milcarek

Paweł Milcarek: Papież jako znak, papież jako wyzwanie, papież jako denerwowanie

Papież Franciszek wygląda mi na o wiele bardziej energicznego i władczego niż Jan Paweł II. Stąd pytanie, czy ma on w ogóle chęć na korzystanie z mechanizmów synodalnych do czego innego niż dla umocowania w opinii, uprawomocnienia swoich własnych decyzji – z Pawłem Milcarkiem, redaktorem naczelnym „Christianitas”, rozmawia Krzysztof Wołodźko

Współczesne pokolenia katolików – jeśli świadomie doświadczają Kościoła – mogą wybierać między dwoma sposobami jego opisu. Pierwszy brzmi: posoborowy Kościół to odrodzenie wszystkiego, co najlepsze w chrześcijaństwie. Drugi, przeciwstawny, głosi, że posoborowy Kościół przeżywa potężny kryzys, który sprawia, że „sól straciła smak”. Jak Pan się odnajduje między tymi wartościowaniami?

Muszę przyznać się do rzeczy dość oczywistej. Co prawda umysłowo zostałem ukształtowany przez narrację bardzo krytyczną wobec tego, co się wydarzyło po Soborze Watykańskim II, ale zanim to nastąpiło, byłem formowany przez Kościół, który przez te zmiany przechodził. Stąd moja tradycjonalistyczna przemiana miała charakter swoistej konwersji wewnątrz Kościoła, po dość długim okresie przyjmowania za dobrą monetę wszystkiego, co przedstawiano jako błogosławiony owoc soboru.

Gdy dziś patrzę na te dwie rozwijające się narracje, to uważam, że tradycjonalistyczna znajduje się w dramatycznym rozmachu. Tradycjonalistów jest coraz więcej, coraz częściej myśl tradycjonalistyczna jest obecna w dyskusjach publicznych. Równocześnie ci ludzie bardzo często znajdują się w konflikcie, doświadczają trudności, z pewnością nie są kościelnym mainstreamem. A narracja posoborowa jest dzisiaj jeszcze bardziej opowieścią urzędniczego głównego nurtu, opowieścią kościelnych ludzi władzy, którzy mają zakodowane te najprostsze stwierdzenia dotyczące posoborowości, ale są coraz mniej dynamiczni, coraz mniej w nich energii.

Mam przy tym wrażenie, że to klasyczne zderzenie tradsi vs posoborowcy jest coraz bardziej diaboliczne.

To brzmi bardzo poważnie.

Mówię o sensie etymologicznym tego określenia. To zderzenie, które dzieli prawdę katolicką na kawałki. Ludziom wydaje się, że odnajdują się w prawdzie nie poprzez rozpoznanie samej prawdy, jej smakowanie i wprowadzanie jej w życie, tylko raczej przez skonfliktowanie się z czymś, co uważają za nieprawdę. Jesteśmy w momencie, w którym proces rozrywania prawdy i przeciwstawiania sobie rzeczy, które powinny być połączone, jest nawet większym zagrożeniem niż jedna z tych dwóch tendencji, o których pan wspominał na początku.

Jako środowisko „Christianitas” próbujecie wprost wskazywać to, co w doświadczeniu i przekazie Soboru Watykańskiego II było kontynuacją, a nie radykalną zmianą. Czy trafia to obecnie do większej liczby polskich katolików?

W tym względzie nasza praca ma znikomy odbiór – i żadną pociechą nie jest to, że także znikoma była i jest recepcja wszystkich apeli papieża Benedykta XVI w tej sprawie. Pamiętajmy, że jego ostatnia konferencja do księży, wygłoszona w momencie, gdy było już wiadomo, że odchodzi, była poświęcona właściwej interpretacji samego soboru. Benedykt XVI podczas swojego urzędowania poświęcił temu wiele uwagi. To on sprawił, że te kwestie w nieco większym stopniu zaistniały w świadomości kościelnej, wraz z odróżnieniem „hermeneutyki zerwania” i „hermeneutyki reformy w ciągłości”.

Bardzo ciekawe jest, że papież Franciszek uczynił kilka wzmianek sygnalizujących ludziom zorientowanym, że rozumie takie postępowanie swojego poprzednika. To troszkę tak, jakby na chwilę mrugnąć okiem do wtajemniczonych [śmiech]. Ale poza tym ten przekaz się nie przebija. Nie przebijał się nawet za Benedykta XVI, mimo że mówił o tym dość wyraźnie i dość dobitnie. Ale wówczas tradycjonalistom Sobór Watykański II nie był do niczego potrzebny, uważali za osobiste obciążenie Benedykta XVI to, że musi wciąż mówić o soborze. Z kolei tzw. posoborowcy uważali, że papież chce im zabrać ich skarb.

Z podobnymi reakcjami – zachowując proporcje – spotykamy się w „Christianitas”. W 50. rocznicę otwarcia soboru zainaugurowaliśmy naszą serię opracowań źródeł dokumentów Vaticanum II. Gdy wręczałem pierwsze z nich pewnemu nietuzinkowemu duszpasterzowi, zdolnemu intelektualnie objąć temat, jego pierwsza reakcja była wyłącznie taka: „Chcecie z Soboru Watykańskiego II zrobić Trydent!”. To znaczące. Tak silne jest dziś przekonanie, że nie ma żadnej drogi poza sprowadzeniem wszystkiego do swojej partii, do jednostronnej interpretacji. A przecież wiem dobrze, że gdy zaczynałem pracę nad tymi opracowaniami, zależało mi na pokazaniu ciągłości między soborem a tradycją. Jednocześnie dostrzegałem uprawnione elementy rozwoju czy też zmiany, tyle tylko, że traktowane integralnie wyglądają one zupełnie inaczej w kontekście katolickiej ciągłości. Ale to wszystko czysta teoria, materiał seminaryjny, bo nie przekłada się na żadne duszpasterstwo czy rządzenie Kościołem.

