peszek

Tomasz Bardamu: Kto chce pokoju…albo o pożytkach ze krwi w stolcu

Czy warto znęcać się tyle nad Marią Peszek? – spytacie. Spotkałem się z tym zarzutem w życiu już wielokrotnie, czasem myśl ta budzi mnie w środku nocy i szczerze mówiąc, wciąż nie jestem pewien

Mistah Kurtz – he dead

A penny for the Old Guy

W roku 1969 Edwin Starr pytał: Wojna, huh, yeah, po co ona komu?. Absolutnie po nic. Uh-huh odpowiadał od razu.

Zauważ, drogi czytelniku, że niezliczone rzesze artystów, filozofów, proroków, historyków, wojskowych i entuzjastów amatorów, zamieszkujących wszystkie kontynenty świata i reprezentujących znaczną część istniejących na nim cywilizacji, spisywały od tysięcy lat grube tomiska przemyśleń na temat wojny. Mogłem zacząć ten artykuł od Szekspira, mogłem zacząć go od Homera, mogłem zacząć od Tukidydesa. Ale nawet pal licho sławy, co mi tam, mógłbym wyrzucić ich wszystkich w cholerę, złożyć na jedną wielgachną kupę te gigantyczne tomy makulatury wyprodukowanej przez całą resztę i wylosować na chybił trafił jakieś zdanie albo dwa. Założyłbym się o poważne pieniądze, że trafiłoby się coś poważniejszego niż Edwin Starr i wszyscy wyglądalibyśmy od razu na znacznie mądrzejszych. No więc po co – spytacie – narażam nas na śmieszność, krzywdzę siebie i was? Robię sobie podśmiechujki z poważnych czasopism, zasłużonych redaktorów i szanowanych sekretarzy redakcji, trywializuję ważkie tematy. Otóż, abstrahując od moich osobistych przywar, Edwin Starr nie powiedział tego najpiękniej i z pewnością nie najmądrzej, ale być może najefektywniej. Otóż osobiście wydaje mi się, że spośród wielu fascynujących aspektów wojny szczególne miejsce zajmuje pytanie bezbłędnie sformułowane przez Starra w bezpretensjonalnym haśle –huh, yeah, what is it good for?. W końcu znaczna część filozofii wojny to próba odpowiedzi na to właśnie pytanie. Ale właśnie, czy samo to, że w wojnach naparzamy się niemalże równie długo, co odprowadzamy kał czy spożywamy jedzenie i w dalszym ciągu nie jesteśmy do końca pewni what is it good for?, nie jest fascynujące? Naturalnie, dla filozofa to żadna nowość taki problem. Gdzie wojna sprawiedliwa, a gdzie uzasadnienie indukcji? Pewnie, co racja, to racja, ale jednak spójrzmy prawdzie w oczy – kogo obchodzi indukcja?

Natomiast wojna, ach, wojna to dopiero konkret. Rakiety latają! Flaki latają! Granaty latają! Umięśnieni kolesie naparzają z kaemów! – Tratatatata! – Te onomatopeje! Te wykrzykniki! Tu w oknie czai się snajper! Pod tamtym drzewem umiera nazista! Wszędzie wykrzykniki! Filmy Wajdy! Kawaleria! Dzieję się! Wojna! Och! Ach! Emocje! Konkret! A to przecież nawet nie przedmiot materialny, nie da się go wziąć w garść, dotknąć skóry szorstkiej jak papier ścierny, wyczuć pod skórą twardego bicepsa. Co najwyżej sekwencja działań, a może nawet, o zgrozo!, zjawisko społeczne! Ale znajdź mi, drogi czytelniku, coś bardziej konkretnego niż wojna. Przecież to sama esencja konkretności! Nie ma masy i w zasadzie, patrząc na sprawę naukowo i ściśle, w ogóle jej nie widać. Ale gdy realizuje się w czasie i przestrzeni, jej obecność pochłania wszystko, całkowicie, po ostatnią kosteczkę. Nie można o niej zapomnieć, nie da się od niej uciec. Nieustannie pochłania wszystkie myśli, spojrzenia, uczucia. Gdy ta twarda, ciężka realność, absolutna konkretność wlana zostanie w abstrakcyjny problem filozoficzny, ten od razu nabiera poważnej wagi i nagłości. Ale wtrąćmy może jednak, że przecież mimo tej potwornej i gęstej masywności czasem chciałoby się ją opisać jako subtelną kusicielkę, adorowaną przez setki poetów, błędnych rycerzy, podstarzałych generałów i zwykłych świrów. Dla wielu z nich, wydaje się, że musimy w to wierzyć, ucieleśniała poezję i tajemnicę. Niczym luksusowa kurwa potrafi każdego zadowolić, jak lubi. Profesjonalistka w każdym calu. Gdy szuka frajera, wie doskonale, któremu rzucić niedopowiedziany uśmiech, którego skusi tajemnicą, któremu stanie, gdy cisnąć nim o ścianę, a któremu ordynarnie pokazać obnażone cyce. Jak wszystko na ziemi, wojna ma wiele twarzy. No ale jeśli spytać wprost, bez farmazonów i pretensjonalnych metafor, czemu każdy ma coś do powiedzenia o wojnie, gdy na taką indukcję wszyscy srają równo, to odpowiedź wydaje się równie prosta jak wersy Edwina Starra – wszechogarniająca, absolutna, nieskończona konkretność.

