plonace-magnolie-obrazek

PŁONĄCE MAGNOLIE

Na początku zabawa była przednia. Z nocnych ciemności wyłaniały się niespodzianie tajemnicze postaci ubrane w białe prześcieradła, z głowami okrytymi poszewkami na poduszki, w których wycięto tylko otwory na oczy. Postaci te budziły lęk, a szczególnie przerażały zabobonnych Murzynów, przekonanych że przyszły zemścić się na nich duchy poległych żołnierzy Konfederacji.

Muszę przyznać się do pewnej ułomności – nie lubię podróżować. Obecnie, kiedy ludzie lekko jak ptaki przenoszą się na skrzydłach samolotów z miejsca na miejsce, moje nastawienie wydać się może skrajnym dziwactwem. Przeraża mnie sama perspektywa pakowania, organizowania transportu i zasypiania w obcych łóżkach. Dlatego niewiele widziałam świata – parę krajów Europy, więc nie wiem czy to się w ogóle liczy. Jako świat. Może nie. Może trzeba być w Afryce, Azji, na Grenlandii, żeby móc powiedzieć, że podróżowało się dokądkolwiek, bo reszta to rodzime podwórko i to co za płotem. To nie jest tak, że nie jestem ciekawa odległych krain – jednak ani egzotyczne zapachy, ani uliczny gwar obcych miast, ani słodycz dojrzałego owocu nie okaleczonego długotrwałym transportem nie rekompensują mi dyskomfortu związanego z opuszczeniem domu. Być może dlatego tak lubię oglądać mapy. Można z nich wyczytać naprawdę dużo. Paleta żółcieni, ochry zielenie i błękity, subtelny rysunek poziomic, koraliki archipelagów, stanowczy bieg równika, lodowe czapki biegunów – opowiadają baśnie o ziemiach za horyzontem. Baśnie, bo niczym nie ograniczona wyobraźnia maluje obrazy, tworzy wizje i budzi pragnienia.

Patrzę na mapę Półkuli Zachodniej, na obszar zawarty między Zwrotnikiem Raka a 50 stopniem szerokości geograficznej północnej. Widzę cieniutkie pasemko nizin nad Pacyfikiem, potem monumentalne wyniesienie Gór Skalistych, za którymi kryją się Wielkie Równiny, potem teren obniża się, żeby w dolinie Missisipi zejść ku wodom Zatoki Meksykańskiej. Jeszcze Appalachy próbują wznieść się ponad wilgotne niziny, ale wkrótce poddają się i wychodzą na spotkanie Atlantyku. Zorientowana południkowo rzeźba terenu sprawia, że masy powietrza przemieszczają się swobodnie z południa na północ, Prąd Karaibski omywający Zatokę Meksykańską przynosi masy ciepłego wilgotnego powietrza, które zderzają się nad kontynentem z wpływami arktycznymi, więc silne wichury przybierają tam nieraz katastrofalne rozmiary. Jak pojawi się tornado, to trąba powietrzna potrafi porwać dom razem z mieszkańcami – taka przygoda stała się przecież kiedyś udziałem Dorotki. Inne wiatry wieją na południu. Tam cyklony tropikalne uderzają w wybrzeże Zatoki Meksykańskiej, a wody zalewają Nowy Orlean. Poza tym większość kraju leży w strefie klimatów zwrotnikowych i podzwrotnikowych, zarówno kontynentalnych, suchych jak i morskich. Tylko północny obszar to klimaty umiarkowane. Warunki naturalne są zatem silnie zróżnicowane, co nie mogło pozostać bez wpływu na tryb życia ludzi zamieszkujących te ziemie. Na suchych płaskowyżach będą więc raczej pastwiska, zboże woli bardziej zrównoważony klimat niższych partii, a górskie lasy dostarczą budulca i niewiele więcej. A jednak cały ten obszar to jedno państwo, organizm funkcjonujący na tyle efektywnie, że USA od dwustu lat utrzymują dominującą pozycję gospodarczą na świecie. Trudno też nie zastanawiać się co połączyło ludzi, którzy stworzyli ten kraj, a których dzieliło to co istotne – pochodzenie, religia, rasa, obyczaje.

Budowanie wspólnoty rozpoczęło się od buntu trzynastu brytyjskich kolonii przeciwko uciążliwej zależności od macierzystego Imperium. W 1789 roku, po wojnie o niepodległość uchwalono Konstytucję. Obszar rozrastał się stopniowo o tereny zakupione od Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i zdobyte na Meksyku w roku 1848. Popatrzmy na mapę. Ten olbrzymi i niezwykle zróżnicowany obszar podzielony jest arbitralnie na 50 stanów oddzielonych granicami jakby nakreślonymi przy linijce. W ramach federacji każdy stan posiada określoną niezależność prawną. Poczucie odrębności wyraża godło oraz obiekty dla danego stanu charakterystyczne – zwierzę, roślina, minerał, budowla, nawet wzór tkaniny.

