prawy

Prawy terror – wywiad z Jarosławem Tomasiewiczem

W Europie, nawet w krajach katolickich, takich jak Francja czy Włochy, wojujący prawicowi ekstremiści wolą się odwoływać do nazizmu, socjaldarwinizmu, integralnego tradycjonalizmu Evoli – do wszystkiego poza chrześcijaństwem

Leszek Zaborowski: W kontekście potencjalnych aktów terrorystycznych na terytorium Europy, Stanów Zjednoczonych czy Kanady myślimy dziś zwykle o zagrożeniu ze strony islamistów. Wydaje mi się jednak, że w latach 60., 70. i 80. XX wieku terroryzm był na tych obszarach przede wszystkim domeną skrajnej lewicy. Najczęściej wspomina się przykłady Niemiec i Włoch, ale zjawisko chyba nie ograniczało się do tych państw?

Jarosław Tomasiewicz: Oczywiście. Tak jak dziś ikoną terroryzmu jest Osama bin Laden, tak 30–40 lat temu byli to Ulrike Meinhof i Andreas Baader. Fala lewackiego, na ogół neomarksistowskiego, terroryzmu wezbrała po studenckiej rebelii 1968 roku. To Frakcja Armii Czerwonej (RAF) w Niemczech, Czerwone Brygady we Włoszech, Akcja Bezpośrednia we Francji, Gniewna Brygada w Wielkiej Brytanii, Meteorologowie (Weathermen) w USA, Lewica Rewolucyjna (Dev Sol) w Turcji, Japońska Armia Czerwona – by wymienić tylko najważniejsze. Dodajmy do tego ugrupowania „narodowowyzwoleńcze”, czyli separatystyczne i irredentystyczne: ETA, IRA, Front Wyzwolenia Narodowego Korsyki, Front Wyzwolenia Quebecu, Czarne Pantery, Partię Pracujących Kurdystanu, które na ogół też przyjmowały frazeologię lewicowo-rewolucyjną… Apogeum ich działalności to lata 1977–1978 – porwania premiera Aldo Moro we Włoszech i prezesa związku pracodawców Hannsa Martina Schleyera w RFN.

Dlaczego ugrupowania „narodowowyzwoleńcze” – a więc w swej istocie nacjonalistyczne – przyjmowały lewicową ideologię?

Nacjonalizm mniejszościowy z natury rzeczy ma charakter rewolucyjny, więc szuka sojuszników wśród innych wrogów status quo. Do tego dochodzi kwestia swego rodzaju intelektualnej mody czy też, jak kto woli, hegemonii. Po II wojnie eksplodowała dekolonizacja, a ruchy antykolonialne miały na ogół charakter lewicowy, zaś np. ETA wzorowała się na algierskim Froncie Wyzwolenia Narodowego. Doskonale widać to w Irlandii Północnej, gdzie praktycznie całe spektrum polityczne społeczności irlandzkiej (katolickiej) zostało zdominowane przez lewicę: od umiarkowanej (Socjaldemokratyczna Partia Pracy) przez radykalną (Sinn Féin/IRA) po skrajną (Irlandzka Republikańska Partia Socjalistyczna i jej przybudówka Irlandzka Armia Wyzwolenia Narodowego, INLA). Natomiast druga, brytyjska (protestancka) strona barykady to głównie centroprawica (Ulsterska Partia Unionistów), prawica (Demokratyczna Partia Unionistów) i ultraprawica (Ulsterska Awangarda), choć istnieją też lewicowi unioniści (Postępowa Partia Unionistów). Grupy paramilitarne lojalistów – Ulster Defence Association, Ulster Volunteer Force, Loyalist Volunteer Force – odzwierciedlały to zróżnicowanie ideologiczne.

Jak często po terror sięgali ci, którzy uznawali się za obrońców tradycyjnych wartości, ładu, narodowej tożsamości? Mam tu na myśli zarówno grupy ze skrajnej prawicy, jak i te odrzucające podobną identyfikację choćby na rzecz tzw. trzeciej pozycji, inaczej terceryzmu. Czy były one liczne?