Masa zniszczeń, ruin i słoni

Albo może w ten sposób, indukcję możesz stosować całe życie i lać na nią całe życie. Ona zawsze jak ten wierny pies stróżować będzie przy nodze. Gotowa na każde skinienie głowy. Nie musisz znać jej imienia, nic wiedzieć o jej problemach, uzasadnieniach, zastosowaniach. Nie znać daty jej urodzin ani rozmiaru biustonosza. Ba, możesz w ogóle nie mieć pojęcia co to za jedna, a ona i tak będzie z tobą do usranej śmierci. Natomiast Wojna to stworzenie zupełnie innego gatunku. Możesz nie spotkać jej przez dekady, może całe życie, pewnie nawet nie zauważysz, że coś cię ominęło. Ale gdy pewnego dnia zdarzy się tak, że przyjdzie odpowiednia chwila, w jednej chwili runie na ciebie w całej swej nagłości, w ułamkach sekund uderzy całym brutalnym konkretem swojej masy. Jak tryliardy walących się ceglanych murów, jak adekwatna liczba lecących na twój łeb wież Eiffla, jakby wszystkie słonie Afryki i Azji, uznawszy nagle, że cię nienawidzą, załadowały się do niezwykle długiego pociągu i rozpędziwszy go do prędkości zupełnie niemożliwej do osiągnięcia dla irracjonalnie wielkiego składu obładowanego słoniami, uderzają w ciebie czołowo. A jeśli uda ci się przeżyć tę katastrofę i wydobędziesz się jakimś cudem spod tej masy zniszczeń, ruin i słoni, wyobraź sobie, czołgasz się z ledwością poruszając ciałem, w którym nie pozostała ani jedna cała kość, a skórze tylko w paru miejscach udaje się wciąż zasłaniać mięso, rozglądasz się lękliwie wkoło, a do wciąż ogłuszonego szokiem mózgu powoluteńku dociera niewyobrażalny koszmar prawdy, że tam, gdzie kiedyś były domy i samochody, ulice i drzewa, sklepy, szkoły, psy, przechodnie, że wszędzie wkoło przestrzenie zajmowane niegdyś przez ludzi i przedmioty teraz wypełnia całkowicie wojna. Rozwalona jak upity menel, na powierzchni wielu kilometrów, w płaszczu zdobnym w ludzkie wnętrzności, gruz i leje po pociskach, podparła bok łokciem, nadęty brzuch jej się trzęsie, gdy gęba powoli wykrzywia się w rechocie. Najpierw lekki jęk, później coś jak łkanie dzieci, coraz głośniejsze i piskliwsze, jak koty w rui, jak pisk syreny alarmowej, jak sypiące się z nieba pociski i wrzaski umierających. Tak ją rozbawiła ta własna wszechobecność, że cała trzęsie się w spazmach, brzuch jej podskakuje jak worek kartofli, podbródki niczym piłeczki tenisowe wibrują, obijając się o siebie nawzajem, kiedy ty wykrzywiasz mokrą od łez twarz w potwornym grymasie bezradnej rozpaczy i przerażenia kaleki, w żaden sposób nie mogąc zmusić dwóch zrośniętych z tobą zakrwawionych płatów mięsa, zupełnie już nieprzypominających ramion, do uniesienia bezradnie wiszących na ich końcach dłoni, chcąc ich palcami zatkać kikuty uszu, w desperackiej nadziei, że stępi to może raz po raz przeszywającą je agonię dźwięków eksplozji.

Jak długo trwać może taki obrazek? Rozpacz jest pułapką wiecznego trwania – patrząc na czas z perspektywy pogrążonego w stanie agonalnym ludzkiego ochłapu, przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zapadają się razem w wieczność niewyobrażalnego cierpienia bez nadziei. Ale to też kiedyś się skończy. Przy odrobinie szczęścia może udać ci się umrzeć w parę dni, może później. Może też jutro, pojutrze, za rok, lat 20, stulecie, wojna się skończy, zniknie, pójdzie gdzie indziej. Wchłonąwszy wszystko, pozostawi po sobie zupełną pustkę. Absolutną nicość aż po horyzont. Jedynie, jak to w porządnym zakończeniu romansu być powinno, w duszach kalek, w samej ich głębi, pozostanie wszechobecna aż do ich śmierci.

Ale żarty na bok. Pewnie, że żaden romans, tylko fantasmagoria. Jakaś masochistyczna fantazja o umieraniu. Gdzie obiecany konkret? Gdzie czołgi? Stal? Karabiny? Drony? Pot, naprężone mięśnie, bombardowania, egzekucje jeńców, eksplozje? Gdzie prawda wojny objawiana nam w technice reportażu? Gdzie realność? Doprawdy, spytacie, czy aby na pewno prawda jest dla pana najważniejsza? No i tak, głupio wyszło, naturalnie, powinienem przeprosić. Więc bardzo mi przykro, muszę przyznać z żalem, że reporter ze mnie jak z koziej dupy trąba. Ale widzicie, przynajmniej tyle tu prawdy, że państwa nie okłamuję. Zgoda, to niewiele, ale przecież i tak tym wygrywam z wcale sporą kupą nagradzanych profesjonalistów. No więc, będąc szczery i zwracając się do państwa jak do przyjaciół – panowie, panie, drogie dzieci, przecież tu wcale nie chodzi o realność czołgów. Oczywiście, z całym szacunkiem. Wspaniałe maszyny. Pojazdy opancerzone w ogóle szalenie mi imponują. Ale przecież wojny toczyć można bez czołgów i bez zbrój płytowych. One naturalnie znakomicie pasują wizualnie do tematu, ale ostatecznie, gdy myślę o wojnie jako o zjawisku radykalnie realnym i absolutnie konkretnym, to gdy odrzucimy na bok zjawiska niepotrzebne, przypadkowe, różne bonusy i ozdobniki, wyłuskamy jądro ze skorupki, zredukujemy do istoty, krótko mówiąc, to chyba jasne jest, że ostatecznie realny jest tylko ból. Nie ma nic, jak sądzę, bardziej konkretnego i namacalnego. Ba, śmiem twierdzić, że niewielka poranna migrena jest sto razy realniejsza niż sto osiemdziesiąt osiem ton Panzerkampfwagen Maus.

