C

Szlacheckie korzenie chłopskiego narodu


Nietrudno zauważyć, że w Polsce od wielu lat funkcjonuje swoista moda na szlachetczyznę.

Nowo stawiane domy lepiej lub gorzej nawiązują do architektury ziemiańskiego dworku. Sam motyw dworku, szlachty czy ziemiaństwa jest stałym elementem znacznej części filmowych produkcji historycznych, a nawet seriali traktujących o czasach nam współczesnych, jak bijące rekordy popularności Ranczo. Na rynku wydawniczym sporym powodzeniem cieszą różnego rodzaju herbarze, sagi rodowe i wspomnienia członków szlacheckich familii. Nic zatem dziwnego, że wiele osób nawet na siłę szuka dziś wśród swoich przodków jakiegoś herbowego.

Pozornie taki stan rzeczy może dziwić. Polacy przecież w większości pochodzą nie ze szlachty, a z chłopów, i ich fascynacje dawnymi ciemiężycielami mogą wydawać się nienaturalne. Pojawiają się nawet inicjatywy, które dążą do przełamania przeświadczenia o szlacheckim rodowodzie Polaków. Jest to jednak zadanie karkołomne, gdyż należałoby się w tym celu zmierzyć z wielowiekowymi procesami, których konsekwencje odczuwamy do dziś.

Polski naród szlachecki

W czasach I Rzeczypospolitej polska szlachta co prawda należała do najliczniejszych w Europie, ale i tak była to wyraźna mniejszość na tle całego społeczeństwa. Szacunki są tutaj różne. Szlachetnie urodzonych miało być, w różnym okresie, od 6 do nawet 15 procent. Najmniej liczne było mieszczaństwo, zdominowane przeważnie przez Żydów oraz Niemców – ok. 10 proc. Reszta – ok. 75 proc. – to właśnie chłopi. Nie była to oczywiście warstwa jednolita. W tej grupie mieściła się zarówno pozbawiona jakiegokolwiek majątku wiejska biedota, jak i bogaci gospodarze, często bogatsi od niejednego herbowego. Niemniej to proste zestawienie pozornie potwierdza tezę o chłopskim pochodzeniu przytłaczającej większości współczesnych Polaków. Tyle tylko, że nie w genetycznym pochodzeniu tkwi cały fenomen długowieczności szlacheckiej spuścizny.

Szlachta posiadająca w Polsce przez wieki pozycję dominującą de facto stworzyła Polaków. W odróżnieniu od państw Europy Zachodniej tutejsi dobrze urodzeni pozbawili wpływu na politykę państwa pozostałe warstwy społeczne. Tym samym obywatelem mógł zostać jedynie szlachcic. To on decydował o wyborze króla, wybierał posłów na sejm bądź sam mógł nim zostać – w skrócie, tylko on mógł mieć wpływ na sprawy publiczne.

Na tej podstawie kształtowało się pojęcie Polaka. Co ważne, Polaka nie w sensie etnicznym, a politycznym. Można było oczywiście być Polakiem etnicznym z Korony, nazywanym wówczas Koroniarzem, ale Polakiem w sensie obywatelem Rzeczypospolitej Obojga Narodów mógł być też Litwin oraz Rusin (dziś powiedzielibyśmy Ukrainiec). Musiał spełniać tylko jeden warunek – przynależeć do stanu szlacheckiego.

Mieszczanin szlachcicem

W takim układzie wydawać by się mogło, że reszta ludności zamieszkującej I RP była jedynie biernym obserwatorem poczynań szlachty. O ile na Zachodzie pozostałe warstwy społeczne dążyły do wywierania jak największego wpływu na życie publiczne, w Polsce ukształtowany w średniowieczu stan szlachecki aż do rozbiorów nie dopuścił pozostałych stanów do rządów. Tym samym przez cały okres trwania Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie wykształcił się model polskości niezwiązany ze szlacheckością.

Nie powinno to jednak dziwić, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że do schyłku XVIII wieku nie podejmowano większych prób tworzenia pozaszlacheckiej konkurencji. Mieszczaństwo, a tym bardziej chłopi, doskonale zdawali sobie sprawę, że walka o pozycję i wpływy w państwie będzie niezwykle trudna i kosztowna. Dlatego o wiele bardziej racjonalne było wejście do stanu szlacheckiego, niż konkurowanie z nim. Wprawdzie stara szlachta przez wieki zazdrośnie broniła swoich przywilejów, panicznie bojąc się rozrostu swojej warstwy, lecz ostatecznie nie była w stanie zahamować tego procesu.

Najbardziej znaną drogą do uzyskania szlachectwa była nobilitacja królewska. Ta jednak już od XVII wieku musiała uzyskać potwierdzenie sejmu, a ten nie zawsze był do tego skory. Do 1633 roku popularnym sposobem uszlachcenia była adopcja herbowa. W takim wypadku szlachcic, nierzadko za gratyfikacją finansową, urzędowo potwierdzał, że dana osoba z niższej warstwy należy do jego rodu i herbu. Gdy szlachta zorientowała się, że skala zjawiska jest bardzo duża, natychmiast zakazała tych praktyk. Wykorzystywano wtedy inną metodę – tak zwaną naganę szlachectwa, czyli postępowanie sądowe, w którym pozwany musiał udowodnić, że przynależy do stanu szlacheckiego. Z założenia proces ten miał zabezpieczać stan szlachecki przed uzurpatorami, a w praktyce otworzył przed nimi szerokie pole do popisu. Zgłoszeni bowiem przez pozwanego świadkowie znów za drobną gratyfikacją pieniężną chętnie stwierdzali o starożytnym pochodzeniu delikwenta.

