Tomasz Rowiński: DOKĄD ZMIERZA PAPIESTWO [fragment nr 93]

Zakończony pod koniec października br. tzw. synod amazoński, który odbywał się w Rzymie, w znacznej mierze rozwiał złudzenia, że papieżowi Franciszkowi chodzi przede wszystkim o otwartą dyskusję, która miałaby umocnić Kościół w wierze i dodać mu zapału ewangelizacyjnego. Przynajmniej z perspektywy widocznych zasad kierujących podejmowanymi działaniami nie widać, by o to papieżowi chodziło. Coraz trudniej opierać się wrażeniu, że papież dąży do realizacji pewnych konkretnych idei, wyznawanych przez niego samego oraz jego najbliższych współpracowników, i utożsamia je z bezpośrednim działaniem Ducha Bożego w Kościele. Być może uważa, że jego działania przyczyniają się do lepszej chrystianizacji świata, do wypełnienia dziedzictwa Soboru Watykańskiego II. Być może. Problem polega jednak na tym, że coraz trudniej jest zrozumieć, jaka by miała być w wizji papieża treść tej chrystianizacji poza czułością, która w innych miejscach – szczególnie wobec ludzi szczególnie wiernych Kościołowi – objawia się jako chłód i twardość. 

Na synodach z lat 2014 i 2015 poświęconych nominalnie rodzinie oraz w opublikowanej potem adhortacji Amoris Laetitia zobaczyliśmy próbę demontażu katolickiej dynamiki sakramentalnej. Do tej pory możliwość przystąpienia do komunii świętej warunkowana była koniecznością nawrócenia się lub przynajmniej wolą porzucenia przez człowieka grzechu. W nowej sytuacji, przeforsowanej przez papieża za pomocą przypisu w tekście adhortacji i półprywatnego listu przesłanego biskupom Argentyny, takie nawrócenie nie jest konieczne. Teraz osoby, które zerwały więzi małżeństwa sakramentalnego i wstąpiły w nowe świeckie związki mogą oczekiwać, że na ich sytuację Kościół będzie przymykał oko. Trudno to inaczej nazwać, ponieważ wszelkie rozumowe rozważania nauczania katolickiego o sakramentach skłaniają się ku przekonaniu, że Kościół – a przynajmniej papież Franciszek – próbuje zalegalizować jakąś formę świętokradczego przyjmowania komunii. Jakie są owoce Amoris Laetitia? Zwykły katolik nie wie jakie jest prawdziwe nauczanie Kościoła. Czy papież może bowiem zmienić niezmienne zasady? W praktyce ten, który ma prowadzić Kościół do jedności podzielił go, ponieważ jedni pozostali przy nauczaniu katolickim, a inni poszli za nauczaniem Franciszka.

Nawet nie trzeba się rozpisywać, dlaczego te nowe idee, inspirowane przez hierarchów w Watykanie, są naprawdę nowe i nie mają nic wspólnego nie tylko z tradycją katolicką, lecz także z Ewangelią. Czy Pan Jezus powiedział uratowanej przed ukamienowaniem jawnogrzesznicy „Idz i nie grzesz więcej”, czy w stylu kard. Kaspera – nie wymagajmy od zwykłych chrześcijan zbyt wiele w sprawie małżeństwa? Jeśli nie będziemy wymagać od siebie nawet tego minimum, jaką jest dbałość o trwanie małżeństw, to po co w ogóle jeszcze nazywać się chrześcijanami? Często o tym zapominamy, ale tamte dwa synody były też próbą oznajmienia całemu Kościołowi, że także w związkach homoseksualnych są elementy czegoś dobrego. A wszystko to w sytuacji, gdy mamy wciąż obowiązujący dokument Kongregacji Nauki Wiary z roku 2003, punktujący i potępiający wszelkie przejawy kultury homoseksualnej. A przecież chęć dowartościowania przeciwnych naturze związków homoseksualnych jest niczym innym, jak właśnie wpuszczaniem kolejnej fali rewolucji seksualnej do Kościoła. Stosowanie w nauce moralnej Kościoła „kręgów dobra”, tak jak sobór zastosował tę metodę do określenia kręgów przynależności do Kościoła, jest de facto drogą do wykluczenia jakiegokolwiek grzechu z myślenia Kościoła. Czy tego chciał Pan Jezus mówiąc nie jeden raz „twoja wiara cię uzdrowiła”, „odpuszczają Ci się wszystkie grzechy”, „nie grzesz więcej”, „idź w pokoju”? 