To zależy w jakim okresie. Przykładowo w dwudziestoleciu międzywojennym terror, terroryzm zdecydowanie częściej stosowali ultraprawicowcy.

Tu może poczynić należałoby uwagę natury terminologicznej: zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników „Frondy” naziści, faszyści itp. nie mają nic wspólnego z prawicą, są lewicowcami. Ich stosunek do tradycji nieraz rzeczywiście pozostawał ambiwalentny, podobnie program gospodarczy. Tym niemniej trzeba pamiętać, że ruchy te powstały jako reakcja na działania komunistycznej czy socjaldemokratycznej lewicy i to lewica pozostawała (pomijając sporadyczne przypadki „sojuszu ekstremów”) ich głównym wrogiem. Doskonale widać to nie tylko w propagandzie (nawet jeśli przejmowała ona czasem część frazeologii i haseł przeciwnika), ale właśnie na twardym gruncie statystyki ofiar przemocy. Z rąk nazistów czy faszystów ginęli głównie komuniści i odwrotnie. Jeśli więc kogoś razi użycie w tym kontekście określenia „ultraprawicowy”, może mówić „antylewicowy”…

I właśnie takie ugrupowania najchętniej, najintensywniej, najbardziej systematycznie sięgały wtedy po przemoc: squadristi we Włoszech, freikorpsy i Oddziały Szturmowe NSDAP w Niemczech, Żelazna Gwardia w Rumunii, Kaptur (La Cagoule) we Francji, Falanga w Hiszpanii, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, chorwaccy ustasze… Ich liczebność szła w tysiące, stosowały przemoc na skalę masową: od starć ulicznych (np. krwawa niedziela w Altonie w 1932 roku) po spektakularne zamachy, takie jak zabójstwo króla Jugosławii Aleksandra i francuskiego premiera Barthou w Marsylii w 1934 roku.

Pamiętajmy jednak, że w tych czasach obyczaje polityczne były dużo brutalniejsze niż obecnie. W Niemczech komuniści nie byli bezbronnymi owieczkami masakrowanymi przez nazistów – komunistyczny Związek Czerwonych Frontowców dotrzymywał w ulicznej przemocy kroku SA (przykładem może być choćby zabójstwo Horsta Wessela). Swoje bojówki posiadały też partie umiarkowane: konserwatyści (Stalowy Hełm), socjaldemokraci (Żelazny Front), a nawet liberałowie (Zakon Młodoniemiecki)!

A po II wojnie światowej?

Po II wojnie palma pierwszeństwa w terroryzmie początkowo nadal należała do skrajnej prawicy – taki charakter miała Tajna Organizacja Wojskowa (OAS), terroryzująca swymi zamachami Francję w pierwszej połowie lat 60. (słynne są choćby próby zgładzenia prezydenta de Gaulle’a, uwiecznione przez Fredericka Forsytha w Dniu szakala). W USA w tym samym czasie nasiliły się akty przemocy ze strony Ku-Klux-Klanu, wymierzone w aktywistów ruchu praw obywatelskich.

Natomiast później terroryzm ultraprawicowy (czy też, jak kto woli, antylewicowy) wyraźnie osłabł. Przemocą w zasadzie przestała posługiwać się prawica konserwatywna, co przed II wojną wcale nie było oczywiste; wyjątek stanowiła tzw. Służba Akcji Obywatelskiej (SAC), utworzona w 1960 roku przez gaullistów. W Stanach Zjednoczonych znaczny rozgłos zyskał ruch Posse Comitatus, jednak Posse, oparte na idei niezależnych od państwa szeryfów, miało charakter raczej parapolicyjny niż terrorystyczny (choć niektórzy jego członkowie, jak Gordon Kahl, zamieszani byli w akty przemocy). Tu i ówdzie egzystowały niewielkie bojówki neofaszystów (Wehrsportgruppe Hoffmann czy Volkssozialistische Bewegung Deutschlands w RFN, The Order i Aryan Republican Army w USA), pozbawione wszakże politycznego znaczenia.

