Przemoc i

Przemoc i Moc

Stan wojenny był tragedią, zasmucającym socjalnym kataklizmem i – podobno – mniejszym złem. Marnował dorobek 16-tu miesięcy solidarnościowych uniesień, ale kładł kres fikcji jedności społeczno-politycznej w PRL. Kłamstwo i przemoc same sobie wydały się niepoważne, skoro stanowisko rzecznika rządu objął humorysta.

Wejdą, nie wejdą? – wróżyli Polacy od Sierpnia’80 do zimy’81. Aż zobaczyli polskich zmarzniętych żołnierzy a za nimi groźną twarz namiestników z obcego nadania zarządzających pobitą prowincją. Związek Radziecki odsłonił się, jako gnijące mocarstwo, kierowane przez starców a nie potęga kosmiczna. Zapowiedzi kraksy były w powieściach Zajdla i nurtu socjologicznego (Wnuk Lipiński, Oramus, Żwikiwicz, Krzepkowski/Wójcik, Wolski, Parowski), które akurat wysypały się na lady. Ale także w „Wizji lokalnej” Lema szydzącego z politycznego podziału świata.

Rodziła się nowoczesna fantastyka polska.  Dziewięć miesięcy po 13 grudnia w ogołoconym kulturowo pejzażu powstał branżowy miesięcznik i ukazała się krytyczna summa „Zaczarowana gra” Antoniego Smuszkiewicza. Otwieraliśmy „nowy zeszyt”, opadły maski, autorzy przestali serio z technicznymi szczegółami projektować przyszłe światy. Z pomocą czołgów na ulicach i gazów łzawiących pod powiekami, odkrywali za Zajdlem (i Szulkinem) moc fantastyki aluzyjnej i modelowej. A potem literackie i intelektualne walory fantastyki holistycznej, religijnej, onirycznej, punkowej, historycznej, alternatywnej, fantastyki polskich realiów i nazwisk. Przed 1982 nie do pomyślenia.

Żywiołowo powstawały kluby i ich biuletyny (tzw. fanziny), mnożyły się konwenty. Fantastyka stawała się mową, wspólnotą, przestrzenią duchowej wolności i zjawiskiem literackim – nowa tematyka, poetyka, plejada nowych nazwisk, nowy model życia literackiego.

Stan wojenny kompromitował PRL i uderzał w ZSRR. Pod wrażeniem grudnia’81 prezydent Reagan wdrażał programu tzw. Gwiezdnych Wojen (SDI). Rzecz była techniczną blagą, ale dobiła Sowiety, bo ekonomicznie podołać jej nie mogli. Nam na osiem lat odebrano nadzieję i wolność (w realu, w fantastyce kwitło jedno i drugie), ale Centrala zaczęła się sypać. Potem był Okrągły Stół i jednak lepsza Polska. Powstali Czesi, Węgry, Rumunii, Polacy obalili pomnik Dzierżyńskiego w Warszawie i podpalili Lenina w Nowej Hucie, zaś Berlińczycy ruszyli z młotkami na Mur zupełnie jak Ewoki na twierdzę Imperium Zła w „Powrocie Jedi”. A fantastyczna Moc była z nami.

Grudzień 1981 i odbierał glos, i otwierał do pisania. Łamali pióra starsi – Krzysztof Boruń, Adam Hollanek, Czechowski, Prostak, nawet Sawaszkiewicz. Pogubił się Snerg. Zajdel gładził napisane wcześniej powieści i odbijał się od wydawnictw z gorzkimi miniaturami, jak „Utopia” i „Chrzest bojowy”. Czołgi jeżdżą tam po ulicach a bezimienny tłum zamiast „Solidarność, Solidarność” , skanduje „Liberte, egalite, justice”.

Na dwa lata zaciął się Oramus, ale potem odgiął ostrą dramatyczną nowelą, której ze strachu zmienialiśmy tytuł.  W „Fantastyce” z lipca’84 „Hieny cmentarne” poszły, jako „Tatlocetl”, było czterdziestolecie PRL, nie szarga się takich rocznic hienami.  Zanim podrośliśmy technologicznie by odkryć polski cyberpunku, rozkwitała w piśmie fantastka w stylu punk (Drukarczyk, Piekara). Ale już „Władcy szczurów” Ziemkiewicza wydrukować się nie dało. Jest w tekście Rafała przejmujący instruktaż użycia milicyjnej pały, a że akurat MO zatłukła maturzystę Grzegorza Przemyka to gotowy skład opowiadania w „Przeglądzie Technicznym Innowacje” wylądował w koszu.