Pozwolę sobie wyjaśnić. Proszę państwa, świat poznawany przez intelektualną spekulację jest cieniutki, lekki, tak przezroczysty, że niemal fikcyjny. Jego widmowość wzbudza ciekawość, ale też emocjonalnie alienuje. Bardziej poruszają nas rzeczy, które oglądamy, słyszymy, wąchamy, czujemy skórą bądź językiem. Rzeczy, wśród których żyjemy i które do tego życia są nam potrzebne. Potrafimy je kochać i ich nienawidzić, niektórych pożądamy, innymi gardzimy. Umiemy zmieniać je pracą rąk, ale też okłamując się co do ich natury, zmieniać je oczami. I im bardziej je kontrolujemy, im bardziej zależne są w swej istocie od naszych rąk i oczu, tym bardziej ten świat tracąc autonomię, odrealnia się. Staje się naszym wytworem, podróbą, symulacją. No właśnie. Czemu nie. Tylko że stajemy tu przed oczywistym problemem. Otóż jesteśmy ludźmi i to jest dokładnie to, czym się zajmujemy. Nasza specyfika, chwała, chluba i przedmiot zazdrości. Inni dostosowują się do środowiska, my dostosowujemy środowisko do siebie. Oznacza to oczywiście ekspansję i takie też jest nasze przeznaczenie. Nieustannie rozszerzająca się całkowita kontrola otoczenia sięgająca jak daleko się da i jeszcze dalej, aż poza granice sensu, a wtedy będzie nam pewnie wszystko jedno. Do tego momentu jeszcze bardzo dużo pracy przed nami, acz nasze dotychczasowe osiągnięcia i dynamiczny rozwój technologii dokonujący się wciąż na naszych oczach, pozwalają nam już sięgnąć wyobraźnią do tego dnia gdy osiągniemy całkowitą kontrolę. A co? Kto bogatemu zabroni? Proszę sobie wyobrazić! Przedmioty nie stawiają oporu. Gną się pod dotykiem jak plastelina. Jeszcze niby jakoś wyglądają, jeszcze pachną czy wypuszczają strączki. Ale ich własna natura staje się zupełnie nieistotna. Nie warto wspominać – ustawienia fabryczne – przypadek. Wystarczy właściwie przekręcić gałeczkę i siup! Świat ukazuje się nam jako metafizyczna modelina. Czysta potencjalność, której nasz mózg nada formy według woli. Pomyśl o lodach czekoladowych i – raz! dwa! – rozpływają ci się w ustach. Rower. Samochód. Willa. Basen. Plaża w Grecji. Co tam! Powietrze staje się sokiem pomarańczowym! Twoje ręce są ze złota! Twoje ręce – nonsens! Wszystko jest twoimi rękoma! Świat zewnętrzny rozpływa się w nieistotności. Przestaje istnieć w jakikolwiek sposób, o którym warto by wspominać. Całkowicie zależny, poruszany myślą, staje się de facto przedłużeniem nas samych. Fragmentem psyche. Przybudówką wyobraźni. Kolejnym aspektem zbiorowej psychozy. Unicestwimy granice tożsamości! Nic poza nami! Wszystko w nas! Ach, ziemio obiecana onanistów! – przez wieczność tylko nicość, my i nasza nieograniczona wyobraźnia!

Oto ostateczna granica ekspansji. Sen ludzkości. Ostateczne marzenie. Ale zostawmy to. Będziemy tworzyć ten świat jeszcze setki, jeśli nie tysiące lat. Sens wydaje się tak kruchy w tych naszych fantazjach, ale przecież jeszcze przez pokolenia będziemy go kuli, rozkręcali, tłukli, palili. Oto i siła pragnienia. Cały absurd człowieczeństwa. Umysł, zajęty wieczną kontemplacją, pragnienia zajęte wieczną ekspansją. Już spuśćmy zasłonę milczenia na inne narządy. Tak czy inaczej, wszystkie są niezadowolone z tego, co mają. Wszystkie pragnące wieczności. Bo człowiek jest stworzeniem marzeń. Setki tysięcy lat zajęło mu skonstatowanie, że jest małpą. Jak ten roztrzepany profesor z czarno-białej komedii, całkowicie pochłonięty jakimś niezwykle ważnym odkryciem, chodzi po mieście w dwóch różnych butach i nie swoim płaszczu. No i my tak samo, z głową w chmurach. Marzymy o totalnej ekspansji, o swoich zasługach, urodzie, wyjątkowości. Myślimy sobie: Jaki ładny mam nosek! A jakie łydeczki!. O swoich wierszach. I czemu nas ciągle nie ma na Księżycu. Sporo myślimy, jak to ładnie myślimy. A także o śmierci. I subatomowych cząsteczkach. I o Jolce spod trójki i jej cycuszkach. Tak leziemy rozanieleni, a tu nagle – łup! bęc! O mój Boże! Ten zwierz to ja! Jaka ohyda! Jaki wstyd! Skandal! Draństwo!

I olewamy temat, naturalnie. Głośno się o tym nie mówi. Po co drążyć? Taka jest właśnie nasza natura, że każe nam nie bywać w domu. Uciekać od tej małpiości. Nie myśleć o niej. Perfumować smród, podcierać dupę, golić wąsy. Przystrajać zwierza w ubrania, narzędzia, samochody, komputery, czołgi i rakiety. No przecież władamy światem i równie łatwo poruszamy ręką małpy jak biegiem rzeki. No bo co z tego, że w środku jest trochę małpiego mięsa, jak wokół stal, uran i silikon. Trochę zwierzę, nie ma co się kłócić. Nienawistnicy będą nienawistnikować. Zazdrośnicy będą pluć. No ale, ale przecież 99% to budynki, drzewa, rzeki, wzgórza, sztuczne zęby, protezy, czołgi, krawaty, nuklearne silosy, promy kosmiczne, iPady, czajniki, obrazki od świętej komunii, scyzoryki szwajcarskie, lusterka, śrubki. Czy sama przyszłość nie jest naszą kończyną, skoro coraz lepiej umiemy nią poruszać? A marzenia, fantazje, wizje, plany? Czy nie lepiej w ogóle zapomnieć, że nasze jelita produkują gówno?