Z krajów europejskich jedynie we Włoszech utrzymywał się żywotny nurt czarnego terroru: Ordine Nuovo, Ordine Nero, Lotta di Popolo, Nuclei Armati Rivoluzionari… To ich dziełem była strategia napięcia, czyli kampania zamachów bombowych w pierwszej połowie lat 70., która doprowadzić miała do ustanowienia w kraju prawicowej dyktatury. W 1974 roku w Italii doliczono się 628 aktów terroru – w lwiej części czarnego. O skali zjawiska świadczy to, że policja skonfiskowała nie tylko 14 tysięcy pistoletów i 234 tony materiałów wybuchowych, ale też… dwa działa.

Czy taka sama dynamika występowała na innych kontynentach?

Nie. Na przykład w Turcji lata 70. to apogeum terroryzmu prawicowego, rozszczepionego na dwa nurty: nacjonalistyczny (ÜlkücüIdealiści, zwani potocznie Szarymi Wilkami) i islamistyczny (Akincilar – Jeźdźcy). Liczebność Szarych Wilków oceniano w 1980 roku na 200 tysięcy aktywistów (z organizacji tej wywodził się, przypomnijmy, Mehmet Ali Ağca). Przed wojskowym zamachem stanu 1980 roku Turcja pogrążała się w pełzającej wojnie domowej – uzbrojeni ekstremiści z prawa i lewa przejmowali kontrolę nad całymi dzielnicami czy uniwersytetami. Liczba ofiar konfliktu sięgała pięciu tysięcy. Również w Ameryce Łacińskiej ten okres to apogeum działalności szwadronów śmierci – prawicowych bojówek parapolicyjnych zwalczających pozaprawnymi metodami lewicową opozycję. Stosunkowo silna pozostawała też skrajna prawica w Japonii, połączona z przemocą dwojakimi więziami. Z jednej strony są to samurajskie i militarne tradycje (czego dowodem są nie tylko paramilitarne struktury w rodzaju Korpusu Obrony Narodowej, ale też spektakularne seppuku słynnego pisarza Yukio Mishimy w 1971 roku). Z drugiej – bliskie koneksje z japońską mafią yakuza, z których zrodziła się tzw. prawica gangsterska (ninkyo uyoku).

Wróćmy jeszcze do metod, którymi posługiwały się wspomniane grupy. Jak często ich działania powodowały ofiary śmiertelne?

Nie ma terroryzmu bez ofiar. Specyfiką modus operandi neofaszystowskich terrorystów była taktyka strzelania w tłum, czyli uderzania na oślep. Jej teoretyczne uzasadnienie próbował dać Mario Tuti: Jest oczywiste, że aby potrząsnąć bezwładnymi masami, niekiedy trzeba uderzyć właśnie w nie, na ślepo. Faktycznie jednak wyrażała ona tyleż antydemokratyczną ideologię sprawców, ile ich narastające poczucie alienacji. Jej egzemplifikacjami były zamachy bombowe na placach w Mediolanie (1969) i Brescii (1974), na dworcu kolejowym w Bolonii (1980 – 80 ofiar!), na Oktoberfest w Monachium (1980), na urząd w Oklahoma City (1995 – 168 ofiar!!!).

Z jakich środowisk rekrutowali się ich członkowie?

Z bardzo różnych. Najwięcej było młodych ludzi z klasy średniej, na ogół studentów, przeważnie pochodzących z rodzin o faszystowskiej (mówimy tu o Włoszech) tradycji. Na przykład Franco „Giorgio” Freda, jeden z najbardziej znanych włoskich czarnych terrorystów, studiował prawo. Studencki charakter miała generalnie francuska organizacja Occident. Sporo było też młodzieży, powiedzmy, lumpenproletariackiej. To też stały składnik bojówek – Wojciech Wasiutyński wspominał, że przed wojną ONR tworzył tzw. Drużyny Towarzyskie, czyli grupy uliczne typu gangowego, do których należał element mało zainteresowany ideologią, poza tym, że nie lubił Żydów i policji. Symptomatyczne, że Josef Bachmann, który w 1968 roku dokonał zamachu na przywódcę niemieckiej Nowej Lewicy Rudiego Dutschke, był niewykwalifikowanym robotnikiem. I wreszcie znajdujemy tam też profesjonalistów – byłych wojskowych, funkcjonariuszy służb, najemników, na ogół dużo starszych od swych towarzyszy.