W tym samym 1983 roku na pierwszym festiwalu fantastyki w Dzierżoniowie pokazywaliśmy „Wojnę Światów – następne stulecie” Piotra Szulkina, film miał większe wzięcie niż „Walka o ogień” Annauda. „Wojna…” jak i późniejsze „O – Bi,  o – ba. Koniec cywilizacji” i „Ga, ga. Chwała bohaterom” były dobrym zapisem stanu ducha latach 80. W pirackim obiegu oglądano te filmy także w ZSRR. We wrześniu 1987, gdy trwała już pieriestrojka, rosyjscy fanowie w Moskwie, o których istnieniu Piotr nie miał pojęcia, dopytywali go otwarcie o interwencje cenzury, błyszczeli doskonałą znajomością jego filmów.

Nikt chyba, poza Piotrem, w latach 80 –tych nie oddał tak dobrze realiów, emocji, stanu wojennego i nikt nie nawiązał tak doskonałej komunikacji z widzem.  „Agent Dołu” Marcina Wolskiego traktował szerzej o diabelskim spisku, realia grudniowe były tam ukryte, ale książka okazała się sukcesem.  Może jeszcze żarty, jakie z Rodkiem i Polchem robiliśmy sobie w komiksie „Funky Koval” (w lach 82-86), przedrzeźniając Urbana czy delegalizację Agencji Universs/Solidarności – spotykały się z uznaniem. Ale powrót do tego w latach 1991-92 przyjmowano gorzej.

W 1995 roku ukazała się pierwsza bodaj powieść stricte o stanie wojennym „Święto śmiechu”. Marek Oramus pokazał rzecz w barwnej tonacji jasełkowej i odbił się od rynku. Jakby nikogo już nie interesowało spojrzenie na poplątaną narodową tragedię, nawet przez pryzmat konwencji, w której żartobliwie, ale zarazem serio traktuje się zmagania Dobra i Zła, walkę Szatana z Bogiem. Zniknęła gotowość do oceniania historii. Spostrzegliśmy raptem przy kolejnym zadziwiającym obrocie politycznej karuzeli, że krytyczne mówienie o stanie wojennym zrobiło się demode. Lepiej przyjęto powieść Rafała A. Ziemkiewicza, „Pieprzony los Kataryniarza” gdzie post-ubecki układ rządzi Polską.  Fantaści dali tej książce parę nagród, za znakomicie odrobioną warstwę cyberpunkową i za historyczne rewindykacje, ale w „Gazecie Wyborczej” rozjechał powieść (podobnie jak książkę Oramusa), krytyk Krzysztof Varga. Wmawiał naszym fantastom mściwość oraz gadzie pazury i łuski,  nawet Sapkowskiemu się dostało za drobne aluzje do „noża w plecy” i „przyjacielskiej pomocy”.  A kiedy Jacek Komuda opublikował w „NF” „Wampiry z Odrzykońskiej” mroczne opowiadanie o Warszawie, w której stan wojenny trwa dekadę i mnożą się polityczne oraz wampiryczne okropieństwa, to zajął wysokie pozycje na obu listach czytelniczych plebiscytów – najlepszego i najgorszego (najbardziej oburzającego) opowiadania roku.

Okazało się, że jesteśmy w kwestii stanu wojennego (a więc całej reszty) społeczeństwem głęboko podzielonym. Może przemyślany, wysmakowany również edytorsko i artystycznie, „Wroniec” Jacka Dukaja, stawiający kwestię w formie mitologicznej i baśniowej dawał większości satysfakcję i nie stwarzał nadmiernych kontrowersji.  Choć Dukaj nie unika sądów moralnych. Bada z perspektywy dziecka upadek społeczeństwa poddanego kruczemu ukąszeniu. W mieście funkcjonuje „Maszyna Szarzyna”, szaleją Milipanci i Bubecy (szpicle z antenami na głowie), członkowie (PZPR) to bezmyślne kłącza wielkiej rośliny, ale sercami wszystkich rządzi mityczna Ameryka.