W 1626 roku Walerian Nekanda Trepka, średniozamożny szlachcic, sfrustrowany tym, że karierę w Polsce robią ludzie z gminu, stworzył listę osób o dość wątpliwym szlachectwie. Jego Liber Generationis Plebeanorum (Księga Rodów Plebejskich), lepiej znana jako Liber Chamorum (Księga Chamów), zawierała ponad  2,5 tysiąca nazwisk i po raz pierwszy opisała skalę zjawiska nielegalnego wchodzenia do warstwy szlacheckiej. W ówczesnej Polsce był to co prawda skandal, ale jego ujawnienie na dłuższą metę nic nie zmieniło.

Koniec XVIII wieku to już czas wielkiego rozrostu warstwy szlacheckiej. Król Stanisław August śmiało prowadził własną politykę nobilitacyjną, nie licząc się z sejmem. Niejako wychodząc naprzeciw temu procesowi, Konstytucja 3 Maja otworzyła dla mieszczaństwa dość szerokie możliwości legalnego uzyskania szlachectwa. Co ważne, to rodowity szlachcic nadal posiadał pełnie praw, a mieszczanom ułatwiono jedynie zmianę stanu. Polskość ciągle była tylko dla herbowych.

W konsekwencji przez cały okres I Rzeczpospolitej niższe warstwy nie tworzyły odrębnej formy polskości, tylko wpisywały się w tę stworzoną wcześniej przez szlachtę. Z drugiej strony szlachta, podobnie jak współcześni Polacy, była już wówczas warstwą, której przedstawiciele w dużej części mieli genetycznie nieszlacheckie pochodzenie.

Upadek Rzeczpospolitej Obojga Narodów – państwa szlachty – winien jednakże po pewnym czasie doprowadzić do głosu zamieszkującą te ziemie, acz milczącą dotychczas, chłopską większość. To przecież ona mogła teraz tworzyć własny model polskości. Tak się jednak nie stało.

Walka o rząd dusz

Pod koniec XVIII wieku na ziemiach polskich dokonał się poważny społeczny przewrót. Do tej pory ton w Rzeczypospolitej nadawała magnateria, która wygrała w II połowie XVI wieku rywalizacje o wpływy z średnią szlachtą skupioną wokół ruchu egzekucyjnego. W kolejnym stuleciu władza magnatów przyjęła już formę najbardziej patologicznej oligarchii, choć nie należy zapominać, że propozycje reform i poprawy stanu państwa wychodziły przeważnie z tych kręgów. Magnaci stworzyli Targowicę, ale też napisali Konstytucję 3 Maja.

Na przełomie XVIII i XIX wieku ten magnacki rząd dusz zaczął jednak się kończyć. W powstaniu kościuszkowskim najbogatsi szlachcice byli już tylko tłem, a upadek państwa większość z nich przyjęła dość łagodnie. Spokrewnieni ze wszystkim rodami panującymi Europy, zaczęli wiernie służyć absolutystycznym władcom. Stan wielu ówczesnych magnackich umysłów obrazuje doskonale list autora Rękopisu znalezionego w Saragossie, hrabiego Jana Potockiego, który pisał do Stanisława Augusta Poniatowskiego: Na szczęście udało uratować się to, co najważniejsze, czyli dobra prywatne. Dobrze zilustrował to również Stefan Żeromski w swoich Popiołach, w których jeden z bohaterów, książę Gintułt, po powrocie z zagranicznych wojaży z radością odkrył, że pod władzą zaborcy w jego majątkach nigdy lepiej się nie działo.

Tym samym wpływ na sprawy narodowe, a w konsekwencji rząd dusz nad Polakami, zaczął przejmować już ktoś inny. Nie byli to jednak nadal ani chłopi, ani mieszczanie, lecz wciąż szlachta, tyle że średnia oraz drobna. To ona zasilała pułki armii Napoleona, działała w konspiracji i wzniecała powstania. To w znacznej części z niej później wyrosła inteligencja, która przejęła sporo ze szlacheckiego etosu, narzucając potem społeczeństwu tak dobrze się dziś mające szlacheckie imaginarium – wizję Polski dworków, husarii, kresowych rycerzy, państwa od morza do morza. Chłopi w znacznej części poddali się temu przewodnictwu, choć mogli przecież postąpić inaczej.

Będzie se dziedzicem

W XIX wieku we wszystkich trzech zaborach następował proces zniesienia pańszczyzny. Najwcześniej, bo już w 1808 roku, rozpoczął się on w Prusach. Jednak forma uwłaszczenia polegająca na zawieraniu dobrowolnych umów między chłopem i dziedzicem, w ramach których za utracone korzyści wobec pana chłop był zobowiązany do wypłacenia odszkodowania (w formie gotówkowej, w gruntach lub zbożu), powodowała, że proces ten zakończył się dopiero w połowie wieku. W tym samym czasie, w roku 1848, uwłaszczono chłopów w zaborze austriackim, zaś dopiero w 1864 roku w rosyjskim.

Zaborcy sądzili, że w ten sposób uda im się przeciwstawić chłopów szlachcie. Chłop za wolność, ziemię i możliwość awansu społecznego miał stać się wiernym poddanym króla Prus, cesarza Austrii lub cara Rosji. Założenie z pozoru wydawało się słuszne. Do tej pory chłop za Polaka się nie uważał. Był tutejszy, katolik, ale Polakiem w jego mniemaniu – co było zgodne ze stanem faktycznym – był pan we dworze. Ku zdziwieniu pomysłodawców plan okazał się jednak porażką. Wielu chłopów przyjęło uwłaszczenie z niedowierzaniem, gdyż to nie właściciel gruntów ich uwalniał, lecz jakiś nakaz z daleka. Brak opieki ze strony dworu był ponadto w wielu rodzinach powodem do zmartwień. Gwałtownie wzrosła liczba ludzi bez stałego zatrudnienia, nieprzystosowanych do samodzielnego życia. Byli jednak i tacy, którzy w nowej sytuacji dostrzegli swoją szansę, lecz zupełnie nie po myśli zaborców.