Nieco inaczej wyglądało to w USA, gdzie członkowie KKK czy Posse Comitatus rekrutowali się w znacznej mierze z farmerów, robotników fizycznych i drobnych przedsiębiorców.

Czy często dochodziło w tych czasach do konfrontacji między terrorystami ze skrajnej lewicy oraz tych podkreślających swój antykomunizm?

Do bezpośrednich konfrontacji między lewicowymi i prawicowymi terrorystami raczej nie dochodziło – jedni i drudzy wszak działali w konspiracji. Natomiast starcia typu bojówkarskiego – napady na lokale, bójki uliczne – były (w każdym razie we Włoszech w czasie tzw. lat ołowiu) na porządku dziennym. Jedną z pierwszych akcji Czerwonych Brygad było porwanie działacza neofaszystowskiego związku zawodowego CISNAL w Turynie. Z kolei neofaszyści w 1979 roku wdarli się do budynku rozgłośni radiowej w Rzymie i ranili z broni palnej pięć debatujących na antenie feministek. Nierzadkie były też ofiary śmiertelne, jak Sergio Ramelli, pobity na śmierć przez antyfaszystów na ulicy… Ale Włochy i tak były względnie spokojne w porównaniu z Turcją, gdzie na stołówkach nie wydawano studentom noży w obawie przed starciami na tle politycznym!

Na przełomie lat 80. i 90. lewacki terror zaczyna słabnąć. ZSRR chyli się ku upadkowi, niektóre organizacje – takie jak włoskie Czerwone Brygady – w wyniku aresztowań praktycznie przestają istnieć. Czy w tym czasie wspomniane proporcje zaczynają się zmieniać? A może działalność grup wywodzących się ze skrajnej prawicy czy ruchów trzeciej pozycji także uległa równoległemu osłabieniu w latach 90.?

Czarny terroryzm, i tak słabszy od czerwonego, słabnie proporcjonalnie jeszcze bardziej. W USA w latach 90. rozwija się wprawdzie fenomen stanowych milicji obywatelskich, ale (pomijając już defensywny, a nie terrorystyczny charakter ruchu) jego impet został zatrzymany przez falę oburzenia po zamachu w Oklahoma City (sprawca zamachu, Tim McVeigh, oskarżany był, trochę na wyrost, o związki z milicją). Efemeryczny charakter miał też terroryzm tzw. Armii Boga – luźnej siatki wojujących przeciwników aborcji, którzy przeprowadzali zamachy na kliniki i lekarzy dokonujących zabiegów przerywania ciąży. W Europie najbardziej znana grupa neofaszystowska stosująca przemoc – opiewany w skinowskich piosenkach brytyjski Combat 18 – miała charakter bardziej chuligański niż terrorystyczny: jej członkowie swoje porachunki załatwiali za pomocą pięści, pałek i noży, jedyna próba bardziej zaawansowanego technologicznie zamachu bombowego spaliła na panewce. Złożony ze skinheadów i kiboli Combat 18 to przykład ciekawego zjawiska: subkulturyzacji ekstremów. Polityczni ekstremiści zostają wypchnięci nie tylko z politycznego mainstreamu, ale w ogóle z głównego nurtu życia społecznego, ich oazą stały się subkultury. Przykładem może być utworzony przez norweskich blackmetalowców nazistowski i satanistyczny Black Circle, odpowiedzialny na początku lat 90. za serię podpaleń kościołów i dwa zabójstwa. Jeszcze bujniej rozkwitło to zjawisko w USA, gdzie biali rasiści tworzą liczne więzienne, uliczne i motocyklowe gangi, takie jak Aryan Brotherhood, Nazi Lowriders czy Public Enemy No. 1. Podkreślić jednak trzeba, że mają one charakter czysto kryminalny, nie stawiają sobie celów politycznych.

