziej ich dotycząca – ma miejsce. Miast oskarżonych, sądzono teczki – tzw. albumy, w których widniały wszelkie potrzebne dokumenty osobowe.

Album po zatwierdzeniu przez szefa miejscowego NKWD i prokuratora trafiał do Moskwy w celu uzyskania akceptacji. Wiadomo, że przynajmniej kilkunastu pracowników centrali NKWD w Moskwie zajmowało się tymi albumami. Zwyczajowo zatwierdzano te wyroki bez poprawek. Potem potrzebny był jeszcze podpis Jeżowa oraz prokuratora generalnego Wyszyńskiego (ale po jednym dla całego albumu!) i można było mordować…

Spraw było jednak zbyt dużo – mówimy o 143 tysiącach ludzi w ramach samej tylko operacji polskiej. W końcu Łubianka zaczęła dławić się albumami. 15 IX 1938 politbiuro podjęło uchwałę powołującą w regionach „trójki”, które otrzymały prawo zatwierdzania wyroków bez konsultacji z Moskwą. W skład takiej trójki wchodzili: I sekretarz regionalnej organizacji partyjnej, lokalny prokurator i szef miejscowego NKWD. Często były to te same zespoły, które „pracowały” podczas „operacji kułackiej”. „Trójki” oczywiście nie miały czasu czytać podsuniętych im papierów, tak więc panem życia i śmierci zostawał oficer śledczy, rekomendujący wyrok.

Panowie na Kremlu i ich wykonawcy na tyle zasmakowali w polskiej krwi, że zamiast planowanych 3 miesięcy operacja trwała ponad rok. W samej tylko Winnicy zamordowano w tym czasie ponad 5 tysięcy osób.

Orgia przemocy została wstrzymana 17 listopada 1938. Zaczyna się upadek „krwawego karła”, jak nazywano Nikołaja Jeżowa. W lutym 1940 jego wątłe ciało zostanie rozryte kulami wystrzelonymi przez pluton egzekucyjny.

111 091 ofiar operacji polskiej – Polaków zgładzonych za Upór  – nie poruszyło się jednak w związku z tym ani o centymetr.

Kudłaty

Tekst ukazał się na portalu kresy24.pl.