Po klęsce powstania styczniowego konfiskata majątków szlacheckich, zsyłki i inne represje spowodowały, że znaczna cześć rodzin ziemiańskich zaczęła podupadać. Ich rodowe majątki były najzwyczajniej wystawiane na sprzedaż. Tyle tylko, że ich nabywcami była już nie tylko szlachta. Rozpoczął się nowy proces wchodzenia do stanu szlacheckiego, a może raczej ziemiańskiego. Obywatelem ziemskim, właścicielem historycznego, rycerskiego majątku, w tym dworu – gniazda polskości – mógł teraz zostać każdy, kto miał pieniądze. W Ziemi Obiecanej Władysława Reymonta oraz w znakomitej jej ekranizacji Andrzeja Wajdy jest scena, w której do Kurowa, rodzinnego majątku Karola Borowieckiego, przybywa jego potencjalny nabywca, bogaty chłop Kaczmarek. Ma pieniądze, robi interesy w Łodzi i wyraźnie zaczyna mu się powodzić. Chce kupić majątek nie dla siebie, ale dla syna, który jego zdaniem nie ma głowy do interesów, dlatego będzie se dziedzicem. Maniery i zachowanie Kaczmarka budzą co prawda niesmak gości i mieszkańców dworu, ale jego syn rzeczywiście będzie se dziedzicem. Przyjmie, jak wielu jemu podobnych, ziemiański styl życia. Być może początkowo doświadczy szorstkości ze strony utytułowanych sąsiadów, ale z czasem granice między starym a nowym ziemiaństwem, podobnie jak w I Rzeczpospolitej między starą a nową szlachtą, zaczną się zacierać.

Takich sytuacji w II połowie XIX wieku było całkiem sporo. W raportach rosyjskiego naczelnika żandarmerii w Siedlcach z tego okresu możemy przeczytać, że wśród kupujących (szlacheckie majątki – przyp. aut.) przeważają chłopi oraz Żydzi. W ten sposób chłopstwo stawało się szlachtą. Teraz nie potrzebowało urzędniczego glejtu, wystarczał mu dwór, majątek i ziemiański styl życia. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego chłopi, którzy osiągali sukces, nie pozostawali sobą? Dlaczego decydując się na polskość, nie starali się budować jej nowej wersji – swojej, przaśnej, chłopskiej? W wspomnianej scenie Ziemi Obiecanej Kaczmarek mówi z dumą, że jest gospodarskim synem, tyle że u łódzkich Buchholzów i Mullerów nie wzbudza to szacunku. Dlatego w Łodzi z pańska przezwał się Kaczmarski i zamiast: Karczmarek! Chłopie, chodź no tutaj! słyszy: Panie Karczmarski, może pan będzie łaskaw!. Tutaj pośrednio zasygnalizowana została fascynacja cudzoziemców szlachecką polskością. W innej scenie ekranizacji Wajdy fabrykant Muller mówi o tym Borowieckiemu wprost: Ja lubię mieć taki salon jak wasz. Lubię tak witać gości jak wy. Nie było to żadne artystyczne wyobrażenie. Przybywający wówczas z innych krajów żołnierze, urzędnicy, kupcy czy rzemieślnicy zadziwiająco szybko się polonizowali. I to działo się na ziemiach podbitych, gdzie naród upokorzony przez sąsiadów – wydawałoby się – nie mógł mieć prawa do takiej siły przyciągania.

Prof. Andrzej Zoll, którego wybitna prawnicza rodzina doświadczyła takiego procesu polonizacji w XIX wieku, wskazuje w swojej książce, że był to przede wszystkim wynik małżeństw cudzoziemców z patriotycznie nastawionymi Polkami. Niewątpliwie miało to znaczenie, jednakże podobny proces dotyczył również chłopstwa, dla którego było szans na małżeństwo z kimś ze stanu szlacheckiego. Tutaj główną rolę grała kultura szlachecka, której powab został szczególnie wyraźnie uchwycony w Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ubogie chłopstwo, którego przodkowie dostawali od szlachty srogie baty, nagle na swoich idoli wybrało Skrzetuskiego, Kmicica i Wołodyjowskiego. Zafascynowano się szlachecką tradycją, kulturą, husarią, bitwami i zwycięstwami. Dla cudzoziemca i dla coraz światlejszego chłopa polski szlachcic ze swoim rycerskim etosem był najlepszym odzwierciedleniem narodu.

Kolejnym czynnikiem prowadzącym do polonizacji była fascynacja typowo szlacheckim stylem życia. W Przedwiośniu Stefana Żeromskiego Cezary Baryka dziwi się, dlaczego Polacy idą na wojnę z powszechnym entuzjazmem, jak na bal, jak na zamiejską wycieczkę. W Nawłoci zdaję sobie sprawę, że chodziło tu właśnie o sielskie i anielskie życie polskiego dworu.  Atmosfera niekończącej się niedzieli, posiłków, wzajemnego odwiedzania się, dyskusji. Taki dwór jako siedziba polskiego rycerza, pełen wielowiekowych pamiątek, wśród których kultywowano tradycje walki o Polskę oczarowywał cudzoziemców i imponował ukąszonym Sienkiewiczem chłopom.