Na przykład symbolem Luizjany i Missisipi są magnolie. I znowu – jeśli spojrzeć na mapę, to widać że rośliny te występują w wielkiej obfitości i w Teksasie, i w Oklahomie, i w Arkansas, i w Alabamie, Tennessee, Kentucky, Missouri, Georgii, Karolinie Południowej i Północnej, Wirginii, na Florydzie. Jeżeli dodamy do tego Nowy Meksyk i Arizonę, otrzymamy Stany Skonfederowane, które podczas Wojny Secesyjnej przeciwstawiły się Unii w imię utrzymania własnych praw i wskutek niezgody na scentralizowane rządy.

Rana

Ta część Stanów Zjednoczonych jest wyraźnie odmienna od Północy, zarówno pod względem krajobrazu, klimatu, jak i gospodarki oraz stylu życia mieszkańców. Podział wyznacza Linia Masona-Dixona, historyczna granica kulturowa między Północą a Południem przebiegająca między 39 a 40 równoleżnikiem. Nakreślili ją w latach 1763–1767 dwaj angielscy astronomowie Charles Mason i Jeremiah Dixon, rozstrzygając w ten sposób spór terytorialny między angielskimi koloniami Pensylwanią i Marylandem. Z proroczą przenikliwością zaznaczyli miejsce, w którym za sto lat otworzy się głęboka i nigdy do końca nie zabliźniona rana.

Na południe od tej linii tak obficie rosną magnolie, ale pośród ich oszałamiająco pięknych kwiatów rozwinął się całkiem inny, czarny kwiat – Ku-Klux-Klan.

Maj 1865 roku przyniósł zakończenie Wojny Secesyjnej i klęskę Stanów Konfederacji. Prezydent Abraham Lincoln, któremu udało się utrzymać spójność organizmu państwowego, postanowił umocnić go inicjując reformy polityczno-społeczne nazwane Rekonstrukcją. Po morderczej pięcioletniej kampanii, po wielu krwawych bitwach i rzeziach Unia narzuciła swoje warunki pokonanym, a stany Południa zmuszone zostały do akceptacji obcych praw, których przestrzegania pilnowały okupacyjne wojska Unii. Weteranom Konfederacji konfiskowano majątki, pozbawiono prawa piastowania urzędów i prawa wyborczego. Po zniesieniu w 1865 roku niewolnictwa prawo głosu przysługiwało natomiast Czarnym – w zdecydowanej większości analfabetom nie mającym najmniejszego pojęcia o rządzeniu, sądzeniu czy prowadzeniu biznesu. W regionie kwitła obrzydliwa, jawna korupcja. Przybywający z Północy carpetbaggers na potęgę kupowali głosy Murzynów, a w tym procederze wspierali ich scalawags, miejscowi kolaboranci. Wysokie podatki rujnowały plantacje, gospodarstwa i całe rodziny. Rosnąca nienawiść do okupantów miała mocne podstawy. Jeszcze bowiem długo po zakończeniu wojny generał Sherman szczycił się za granicą swoim marszem z Atlanty do Savannah, kiedy to zostawiał za sobą spaloną ziemię. Stosowana przez Unionistów taktyka wojny totalnej nie oszczędziła ani infrastruktury kraju, ani dobytku mieszkańców, ani życia niewinnych. Południe, spustoszone i poddane bezlitosnej okupacji pogrążyło się w zacofaniu gospodarczym względem reszty kraju i nie odrobiło tej straty praktycznie do dziś. W tej sytuacji stworzenie organizacji, która mogłaby materialnie i moralnie wspierać obywateli wytrąconych brutalnie z ustalonych kolein życia wydawało się pilną potrzebą i jak najbardziej racjonalnym pomysłem. W Wigilię Bożego Narodzenia 1865 roku czyli około pół roku od zakończenia działań wojennych w miasteczku Pulaski, stan Tennessee spotkało się sześciu weteranów pokonanej Armii Południa – kpt. J. Lester, mjr J.R. Crow, J. Kennedy, C. Jones, R. Reed i F. Mc Cord. Zawiązali organizację, której celem miało być niesienie pomocy i wsparcia weteranom wojennym oraz wdowom i sierotom po poległych żołnierzach. Nazwali ją Ku-Klux-Klan. Pochodzenie nazwy nie jest jasne. Przyjmuje się, że wzięła się od greckiego słowa kyklos, które oznacza zarówno cykl jak i krąg wspólników czy kompanów. Niektórzy jednak twierdzą, że dźwięk nazwy przypomina odgłos przeładowywanej broni, co zawiera już pewną sugestię.

Kapitan Lester w swoich wspomnieniach bagatelizuje jednak tę inicjatywę twierdząc, że wraz z kolegami założyli związek dla zabawy, a też trochę z nudów, bo jako uczestnicy walk nie mieli przecież prawa zajmować się żadną działalnością publiczną.