Zapominamy. Tacy już jesteśmy z natury. Nasz wzrok, słuch i myśl ciągną nas poza ten skórzany worek wnętrzności. Brzydzą je krosty, pierdy, brak wyrafinowania. Wolimy oglądać coś innego. Ale poza tym wszystkim w naszej naturze jest jeszcze ból. Jest niczym ostatni krąg duszy. Ukryty pod warstwami odczuwań, w samym środku jestestwa. Jeszcze głębiej niż małpa, schowany w tej budowli ze skóry, żył i mięśni, pociętej rzekami krwi, żółci i moczu. Gdy wzrokiem i myślą jesteśmy miliony kilometrów stąd, czując się lekcy jak puch, zrobieni z powietrza i zupełnie przezroczyści, ból jest jak kotwica przykuwająca nas do żołądka. Jak wyrzut sumienia. Ciągłe przypomnienie, że nie uciekniesz od siebie. Ból jest zmysłem, którym czuje się istnienie. Który objawia nam je w całej brutalności. Nie informuje, ale zmusza do brania udziału. Gwałci umysł konkretnością przedmiotów, czasów i miejsc. Miłość czy chuć potrafią skręcić bebechy, ale przecież nie tak jak kop w jądra.

Wpadanie na ściany

Wzrok, słuch, myśl widzą abstrakcje, typy. Są zarówno skutecznym narzędziem poznania, jak i najważniejszym narzędziem fantazji. Czerwień, która może być tu i tam, niski dźwięk nieistniejący w ogóle nigdzie. Przypadkiem spełnione w pewnych czasoprzestrzennych koordynatach możliwe struktury jakości. Natomiast ból w dupie ma jakości i typy, nic już nie mówiąc o koordynatach. Nie powie ci, co jest czerwone, a co przezroczyste. Może pozwoli się domyślić, co jest ciężkie, a co stanowczo zbyt głośne, ale to zupełnie nieważne. Ważne, że z pewnością uświadomi ci z całą mocą, że coś jest. Cios, dźgnięcie, zadrapanie to najbardziej intymne spotkaniem z Innym. Zwalenie się do leśnego rowu nauczy cię więcej o istocie pokrzyw niż doktorat z botaniki.

W końcu klasyczną manifestacją autonomii przedmiotu zewnętrznego jest rąbnięcie w niego twarzą… Przepraszam, chciałem, a jakże, pomałpować oksfordzkiego profesora z zeszłego wieku i poopowiadać o tym, jak to dziecięca lekcja o wpadaniu na ściany z dużą prędkością konstytuuje treść wyrażenia „przedmiot”, a za nią całej koncepcji świata zewnętrznego. Ale to głupie. Prawda jest taka, że złamana ręka jest ostatecznym końcem wszelkich fantazji o abstrakcji. O treściach pojęć. O koordynatach czasoprzestrzennych. O istnieniu w wiecznym marszu ludzkości. Złamana ręka to jest konkret. Ostateczny i niepowątpiewalny dowód na istnienie świata zewnętrznego. Oczywiście, w teorii, z perspektywy formalnej, naukowej, ścisłej, z perspektywy dyskusji w internecie czy kłótni u szwagra przy wódce można uśmiechnąć się szeroko i rzucić krótkie spierdalaj. Ale w rzeczywistym doświadczeniu ból jest ostatecznym dowodem. Nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Umysł i zmysły są demokratyczne, otwarte na dyskusje. Często usłużne, gotowe, by nam dogodzić. Ból jest dla duszy Mao Tse-tungiem. Nie pozwala na dyskusję, nie znosi pytań, nienawidzi wątpliwości. W dupie ma twój sceptycyzm, twoje teorie. Historia myśli ludzkiej jest pełna ekscentryków, idealistów, konwencjonalistów, relatywistów, setek innych -istów, i o ile jest nam wiadomo, ani jeden z nich nie spędził życia, obijając się o meble. Ból jest samooczywistą prawdą w większym stopniu niż wszystkie tautologie logiczne razem wzięte. Najwyższą racją i najbardziej przekonującym argumentem. Założyłbym się o nieposiadany majątek, że dowolnego logika da się przekonać o fałszu zasady tożsamości przy pomocy obcęgów i akumulatora.

Ale poza bólem obrażeń jest jeszcze inny typ bólu i inny typ dowodu. Ból wewnętrzny. Ból choroby. Boląca głowa, płonące trzewia. Poniekąd jest to ból egzystencjalny. Bo tak jak uderzenie objawia istnienie innych przedmiotów, tak ten objawia istnienie. Realne istnienie. Pamiętają państwo Kartezjusza? Śmiem twierdzić, że jest ojcem albo przynajmniej patronem tego człowieka współczesnego, który coraz bardziej rozpływa się w fikcji. Człowiek Kartezjusza był postacią fikcyjną w samych założeniach. Bytem hipotetycznym, którego istnienie wymaga dowodu. Ponieważ po pierwsze i przede wszystkim podmiot jest podmiotem zdania Ja myślę. Najpierw więc deskrypcja, potem to, co podpada pod zmienną. Oto i duch człowieka współczesnego! Nasza nieśmiertelność! Nasza ucieczka! Może dlatego do naszego wypełnionego fantazmatami narcystycznego mózgu myśl o małpie w ogóle dotarła. Dobra, jesteśmy zwierzakiem, które jeszcze chwilę temu siedział na drzewie i wcinał banana. Ale przecież przede wszystkim jesteśmy podmiotem zdania! Oto i nasza duma! Zmienna naszym sztandarem! Zmienna naszą chwałą! To właśnie czyni nas bohaterami historii i obywatelami wszechświata. Dzięki temu możemy myśleć o zbawieniu w życiu hipotetycznych mieszkańców jakiejś przyszłej utopii i nadużywać pierwszej osoby liczby mnogiej. Abstrakcja przypadkiem ucieleśniona. Niby w jakimś tam sensie jesteś małpą, ale tak naprawdę to jak bardzo potwornie nie jesteś małpą? No bo co może być odleglejsze od śmierdzącego zwierzaka od x? Cóż za arcydzieło eskapizmu! Pamiętacie duszę? Zupełna amatorka. Takie tam przezroczyste zwierzę, które nie rucha. Niby niewidzialne, ale jednak widzialne. Niby nieśmierdzące, ale jednak jebiące ziemskim chlewem.