Polonizacja wsi nie nastąpiła oczywiście od razu. Jeszcze przed I wojną światową w Małopolsce istniało całkiem sporo miejscowości, w których za powiedzenie mieszkańcom, że są Polakami, można było poczuć smak pieści. Ale już po II wojnie światowej wiele z tych wiosek stało się bastionami partyzantki antykomunistycznej, której dowódcy z chłopskimi korzeniami, lecz sienkiewiczowskimi pseudonimami, uważali się za nowych obrońców Rzeczypospolitej. Po prostu przejęli etos rycerski i weszli tym samym w kulturę szlachecką (polską), przez co rzeczywiście szlachtą się stali.

Republika inteligencji

U progu II Rzeczpospolitej nastąpiła kolejna gwałtowna zmiana społeczna. Już w II połowie XIX wieku szlachta jako taka zaczęła tracić rząd dusz.  Jej potomkowie, najczęściej pozbawieni ziemi, przenosili się do miast. Tu jednak, jak pisze Czesław Miłosz w Rodzinnej Europie, nie zanikały dawne przyzwyczajenia i obyczaje. Wprost przeciwnie – odciskały one swe piętno na innych klasach społecznych. Tak było z proletariatem, który często zasilała drobna szlachta. Na tym gruncie wyrósł później PPS i jednocześnie nie miał szans wyrosnąć komunizm. Najsilniej jednak etos szlachecki odcisnął się na inteligencji. To teraz ona, po drobnej i średniej szlachcie, przejęła rządu dusz nad Polakami.

Konkurencję w tej dziedzinie wyeliminowały przede wszystkim zmiany lat 1917-1921. Rewolucja bolszewicka, wojna oraz nowa, okrojona wschodnia granica Polski pozbawiły wielkie litewskie i ukraińskie ziemiaństwo majątków, a przez to wpływów na losy kraju. Zamknięcie rynków na wschodzie spowodowało upadek kolebki polskiego kapitalizmu, czyli Łodzi. Z kolei skrzydła wielkich biznesów II Rzeczpospolitej zostały mocno podcięte w późniejszych latach, podczas Wielkiego Kryzysu. W ten sposób pozostała na placu boju inteligencja, jak twierdzi socjolog prof. Tomasz Zarycki, stworzyła z niepodległej Polski swoją republikę, w której była hegemonem. Odwołania do kultury szlacheckiej miały legitymizować ich dominującą pozycję. O ile ideałem obywatela był wcześniej szlachcic-Sarmata, a następnie szlachcic-ziemianin to teraz miał nim być inteligent o szlacheckich korzeniach. Dlatego, choć przedwojenna Polska była państwem biednym, ze znacznym stopniem analfabetyzmu i ciągle przeważającą liczbą ludności chłopskiej, w zbiorowej pamięci utrwalił się zupełnie inny jej obraz. Patrzymy na II Rzeczpospolitą właśnie z perspektywy warstwy inteligencko-szlacheckiej. Taki wizerunek nie jest jednak tylko formą sprzeciwu wobec propagandy PRL-u. Ten obraz siebie samej kształtowała już II Rzeczypospolita. Wystarczy tylko spojrzeć na ówczesne produkcje filmowe czy popularne powieści, na przykład Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Bardzo często pojawia się tam dwór i środowisko inteligenckie, z którego perspektywy oglądamy ten kraj.

Inteligencja, w której najsilniej odcisnęli swoje piętno potomkowie szlachty, umacniała w Polsce szlachecką narrację i była jej strażnikiem. Tym samym przynależność do polskości była nadal równoznaczna z przyjęciem całego sienkiewiczowsko-dworkowego dziedzictwa. Bardzo dobrze było to widoczne w kręgach wojskowych. Obrońcy ojczyzny z miejsca zostawali przypisani do tego świata. Znamiennym jest, że w tamtym okresie w kręgach zawodowych żołnierzy panowała moda na zmianę nazwiska na bardziej szlacheckie, z końcówkami -ski bądź -icz. Przynależność kadry oficerskiej do elity potwierdzały także resztki ziemiaństwa, które były swoistym łącznikiem między I Rzeczpospolitą i ponad 100-letnią walką o niepodległość a lepszą przyszłością Polski, którą budowali ich inteligenccy krewni w mieście. Taki obraz utrwalił Jacek Dehnel w swojej znakomitej powieści Lala, w której zaznaczył, że w dworze w Lisowie należącym do jego przodków przyjmowani byli oficerowie chłopskiego pochodzenia, których traktowano  już jako swoich.

Ciekawą obserwację zawarł też Wojciech Smarzowski w swoim najnowszym filmie Wołyń. Polacy, nawet jeśli są chłopami, utożsamiani są przez Ukraińców ze szlachtą – panami. Może to być oczywiście prostą konsekwencją wyższego statusu materialnego polskich sąsiadów i protekcjonalnego traktowania ludności ukraińskiej przez polskie władze. Warto jednak zwrócić uwagę, że Polacy w filmie często posługują się pojęciem honoru, zaś jeden z bohaterów, objaśniając to pojęcie dziecku, czyta następnie wraz z nim Sienkiewicza. W innej scenie widzimy polskiego oficera, który na rozmowy z banderowcami udaje się bez broni, mówiąc, że to honor jest jego największą bronią. Reżyser pokazał tu zatem zarówno proces zaszczepiania szlacheckiego etosu wśród ludu, jak i jego ucieleśnienie w postaci oficera, który swoim rycersko-szlacheckim zachowaniem wyraźnie wyróżnia się na tle ukraińskich nacjonalistów.