Na początku zabawa była przednia. Z nocnych ciemności wyłaniały się niespodzianie tajemnicze postaci ubrane w białe prześcieradła, z głowami okrytymi poszewkami na poduszki, w których wycięto tylko otwory na oczy. Postaci te budziły lęk, a szczególnie przerażały zabobonnych Murzynów, przekonanych że przyszły zemścić się na nich duchy poległych żołnierzy Konfederacji. Bardzo to było ucieszne i inspirowało do kolejnych pomysłów. A to wytarzano w smole i pierzu jakiegoś Murzyna dając mu nauczkę za mniej lub bardziej realne przewinienia, a to potraktowano tak Białego nazbyt sprzyjającego Murzynom, a to sturlano kogoś ze wzgórza w zamkniętej beczce. Mogło zdarzyć się, że ktoś nie przeżył tych figli – trudno, powojenna moralność jest zwykle kaleka.

I tak się wówczas bawiono, a przecież atmosfera panująca w Stanach Południa nie nastrajała do żartów. Obywatelom odebrano praktycznie możliwość decydowania o sprawach lokalnej społeczności i do życia w stylu, do jakiego nawykli. Kwestia niewolnictwa zaczynała jątrzyć. Nieprzygotowani do życia wolnego Murzyni często wybierali bezczynność, zatracali się w pijaństwie i dopuszczali się rozbojów. Jeżeli korzystali z szansy jaką dała im klęska ich dawnych panów, to przecież nie mieli żadnego przygotowania do pełnienia funkcji publicznych czy organizacji biznesu. Kraj pogrążał się w chaosie, korupcji i biedzie. Biali skazani na bezczynność stawali się formalnie zależni od swoich niewolników. Trudno się dziwić, że narastał sprzeciw wobec tak niezdrowej sytuacji. W ślad za nim szła wrogość – obustronna, karmiona z jednej strony niezgodą na narzucone przemocą prawa, a z drugiej strachem. W tej atmosferze emocje zaczynały wymykać się spod kontroli.

Wiosną 1867 roku nikt nie mówił o zabawie. Jasno zadeklarowano, że Ku-Klux-Klan będzie występował w obronie Konstytucji, byłych żołnierzy Konfederacji oraz praw białej większości mieszkańców Południa.

Kiedy w 1884 roku kapitan Lester spisywał wspomnienia, otoczony złą sławą Ku-Klux-Klan już nie istniał. Może założyciel organizacji przedstawiał inicjatywę w konwencji zabawy, bo nie wszystko chciał ujawniać? Ku-Klux-Klan był przecież od początku czymś w rodzaju tajnego związku o zhierarchizowanej strukturze, z rytuałami przyjęcia i inicjacji wzorowanymi luźno na ceremoniale masońskim, z systemem znaków służących porozumiewaniu się oraz nieujawnianiem tożsamości swoich członków. Na czele Invisible Empire of the South stał Grand Wizard, któremu podlegali niżsi rangą oficerowie różnych stopni: Grand Dragons, Black Hawks lub Grand Cyclops.

Pod kapturem

W ukryciu łatwiej dopuszczać się czynów niecnych, więc białe kaptury zakładali też rozmaici dewianci i ludzie chcący załatwić porachunki osobiste, tak że nie wiadomo było, kto kryje się pod przebraniem w ciemnościach nocy. Ku-Klux-Klan metodami terrorystycznymi zwalczał równouprawnienie czarnoskórych, a także sprzyjających im białych. Z rasistowską butą głosił wyższość białego człowieka nad czarnym. Białego znaczyło WASP.

W styczniu 1869 roku, wobec niemożności sprawowania skutecznej kontroli nad organizacją ewoluującą ku działaniom terrorystycznym jej przywódca, legendarny generał konfederatów Nathan Bedford Forrest formalnie rozwiązał Ku-Klux-Klan. Nakazał spalenie strojów i dokumentów. Jednak część organizacji lokalnych nie podporządkowała się tej decyzji; niektóre z nich działały jeszcze przez wiele lat szerząc terror. Nieliczni gubernatorzy z Południa wystawili do walki z Ku-Klux-Klanem Milicje Stanowe – nie przyniosło to oczekiwanego skutku. W związku z tym Kongres Stanów Zjednoczonych przyjął trzy ustawy o szczególnych uprawnieniach władz wykonawczych (1871-1872, Enforcement Acts i Ku-Klux-Klan Act), zakazujące przebierania się i spiskowania przeciwko obowiązującym prawom. W dziewięciu hrabstwach Karoliny Południowej wprowadzono stan wyjątkowy, a Rząd Federalny przeprowadził masową akcję przeciwko Ku-Klux-Klanowi unicestwiając jego struktury. Kiedy w 1876 roku prezydent Rutherford Hayes zakończył Rekonstrukcję, Ku-Klux-Klan już nie istniał.

Można zastanawiać się, dlaczego sprawy tak szybko wymknęły się spod kontroli, a ludzie tak łatwo sięgnęli po przemoc?