Ponadto w latach 90. coraz częściej pojawiała się postać „samotnego wilka” – kompletnie wyalienowanego ekstremisty, który do stosowania terroru nie potrafi przekonać nawet ludzi o podobnych poglądach, dlatego zamachy planuje i przeprowadza w pojedynkę. To przypadki Davida Copelanda w Wielkiej Brytanii czy Franza Fuchsa w Austrii.

Jak często terrorystyczna aktywność skrajnej prawicy czy ugrupowań trzeciej pozycji była w czasie zimnej wojny prowokowana przez CIA i inne służby specjalne? W tym kontekście często przywołuje się choćby przykład Włoch i operacji „Gladio”.

Dobre pytanie, ale bez dostępu do archiwów tajnych służb pewnie długo nie poznamy na nie odpowiedzi (jeśli w ogóle). Autorzy tacy jak Daniele Ganser (NATO’s Secret Armies) czy Philip Willan (Puppetmasters) skłonni są postrzegać terroryzm jako jeden wielki teatr marionetek. Według Willana CIA miało sterować nawet działalnością Czerwonych Brygad poprzez swojego agenta, znanego dziś teoretyka ultralewicy Antonia Negriego! Moim zdaniem nie można sprawy tak upraszczać. Choć nie lekceważę teorii spiskowych, to podchodzę do nich sceptycznie. Jest faktem, że tajne służby Wschodu i Zachodu starały się infiltrować i wykorzystywać organizacje terrorystyczne. Zarazem wszelka zakulisowość, brak kontroli stwarzają pokusę nielegalnych działań i załatwiania swoich interesów. Przypomnijmy, że w czasie zimnej wojny w krajach NATO tworzono zakonspirowane paramilitarne struktury (we Włoszech pod nazwą Gladio), które miały uaktywnić się w przypadku komunistycznego przewrotu. W słabym, skorumpowanym i silnie upartyjnionym państwie takim jak Włochy tajne służby lub przynajmniej pewne ich ośrodki mogły się uniezależnić i prowadzić własną grę, czego dowodzi historia loży masońskiej P2. Z kolei antykomunizm mógł być płaszczyzną współdziałania pewnych konserwatywnych sektorów establishmentu i prawicowych ekstremistów. W listopadzie 1996 roku w tureckiej wiosce Susurluk miał miejsce wypadek samochodowy, w którym zginęli jadący tym samym autem Abdullah Çatlı – członek Szarych Wilków i mafioso – oraz Husejn Kocadağ – wysoki funkcjonariusz policji – a parlamentarzysta Sedat Bucak został ranny. Zdarzenie to w symboliczny sposób unaoczniło związki między głębokim państwem (tj. tajnymi służbami), zorganizowaną przestępczością i ekstremistami.

Tu jednak warto zwrócić uwagę na ciekawe zjawisko: początkowo włoscy neofaszyści, mając powiązania z niektórymi ośrodkami władzy, czuli się częścią status quo, dlatego chcieli autorytarnymi metodami bronić systemu przed komunistycznym zagrożeniem. Próbą realizacji tego scenariusza był spisek ks. Junia Borghesego w 1970 roku, zwany Rosa dei Venti. Stopniowo jednak skrajna prawica wypychana jest z establishmentu, co skłania niektóre jej odłamy do rzucenia wyzwania status quo traktowanemu już jako wróg. Wspomniany wcześniej Freda napisał książkę La disintegrazione del sistema, w której postulowal „sojusz ekstremów” w celu obalenia systemu demoliberalnego. Podobnie wyglądała sytuacja w USA. W latach 60. członkowie John Birch Society czy Minutemen chcieli bronić amerykańskiego systemu politycznego przed zagrożeniem komunistycznym. Już dwadzieścia lat później, gdy Louis Beam pisał Leaderless Resistance, prawicowi ekstremiści byli rewolucyjną mniejszością, inwigilowaną i represjonowaną przez państwo.

