Tomasz Rowiński: Czy jest jeszcze możliwa poezja katolicka?

Poezja religijna znajduje się w martwym punkcje, jest wyczerpana – ani nie jest sakralna, ani nie jest świecka i nie reprezentuje świata zbudowanego na Logosie.

Przed rozpoczęciem pisania tego tekstu przeczytałem recenzję książki Wojciecha Kudyby W końcu świat, którą w „Odrze” opublikował Przemysław Witkowski. Mam też ochotę ją podsumować w stylu jej autora: Strasznie nie lubię takich nadętych recenzji, męczy mnie pyszałkowatość, która przystoi studentom, a nie autorom poważnych pism, nuży mnie to nieustanne narzekanie na religijność, etc. Poza tym z chęcią dodam, że z licznymi zarzutami Witkowskiego się zgodzę. Szczególnie tam, gdzie demaskuje on kalki poezji religijnej, którą on nazywa klasyczną polską poezją katolicką, które to określenie nie jest dla mnie już tak oczywiste. Zapewne Witkowski styka się z polską poezją religijną – i do tego współczesną – w wykonaniu autorów katolickich, stąd takie utożsamienie. Pozwolę sobie na razie na niewielkie zastrzeżenie – nie każda religijna poezja pisana przez katolików jest moim zdaniem katolicka.

Niestety jest też coś prawdziwego w zarzutach Witkowskiego, jeśli chodzi o wiersze Kudyby. Szczególnie gdy zarzuca autorowi rodzaj manieryczności, w której mieszają się Biblia, dzieciństwo, akty religijne, wycieczki w góry, a wszystko to pozwala dotrzeć do Pana i zachwycić się Bożymi dziełami jak parujący czajnik, książki Tomasza z Akwinu czy Połonina Wetlińska. Do tego dochodzą obowiązkowe anioły i duch panteizmu, nużący nieco. To ciekawe swoją drogą – czy poezja katolicka może być panteistyczna? Trudno oczywiście nie uśmiechnąć się na ten zabawny anachronizm Witkowskiego – wątpię, by ktokolwiek, kto miał do czynienia z pismami Doktora Anielskiego, materialnie poznając je z książek, pomyślał o nich jako o „książkach Tomasz z Akwinu”. Zostawmy jednak te żarty z recenzenta.

Tyle jest mojej zgody z Witkowskim, którego krytyka książki Kudyby sprowadza się do tak czy inaczej wyrażonego znudzenia, a to akurat jest żaden szczególny argument, ponieważ ogranicza się do romantycznej i subiektywnej nieokreśloności. Witkowski pisze na koniec: Poezję tego typu piszą przede wszystkim księża i znajduje ona sympatyczny odzew w ich parafiach. Gdzie jednak znajduje się parafia Kudyby, nie mam pojęcia. Trzeba natomiast pochwalić stronę edytorską: dobry papier i światło. Dużo miejsca do robienia notatek. Szkoda tylko, że krytycznych. Bardzo jestem ciekaw tych licznych krytycznych uwag i tego, czy nie sprowadzają się one – mówiąc w skrócie – do opisów ziewania, jakie u licznych autorów wywołuje już sama myśl o nawiązaniach religijnych w sztuce. Jednak moim zdaniem nie chodzi o to, czy ta poezja jest nudna, tylko jaka właściwie jest i czy naprawdę potrzebujemy takiej poezji religijnej. To, co pisze Kudyba, jest dla mnie czymś innym niż poezja, która mogłaby być wyrazem katolickiej liryki, a zatem istniejącego w świecie napięcia pomiędzy natura i łaską.

Zanim jednak rozwinę ten wątek, podzielę się swoimi wrażeniami z lektury książki W końcu świat, które poprzedziły zapoznanie się z jej recenzją. Na słuch najlepsze wydały mi się wiersze, w których nie otrzymywaliśmy wyskakujących – nomen omenDeus ex machina, postaci Boga czy toposu Kościoła. Po prostu wydawało się to sztuczne, doklejone jak certyfikat bogobojności. Być może podobne wrażenie miał Witkowski, gdy podsumowywał strukturę liryków zawartych w książce Kudyby w taki oto sposób: schemat utworu składający się z nieoczywistego, kluczącego i zwodzącego czytelnika wprowadzenia/opisu, prowadzącego do „zaskakującego” zakończenia, wspólny jest wielu wierszom Kudyby z tego tomu. Te zaskoczenia przeważnie zgrzytały i pachniały dydaktycznie.