Nienawiść do okupanta terroryzującego mieszkańców Południa w majestacie narzuconego prawa jest zrozumiała. Przeciwstawienie się zagrożeniu jakie często stwarzali dawni niewolnicy nie umiejący żyć w nowych warunkach – także. Dlaczego jednak Południowcy nie potrafili za przykładem Unionistów uznać prawa każdego człowieka do samostanowienia? Skąd ta uparta niezgoda w mniejszym lub większym zakresie na Południu wciąż żywa? Po bolesnej przegranej Południowcy porzucili wprawdzie myśl o secesji, ale twardo upierali się przy przedwojennych wolnościach stanowych. Wierzyli też w unikalność, nadrzędność i dominację cywilizacji białego człowieka, w czym utwierdzali ich protestanccy pastorzy.

Biblii wierni

Idea niewolnictwa wydaje się nam koncepcją szokującą – człowiek jako rzecz, którą można nabyć, sprzedać, z którą można zrobić wszystko łącznie z bezkarnym pozbawieniem życia, zależny od właściciela w każdym aspekcie swojej egzystencji od narodzin po śmierć. Rewolucyjność i humanitaryzm nauki chrześcijańskiej polega między innymi na stwierdzeniu, że każdy człowiek jest istotą wolną. Jednak chociaż Europa zapomniała już niemal o niewolnictwie, to poza jej granicami posiadanie człowieka przez człowieka wciąż było praktykowane, także przez Europejczyków, aż do XIX wieku. Wystarczy przypomnieć casus afrykańskiego Konga skolonizowanego przez króla Leopolda.

A jak to wyglądało w Stanach Zjednoczonych? Już od 1565 roku istniała na Florydzie hiszpańska osada St. Augustine, która przez następne 235 lat była stolicą hiszpańskiej Florydy. Założona przez kolonistów angielskich w 1607 r. Jamestown w Wirginii upadła  wskutek ataków Indian i braku żywności – mieszkańcy przenieśli się w inne miejsca.

W 1620 roku do wybrzeża późniejszego Massachusets przybił statek pod nazwą Mayflower. Przypłynęły nim 102 osoby, protestanccy uchodźcy religijni, a dokładniej – purytanie nie mający w Europie warunków do praktykowania swojej wiary. Osiedlili się w okolicach dzisiejszego  Plymouth. Wszyscy mężczyźni (41) podpisali Mayflower compact, umowę określającą zasady nowego ładu społecznego w założonej przez siebie kolonii. Stopniowo zajmowali dalsze tereny – New Hampshire (1623), Maine (1623), Providence (1636), Rhode Island (1644) i Vermont (1724). Rodziła się Nowa Anglia.

Zagospodarowanie nowego terytorium stanowiło dla Europejczyków poważne wyzwanie, liczyła się każda para rąk – do karczowania lasów, do budowania osad, do obrony przed Indianami, do uprawy roli. Kiedy w 1619 roku holenderscy korsarze przywieźli do Jamestown w Wirginii dwudziestu czarnych niewolników porwanych ze statku wiozącego ich z Afryki do Hiszpanii, otworzyli nowy rozdział w historii stosunków społecznych na kontynencie. Sumienni i pobożni purytanie ochrzcili nieszczęśników i zaprzęgli do pracy. Holendrzy odpłynęli ze złotem. Murzyni, świeżej daty chrześcijanie, zgodnie z prawem angielskim niewolnikami zostać nie mogli. Ale służącymi kontraktowymi – jak najbardziej.

Ta instytucja była już znana w Ameryce. Imigranci z Anglii, Szkocji, Irlandii, Niemiec i Holandii często nie mieli pieniędzy na opłacenie podróży. W zamian za transport kapitan statku sprzedawał ich osadnikom, u których musieli odpracować określoną liczbę lat. Po odsłużeniu kontraktu służący biały czy czarny otrzymywał własną działkę, gdzie z kolei mógł sam zatrudniać służących kontraktowych dowolnej rasy. Tak było jeszcze na początku XVII wieku. Jednak tam gdzie gra toczy się o dobra materialne, zasady naginane są łatwiej, a moralność nie tak surowa. W praktyce właściciel mógł swojego służącego odprzedać nie pytając go o zgodę, mógł go przegrać w karty, a niezadowolonego ze swojego losu schwytanego uciekiniera karano przedłużeniem kontraktu. Instytucja służby kontraktowej choć w zamyśle mająca dać nowemu krajowi siłę roboczą, a ludziom szukającym swojej szansy w Nowym Świecie umożliwić osiedlanie się, szybko jednak uległa degeneracji. Handlarze dostarczający ludzi do Ameryki dobrze na tym zarabiali. Za Irlandczyka dostawali 5 funtów, a za Murzyna nawet 50. Ci ostatni byli bardziej pożądani z powodu zdolności do ciężkiej pracy w trudnych warunkach. Z Afryki do Ameryki szły więc regularne transporty czarnych jeńców wojen plemiennych. Zwycięscy kacykowie sprzedawali ich handlarzom – biali nie musieli nawet brudzić sobie rąk.

