smierc pachnie slodko

Śmierć pachnie słodko

Wszystko, co związane ze śmiercią, jest w naszym społeczeństwie tabu. A tymczasem nasza praca nie różni się niczym od pracy szewca, piekarza czy adwokata. Nie może ona wzbudzać w nas żadnych emocji – mówią Grzegorz i Mateusz Węgorowscy z firmy Bio-clean, która zajmuje się między innymi sprzątaniem po samobójstwach, morderstwach i zgonach naturalnych. 

Mateusz K. Dziób: Od czego się zaczęło?

Mateusz Węgorowski: Pracowałem za granicą, wróciłem do Polski i postanowiłem, że otworzę coś własnego. Widziałem reportaż w TVN-owskiej Uwadze o firmach, które zajmują się tego typu działalnością. Przygotowałem biznesplan, przeanalizowałem konkurencję…

Pierwszy kontakt…

MW: To było samobójstwo. Zostało mnóstwo krwi i nieprzyjemny zapach, bo od śmierci upłynęło kilka godzin. Ale nie daliśmy niczego po sobie poznać.

Czyli było trudno?

MW: Było trudno. Trzeba było wszystko zabezpieczyć i zorganizować, załatwić utylizację odpadów. Wzięliśmy za to oczywiście grosze.

Ktoś wymiotował?

MW: Nie. Nigdy nam się to nie zdarzyło. Ale czasami nie było łatwo, bo przez maskę też dochodzą pewne zapachy. Widoki też nie są zbyt przyjemne. Weźmy na przykład wannę, w której jest pełno wody, a na powierzchni unosi się kilkucentymetrowa warstwa tłuszczu i tkanek, bo ciało leżało tam kilka dni… To było po samobójstwie. Ruszyliśmy tę „skorupę” i powiem jedno: współczuję osobom, które pracują w zakładach pogrzebowych, bo one mają znacznie gorzej.

Grzegorz Węgorowski: My tylko sprzątamy po tym, co zostaje. Nigdy nie wynosimy zwłok.

Ruszyliście tę „skorupę” i co dalej?

MW: Zapach był nie do zniesienia.

GW: Trzeba było to wszystko pozbierać i wysłać do specjalnej spalarni, w której zazwyczaj lądują odpady medyczne ze szpitali. Materiał nigdy nie ląduje na śmietniku, bo takie są wymogi.

Co zostało z denata? Same kości?

MW: Nie tylko kości, ale resztki tkanek, rozpuszczona skóra… Na pewno tego kogoś wyjęto z wanny w częściach. Policjanci opowiadają, że w tego typu przypadkach to norma.

Jaki był najtrudniejszy, najbardziej drastyczny przypadek?

GW: Najbardziej drastyczny przypadek mieliśmy niedawno. Szczątki były wszędzie. W całym domu. Niestety z uwagi na specyfikę tego zdarzenia nie możemy o nim powiedzieć nic więcej. To był jedyny taki przypadek w Polsce, a anonimowość i prywatność naszych klientów są zawsze najważniejsze.

Zdarzają się zacieki na suficie u sąsiadów z dołu?

MW: Tak. Mieliśmy kilka takich sytuacji. Wpływa na to długi okres rozkładu i wysoka temperatura. Ciało musi w dodatku leżeć na tak zwanej szparze dylatacyjnej, czyli na drzwiach, futrynie lub łączeniu płyt betonowych. Wtedy to kwestia chwili.

Zdarzały się przypadki, gdy ktoś zaczął sprzątać na własną rękę i wymiękł?

MW: Tak.

Czyli nie ma prawnego obowiązku korzystania z usług tego typu firm?