Bo mimo wszystko religia przemawiała zawsze do ludzi w jakiś tam sposób konkretnych. Twardo umocowanych w czasie i przestrzeni. Niekoniecznie chcących tu być, ale z pewnością tu będących. To dlatego zawsze najbardziej trafiała do cierpiących. Przygwożdżonych bólem do żołądka, mięsa, skóry, flaków. Ludzi z migreną, zaparciem, niestrawnością, głodnych, chorych, poparzonych. Zbyt świadomych swych bebechów, by fantazjować o byciu zmienną w czasoprzestrzeni widzianej znikąd. Dopiero gdy jedyne, co ci pozostało, to trawienie i rozmnażanie (o pompowaniu krwi czy oddychaniu nie warto chyba nawet wspominać), a potem już tylko i wyłącznie powolny rozkład i gnicie, dopiero wtedy da się dostrzec całe piękno obietnicy, że istnieje coś poza tym. Dopiero wtedy ta myśl ściska trzewia i wypełnia oczy łzami.

Doświadczeniem człowieka współczesnego, przychodzącego znikąd, odtwarzającego swoją tożsamość z przypadkowego dzieciństwa, arbitralnie wybranych pociętych fragmentów przekazu telewizyjnego, radiowego, stron internetowych, komiksów, gazet i książek, któremu znaczna część życia upływa na zajęciach zastępczych, symulacjach służących jedynie temu, by populacja nie pozabijała się z nudów, z reguły nie jest doświadczenie nędzy istnienia. Prędzej jest to doświadczenie pustki i apatii. Od nieśmiertelności bardziej pociąga go fikcja. Symulacje sensu, znaczenia, wyjątkowości, kostiumy udające tożsamość, wreszcie po prostu fantazje. Te wszystkie rzeczy, które stają się w coraz większym stopniu najbardziej charakterystycznym produktem naszej cywilizacji. Bezpieczne substytuty realności z reguły wygodnie pozbawione elementów, które mogłyby narazić klienta na dyskomfort.

Ból jest w tym świecie niczym najeźdźca z kosmosu. Straszliwy w swej realności. Jednoznaczny, emocjonalnie poruszający, wymuszający zaangażowanie, złowieszczy. Ignorujący społeczne konwenanse, autonomie, godności, tożsamości, narracje. Kiedy się pojawia, jego obecność jest totalna. Nie da się przed nim ukryć ani uciec. Przemocą zmusza ofiarę do poświęcenia mu całej uwagi. Izoluje ją wewnątrz jej ciała. Odcina od cywilizacji i jej zabawek. Pozostaje tylko ona, ból i trwanie. I oto objawia się istnienie! Czas ciągnący się jak makaron. Ból zmuszający cię do powolnego przeżuwania każdej sekundy. Rwąc myśli, uniemożliwia ucieczkę w abstrakcję. Oto i podmiot w swej nagości. Bez historii, bez narracji, bez jakiejkolwiek możliwości świadomego wyboru. A jednak jak kurewsko istniejący! Jak potwornie realny! Czy potrafiłbyś sobie wyobrazić, że cię w tej chwili nie ma? Czy tak się czuje zmienna zdaniowa? Nie czujesz tej potwornej konieczności – metafizycznej? biologicznej? – i nie przeklinasz jej?

Ból kończy wszelkie żarty, śmieszkowanie, kuglarskie sztuczki, filozofie, psychoanalizę, rozmowy o sztuce, wszelkie racjonalizacje i sceptycyzmy. Wywraca do góry nogami towarzyskie konwenanse, pozy, manieryzmy, społeczne role i savoir-vivre’y. Ten cały odrealniony cywilizacyjny teatr konwencji. Zmusza do szczerości, nie daje szans na udawanie. Zdziera kulturowe tożsamości, role społeczne i narracje. Pozostaje jedynie miotające się po podłodze ranne zwierzę, które nie ma już gdzie ukryć się przed samym sobą. Może tylko leżeć tam, gdzie upadło, w tym dokładnie miejscu, w tej dokładnie chwili. Skręcać się z przerażenia na myśl o śmierci. Wdychać smród swoich płynów ustrojowych i czuć na twarzy ich ciepłą wilgoć. Przez każdą sekundę rozciągniętą w tysiąclecia. Być może tak właśnie wygląda skondensowana realność. A może po prostu cierpienie jest istnieniem. Czy stąd ta pielgrzymka rasy ludzkiej ku totalnemu zatraceniu się w fantazji? Czy to ucieczka przed tą samotną agonią na obrzyganej podłodze?

W tę czy w tamtą, mniejsza z tym. Mówiąc krótko, otóż uważam, że realność wojny jest realnością bólu. I o tej realności właśnie wymyśliłem sobie tamtą historię prawdziwą. Łapiecie? Nie o prawdziwych zdarzeniach, prawdziwych czołgach i autentycznych talibach, ale o prawdziwości bólu, rozpaczy, strachu! O tej właśnie prawdziwości, która stawia nas ponownie przed pytaniem: na co to komu?, które teraz, mam nadzieję, brzmi odrobinkę bardziej dramatycznie.

Koń barwy ognia

Ten nieuchwytny argumentacją dramatyzm jest ważny. O wojnie łatwo jest czasem myśleć jako o przesuwaniu chorągiewek na mapach. Von Clausewitz z pewnością miał rację, pisząc o kontynuacji polityki innymi środkami, ale takie ujęcie zdaje się zaciemniać przynajmniej jeden kluczowy aspekt sprawy. Ten, o którym w Apokalipsie napisano: I wyszedł inny koń barwy ognia,/ a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi pokój. Ta rola Wojny jako herolda końca świata u boku Śmierci i Głodu przypomina nam, że tak jak Wojna od zawsze jest traktowana jako kontynuacja polityki, tak też od zawsze widziana jest jako nieszczęście. Co zresztą expressis verbis znajdziemy również u praojca realpolitik, Tukidydesa. Natomiast kluczem do zrozumienia tego nieszczęścia jest, jak sądzę, widzenie wojny przede wszystkim jako praktyki, której natura objawia się przez uczestnictwo. Krótko mówiąc, ośmielę się rzucić śmiałą tezę, że aby zrozumieć wojnę, trzeba doświadczyć jej osobiście. Co też sugeruje, że aby do tego zrozumienia efektywnie się zbliżyć, warto sięgnąć po twórczość tych, którym udało się jej doświadczyć.