Do tematu stanu wojennego wracałem recenzując powieść Jacka w 2009 roku, a dwa lata później wraz z kilkoma autorami w specjalnej wkładce do „NF” ufundowanej przez NCK na XXX lecie owych grudniowych wydarzeń. Otwierające numer teksty Marcina Wolskiego i wywiad Piotra Szulkina niosą różne komunikaty i emocje. Piotr jest sceptyczny wobec wizji wielkiej narodowej tragedii –  zapowiedział 13 grudnia swoimi gniewnymi filmami, a mim to przyjął go z ulgą. Dla Marcina stan wojenny to katastrofa, z której powoli się odbudowuje działalnością pisarską, kabaretową.

Ale udała się w tej wkładce rzecz w 1981 roku nie do pomyślenia. Oto tłumacz, Paweł Laudański, pozyskał, stworzone specjalnie dla nas ujmujące opowiadanie Rosjanina Leonida Kudriawcewa. Tekst o 1981 roku pisany z perspektywy sowieckiego agresora i pacyfikatora wbrew woli, nie wyraża moralnej zgody na napaść; Kudriawcew i jego bohater kibicują Polakom. Podobną figurę światłego najeźdźcy mieliśmy w niedocenionej „Drugiej jesieni” (1983) Wiktora Żwikiewicza, która w alegorycznej formie dawała nadzieję na przemianę Rosjan.

Zbigniew Wojnarowski zamieścił w dodatku swój „Miraż”, w opowiadanie tym, de facto horrorze, student zdradzony przez nauczycielkę i oskarżany o kolaboracje, jest uwięziony w wiecznym TERAZ stanu wojennego. W tekście groźnym i niesamowitym, malował autor realia i sny jesieni 1981 i portretował polskie rozdwojenie – ciążące do dziś przekleństwo niezadośćuczynionej krzywdy i nieodkupionej winy.  Marcin Wolski i Rafał a Ziemkiewicz pokazywali Grudzień’81, jako fragment globalnej gry wywiadów, rządów, narodów – czym był bez wątpienia. Ale też, jako wypadek przy pracy historii, która przecież mogłaby (powinna!)  potoczyć się inaczej.

Na pewno był to moment przełomu, koniec małej czy wielkiej stabilizacji, linia startowa ośmioletniego maratonu do lepszej Polski. Narodziła się też „Fantastyka”, dla której nagle znalazło się miejsce na przetrzebionym rynku prasowym. Pismo współtworzyło nowoczesny, symboliczny język wyobraźni; ta lekcja czy szkoła okazała się bardzo przydatna w czasie wolności.

Na zakończenie wspomnienia anegdota. Późnym rankiem 13 grudnia, jako mniej ważnego, wzięli mnie z domu, i przez świeżo otwarty most Grota Roweckiego, na którym żołnierze grzali się przy koksownikach, zawieźli na Mostowskich. Tam, wypomnieli antysowieckie uwagi w redakcji „Politechnika”, postraszyli internowaniem i puścili do domu po długich targach oraz podpisaniu lojalki (że zaniecham działania na szkodę PRL).  Upokorzony, zrezygnowany, skąd miałem wiedzieć, że za rok będę poprawiał do druku genialne „Karlgoro godzina 18.00” Marka Baranieckiego, który zlekceważy wszystkie te kwestie, bo ma ważniejsze rzeczy do opowiedzenia. Zmierzałem siedzieć cicho i lizać rany, ale moja mądra żona natychmiast poinformowała o sytuacji sąsiadów, więc zszedłem do nich w poszukiwaniu pocieszenia.

A tam u państwa Pawlaków babcia z siedmioletnią wnuczką Patrycją bawiły się w psychodramę. Babcia była ludem, wnuczka wzięła na siebie rolę premiera Rakowskiego.  Babcia mówiła, że wszystko idzie źle, tak dalej się nie da, bo lud rządowi nie ufa, więc rząd powinien ustąpić… Patrycja Pawlak nabrała powietrza i nieoczekiwanie znalazła właściwie słowa: RZĄD NIE MOŻE USTĄPIĆ – powiedziała z powagą. – BO GDYBY RZĄD USTAPIŁ, TO, KTO BY WAM PRZEMAWIAŁ TAK PIĘKNIE JAK JA.

Ta mała, jak Dukaj 28 lat później, pojęła intuicyjnie, że najlepiej gryźć stan wojenny przy pomocy groteski, baśni, przerysowania. Bo wtedy (a i teraz) to, co nam zrobiono, wydawało się absurdem. Zabawne, ale Patrycja i Jacek Dukaj są z tego samego rocznika AD 1974.

Maciej Parowski, Grudzień 2011