Pozwolę sobie na „wysokie” – skoro komentujemy „poezję katolicką” – zestawienie tych wierszy z dwiema formami rzymskiej liturgii – msza trydencka niewiele przekazuje słowami wprost skierowanymi do wiernych, co więcej, wiele się nie rozumie w lot albo nawet w ogóle, ponieważ są to słowa wypowiadane po łacinie, nie chwyta się też emocji celebransa, który zwrócony jest versus Deum. To, co oddziałuje, to przede wszystkim liczne elementy antropologicznie naturalne, jak rytuał, piękno, harmonia i porządek – elementy dydaktyczne są minimalne. Nowa liturgia mszy według mszału Pawła VI często wręcz zamienia się w potok słów. Jeden z liturgistów dominikańskich swego czasu napisał wprost, że katolicka liturgia po Soborze Watykańskim jest przegadana. Gadulstwo jest charakterystyczne dla dydaktyzmu, który opiera się na przekonaniu, że to wypowiadane i usłyszane słowo ma największe znaczenie dla duszy odbiorcy. W parze z dydaktyzmem często idzie niechęć do formy, której nie traktuje się jako narzędzia formacji duchowej, ale jako ekspresję, sterowanie emocjami, a nie utrwalanie ładu zawartego w pięknie. Kudyba stara się unikać tej drugiej pułapki, ale pewnego rodzaju religijny „romantyzm”, który punktuje Witkowski, wydaje się dominować.

Z wierszami Kudyby mam trochę podobny problem jak z muzyką współczesną (zarówno poważną, jak i rozrywkową), którą lubię. Szerzej, jest to problem z doświadczeniem kultury europejskiej, jakim był przełom romantyczny. Muzyka jako obraz świata, czerpiąca z jego matematyczności, z porządku sfer, którego źródłem jest Bóg, zostaje odrzucona na rzecz indywidualistycznego wyrazu. W obszarze twórczości religijnej mamy wobec tego do czynienia ze pogłębianiem się podejścia nominalistycznego. Dobrze rozpoznajemy ten rodzaj twórczości, który wykorzystywał choćby formę mszy, by połączyć ją z dźwiękami nadającymi się jedynie do sali koncertowej. Dziś w dużo niższym stylu dotyczy to tzw. muzyki chrześcijańskiej, którym to mianem określa się jakąkolwiek muzykę (jeśli chodzi o gatunek), ale opatrzoną religijnym tekstem. Ignoruje się, że to same dźwięki, harmonie, struktury osadzają się w ludzkiej duszy, skłaniając ją ku Bogu lub od niego odwracając.

Poezja Kudyby traci przede wszystkim, gdy staje się właśnie dydaktyczna i manieryczna w opisach, gdy narzuca ową nominalną katolickość. Nie jest to jednak właściwie jakiś szczególny zarzut w stosunku do poety, ale raczej do świata, w którym żyjemy, który oczekuje od nas nominalnych tożsamości. Tymczasem poezja katolicka nie musi być (co nie znaczy, że nie może) w ogóle poezją religijną w takim sensie, jak ją rozumie choćby Witkowski. Problem polega na tym, że złączone ze sobą tożsamość i nominalizm odpowiadają obrazowi świata, którego opowieść została rozbita, który zagubił klasyczne formuły opisujące to, co naturalne i, owszem, też to, co nadprzyrodzone. Z drugiej jednak strony sztuka katolicka może powstawać zupełnie poza nominalnymi tożsamościami chrześcijaństwa, kiedy sama odnajduje elementy normalnego świata – przykładem może być jedność przednowoczesnej muzyki sakralnej i świeckiej, ale też rozmaite współczesne obrazy filmowe twórców niekoniecznie katolickich, o czym pisał choćby Piotr Kaznowski w „Christianitas”, przychylnie recenzując bardzo ostro krytykowany z pozycji nominalizmu chrześcijańskiego film Noe (Noe, czyli kino katolickie, „Christianitas” 56–57/2014, zob. także na Christianitas.org).

Poezja religijna znajduje się w martwym punkcje, jest wyczerpana – ani nie jest sakralna, ani nie jest świecka i nie reprezentuje świata zbudowanego na Logosie, a wydaje się przeniknięta fideistycznym westchnieniem. Zagubiona, jeśli chodzi o źródła, poezja sakralna służy modlitwie, poezja świecka uciesze, pamięci, mądrości. Czemu służy poezja, która niczemu nie służy, dosłownie, która niczemu i nikomu „nie posługuje”? Czy ktoś o tym pamięta, że poezja przychodzi spoza nas? Szukanie jej w sobie zawsze prowadzi do nudy, która skłania do poszukiwania coraz nowych pociech (Przemysław Witkowski wydaje się dobrym reprezentantem takiej kultury). Tymczasem Bóg jest gdzie indziej. Nie tu.