Ponieważ powyższe dwa zdania mogły wywołać u co wrażliwszego czytelnika szok poznawczy, spieszę z wyjaśnieniem, że tak, wiem, że wszyscy wiedzą, ale są mi one tu niezbędne do dalszej argumentacji i powinny być dokładnie tam, gdzie są, drukiem w akapicie powyżej, a w ogóle to niczego nie żałuję. Zaskarżcie mnie. No więc, skoro upewniliśmy się, że te proste fakty są znane wszystkim obecnym, mogę wreszcie cię, drogi czytelniku, spytać – na Boga, co ty czytasz? Nie masz nic lepszego do roboty? Autor nie ma zielonego pojęcia o temacie i z dużym prawdopodobieństwem jest jeszcze bardziej skonfundowany niż ty. Fakt, oglądał parę filmów wojennych, czytał parę książek, a w młodości zgromadził dużą kolekcję G.I. Joe. Czy zbliża go to do zrozumienia do czego służy wojna? Może, ale w jakim stopniu? Weźmy tę historyjkę o wojnie i bólu. To naturalnie fantazja w więcej niż jednym sensie. Jak to się ma do tematu? Czy to fantazja o wojnie, czy fantazja o byciu w obrazie Boscha? Czy w tych okolicznościach jest jakaś różnica? Czy autor odróżniłby te dwa miejsca od siebie? Chciałem tu napisać, że to tylko banalna historia o tym, że wojna to piekło, a cholera jasna, przecież WSZYSCY WIEDZĄ, że wojna to piekło. Nie napisałem, ugryzłem się w język w porę. Bo jak się nad tym zastanowić – skąd ja mam niby wiedzieć, czy wojna to piekło? Czy ty wiesz, że wojna to piekło? Czy to naprawdę jest oczywiste? Czy np. opowieści o piekle okopów I wojny Remarque’a współtworzące nasze współczesne rozumienie natury konfliktu zbrojnego mają coś wspólnego z ich współczesną rzeczywistością? Czy okopy odeszły, ale piekło zostało? Czy nie sugerowałem czegoś podobnego, pisząc o bólu jako istocie wojny?

Wróćmy jeszcze na chwilę do naszego pytania – no więc po co komu ta wojna? Czy możemy to wiedzieć? Jeśli chodzi o Starra, to nie przeżywał tutaj specjalnych rozterek epistemicznych: Absolutnie po nic. Uh-huh – rzuca od razu, a oczami wyobraźni widzimy, jak niebiańskie cherubinki porywają go żywcem do nieba hipisowskiego komunału, gdzie na wieki trwać będzie w latach 60 XX wieku w gablotce obok książek Jima Morrisona i mumii śp. Arthura Lee. No i oczywiście, przepraszam, mając szansę jako pierwszy rzucić kamieniem w hipisa, każdy czuje swędzenie dłoni, ale ja tym razem nie o tym chciałem pisać. Bo przecież ten wers jest w jakimś sensie uniwersalny, czy może lepiej, nie zestarzał się jako komunał. Do dziś brzmi, jakby piosenkarz wyśpiewywał jakąś oczywistą oczywistość. Jakby pytał, czy psy gonią koty albo czy Hitler był podły. No bo w końcu każdy wie, że wojna to absurd, że wojna to bezsens, że wojna to piekło. No i w zasadzie to czemu nie, może i tak. Nie twierdzę w każdym razie, że jest inaczej. Twierdzę tylko, że jak papugi powtarzamy wciąż za innymi, zamiast czasem wstrzymać się od głosu.

Peszek na koniec wojny

Przyznawszy się do niekompetencji i wezwawszy niekompetentnych do milczenia, nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować i przejść do gwałtownego zwrotu akcji. Dalej będę twierdził, że nie wierzę, bym potrafił ostatecznie rozstrzygnąć poruszany problem, ale zaproponowałbym pewne rozwiązanie metodologiczne, które, jak sądzę, może się okazać przydatne w innych przypadkach. Ale zwróćmy najpierw uwagę na pewien ciekawy aspekt historii kontrowersji. Jak wiadomo, w spojrzeniu na wojnę kultury XX wieku dominowała radykalna perspektywa pacyfistyczna. I tak np. Céline, zajmujący się przez moment wojną zawodowo, zapewne podpisałby się pod opinią Starra. W swojej Podróży do Kresu Nocy autor przedstawia wojnę jako światową eksplozje obłędu i ostateczną emanację nędzy świata. Inny dosadny obrazek znajdziemy w Czasie Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Apokaliptyczna scenografia towarzysząca chaosowi bitwy o most to w zasadzie wysokobudżetowa tabliczka z napisem „WOJNA TO PIEKŁO”. To oczywiście jedynie dwa skromne przykłady. Gdyby zebrać całą tą twórczość do kupy, to pewnie można by tam cały ukryć Wietkong i zapraszać Rosenbergów na weekendy. Wszyscy to i tak znają do twardego rzygu. Więc to tak tylko, gwoli przypomnienia, że do wojny się wali z największych kalibrów. Gdy się do tego już przyzwyczaimy, literatura wojenna nietworzona przez pacyfistów może lekko zaskoczyć. Weźmy Kondotierów Gan-Ganowicza. Autor wielokrotnie gloryfikuje tam walkę z komunistami w krajach Trzeciego Świata, a jego lekka, przygodowa narracja niewiele ma wspólnego z apokaliptycznymi wizjami Céline’a. Więc mimo że niekoniecznie spodziewałem się okrzyków Niech żyje śmierć! czy Boże, daj nam tysiąc lat wojny, to jednak muszę przyznać, że akapit, w którym jakby od niechcenia wojna określona jest wprost, jednoznacznie jako zło, był jednak lekkim zaskoczeniem. Sięgając po cięższy kaliber literatury, Ernst Jünger był człowiekiem od pacyfizmu bardzo odległym, zawodowym oficerem, szanującym „militarne wartości”. Mimo to w jego książkach wojna ma charakter raczej niejednoznaczny, jego opinie również są raczej wyważone. Szukając na siłę, pewnej retorycznej symetrii można doszukać się w futuryzmie, ich „higienie narodów” i wierszach o cekaemach. Ale w tym wszystkim był jednak pewien posmak prowokacji czy żartu.