Synod amazoński otworzył kolejne obszary zmian, znów właściwie całkowicie ignorując całą tradycję Kościoła. Najmocniej to lekceważenie zauważalne jest w przypadku propozycji święceń dla kobiet. Dziś mówi się tylko o diakonacie, ale przecież każdy wie, że skuteczne rewolucje przeprowadza się techniką małych kroków, tak by powstrzymać jednoznaczny sprzeciw oponentów. Szerszym strumieniem płynie decyzja o ograniczeniu wymogu celibatu dla księży. Do znudzenia można usłyszeć, że celibat to tylko kwestia dyscyplinarna i można go bez problemu znieść. Czy tak jest faktycznie? Czy myśl o „bezżenności dla Królestwa” nie pochodzi od samego Pana Jezusa? Czy przez całe wieki o celibacie nie myślano w Kościele z jednej strony, jako o rezygnacji z małżeństwa, ale z drugiej, jako o związanej z kultem wstrzemięźliwości seksualnej kapłanów? Widać to wciąż w dyscyplinie kapłańskiej i małżeńskiej żonatych księży obrządków wschodnich. Nie widzę by dziś w Kościele w ogóle ktoś z proponujących nowe rozwiązania się tym przejmował. Raczej jesteśmy na prostej drodze do dalszego mieszania kultu, który od czasów Izraela był czynnością wyłączoną ze spraw świata, ze światem. Obojętność ojców synodalnych na – co do zasady – seksualizację kapłaństwa jest gorsząca nowością. Problem ten w szczególności dotyczy tzw. viri probati, wypróbowanych starszych mężczyzn, mężów i ojców, którzy mieliby być wyświęcani na księży w miejscach, gdzie brakuje innych kapłanów. Czy jednak ktoś się zastanawiał na czym polegało owo wspomniane w Nowym Testamencie wypróbowanie? Choćby właśnie na zdolności wejścia w „celibat wstrzemięźliwości”. Dziś w całym tym zamęcie wydaje się, że chodzi nie o wiarę, ale zapewnienie upadającym kościołom lokalnym, choćby takim jak niemiecki, urzędników podtrzymujących jego strukturę. Struktura ta grozi zawaleniem, ponieważ całkiem już brakuje w tym kraju powołań, ale skąd one się mają brać, skoro nie głosi się i nie praktykuje tam wiary. Innym pomysłem, kuriozalnym, jest włączenie do pracy duszpasterskiej byłych księży – to również element poluzowania dyscypliny celibatu. Wielu księży przecież odchodzi z posługi z powodu związku z kobietą. Jednak problem polega, jak sądzę, na czymś jeszcze innym. Porzucenie kapłaństwa często odciska piętno na wierze takich mężczyzn, wytwarza mechanizmy oskarżania Kościoła o swoją sytuację, księża aktywni intelektualnie, po odejściu z kapłaństwa przyjmują niejednokrotnie postawę „niezależnych” intelektualistów, akademików czy publicystów zdystansowanych do nauczania Kościoła. Czy realistycznie jest sądzić, że będą oni właściwymi osobami do formowania wiary i sumień innych katolików? Czy znów nie chodzi o ratowanie struktur kościelnych, które stały się ważniejsze od treści prawd wiary?