Skrajną prawicę i trzecią pozycję często kojarzymy z takimi zjawiskami jak neopogaństwo, kult rasy… Jak wielu spośród ich przedstawicieli sięgających po terror odwoływało się do katolicyzmu, protestantyzmu czy prawosławia?

Niewielu. Jedynie w USA dostrzec możemy chrześcijańską motywację w działaniach Armii Boga. Także starsza generacja rasistów z KKK odwoływała się do protestantyzmu, ale już młodsi, choćby ci z The Order, to wyznawcy Aryan Nations (a więc pewnej mutacji tzw. angloizraelityzmu, który daleko odbiegł od chrześcijańskich korzeni) lub neopoganie. McVeigh swój czyn motywował odwetem za krwawe spacyfikowanie sekty Gałąź Dawidowa w Waco, ale nie jako jej wierny, tylko obrońca amerykańskiej konstytucji. W Europie, nawet w krajach katolickich, takich jak Francja czy Włochy, wojujący prawicowi ekstremiści wolą odwoływać się do nazizmu, socjaldarwinizmu, integralnego tradycjonalizmu Evoli – do wszystkiego poza chrześcijaństwem. Wyjątkiem była efemeryczna grupa Bojownicy Chrystusa Króla w Hiszpanii pod koniec lat 70. No i może jeszcze Juan Krohn, lefebrysta, który w 1982 roku usiłował zasztyletować Jana Pawła II. Katoliccy integryści pokroju Dereka Hollanda z Third Position może i wznoszą okrzyk „Niech żyje śmierć!”, ale w czynach pozostają ostrożni.

A Anders Breivik?

Fakt, Breivik pisał o obronie „chrześcijańskiej Europy”, ale to nieporozumienie. Breivik odróżnia chrześcijaństwo kulturowe (Christendom) od religii chrześcijańskiej (Christianity). Chrześcijaństwo kulturowe aprobuje z pobudek pragmatycznych – jako jedyną platformę kulturową mogącą połączyć wszystkich Europejczyków. W swej publikacji Deklaracja niepodległości 2083 przyznaje wprost, że osobiście nie jest „szczególnie religijnym człowiekiem”.

Często konflikt w Irlandii Północnej przedstawiany jest w kategoriach konfliktu religijnego.

Nic bardziej błędnego! Konflikt w Irlandii Północnej nie toczył się o dogmaty wiary czy nawrócenie heretyków, tylko o mieszkania komunalne, preferencje w zatrudnieniu i ordynację wyborczą. To konflikt społeczno-polityczny między dwoma wspólnotami etnicznymi, które na skutek anglicyzacji Irlandczyków mówią już tym samym językiem, więc główną różnicę między nimi uwidacznia religia przodków. Zresztą też z wyjątkami, bo marksistowsko-leninowska INLA chlubiła się protestantami w swoich szeregach.

Przejdźmy teraz do XXI wieku. Jakie grupy skrajnie prawicowe i tercerystyczne najczęściej dokonywały aktów terroru na terenie Europy czy Stanów Zjednoczonych? Które z nich są dziś uważane za największe zagrożenie?

Grupy? Żadne. Jak już mówiłem wcześniej, ultraprawica w krajach Zachodu została zepchnięta na sam skraj marginesu – tak wąski, że nie ma miejsca dla żadnej zorganizowanej grupy mogącej stosować terroryzm, gdyż zostałaby rozbita przez służby, zanim przeszłaby do czynu. W rezultacie występować mogą jedynie z jednej strony spontaniczne na ogół bójki uliczne (jak ta, która zakończyła się 2013 roku w Paryżu śmiercią antyfaszysty Clementa Merica), z drugiej – terror „samotnych wilków”. Najbardziej znanym jest oczywiście Breivik, ale byli też inni, jak Maxime Brunerie z Unite Radicale, który w 2002 roku usiłował zabić prezydenta Francji, czy Gianluca Casseri, tradycjonalista, który w roku 2011 zastrzelił dwóch Senegalczyków.