Powszechne uszlachcenie

Wydawać by się mogło, że II wojna światowa zmiotła z powierzchni ziemi ten ziemiańsko-inteligencki świat. Poniekąd to prawda. Andrzej Leder w swojej Prześnionej rewolucji trafnie zaobserwował szerokie zmiany społeczne, jakie wtedy się dokonały. W większości zniknęło żydowskie mieszczaństwo, ziemiaństwo wskutek reformy rolnej całkowicie przestało istnieć, a inteligencja została poważnie przetrzebiona. Na takiej podstawie komuniści mogli budować nową Polskę.

Szlachetczyznę wyrugowano z przestrzeni i starano się zohydzić. Chłopi otrzymali ziemię. Wielu przeniosło się do miast, gdzie współtworzyło klasę robotniczą. Z kolei chłopscy synowie i córki, dzięki punktom za pochodzenie w rekrutacji na studia, mogli budować nową, podległą władzy ludowej inteligencję. Komuniści liczyli, podobnie jak niegdyś zaborcy, że dzięki takim działaniom zaskarbią sobie przychylność ludu i to on będzie fundamentem nowej Polski. Ten misterny plan jednak ponownie się posypał. Po odwilży 1956 roku inteligencja – częściowo ta, która wojnę przeżyła lub nowi jej przedstawiciele, którzy mieli z tą przedwojenną związki rodzinne – musiała odreagować stalinizm, co realizowało się przede wszystkim w kulturze. Polska szkoła filmowa zaczęła rozprawiać się z polskim losem. Po okresie socrealizmu, gdy na bohaterów kreowano chłopów i robotników, na ekranach zagościły opowieści o przedstawicielach upadłej klasy – ziemiaństwa i inteligencji. Filmy takie jak Kanał, Popiół i diament, Pożegnania czy Pociąg są tego doskonałymi przykładami. Polskim bohaterem – ideałem Polaka – stawał się znów inteligent o szlacheckich korzeniach. I to wszystko działo się, z definicji, w chłopsko-robotniczej Polsce.

Awans społeczny znów zaczął wiązać się z przyjęciem szlachecko-inteligenckiej spuścizny. Niemałe zasługi miał tu kolejny raz Sienkiewicz. Podobnie jak na przełomie XIX i XX wieku, gdy w chłopskich chatach czytano Trylogię, w PRL-u potomkowie chłopów, tym razem mieszkający w blokach z wielkiej płyty, oglądali nakręcone przez Jerzego Hoffmana filmowe wersje Pana Wołodyjowskiego, Potopu, a potem, już w III Rzeczpospolitej, również Ogniem i Mieczem. Proces przekonywania Polaków, że my wszyscy szlachta, zwieńczył Andrzej Wajda ekranizacją Pana Tadeusza, która była, podobnie jak Ogniem i Mieczem, jednym z największych frekwencyjnych sukcesów kinowych po 1989 roku. W kolejnej dekadzie Wajda dopełnił tę misję, tworząc Katyń – film o zbrodni na inteligentach i w inteligenckich realiach się toczący. Pozornie twórczość mistrza Wajdy może dziwić. Jego rodzina, czego sam reżyser nigdy nie krył, ma korzenie chłopskie. Tyle tylko, że świat chłopstwa był dla niego obcy. Dziadek reżysera, wójt małopolskiego Szarowa, posłał synów do szkół i jego ojciec, Jakub, zawodowy oficer, funkcjonował już w innym świecie. Genetycznie wywodził się z chłopstwa, lecz kulturowo wsiąkł w świat inteligencko-szlachecki II Rzeczypospolitej.

III Rzeczpospolita nie tylko nie wyzbyła się narracji szlachecko-inteligenckiej, lecz dodatkowo ją umocniła. Ideał polskość nadal kształtowano w odwołaniu do kultury szlacheckiej. Było to także widoczne na szczytach władzy. O ile wychowany w szlacheckim dworku Tadeusz Mazowiecki do tego modelu pasował, to pochodzący z ludu prezydent Lech Wałęsa już pozornie nie. Sam zainteresowany jednak twierdzi, że jego przodek Mateusz Wałęsa był w XIX wieku właścicielem folwarku i dopiero roztrwoniony po szlachecku majątek miał spowodować daleko posuniętą pauperyzacje jego rodziny.

W takich warunkach następował proces powszechnego uszlachcenia. Pisał o nim już Mickiewicz i Mochnacki. W 1999 roku temat ten na łamach tygodnika Polityka podjął Krzysztof Zanussi, który słusznie stwierdził, że Wajdowska  ekranizacja Pana Tadeusza dokona magicznego aktu uszlachcenia całej Polski na dorobku, a więc przede wszystkim tych, którzy budują sobie dworki w polskim stylu i potrzebują jakiegoś zakorzenienia w tradycji. I rzeczywiście, obserwując dzisiejszą modę na szlachetczyznę, nietrudno stwierdzić, że bardzo wielu w szlacheckiej tradycji swoje zakorzenienie znalazło.

Bosy Rydel, czyli nowa chłopomania

Równolegle pojawił się jednak nurt, który mocno kontestuje fascynację szlacheckością. Powstają artykuły, książki, artystyczne wydarzenia, a nawet stowarzyszenia, które mają na celu uświadomienie, że Polacy wcale nie pochodzą ze szlachty, lecz w większości z chłopstwa. Zdaniem inicjatorów tych projektów obecna klasa średnia powinna zdać sobie sprawę ze swojego prawdziwego pochodzenia, gdyż dopiero wtedy będzie czuła się pewnie w nowej roli. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że działania te trafiają w próżnię. Poczuwanie się do chłopskiej tradycji interesuje tylko garstkę inteligenckich mieszczuchów, nie docierając do szerokich mas klasy średniej. Z kolei na wsi ta fascynacja jest niezrozumiała. Częste przywoływanie pańszczyzny, w znacznej części wypartej już krzywdy chłopskiej oraz nie zawsze chwalebnych czynów z okresu powojennego jako podstawy nowej tożsamości odbierane jest jako dziwactwo. Przypomina to trochę zachowanie Lucjana Rydla – pierwowzoru Pana Młodego z Wesela Wyspiańskiego – który na zaręczyny do Jadwigi Mikołajczykównej pospieszył boso, sądząc, że w ten sposób będzie bliżej ludu. Mieszkańcy Bronowic z pobłażaniem odczytali to jako pańską fanaberię i zabawę w chłopów, gdyż nawet najbiedniejszy parobek bronowicki wiedział, że na tak ważne wydarzenie trzeba założyć to, co się ma najlepszego.