GW: Nie ma. Ale powinien być, bo metodami chałupniczymi – na przykład octem, jak to się kiedyś robiło – nie da się pewnych rzeczy usunąć. To są bakterie i inne związki chemiczne niebezpieczne dla zdrowia. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jaka „tablica Mendelejewa” zostaje z człowieka po śmierci… Teoretycznie można to zrobić na własną rękę, z góry wszystko wygląda OK. Tylko co z tego, skoro denat zostaje pod podłogą, a później to wszystko zaczyna okropnie śmierdzieć? Poza tym ciało paruje i osadza się na ścianach! To wszystko trzeba wyczyścić, w większości przypadków nawet zerwać podłogę.

Często konieczny jest remont generalny?

MW: Szczególnie jeśli ciało leży dłużej niż pięć dni. To zależy też oczywiście od temperatury. Jeśli w mieszkaniu są tapety – trzeba je usunąć. Jeśli mamy podłogę drewnianą – także, czasami nawet w całym domu. Tak samo z meblami i wszystkimi tapicerkami.

A ludzie w ogóle wiedzą, że istnieją takie firmy, jak Wasza?

MW: To wciąż jest tabu.

Dlaczego?

MW: Wszystko, co związane ze śmiercią, jest tabu.

GW: Ludzie nie dopuszczają myśli, że coś takiego może się zdarzyć.

Czy poprzez swoją pracę oswoiliście się ze śmiercią? Coś Wam to dało w wymiarze duchowym?

MW: To nasi pracownicy posprzątają po nas. Wynajmiemy ich zawczasu.

GW: Wiemy, że każdego to czeka. Nie chcielibyśmy oczywiście umrzeć w takich okolicznościach, z jakimi mamy zazwyczaj do czynienia, czyli w całkowitej samotności. Nasza praca nie może jednak wzbudzać w nas żadnych emocji. Nie różni się ona niczym od pracy szewca, piekarza czy adwokata.

Po skończonej pracy myślicie jeszcze o tym, co widzieliście?

GW: Nasza dewiza to wykonać usługę i zapomnieć. To nie są dla nas przyjemne doświadczenia, zarówno jeśli chodzi o widoki, jak i ludzkie tragedie. Na początku to było coś nowego, wzbudzało w nas emocje. Potem spowszedniało.

MW: Odbierasz telefon w nocy i słyszysz, że ktoś leżał przez tydzień w wannie czy na łóżku… I już nie masz ciarek na nogach. Jedziemy tam i nie myślimy o tym w takich kategoriach… Nie można się zadręczać.

GW: Oczywiście zdarzy się gorsze zlecenie. Ale nie myślimy później, że teraz rzucamy pracę i to był nasz ostatni raz. Cieszymy się, że mogliśmy w jakiś sposób pomóc bliskim denata. Oni często przeżywają traumę, strach przed wejściem do mieszkania… Widok swoją drogą, ale najgorszy jest ten zapach…

Jak pachnie śmierć?

GW: Słodko. To słodki, mdlący, nieprzyjemny zapach. Tego nie da się określić. W zależności od tego, jak dawno nastąpił zgon, zapach jest bardziej lub mniej intensywny.

Jesteście w stanie to wytrzymać?

MW: Ja mogę wytrzymać bez maski.

GW: Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Zwłoki zawsze pachną jednakowo. Niezależnie od wieku, płci i tego, czym człowiek zajmował się w życiu.

Czym różni się sprzątanie po zgonie naturalnym od sprzątania po samobójstwie?

MW: Po samobójstwie zostaje zazwyczaj więcej krwi, i to wszędzie. Zwłaszcza jeśli ktoś się zastrzelił. Ale drastyczne widoki są też po podcięciu przez denata żył.

To prawda, że ludzie w Waszej branży dużo piją?

MW: Nie. Ja nie miałem alkoholu w ustach od sześciu lat.

GW: To stereotyp, chociaż myślę, że na pewno kiedyś tak było.

MW: U nas w pracy to zakazane. Wozimy nawet ze sobą alkomat.

Pracujecie całą dobę?