Interes kwitł i trzeba było wykorzystać koniunkturę. Handlarze nie tylko więc oferowali przejażdżkę ludziom niezadowolonym z życia w Europie czy skazańcom, którym pozostawiono wybór między opuszczeniem kraju a grzywną, więzieniem czy szubienicą. Porywali też z ulic europejskich miast żebraków, włóczęgów i sieroty – nieszczęśników, o których nie upominał się nikt. Białych jako mniej wartościowych czekało na miejscu nie tak ciepłe przyjęcie. Poza tym stosunek protestantów do ochrzczonych Murzynów był lepszy niż do katolików, znienawidzonych dawnych sąsiadów z wysp.

Jak doszło do tego, że ostatecznie w społeczeństwie tak wiernym Biblii jeden człowiek mógł posiadać drugiego człowieka? Jak rzecz.

Czarne złoto, białe złoto

Gospodarka amerykańska rozwijała się tak dynamicznie dzięki wolności działania jakiej nie doświadczali mieszkańcy Europy. Rozległe przestrzenie niczyje – bo przecież Indian nie traktowano jako właścicieli tych ziem, skoro nie mogli własności udokumentować na papierze. Brak ograniczeń legislacyjnych, powszechne prawo wyborcze dla białych i liczne wolności polityczne. Nieustanny napływ osadników z Europy, którzy zdeterminowani by odnieść sukces zakładali gospodarstwa rolne, plantacje, przedsiębiorstwa, banki. I obowiązujący jako składnik protestanckiego stylu życia etos pracy, wytrwałości i oszczędności. Jednak podział na dwie strefy gospodarcze – przemysłową i zurbanizowaną Północ oraz rolnicze Południe – od początku wynikający z odmiennych warunków naturalnych uwidaczniał się coraz bardziej w miarę upływu czasu. I choć poczucie wspólnoty wyrosło dzięki wspólnej walce z Indianami i Francuzami, to oba obszary zaczynały różnić się wyraźnie pod względem wyznaniowym, kulturalnym i gospodarczym. Północ zaludniali osadnicy mieszczańscy (zwykle wyznawcy różnych sekt) tworzący podwaliny przemysłu i handlu, na południu zaś przeważała anglikańska szlachta rozwijająca wielkie gospodarstwa rolne. Uprawiano tytoń i ryż, ale podstawowym źródłem bogactwa Południa stała się bawełna. Sprzedawana głównie do Europy stanowiła 57% całego eksportu USA.

Północ budująca nowoczesny przemysł starała się chronić własne wyroby ustanawiając zaporowe cła handlowe na produkty z Europy. W rewanżu państwa Starego Kontynentu ustanawiały wysokie cła na wszystkie towary zza oceanu, co uderzało przede wszystkim w plantacyjną gospodarkę Południa. Właśnie na tle barier celnych i podcinającej wytwórczość Południa polityki handlowej Waszyngtonu ujawniało się jądro sprzeczności pomiędzy dwoma regionami Ameryki, których struktura społeczna też była odmienna. Przeważająca większość białych imigrantów przybywała na północ kraju, mogąc tam znaleźć zatrudnienie. Napływająca z Europy wykwalifikowana siła robocza była nieprzydatna na Południu, gdzie ciężar produkcji spoczywał na barkach niewolników. Anglikańscy plantatorzy odnosili się też wrogo do Irlandczyków, Żydów i Niemców jako przedstawicieli znienawidzonej wiary.

Południe zależne od dochodów z eksportu bawełny potrzebowało wielu silnych robotników, a kiedy w XVIII wieku skonstruowano odziarniarkę do bawełny, która znacząco usprawniła proces pozyskiwania włókien, rąk do pracy nigdy nie było zbyt wiele. Murzyni nadawali się do tego celu znakomicie – odporni na upał i wytrzymali. Jak jednak zatrzymać na plantacji służącego kontraktowego, który odsłużył swoje i może odejść?

Pierwszym niewolnikiem był podobno John Punch. W 1640 roku wraz z dwoma innymi służącymi kontraktowymi, Holendrem i Szkotem uciekł od swojego pracodawcy. Schwytani Biali zostali ukarani wydłużeniem kontraktów, ale Czarny musiał pozostać na służbie dożywotnio. Traktuje się to jako pierwszy dowód na dyskryminację rasową, chociaż zbyt mało wiemy o okolicznościach sprawy, żeby przyjmować to z niezachwianą pewnością.

W latach 60. XVII wieku kolejne stany wprowadzały przepis mówiący, że ukończenie terminu służby a nawet uzyskanie wolności nie zwalnia ze służby. Jako powód podawano konieczność szerzenia wiary wśród wyzwoleńców. Na początku XVIII wieku w Karolinie Południowej wydano zarządzenia dotyczące sposób traktowania Murzynów. Stwierdzono, że są oni ze swej natury barbarzyńcami i dzikusami, a zatem muszą podlegać osobnym prawom.