Tak jest i tym razem. Dyskurs o chłopskich korzeniach jest dyskursem inteligenckim. Oberki i mazurki tańczone są przez mieszczuchów. Sztuki gloryfikujące Jakuba Szelę i rabację galicyjską grane są w mieście i zrozumiałe tylko dla elit. Tymczasem wieś, która dokonuje cywilizacyjnego skoku, chcę zapomnieć o biedzie. Ten zaś, kto dokonuje społecznego awansu, wchodzi w te same tory, co inni chłopscy synowie wieki wcześniej – przyjmuje szlachecki etos. Nawet młodopolska chłopomania była niczym innym, jak kolejnym etapem wchodzenia chłopów do narodu szlacheckiego. Narodziła się wówczas co prawda fascynacja folklorem i szeroko pojętą kulturą ludową, jednak wszelki awans z wiejskiej chaty kończył się w dworku lub inteligenckim domu. Warto przypomnieć, że Mikołajczykówny, które wyszyły za mąż za panów z Krakowa, nie mieszkały już w chacie, lecz w szlacheckiej posiadłości.

Głównym mankamentem nowej chłopomani jest brak pozytywnego przekazu. Obecnie najsilniejsza narracja tego nurtu oparta jest na negacji przekonania o szlacheckim pochodzeniu Polaków. Jeśli zatem nie szlachta, to co w zamian? Duma czy fascynacja biedą, wielowiekowym upokorzeniem i wstydliwymi grzechami nie jest podstawą, na której da się budować kontrę wobec szlachetczyzny. Wyparcie szlacheckiego czy szlachecko-inteligenckiego etosu wymagałoby stworzenia oddzielnej narracji – z własnymi bohaterami i mitami. W Polsce jest to jednak niemożliwe.

Szlachecka Polska Ludowa

Bronisław Trentowski w Wizerunkach duszy narodowej z 1847 roku pisał: Kiedy i co wielkiego uczynił chłop polski, ażeby na cześć jego składać całopalenie z własnego, wyżej stojącego jestestwa? Bardzo niewiele. I choć wcale nie jest to jego winą, z tego powodu nie ma on szans stać się ucieleśnieniem polskości.

Chłopską odpowiedzą na rycerzy Sienkiewicza może być jedynie ktoś w rodzaju Macieja Boryny z Chłopów Reymonta – bogaty, dobry gospodarz. To jednak za mało. Tym bardziej, że – jak wskazał sam Reymont w przywoływanej już scenie z Ziemi Obiecanej – gospodarski syn stawał się dziedzicem. Na tym tle wyłamał się Wincenty Witos, który nawet będąc premierem w II Rzeczpospolitej, pozostał jednocześnie zwykłym chłopskim gospodarzem. W ostatecznym rozrachunku PSL został jednak ugrupowaniem niszowym i bynajmniej nie kontestującym obowiązującej narracji. Największe szansę na zniszczenie szlacheckiego imaginarium miała Polska Ludowa. Posiadała podległy aparat państwowy, oświatę, kulturę – i cóż? Klęska. Narzucenie swojej narracji przez inteligencję wynikało również z ubogiej alternatywy konkurencji. Chłopską ikoną nie mógł zostać Wojciech Bartos Głowacki – bohater spod Racławic. Jego problem polegał na tym, że w nagrodę za swoje bohaterstwo, co najmniej symbolicznie, przez zmianę nazwiska, został podniesiony do stanu szlacheckiego. W latach 50. starano się wykreować na bohatera Aleksandra Kostkę-Napierskiego – przywódcę buntu chłopskiego na Podhalu z 1651 roku. Pomijając jego rzeczywiste motywacje, nie wynikające wcale ze współczucia wobec ucisku ludu, to nawet on był pochodzenia szlacheckiego.

Trop jednak wydawał się słuszny. Naturalnymi bohaterami ludu powinni być przywódcy chłopskich buntów, tyle tylko, że I Rzeczpospolita praktycznie ich nie znała. W porównaniu choćby z krajami niemieckimi, gdzie miały miejsce wojny chłopskie, w Polsce miały miejsce co najwyżej drobne ruchawki. Poważniejsze wystąpienia pojawiały się na Ukrainie, lecz tutaj dochodził wątek religijny i sprawa kozacka, w której też chodziło o wejście do stanu szlacheckiego. Władza ludowa próbowała zatem postawić na piedestale Jakuba Szelę – przywódcę inspirowanej przez austriackiego zaborcę rabacji galicyjskiej z 1846 roku. Również dziś niektórzy widzą w nim głównego bohatera w chłopskim imaginarium. W 2012 roku teatralny duet Monika Strzępka i Paweł Demirski stworzył sztukę W imię Jakuba S., w której to Szela przypomina o chłopskim pochodzeniu dzisiejszej klasy średniej. Lecz już w czasach PRL-u Szela nie mógł zostać bohaterem, był bowiem przede wszystkim niezwykle okrutnym mordercą. Mając dziś wyrzuty do Ukraińców za nazywanie bohaterami osób odpowiedzialnych za bestialskie mordy na Polakach w czasie II wojny światowej, moglibyśmy zaakceptować stawianie u siebie pomników osobie, która dokonywała takich samych czynów wobec innych Polaków?