No i co z tego wszystkiego wynika? Pół literatury zdziera gardła, że koszmar!, obłęd!, masakra!, a drugie pół mruczy, że w sumie, i wzrusza ramionami. No więc jednak piekło? Jak mówiłem, nie wiem, czy piekło. Ale mam też inny pomysł interpretacyjny. No bo właściwie dlaczego oczekiwać po strażaku zachwalania pożarów, a po policjancie nocnych patroli? Może po prostu szukanie symetrii jest głupie. Może pacyfizm nigdy tak naprawdę nie kontestował typów kochających zapach napalmu o poranku. Szaleńców opętanych dźwiękami trąbek i zapachem prochu. Może oś sporu była trochę inna.

W końcu, jak już wspominaliśmy, od dawien dawna istnieje relatywny konsensus w głównym nurcie kultury, wedle którego najprościej rzecz ujmując, wojna jest zła. Naturalnie, jedni lubią ciastka, drudzy marchewki, trzeci żyją z grabieży, więc jak doskonale wiemy, w praktyce różnie to bywało. Ale ludzie kulturalnie w zasadzie zgadzali się co do zasady. Kontrowersja nie dotyczy więc tego, czy wojna jest zła, tylko raczej tego, czy tak zła, że jest absolutnie po nic. Uh-huh. Słowami innego poety, czy wojna to piekło? No i właśnie w tym miejscu warto zrobić pauzę i dodać uwagę metodologiczno-dydaktyczną. Otóż stawianie problemów moralnych na ostrzu noża przez formułowanie problemu w sposób, który sugeruje, że między dwoma skrajnościami nie ma odpowiedzi umiarkowanych, więc jedyne możliwości to afirmacja bądź negacja, to dobra metoda manipulacji, ale bardzo zła metoda rozumowania. Tak więc, zaprzeczeniem zdania wojna to piekło nie jest stwierdzenie, że wojna jest w pytę, ale również wszystkie bardziej zniuansowane stanowiska. Między nimi te, które nie zaprzeczając, że wojna zawsze jest zła, mimo to uważają, że dopuszczalne jest w niektórych okolicznościach stosowanie jej jako narzędzia politycznego. Co zresztą wydaje się zupełnie naturalne, gdy tylko zdecydujemy się zrezygnować z operowania wyłącznie kategorią zła absolutnego i dopuścimy jakiś rachunek wartości mniej onieśmielających.

W wielkich trudach uporaliśmy się więc z teoriami politycznymi wyekstrapolowanymi z refrenu soulowego przeboju z lat 60. za pomocą paru vonclausewitzyzmów i trywialnej uwagi metodologicznej, by zachowując decorum, dojść do trywialnego rozwiązania, które zdaje się zresztą dość mocno sugerować krytykowane wcześniej widzenie wojny jako „przesuwanie chorągiewek na mapach”. Wymiar ludzki zaginął nam gdzieś po drodze, wraz z opinią o tym, ile zła zawiera jedna wojna. Autor miga się zaś z wszystkich sił od zajęcia stanowiska. No więc ślepy zaułek! Trumna! Zgon! Ach, oczami wyobraźni widzę cię, czytelniku, jak z wściekłością uderzasz w ramię fotela, ciskasz o ścianę filiżanką, jak wściekły żądasz od sprzedawcy zwrotu pieniędzy. Ale przedwcześnie! Przedwcześnie! Bo teraz właśnie rozlegają się werble! Bo to był trik, sprytny podstęp autora, by zmylić twoją czujność przed popisowym numerem wieczoru! Będzie płacz, będzie śmiech, bo oto po raz pierwszy w Europie podjęta zostanie sensacyjna próba zakończenia artykułu o wojnie za pomocą popularnej wokalistki młodzieżowej – Marii Peszek.

Chciałbym postawić pytanie – czy Maria Peszek doświadczyła kiedyś wojny? Myślę, że owszem, tak. Że w pewnym naciąganym, ale interesującym sensie, jak najbardziej. Wspomnijmy tu wypowiedź artystki sprzed dwóch lat, w której zapowiedziała natychmiastową emigrację w razie zagrożenia militarnego. Motyw ten poruszała również, w swoim przeboju Sorry Polsko, gdzie dramatycznie wyznaje: Nie oddałabym ci Polsko/ ani jednej kropli krwi. Myślę, że w tej brawurowej dekonstrukcji polskości, obok kwestii klasowych i estetycznych, zawarte jest właśnie mocne doświadczenie tego, co wcześniej określiłem jako konkretność wojny. Nie jakiejś historycznej wojny, tej czy tamtej. Te bywają różnorodne, jak sądzę, i myślę, że gdzieś moglibyśmy znaleźć jakąś zupełnie niekonkretną, wojnę totalnie, dajmy na to, eteryczną. Myślę raczej o uczuciu konkretności, które budzi w nas sama idea wojny. Tą groźbę przemocy, która nadaje abstrakcji konkretny, znajomy kształt. Przy czym niekoniecznie musi chodzić o przemoc fizyczną. Myśl o zniszczeniu starych form, rozpadzie Cywilizacji. O realności czyhającej na progu niefunkcjonujących konwencji społecznych. Ten strach przed barbarzyńcami znajdziemy choćby w pierwszej zwrotce Sorry, Polsko: Gdyby była wojna/ byłabym spokojna […] Nie musiałabym wybierać/ ani myśleć jak tu żyć/ Tylko być, śpiewa wokalistka.