Spory o sobór mają charakter akademicki, a rzecz biegnie i tak swoim torem?

Tak to postrzegam. Nie jest to żadna skarga, raczej świadomość ograniczoności naszego przekazu. Ale na brak zainteresowania tymi sprawami skarżą się także np. ludzie z „Więzi”, którzy przecież przez lata mieli możliwość ukształtować tę dość powszechnie funkcjonującą „wulgatę” o soborze: że był to przełom, że Kościół pożegnał się z „garbem konstantyńskim”, że najważniejsze jest teraz otwarcie na inaczej myślących etc. Narzekają, że tę ich „wulgatę” się powtarza, ale podobno nic z tego nie wynika w praktyce, u nas w Polsce. W każdym razie jest wiele lenistwa intelektualnego w przyswajaniu dziedzictwa soborowego – czego świadectwem jest też ta postępowa „wulgata”.

Na ogół tzw. realizacja soboru w naszym kręgu europejskim była po prostu adaptacją „burżujskiej mentalności” człowieka na Zachodzie, pod hasłami pluralizacji i liberalizacji zachowań. W momencie, gdy zderzało się to choćby z potrzebami misyjnymi Kościoła w innych częściach świata, ukazywało się nierzadko fiasko takiego myślenia. Obecnie widać to dobrze przy okazji dyskusji dotyczącej synodu poświęconego rodzinie. Wiele pomysłów, które przychodzą z Zachodu, rzekomo z myślą o całym Kościele, spotyka się z niezrozumieniem w jego innych regionach. W Afryce stukają się w czoło, gdy słyszą to, co jest rzekomymi głównymi problemami Kościoła z perspektywy Europy.

I rzeczywiście nie ma dziś szans na inną, a przy tym szerszą dyskusją nad Kościołem?

To, co mówiłem wcześniej, wspominając o apelach i działaniach Benedykta XVI, było realizmem zaprawionym goryczą. Nie znaczy to jednak, że jego różne intencje nie będą się realizowały. Ale wydaje mi się, że one zrealizują się w Kościele (być może liczebnie przerzedzonym, co nie jest moim marzeniem), w którym na nowo spotkają się ludzie z różnych kierunków. I spotkają się wiedzeni przeświadczeniem, że nie można dalej pozwolić demolować tej wspólnoty, ale należy zachować jej dobra dla ubogich Kościoła.

Rozumiem, że nie używa Pan tego określenia w sensie ekonomicznym.

Mówię o zwykłych ludziach chodzących do kościoła, szukających w Kościele nauki wiary i drogi do Boga. Dobrem ubogich Kościoła jest choćby to, że szanuje się nauczanie Kościoła i prawa, które są ogłaszane przez Kościół. To jest parasol dla wielu ludzi, że nie są wydani na dowolne interpretacje i zastosowania praw, ponieważ jakaś pseudoklerykalna elita robi, co chce. Mówię o elicie pseudo-klerykalnej, bo bardzo często są to świeccy ludzie, którzy panują nad umysłami księży i stają się samozwańczymi autorytetami w Kościele.

Dobrze jest to widoczne w dziedzinie życia liturgicznego. Zupełnie czym innym jest to, co mówił w tej materii sobór i czym innym są przepisy ogłoszone przez Kościół na poziomie centralnym. A zupełnie czym innym jest nie tylko praktyka parafialna, ale „reżim idei”, który praktycznie panuje nad kościołami lokalnymi, zwłaszcza w Europie i Ameryce Północnej. Nie wynika to wcale z rządu teologów czy klerykalnego spisku. Bardzo często stoją za tym świeckie elity, ekipy liturgiczne, które niekiedy panują kompletnie nad liturgią na Zachodzie, a proboszczowie są zależni od ich pomysłów.

Ma to odniesienie także do spraw społecznych. Był taki moment, już po soborze, gdy ludzie Kościoła odeszli niemal zupełnie od katolickiej nauki społecznej. Uznano, że jest tylko wyznanie wiary, a poza nim świeckie ideologie, z którymi trzeba zawierać takie czy inne kontrakty. Oznaczało to różne podległości, najpierw względem ideologii rewolucyjnej, a później liberalnej, w momencie gdy okazywało się to wygodniejsze.

Nie ma katolicyzmu bez papiestwa. Dostrzega Pan ciągłość między posoborowymi pontyfikatami? Jeśli tak, to jakie są jej wyznaczniki i w czym się ona przejawia?

Ciągłość posoborowych pontyfikatów nie jest trudna do wykazania. Ich wspólnym nerwem jest szczera intencja zastosowania tego wszystkiego, co do życia Kościoła wniósł Sobór. Inną kwestią jest to, kto jak rozumie to dobro. Tu już różnice między tymi papieżami są niekiedy nawet dość znaczne.

Więź między Janem Pawłem II a Benedyktem XVI, mimo wielu różnic, była o wiele większa niż papieża Franciszka z Janem Pawłem II. Natomiast obecny papież jest ogromnie podobny w swoich różnych ideach i zachowaniach do Pawła VI z pierwszych lat jego pontyfikatu.

Dalszy ciąg wywiadu można znaleźć w kwartalniku „Fronda Lux”, nr 77.