Północ potępiła takie praktyki i nawet na Południu zaczęły powstawać organizacje abolicjonistyczne. Jednak Północ mogła w tej kwestii pozwolić sobie na niewiele kosztujący ją humanitarny gest, podczas gdy Południu pozbawionemu siły roboczej wskutek zniesienia niewolnictwa groziło załamanie gospodarcze. Południe potrzebowało jednak też moralnego usprawiedliwienia swojej postawy. Wtedy narodziła się tam ideologia Nowego Rzymu. Wskazywano na Cesarstwo Rzymskie jako wzór dla południowej kultury – twierdząc, że niewolnictwo było i pozostało ceną wielkości. Tendencja ta wyrażała się nawet w architekturze posiadłości ziemskich – kolumny naokoło ganków i werand, charakterystyczne ich zwieńczenia oraz nazwy miejscowości nawiązujące do antyku i Italii – Syracuse, Rome, Athens.

To jednak nie wystarczało. Moralnego usprawiedliwienia szukano naginając interpretacje Biblii i przekonując społeczeństwo o cywilizacyjnej roli niewolnictwa. Rachunek ekonomiczny zwyciężył z ideami. WASP budowali dobrobyt Południa na karykaturze wartości chrześcijańskich i ludzkiej krzywdzie.

Uśpieni i przebudzeni

Pas Biblijny to obszar Stanów Zjednoczonych, na którym po dziś dzień mieszka największy odsetek chrześcijan i podobnie jak magnolie swoim zasięgiem obejmuje południowe stany. Tutaj wiara utrzymała się jako jeszcze jeden element identyfikacji w kontrze do stanów północnych, a duch spajający wiernych odradzał się cyklicznie mniej więcej co 100 lat inspirując trzy pokolenia, wzmacniając wiarę i dając początek nowym wyznaniom. W koloniach zaczynały masowo pojawiać się ruchy odnowy religijnej, kierowane przez charyzmatycznych kaznodziejów. Ten niespotykany nigdzie indziej fenomen określa się jako Wielkie Przebudzenia. Było ich cztery – w latach 30. XVIII wieku, na początku XIX wieku, w drugiej jego połowie i w latach 60. XX wieku. Drugie przebudzenie wywołało kampanię przeciwko niewolnictwu i ruch na rzecz trzeźwości. Zaowocowało też walką z korupcją w stanach południowych. To wtedy Ku-Klux-Klan rozwiązano.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że zasiane ziarno obumarło. Było wciąż żywe w ludzkiej pamięci, w sentymentalnych przywiązaniach do wizji spokojnego i dostatniego Południa sprzed Wojny Secesyjnej, w zauroczeniu minionym stylem życia pełnym elegancji, galanterii, w legendach poległych bohaterów Południa.

Płonący krzyż

Mijały lata. Południowcy nie akceptując przemian społecznych narzuconych im wbrew woli, w praktyce obchodzili abolicjonistyczne przepisy na wszelkie możliwe sposoby. Skoro nie można już było Czarnego posiadać, to przynajmniej należało trzymać się od niego z daleka – w szkole, w autobusie, w restauracji. Equal but separate. Kiedy 18 maja 1896 roku Sąd Najwyższy uznał segregację za zgodną z prawem, w serca Południowców wstąpiła nadzieja. O Ku-Klux-Klanie opowiadano wieczorami na werandach Południa, pisano książki aż jedna z nich, autorstwa Thomasa Dixona The Clansman doczekała się w 1915 roku ekranizacji. Film D.W Griffitha Narodziny narodu stał się nie tylko wydarzeniem artystycznym i zapisał się na stałe w historii kina. W tamtym czasie dotknął uśpionych pragnień powrotu do dni minionej chwały i zogniskował potrzebę narodowej identyfikacji.

Ku-Klux-Klan odrodził się 8 lutego 1915 roku w Atlancie. Wędrowny kramarz, kaznodzieja, fanatyk i hochsztapler William Joseph Simmons był pod tak silnym wrażeniem filmu, że w Święto Dziękczynienia udał się wraz z 15 zwolennikami na Stone Mountain gdzie rozpalili olbrzymi krzyż. Hasłami odrodzonej organizacji były: hegemonia białych, prawdziwy patriotyzm, czysty amerykanizm. Siłę i napęd dawała nostalgia za „południowym” stylem życia oraz reakcja na rosnącą falę imigracji z Europy ogarniętej wojną. W konsekwencji doszły do głosu postawy dyskryminacyjne w stosunku do żydów, katolików i innych wyznań. Nowy klan przejął ceremoniały i tytuły pierwszego; na czele Niewidzialnego Cesarstwa Ku-Klux-Klanu stanął ponownie Grand Wizard, a każdy stan stanowił królestwo.

Organizowano marsze, członkowie przebierali się w białe, charakterystyczne stroje i palili krzyże. W latach 20. XX wieku liczebność organizacji sięgnęła 5 milionów i aż do roku 1927 Ku-Klux-Klan stanowił realną siłę, z którą musiał liczyć się nawet rząd. Jednakże wewnętrzne i gorszące niesnaski w łonie ruchu, korupcja przywódców i stosowanie przemocy przyczyniły się wkrótce do upadku. Przeciwnicy Ku-Klux-Klanu wysadzili w powietrze jego siedzibę w Fort Worth, a cierpiący na megalomanię Grand Wizard Edward Y. Clarke, uważający się za wcielenie Juliusza Cezara i Dalajlamy popadł w obłęd i w roku 1932 został zamknięty w nowojorskim szpitalu dla obłąkanych. Stopniowo liczba członków Klanu spadała, aż w 1944 roku został czasowo rozwiązany.