Czym innym jest potencjał przemocy. Ten niewątpliwie największy jest w Grecji, gdzie kryzys ekonomiczny w połączeniu z masowym napływem imigrantów przyniósł bezprecedensowy sukces Złotego Świtu. Znakiem firmowym tej partii jest z jednej strony szeroko rozbudowana pomoc społeczna świadczona ubogim Grekom, z drugiej – vigilantism, czyli organizowanie samoobrony obywatelskiej przeciw imigrantom. Członkowie Złotego Świtu niejednokrotnie uczestniczyli w atakach na imigrantów czy lewicowców, z ich rąk zginął w zeszłym roku komunistyczny raper Pavlos Fyssas. Wprawdzie zabójstwo to było skutkiem przypadkowej bójki, ale od vigilantismu łatwo przejść do terroryzmu.

Jakie widzi Pan różnice między nimi a terrorystami doby zimnej wojny? Czy zmieniły się charakter ich działań oraz typowy profil skrajnie prawicowego terrorysty?

To zupełnie inna skala zjawiska: pół wieku temu istniały zdyscyplinowane organizacje z setkami czy nawet tysiącami zdeterminowanych członków, teraz mamy do czynienia z wyalienowanymi indywiduami. Czy zmieniła się motywująca ich ideologia? Pewnie tak – to w jakiejś mierze znak czasu, że Breivik obnosił się ze swym antyrasizmem (tak!) i poparciem dla Izraela. Przede wszystkim jednak, mam wrażenie, zmienił się profil psychologiczny ultraprawicowych terrorystów i kandydatów na nich. Dziś nie sposób dostrzec w nich „politycznego żołnierza” – bojownika ascety, którego wyidealizowany obraz wykreował przywódca Żelaznej Gwardii Codreanu, a próbował reanimować Derek Holland. To już nawet nie „narzeczony śmierci”, straceńczy samotnik, na którego stylizował się Stefano Delle Chiaie. To narcystyczny socjopata pokroju Breivika, pozbawiony empatii, mający problem z odróżnianiem rzeczywistości od swoich fantazji. Symptomatyczne, że morderca z Utoya był zagorzałym fanem gier typu Warhammer

Od dłuższego czasu obserwujemy w Polsce ożywienie ruchu narodowo-radykalnego, którego członkom często przypisuje się – nie oceniam tu, czy słusznie – skłonność do stosowania przemocy. Czy według pana w przyszłości niektórzy jego działacze mogą sięgnąć po metody terrorystyczne?

Nie sądzę. W latach 90. poziom ulicznej przemocy politycznej był dużo wyższy – bijatyki między anarchizującymi punkami a skinami nacjonalistami naprawdę były codziennością. A jednak to bojówkarstwo nie przerosło w terroryzm. Dlaczego? Po pierwsze, w Polsce nie mamy zakorzenionej tradycji terroryzmu, pomimo epizodów takich jak sztyletnicy 1863 roku czy PPS Piłsudskiego w roku 1905. Po drugie, poziom społecznej frustracji odległy jest od wrzenia i desperacji. Po trzecie, polskie społeczeństwo pozostaje bierne, nieufne i zatomizowane – ludzi trudno jest wyciągnąć na legalną manifestację, a co dopiero wciągnąć do terrorystycznej konspiracji. Problemy Brunona K. ze skompletowaniem grupy zamachowej dobitnie tego dowodzą. Oczywiście to nie wyklucza wyczynów pojedynczych szaleńców takich jak Ryszard C., zabójca Marka Rosiaka z łódzkiego biura PiS, ale to raczej sprawa dla psychologa niż politologa.

Jarosław Tomasiewicz – doktor habilitowany, pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego oraz członek Rady Naukowej Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. Autor książek, m in. Terroryzm na tle przemocy politycznej i Zło w imię dobra. Zjawisko przemocy w polityce, oraz licznych artykułów naukowych.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 73.