Tym samym po pewnym czasie PRL, zamiast walczyć z szlacheckim imaginarium, zaczął je umacniać. W sztuce Niech żyje wojna wspomnianego duetu Strzępka-Demirski słusznie zwrócono uwagę, że w kultowym serialu Czterej pancerni i pies dowódcami czołgu Rudy 102 zostają osoby pochodzenia inteligencko-szlacheckiego. Zupełnie jak przed wojną. Pierwszym dowódcą jest Olgierd Jarosz – wnuk zesłańca, dowódcy partii w powstaniu styczniowym, w cywilu nauczyciel, z kolei słynny Janek Kos to syn sanacyjnego oficera. Co ciekawe, zarówno nazwisko Jarosz, jak i Kos odnotowują herbarze. W tym drugim przypadku chodzi o ród wywodzący się z Kaszub, a przecież serialowy Janek pochodził z Gdańska. Przypadek Czterech pancernych nie był wyjątkiem. Inny popkulturowy bohater PRL-u, porucznik Borewicz z serialu 07 zgłoś się, pochodził z rodziny przedwojennych, lewicowych inteligentów. Natomiast jego służbowi partnerzy, porucznicy Zubek i Jaszczuk, którzy ze względu na chłopskie pochodzenie powinni znajdować się na miejscu Borewicza, są przedstawieni w serialu w sposób prześmiewczy. Bardzo ważną obserwację społecznego awansu w Polsce Ludowej zawarł także Jerzy Gruza w serialu Czterdziestolatek. Inżynier Stefan Karwowski  po objęciu funkcji dyrektora przedsiębiorstwa kupuje portret szlacheckiego przodka – mężczyzny z orderem, powstańca. I choć serial opowiada o latach gierkowskiej propagandy sukcesu, trudno nie odnieść wrażenia, że ta sytuacja doskonale odpowiada również dzisiejszym czasom.

Regionalne wyjątki

Skuteczne przeciwstawienie się szlacheckiej narracji z jej kulturą, tradycją, historią i bohaterami może zaistnieć jedynie tam, gdzie istnieje silny regionalizm, który wykształcił własną kulturę, miał odrębną historię i własnych bohaterów. Modelowym tego przykładem jest Góralszczyzna. Tamtejsze poczucie wolność wytworzyło odmienną od szlacheckiej wersję polskości. Górale mają własnych bohaterów – zbójników i kulturę fascynującą do dziś. Rody góralskie, choć chłopskie, cieszą się szacunkiem społecznym porównywalnym z zasłużonymi rodzinami szlacheckimi w innych regionach. Górale mają nawet własne powstania narodowe, jak na przykład powstanie chochołowskie. Podobnym wyjątkiem jest także Górny Śląsk. Tam wykształciła się z kolei bardzo silna kultura plebejska, rozwijającą się niegdyś w opozycji do niemieckich warstw wyższych. Są to jednak tylko wyjątki. W pozostałych regionach konfrontacja chłopi-szlachta przeważnie wypada zdecydowanie mniej korzystnie dla tych pierwszych.

Ciekawym przykładem w tym kontekście są tak zwane Ziemie Odzyskane.  Znaczna część mieszkańców tych obszarów to potomkowie ludzi przybyłych ze wschodnich województw II Rzeczpospolitej. Chociaż nie zawsze pochodzą oni ze szlacheckich rodzin, to istniejący w polskiej świadomości obraz Kresów i pozostawionych na wschodzie majątków działa w ich przypadku nobilitująco. Najczęściej patrzą oni na swoje korzenie według klisz znanych z Pana Tadeusza i Trylogii. W ten sposób niejedna chatka pradziadka urasta do rangi ziemiańskiego dworku.

Do twarzy nam w kontuszu

Na korzyść szlacheckiej narracji przemawia także jej pojemność – w niej bowiem odnaleźć się mogą zarówno inteligenci, jak i przedstawiciele warstw niższych. W 1997 roku Izabela Cywińska nakręciła serial Boża podszewka, którego akcja toczy się w I połowie XX wieku w biednym dworku na Wileńszczyźnie. Ojciec głównej bohaterki Andrzej Jurewicz, grany przez Andrzeja Grabowskiego, to typowy szlagon – niewykształcony szlachcic z wąsem, bez manier, ale dumny ze swego pochodzenia. Niedługo po tym serialu Andrzej Grabowski wcielił się w rolę Ferdynanda Kiepskiego w sitcomie Świat według Kiepskich i o dziwo bezrobotny Kiepski z wrocławskiej kamienicy w wielu momentach łudząco wręcz przypominał Jurewicza. Co ciekawe, na ścianie mieszkania serialowej rodziny również wisi portret przodka, który bynajmniej nie wygląda na chłopa.

Szlacheckość jest pewnym rodzajem lustra, w którym mogą przejrzeć się wszyscy Polacy. Nasze wady i zalety narodowe – jak kłótliwość i lekkomyślność, ale też gościnność, przywiązanie do rodziny, odwaga i honor – zostały doskonale uchwycone już przez Adama Mickiewicza w Panu Tadeuszu, a następnie przypomniane w ekranizacji Andrzeja Wajdy. Przypisywane chłopskim korzeniom zaradność czy przedsiębiorczość wcale nie były tylko domeną ludu. Warto pamiętać, że przedwojenne biznesowe fortuny tworzyli bardzo często potomkowie drobnej szlachty, którzy statusem materialnym nierzadko stali niżej od swoich chłopskich sąsiadów. Mieli oni jednak poczucie przynależności do warstwy wyższej, a przez to ambicje i upór pchające ich do wyjścia z sytuacji niegodnej ich urodzeniu. Odwołanie się do herbowych przodków leczyło zaś kompleksy synów lokajów i stangretów, którzy wchodzili do elit inteligenckiej II Rzeczpospolitej.