Trzeci

II Wojna Światowa mniej była odległa od Stanów Zjednoczonym niż życzyliby sobie tego Amerykanie. Do domów wracali weterani walk z dalekiej Europy, a niektórzy pozostali na tam polach bitew. Poczucie niestabilności świata, niepokój związany z nieuniknionymi przemianami społecznymi, napływ powojennej imigracji wzbudził na nowo potrzebę zaznaczenia narodowej odrębności i ochrony tego co znajome i bliskie. W 1945 roku Ku-Klux-Klan wznowił działalność w stanie Georgia serią linczów, zabójstw i podpaleń, choć nie wytworzył już zwartej struktury, lecz działał w formie luźno powiązanych grupek i frakcji. Szczególną aktywnością zaznaczył się w latach 60. w reakcji na wdrażanie w życie Ustawy o Prawach Obywatelskich (Civil Rights Act). Połączył się później z innymi, mniejszymi organizacjami rasistowskimi, tworząc Zjednoczone Klany Ameryki, którymi dowodził William Simmons. Wrogami Klanu stali się między innymi Martin Luther King i prezydent Lyndon B. Johnson. Ku-Klux-Klan we współczesnej odsłonie zrezygnował w dużej mierze z działania w ukryciu i aby poszerzyć szeregi organizacji, zachęcał do wstępowania w jego szeregi także katolików, kobiety i młodzież od 12 roku życia. Ulicami miast przechodziły parady z propagandowymi transparentami np „KKKK” (Knights of Ku-Klux-Klan) czy karykaturalnym wizerunkami wrogów opatrzonymi obraźliwymi tekstami. Członkowie ruchu dopuszczali się aktów przemocy z użyciem sznura i broni palnej. Mnożyły się przypadki powieszenia, pobicia, postrzelenia, zastrzelenia i rozmaitych tortur. Na tym polu zaznaczyli szczególnie swoją aktywność Biali Rycerze z Missisipi i grupa Klanu z miasteczka Birmingham, od serii zamachów bombowych zwanego Bombingham. Ku-Klux-Klan wolał teraz raczej zabijać swoich przeciwników niż zawracać sobie głowę walką o prawo do segregacji rasowej. Jedną z tych zbrodni przedstawił Alan Parker w filmie z 1988 roku Missisipi Burning. To historia śledztwa prowadzonego przez dwóch agentów FBI w sprawie morderstwa trzech obrońców praw człowieka w stanie Missisipi w 1964 roku. FBI starała się rozpracować ruch i zapobiegać zbrodniom, co nie było łatwe mimo infiltracji w szeregach Ku-Klux-Klanu.

Deep South

Tłumaczy się to jako Głębokie Południe, ale też Ciemne Południe. Nazwa zawiera pierwiastek opisowy, bo to tutaj było najwięcej Czarnych. Ciemne Południe ma już jednak wydźwięk wartościujący – tu najdłużej utrzymywało się niewolnictwo, a pomimo jego zniesienia stosunek do czarnoskórych mieszkańców był i jest nadal nacechowany dystansem i tendencją egual but separate. do tego w liberalnym obyczajowo świecie konserwatyzm postrzegany jest często jako wyraz ciemnoty umysłowej. To schematycznie negatywne postrzeganie Południa przeważa w filmach i w opisach książkowych, a także w opracowaniach pretendujących do naukowości. W języku polskim nie ma tego wiele, a dostępna literatura powtarza znany schemat – Południe zamieszkują prostaccy ciemniacy, red necks czyli po polsku karki, a co to oznacza, wiemy przecież. Red necks także dlatego że barwę taką przybiera pod wpływem słońca blada i delikatna skóra mieszkańców Południa, w większości pochodzenia skandynawskiego i niemieckiego. Autorka pewnego reportażu wyraża nawet protekcjonalną opinię, że nie zaszkodziłaby im kropla ciemniejszej krwi, przed czym obywatele ci tak się bronią.