MW: W zasadzie tak, to znaczy odbieramy telefony w nocy, ale na miejsce jedziemy rano. Najszybciej reagujemy na wezwania pensjonatów i hoteli. Tam też zdarzają się samobójstwa. Albo czasami ktoś pijany wpadnie na butelkę, przetnie sobie tętnicę i nic o tym nie wiedząc, wykrwawi się …

GW: Mieliśmy kiedyś podwójne samobójstwo w hotelu. Para postanowiła się zabić. Oboje podcięli sobie żyły. Dziewczyna położyła się w wannie, a chłopak wyskoczył przez okno. Z czwartego piętra.

Nie interesuje Was nigdy, dlaczego doszło do tego typu przypadków?

GW: Nie interesujemy się i nigdy o to nie wypytujemy. Chyba że rodzina sama nam o tym opowiada. Można napisać o tym książkę, ale zachowujemy wszystkie historie w tajemnicy.

MW: Zwariowalibyśmy od tego.

Próbujecie też pocieszać swoich klientów?

GW: Nie można pocieszyć kogoś, kto stracił kogoś bliskiego. A tym bardziej my nie możemy tego zrobić. Możemy co najwyżej wysłuchać.

Jest coś, czego byście się nie podjęli?

MW: Nie. Robimy wszystko. Z innej beczki: ostatnio zutylizowaliśmy dwadzieścia pięć ton gołębich odchodów. To był obszar skrajnie skażony.

Czyli to było gorsze od sprzątania po zmarłych?

MW: Uważam, że tak. Czasami sprzątanie po zgonach jest odskocznią od tego typu zleceń.

Istnieją jakieś niebezpieczeństwa dla Waszego zdrowia przy sprzątaniu po zmarłych? 

GW: Zawsze jest ryzyko, ale staramy się to optymalizować.

MW: Za każdym razem robimy pełną dezynfekcję. Najgorsze i najbardziej krytyczne są pierwsze minuty. Mimo wszystko zapach nadal pozostaje. Najtrudniej jest sprzątać świeżo skrzepniętą krew, która pyli. Trzeba uważać, żeby tego nie wdychać.

Nie zdarzają się Wam sytuacje, gdy mówicie komuś, czym się zajmujecie, a on patrzy na was krzywo?

GW: Zazwyczaj ludzie nie postrzegają tego negatywnie. To już nie robi na nikim wrażenia. Żyjemy w cywilizowanym społeczeństwie. Nie można oceniać człowieka po tym, co robi, tylko po tym, kim jest.

Lubicie swoją pracę?

MW: Bardzo.

GW: Gdybyśmy jej nie lubili, to byśmy tego nie robili. Daje nam to satysfakcję. Staramy się po prostu pomóc ludziom, którzy mają problem.

Rozmawiał Mateusz K. Dziób

Firma Bio-clean działa na rynku od 7 lat. Ma ośmiu stałych pracowników i oddziały terenowe w Warszawie, Toruniu, Wrocławiu i Poznaniu. Zajmuje się profesjonalnym usuwaniem zanieczyszczeń i zniszczeń po pożarach, sprzątaniem po zgonach, restytucją mienia osobistego oraz dezynfekcją pomieszczeń.

Zespół Bio-clean

Grzegorz, 57 l.

Lubi podróże i literaturę. W wolnym czasie zazwyczaj surfuje po Internecie.

Mateusz, 27 l.

Perkusista, lubi dłubać w drewnie, obecnie buduje dom.

Ziemowit, 23 l.

Jego hobby to sport i muzyka.

Artur, 25 l.

Po godzinach gra w piłkę i trenuje na siłowni.

Marcin, 28 l.

Jego pasja to motoryzacja, sport i… gołębie.

Iwona, 56 l

Lubi czytać, zajmować się ogrodem i dziergać.

Paulina, 28 l.

Spytana o swoje hobby, odpowiada: ogród i muzyka.

Kuba, 28 l.

Interesuje się sportem i motoryzacją.