W tej samej piosence znajdujemy również dość zaskakującą sugestię co do tego, czym dla autorki jest cywilizacja. Płacę abonament/ i za bilet płacę/ Chodzę na wybory/ Nie jeżdżę na gapę/ Tylko nie każ mi umierać, zwierza się Peszek, przy okazji pięknie ilustrując neurotyczne uzależnienie od uporządkowanego świata symulacji i histeryczny strach przed nieprzewidywalną realnością. Ale możemy doszukać się tu też bardziej prozaicznego sensu. Pojawiającą się w tym fragmencie listę drobnych wykroczeń, których artystka unika, łatwo skojarzyć z ideologią tzw. nowoczesnego patriotyzmu. Warto być może przypomnieć tą dziwną ideologijkę, która zdaje się przeżywać ostatnio zastój. Obywatelskie zasługi Marii Peszek to obok sprzątania odchodów po swoim psie (którego, jak zgaduję, artystka po prostu nie ma) sztandarowe przykłady promowanych przez zwolenników tej opcji zachowań obywatelskich (już z samych przykładów można się domyślić, jak potwornie stereotypowo mieszczańskie było to towarzystwo). Owe drobnostki konstytuować miały właśnie nowoczesny patriotyzm, definiowany w opozycji to tradycyjnego patriotyzmu. Podział naturalnie zbudowany na znanym każdemu polakowi odwiecznym dualizmie III RP – fajnych i obciachowych. Tak więc gdy tradycyjny patriota machał flagą, nowoczesny sprzątał po psie. Pierwszy szedł na msze, drugi szedł na festyn. Kiedy tradycyjny był ponury, nowoczesny był ludyczny do porzygu. Pierwszy sfrustrowany, drugi uśmiechnięty. W pewnym sensie ostatecznym ukoronowaniem tej dziwnej subkultury, jej estetyki i quasi-ideologii był niesławny biały orzeł z czekolady, wielka atrakcja zeszłorocznego Dnia Flagi. Imprezy, na której wystąpiła również Maria Peszek.

Relacja Peszek i nowoczesnego patriotyzmu jest o tyle groteskowa, że mroczny, histeryczno-depresyjny image artystki z okresu promowania Sorry, Polsko pasował do estetyki „ruchu” jak pięść do nosa. Ale nie ma też raczej wątpliwości, że słowa Płacę abonament/ tylko nie każ mi umierać to bezpośrednie, choć zahaczające o autoparodię odwołanie do filozofii „ruchu”. Gdy przełknąć pierwszy dysonans estetyczny, Mieszczaństwo Nowoczesnego Patriotyzmu to esencja „cywilizacji” rozumianej jako struktura społeczna chroniąca swych członków przed rzeczywistością. Odgradzanie się od niej rytuałami, konwencjami, sztucznymi tożsamościami. Choćby te drobne zachowania „obywatelskie” przypominające rytuały ludzi cierpiących na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Te obsesje na punkcie uśmiechu i, o Boże!, festyny. A na samym dole uzależniające symulacje, których jedynym celem jest dostarczanie ludziom substytutu sensu życia, status społeczny, fajność, ideologia, filatelistyka, branża porno. Tylko nie każ mi umierać, jak śpiewa artystka. To też nazwałbym doświadczeniem wojny.

Ale czy warto znęcać się tyle nad Marią Peszek? Spytacie. Spotkałem się z tym zarzutem w życiu już wielokrotnie, czasem myśl ta budzi mnie w środku nocy i szczerze mówiąc, wciąż nie jestem pewien. Wydaje mi się ona ciekawym studium pewnego przypadku człowieka. Nie przekonuje mnie jako muzyk, ale jako narzędzie diagnostyczne poleciłbym w ciemno. W końcu ci młodzi ludzi, którzy w głębi serduszek skrywają plan natychmiastowej ucieczki, gdy tylko Bestia Wojna przekroczy granicę, muszą w czymś przypominać czterdziestoletnią dziewczynkę skandalistkę. Czy wszyscy jej trochę nie przypominamy? Jestem przekonany, że czytając o planowaniu ucieczki przed ewentualną wojną, wielu czytelnikom musi przypominać się konwersacja z tym czy innym znajomym, kolegą, przyjacielem, członkiem rodziny czy współpracownikiem. Niektórzy być może nawet własne przemyślenia, jeszcze inni własne plany skrywane w głębi zalęknionego serduszka. Sprawa mnie porusza, bo znam te myśli. Bo kiedyś już uświadomiłem sobie, że spotkawszy takiego dezertera twarzą w twarz, nie wiedziałbym, co mu zarzucić. Do czego się przyjebać? Z drugiej strony, gdy przy tej okazji przypomniałem sobie o słowach coś jej winien? Oddać życie, zabrzmiały one dla mnie jakoś tak skandalicznie, obrazoburczo.

Przyznaję, że to wszystko mnie smuci, ale smuci mnie jak jesień, jak nieuchronne przemijanie. Czy jest to problem społeczny? Brakuje mi danych. Jak dużo jest tych dezerterów? Czy wszyscy naraz, tutaj? Teraz? Czy ich populacja się zwiększa? A może takie typy trafiają się wszędzie od setek lat, tylko je ignorujemy, a potem zapominamy. Nie podejmuję się postawienia jakiejkolwiek diagnozy. Acz ciągle zdaje mi się, że widzę w tych młodych ludziach przyszłość. Powolną, nieuniknioną dezintegrację społeczeństw niescalonych jakąkolwiek formą wspólnoty kulturowej. Nieprzywiązanych szczególnie do jakichś konkretnych miejsc, czasów czy ludzi. Bohaterów jedynie własnej opowieści, która w naturalny sposób stopniowo przekształca się z opowieści realistycznej w fantazję o potędze. Fikcje z wolna się kumulują, aż któregoś dnia masa zmyślonych przyczyn i skutków siłą bezwładu odrywa w końcu continuum od historii realnego świata, a autor od dawna już zamieszkujący raczej swoją fantazję niż ziemię przestaje istnieć, stając się w końcu wytworem własnej wyobraźni. Widzę przyszłość wojny, realnej i tryumfującej samą groźbą realności. A w cieniu tej wojny gromadkę przerażonych solipsystów miotających się w panice po świecie, nieustannie uciekających, szukających rozpaczliwie pustego kąta, by znów przykleszczyć się do świata abonamentów telewizyjnych, psich kup, biletów autobusowych i odpłynąć w krainę fantazji.

Oto moje doświadczenie wojny, która jest piekłem.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 73.