muslim

Szejk jest nagi

Z perspektywy bliskowschodniej trudno oprzeć się wrażeniu, że obecne zajścia w Europie miały swój precedens na Bliskim Wschodzie. Właściwie rok 2016 w Europie to wierna powtórka tego, co działo się w Egipcie na rok przed wybuchem rewolucji

Nasilenie przemocy i manipulowanie nastrojami społecznymi, konfliktowanie i prowokowanie, a wreszcie ostatnie zamieszki z udziałem kibiców są jak gdyby wierną kopią wydarzeń sprzed pięciu lat. Przy okazji zadały one ostateczny kłam rzekomej cywilizacyjnej wyższości Europejczyków, co można było usłyszeć od Egipcjan z trwogą obserwujących brutalność francuskiej policji.

Zresztą wielu ludzi tutaj przepowiadało, że przyszłość zweryfikuje przekonanie Europy o jej moralnej wyższości, jak tylko doświadczy ona choćby w najmniejszym stopniu tego, przez co przechodzi Bliski Wschód, choć prawdopodobnie to dopiero preludium do prawdziwych problemów. Czyż to nie właśnie głosy żądające powtórzenia referendum w Wielkiej Brytanii najdobitniej świadczą o tym, że demokracja może mieć swoje ciemne strony nawet w tak sprzyjającym jej środowisku zachodnim? (Bo chyba oczywiste jest, że podziały te przebiegają nieco inaczej w znacznie radykalniejszych warunkach wojen i kryzysów). Z tego punktu widzenia cywilizacyjna misja zaprowadzania demokracji w zacofanych (w ocenie człowieka Zachodu) rejonach świata wydaje się jeszcze bardziej skompromitowana.

To na niej jednak od lat opierała się taktyka mocarstw zachodnich w regionie Bliskiego Wschodu (wschodnia okazała się w tym względzie dużo skuteczniejsza), a wraz z nią główny przekaz medialny, co skutecznie odciągało naszą uwagę od podstawowej kwestii: że jedynym sposobem na poprawę sytuacji w społeczeństwach arabskich jest zainwestowanie w edukację, nie w wojnę. Aby uświadomić sobie błędy i nieprawidłowości tego paradygmatu, należałoby zacząć od analizy stereotypów. Za utrwalanie tychże odpowiedzialna jest między innymi zaskakująca sytuacja, w której to przestrzeń publiczna wypełniona jest samozwańczymi znawcami przedmiotu, którzy pomimo braku podstawowych narzędzi, jak choćby znajomość języka, o wiedzy empirycznej nie wspominając, nie stronią od wygłaszania swoich ekspertyz czy nawet pisania książek na temat kultury i polityki Bliskiego Wschodu.

O tym jak szkodliwi mogą być ci „spece”, przekonujemy się obecnie. Pod koniec maja „The Guardian” opublikował sprostowanie dotyczące jednego ze swoich reporterów z Egiptu, którego teksty nie miały żadnego potwierdzenia w faktach. Wydawać by się mogło, że umiejętność weryfikowania źródeł powinna być podstawowym warunkiem publicznych wypowiedzi na tematy specjalistyczne. Nikogo przecież nie dziwi, że o Watykanie pisze watykanista i trudno być traktowanym poważnie w dziedzinie publicystyki dotyczącej Niemiec bez znajomości języka niemieckiego. Tymczasem o regionie arabskim najwięcej do powiedzenia ma cały legion osób przypadkowych.

Nasilenie przemocy pod szyldem islamu oraz brutalne czystki przeprowadzane w Turcji pod zwierzchnictwem lidera islamu politycznego, którym jest bez wątpienia Erdoğan, są więc pośrednio także związane z niekompetencją zachodnich ekspertów i publicystów. Przegląd komentarzy w działach zagranicznych polskiej prasy szokuje niekiedy stopniem niezrozumienia realiów i nieścisłości w relacjonowaniu wydarzeń. Specjaliści w tej dziedzinie potrafiliby prześledzić źródła tych informacji, które na Bliskim Wschodzie są przecież skrupulatnie kontrolowane i umiejętnie rozprowadzane zagranicę poprzez rozbudowaną sieć kontaktów. Dlatego podstawowymi warunkami korzystania z nich są ostrożność i fachowa selekcja. Warto o tym pamiętać choćby w tym momencie w odniesieniu do Turcji, w której spacyfikowano prasę opozycyjną i aresztowano dziennikarzy.

Problem weryfikowania faktów dotyczących Bliskiego Wschodu jest na tyle poważny, że kapitulują przed nim nie tylko główne ośrodki informacyjne, ale przede wszystkim stechnicyzowane służby specjalne. Dlatego można i należy o nim mówić, gdyż nie chodzi już tylko o równolegle istniejącą narrację medialną, ale o decyzje podejmowane na najwyższym szczeblu. Przy tym wielu poważnych analityków zajmujących się Bliskim Wschodem nie zdaje sobie sprawy z tego, jak często, będąc nawet na miejscu wydarzeń, padają ofiarą nierzetelnych informatorów, którzy dla korzyści finansowych są w stanie zaprezentować im pożądaną wersję wypadków.

Żyjemy w czasach rewolucji informacyjnej i dziś już prawie każda zainteresowana i wykwalifikowana osoba potrafi zakwestionować znakomitą większość przekłamanych relacji. Dlatego też ideologizowanie przekazu dotyczącego Bliskiego Wschodu, szafowanie z butą wyświechtanymi ogólnikami (największą popularnością cieszą się niezmiennie „dyktator” i „reżim” itp.) bez oparcia na wiarygodnych źródłach oraz forsowanie określonych treści czy subiektywnych opinii dla własnych korzyści czy po prostu promocji swojej osoby powinny odejść do lamusa. W Polsce mamy przynajmniej pięć ośrodków nauki języka arabskiego i studiów nad kulturą Bliskiego Wschodu: w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Łodzi i Bydgoszczy. Corocznie każdy z nich opuszcza kilkunastu studentów, którzy najczęściej zmuszeni są do podejmowania innych zawodów. Tym ludziom wystarczyłoby dać szansę, by mogli nabrać doświadczenia i obycia w terenie i byśmy my mogli się w przyszłości dowiedzieć z mediów czegoś więcej poza tym, co się komuś wydaje na podstawie wiadomości z drugiej ręki albo efektownych wojaży.

Agnieszka Piotrowska – tłumaczka literatury arabskiej i polskiej, doktor nauk humanistycznych UAM w Poznaniu, mieszka w Kairze.

Tekst pochodzi z 80 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Numer pisma można kupić TUTAJ.