Trudno przejść obojętnie obok podnoszonego przez nowych chłopomanów faktu nieszlacheckiego pochodzenia większości współczesnych Polaków. Warto jednak zwrócić uwagę, że przenikanie do szlachty przedstawicieli innych warstw przy jednoczesnym schłopieniu wielu herbowych spowodowało, że nawet jeżeli większość Polaków nie pochodzi wprost ze szlachty, to badając swoją genealogię, prawdopodobnie odnajdzie wśród dalszych przodków jakiegoś szlachetnie urodzonego właściciela folwarku czy przedwojennego inteligenta. A jeśli nie, to w którymś pokoleniu już na pewno trafi się jakiś chłopski syn, którego można by określić mianem zasłużonego obrońcy ojczyzny i przez to nosiciela rycerskiego etosu polskiej szlachty. Ten chłopski przodek wszak pod względem materialnym niczym nie różnił się od wielu swoich szlacheckich sąsiadów, a swoimi poświęceniem dla obrony ojczyzny zrównał się z tymi, którzy przed wiekami otrzymywali herby. Dla współczesnych to wszystko daje wystarczającą legitymację do zanurzenia w czarującym świecie dworków, ziemiaństwa, rycerzy i husarii. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że świadomość tej legitymacji i jej odrzucenie jest czymś nienaturalnym, powodując dopiero wtedy wskazywaną przez nowych chłopomanów niepewność wypełnianej roli społecznej. Inteligent czy przedstawiciel klasy średniej na siłę powołujący się na chłopskie korzenie będzie wszak jedynie Rydlem biegającym boso po Bronowicach – panem udającym chłopa.

Nie da się też ukryć, że znaczna część Polaków zaadaptowała już wiele cech szlacheckiego stylu życia. Czymże jest bowiem słynne grillowanie czy celebracja długich weekendów,  jak nie nawiązaniem do atmosfery niekończącej się niedzieli ziemiańskich dworów? Wpisuje się w to doskonale zauważalna od kilku lat tendencja do przenoszenia się mieszkańców miast na wieś. Utrwalony (i nadal utrwalany) w naszej kulturze obraz życia na sielskiej anielskiej wsi, we własnym dworku z kolumienkami, jest dla wielu bardzo kuszący. W podobny sposób dokonujące się powszechne uszlachcenie pośrednio niszczy też wstydliwość wynikającą z wywodzenia się ze wsi. W Syzyfowych pracach Żeromskiego pogardzany w szkole za swoje chłopskie pochodzenie Andrzej Radek żali się głównemu bohaterowi Marcinowi Borowiczowi, który próbując go pocieszyć, oświadcza, że też jest ze wsi. Ten jednak tłumaczy mu, że jest różnica między wsią a wsią – wsią szlachcica a wsią chłopa. Obecnie to, do której z nich się należy, staje powoli kwestią wyboru. Wieś jako taka nie musi być synonimem ciemnoty i zacofania, ponieważ staje się dziś odzwierciedleniem współczesnej wersji ziemiańskiego życia.

Polska wybrukowana herbami

Warto zwrócić także uwagę na próbę stworzenia narodu chłopskiego w opozycji do szlacheckich elit, jaka miał miejsce na Litwie. Tak zwany ruch nowolitewski na przełomie XIX i XX wieku uznał spolonizowane elity za odciętą gałąź, a czasy I Rzeczpospolitej za zabór Wielkiego Księstwa Litewskiego i na bazie ludu litewskiego zaczął tworzyć nowy naród. Dziś można stwierdzić, że ten projekt się nie powiódł. Atrakcyjności spuścizny szlachty litewskiej nie można było zanegować i współczesna Litwa coraz odważniej przyznaje się do dziedzictwa Rzeczpospolitej Obojga Narodów. W ostatnich latach rekordy popularności bije tam powieść Silva rerum Kristiny Sabaliauskaitė – saga o żmudzkiej szlachcie.

W Polsce już sama próba uznania elit szlacheckich za niezwiązaną z większością społeczeństwa warstwę jest trudna do wyobrażenia. Wyrugowanie szlachecko-inteligenckiej narracji z polskiej kultury jest po prostu niemożliwe. Czy możemy bowiem wyobrazić sobie literaturę bez dzieł Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Sienkiewicza, Prusa, Żeromskiego, Gombrowicza czy Miłosza? Cóż otrzymamy w zamian? Maurycy Mochnacki w swojej pracy O rewolucji społecznej w Polsce postulował, aby Polska w poprzek i na podłuż była wybrukowana herbami. Jego zdaniem rewolucja miałaby dokonać się poprzez włączenie wszystkich obywateli do stanu szlacheckiego. Autor wskazał przy tym na realizację testamentu Konstytucji 3 Maja, która ułatwiała nobilitację mieszczan. W rzeczywistości proces wchodzenia niższych warstw do stanu szlacheckiego trwa poniekąd do dziś. Dominująca pozycja szlachty, a następnie wykorzystującej jej etos inteligencji, doprowadziła do sytuacji, o której marzył Mochnacki. Współcześni Polacy żywo czerpią ze szlacheckich tradycji. Nie tylko ze względu na atrakcyjność tej spuścizny, ale też ze względu na brak realnej alternatywy dla tego modelu.

Jakub Wojas