Ponieważ człowiek ma naturalną tendencję do zauważania a tym bardziej rozumienia tego, co zawiera się w obszarze jego doświadczeń i przyjętych za własne schematów myślowych, w opisach Południowców eksponuje się często te ich cechy, które można przeciwstawić najlepszym cechom czarnej rasy prezentowanym jako normę. Pięknie i zdrowiu czarnych ciał przeciwstawia się niezręczność i skłonność do otyłości białych; beztroskiemu stosunkowi do rzeczywistości – sztywność światopoglądową wyrażającą się w upartym trwaniu przy określonym stylu życia; lekkość i spontaniczność zabawy przy muzyce – pompatycznym imprezom i sąsiedzkim grillom; podkreśla się fanatyzm światopoglądowy w tym samym zdaniu wspominając o religijności białych Południowców nie zawsze precyzując o jaką religię chodzi; przywołuje się obraz zamaskowanych oprawców na tle płonących krzyży. W ten sposób tworzy się obraz czarno-biały a rebours. a prawda wciąż umyka. Może warto więc dostrzec to, co sprawia, że mieszkańcy Południa tak przywiązani są do swojego stylu życia. Konserwatyzm oznacza dla nich wierność – tradycji, pamięci przodków, trwałym zasadom współżycia społecznego, kulturze wyrażanej na codzień w uprzejmości, dobrych manierach i elegancji. Nie ma też nic złego w tym, że chcą dbać przede wszystkim o własny kraj i znając go najlepiej wolą sami decydować o jego sprawach. Trudno też dziwić się, że w trosce o bezpieczeństwo swoich rodzin pragną mieszkać tam gdzie nie grasują gangi, a wychodząc z domu nie trzeba zamykać drzwi.

Współcześnie Ku-Klux-Klan to najwyżej 100 działających niezależnie od siebie niewielkich grup i klanów. Skupiają one ludzi wyznających podobne zasady, pragnących spokojnego i bezpiecznego życia w oparciu o raczej tradycyjne wartości. Co prawda istnieją też ugrupowania radykalnie rasistowskie, ale obecnie często nie związane z Ku-Klux-Klanem, a jedynie wykorzystujące jego rekwizyty do budowania wizerunku. Dlatego sam fakt przynależności do tego ruchu nie powinien stygmatyzować. Członkami Ku-Klux-Klanu byli liczni politycy amerykańscy, także w czasie sprawowania urzędu, zarówno Demokraci jak Republikanie – James Eli Watson (republikanin z Indiany), lider większości Senatu w latach 1925–1933; Bibb Graves (demokrata), gubernator Alabamy; Hugo Black (demokrata), senator z Alabamy i długoletni (1937–1971) sędzia Sądu Najwyższego; Edward D. White (republikanin), prezes Sądu Najwyższego w latach 1910–1921; Ed Jackson (republikanin), gubernator Indiany w latach 1925–1929; Arthur Raymond Robinson (republikanin), senator z Indiany w latach 1925–1935;

Clifford Walker (demokrata), gubernator, później senator Georgii w latach 1923–1927; Clarence Morley (republikanin), gubernator Kolorado w latach 1925–1927; Rice W. Means (republikanin), senator z Kolorado w latach 1924–1927; Robert Byrd (demokrata), senator z Wirginii Zachodniej w latach 1959–2010.

Niedawno negatywne komentarze wywołało zamieszczone w internecie zdjęcie, na którym widać rodziców prezydenta Donalda Trumpa w strojach klanowych. Czy na pewno powinno to tak oburzać?

Magnolie

Wiosna już blisko. Pąki uśpione przez zimę nabrzmiewają, aż któregoś dnia pękają odsłaniając lśniącą zieleń listków. Jednak zanim to się stanie, z innych pąków, otulonych szarawymi mechatymi łuskami wystrzelą płatki białe, różowe we wszelkich możliwych odcieniach, aż do fioletów. Płatki podługowate, ostro zakończone, mięsiste. Magnolie.

Jest ich ponad dwieście gatunków; krzewy i drzewa o szarawej, gładkiej korze. Tam gdzie to możliwe, uprawia się je jako rośliny ozdobne, ale ich naturalnym środowiskiem jest Azja Wschodnia oraz obie Ameryki. Magnolie obejmują swoim zasięgiem południową część Stanów Zjednoczonych i są tak charakterystycznym elementem tamtejszego krajobrazu, że nie tylko Luizjana i Missisipi przyjęły ten efektowny kwiat za swoje godło, ale też Missisipi nazywa się Stanem magnolii, a Houston w Texasie, gdzie wzdłuż Buffalo Bayou rosną liczne magnolie drzewiaste – Miastem magnolii. Deep South tonie w kwiatach.

Magnolia jest prawie tak stara, jak świat, o czym świadczy prymitywna budowa kwiatu – płatki nie różnią się wyglądem od działek kielicha, liczne pręciki rosną w układzie spiralnym otaczając słupki, a wszystko wyniesione jest na palczastym dnie kwiatowym. Już w trzeciorzędzie, czyli około 1,8 miliona lat temu kwitnącym magnoliom przyglądać się mogły dinozaury. Prawie równie stary na kontynencie amerykańskim jest tylko miłorząb japoński oraz tulipanowiec. Magnolie wydają się delikatne, ale potrafią przetrwać niesprzyjające warunki. Jak mieszkańcy Deep South. Subtelne i mocne jak damy z Południa. Zachęcają do czystości i szczerości. Symbolizują wierność i niezmienne trwanie tego co dobre i piękne. Nie dajmy im spłonąć.

Martyna Ochnik

Tekst pochodzi z najnowszej, podwójnej „Frondy Lux” (nr 82/83) do nabycia tutaj.